Kiedy tak naprawdę był uczciwy z kimkolwiek? Może wtedy, kiedy żyła jego matka. Wtedy niczego nie ukrywał, po prostu lubił być szczery. Nie. Kochał rozmawiać z mamą. Nie czuł oporów, by z nią porozmawiać o czymkolwiek. Nieraz jej się żalił w sprawie ataków na jego osobę przez kolor jego włosów. Pamiętał jej dotyk i słowa, które przeganiały troski. Była jego słońcem, dlatego nie potrafił jej okłamywać. Czytała z niego jak z otwartej księgi.
A później zginęła.
I jego serce zamknęło się na innych. Nawet na jego własną rodzinę.
Nikomu nie mówił co go dręczy, o czym myśli. Nawet wtedy, gdy widział zmartwiony wzrok swoich sióstr. Nie chciał ich martwić. Nie chciał, by ktokolwiek przez niego znowu stracił życie. Dlatego chciał się odciąć od wszystkich. Zanurzyć się w morzu ignorancji i kłamstw. „Nic mi nie jest", „wszystko w porządku".
Ból.
Ból.
Ból.
Kołatanie klatki sercowej i łzy napływające do oczu. Umierał? Może jakaś część niego umierała i nie umiał tego powstrzymać. Bo gdy się odwracał, nie widział niczego. Nie miał do czego wracać, bo wszystkie mosty skutecznie palił.
I wtedy przez deszczowe chmury wyjrzały promienie słońca. Delikatne, prawie niewyczuwalne.
Obejrzał się za siebie i widział ścieżkę. Nie wiedział skąd się wzięła. Nigdy jej nie widział, ale wtedy otwierał oczy i widział ludzi, których wcześniej nie dostrzegał. Nie był sam. Most nie został spalony.
Jego serce stanęło na moment, a wzrok pokrył się czernią. Kiedy odzyskał świadomość, zobaczył jak kłania się kierowcy i przeprasza, że wpadła mu pod samochód. Chciał podbiec i powstrzymać ją, ale nie zrobił nic. Ruszył w swoją stronę, zastanawiając się, czemu nie mógł zrobić nawet kroku, by jej pomóc widząc ją w niebezpieczeństwie. Nawet jego gardło nie wydobyło żadnego dźwięku.
I kilka dni później na niebie zobaczył dziewczynę ubraną w czerń z mieczem w dłoni.
Od tamtego dnia deszcz przestał padać.
Od tamtego dnia jego ciało już nigdy nie było bezradne.
.
.
.
Otworzył oczy, czując dziwny niepokój. W domu panowała absolutna cisza, a za oknem już dawno panował dzień. Usiadł szukając w zasięgu wzroku Orihime. Jego ciało drżało, a z oczu ciekły mu łzy. Chciał krzyczeć, ale jego gardło było ściśnięte, niezdolne do wydobycia jakiegokolwiek dźwięku. Próbował oddychać głęboko i powoli, ale nie potrafił. Spazmatyczne, szybkie oddechy, które coraz mocniej go dusiły, ogarnęły jego całym ciałem.
Drzwi skrzypnęły, otwierając się powoli. Orihime weszła do jego pokoju mając w rękach jego ciuchy, które zdążyła wyprasować. Stanęła zaskoczona przy szafie, blednąć momentalnie. Podskoczyła do niego, rzucając ubrania na podłogę. Objęła go mocno, gładząc po głowie. Czuła jak obejmuje ją, zaciskając dłonie na jej swetrze.
-Spokojnie, Ichigo, jestem tu. – Mówiła cicho, zastanawiając się panicznie, co powinna zrobić.
Nie dostrzegając poprawy w jego stanie, odsunęła się od niego z ledwością, spoglądając na jego spanikowane spojrzenie. Pogładziła go po policzkach, wycierając z nich łzy.
-Spokojnie, Ichigo, nigdzie nie idę. Nie zostawię cię. Musisz spróbować oddychać powoli.
Widziała, że z całych sił próbuje to zrobić, ale atak był zbyt silny, nie umiał go przezwyciężyć. Wstała, wybiegając z pokoju, by znaleźć coś, co by mu pomogło. Ichigo zaś siedział na łóżku, wpatrując się w drzwi. Gdyby miał siłę, poszedłby za nią, nie chciał, by go zostawiała nawet na moment. Bał się. Jeszcze nigdy w życiu się tak nie bał.
Nie chciał umierać. Chciał żyć. Tylko zdawało się, że jego chęci były za małe i śmierć powoli zakleszczała się wokół niego. Może wreszcie jego szczęście go opuściło?
Orihime wróciła z papierową torebką i przyłożyła mu ją do ust.
-Oddychaj.
Poleciła mu twardo. Lewą ręką jeździła mu uspokajająco po plecach, spoglądając jak jego twarz powoli nabiera kolorów pod wpływem odzyskania kontroli nad oddechem. Opadł bezwładnie na łóżko, nabierając głębokich wdechów.
-Już lepiej?- Spytała się nieśmiało, pozwalając sobie wreszcie na zrelaksowanie. Teraz to ona drżała, bliska płaczu.
-Tak. Dziękuję, Orihime.- Odpowiedział ledwo słyszalnie.
-Od kiedy cierpisz na hiperwentylacje?
Przymknął oczy, próbując znaleźć siły, by jej odpowiedzieć. Ona zaś pozbierała jego rzeczy i schowała do szafy. Czekała cierpliwie aż opanuje swoje ciało. Otworzył usta chcąc coś powiedzieć, ale ponownie nic z nich nie wyszło. Zmarszczył czoło, widząc jej rosnący niepokój. Położyła się obok niego, przytulając go do siebie. On zaś objął ją mocno, bojąc się, że może znowu zniknąć.
-Wszystko będzie dobrze, Ichi, nie zniknę.- Powiedziała cicho, bawiąc się kosmykami jego włosów.
.
.
.
Nigdy nikomu nie przyznał się do swoich koszmarów. A były to jedyne senne mary, które pamiętał. Nigdy nie wiedział czy śniło mu się coś dobrego. Wiedział jedynie czy śniło mu się coś złego. Kiedyś jego zmory dotyczyły głównie jego matki. Za każdym razem budził się z nich wystraszony, tylko po to, by uświadomić sobie, że ona naprawdę nie żyje.
Nie wiedział, kiedy jego sny zmieniły tor, kiedy obraz jego matki przestał go dręczyć. Może od wizyty na cmentarzu, gdzie walczył z Grand Fisherem? Widząc, że to nie on jest dosłownie odpowiedzialny za jej śmierć, dało nowy poblask w jego sercu.
I przez długi okres życia miał spokojne noce, przerywane przez obowiązki shinigamiego.
Wszystko się zmieniło w momencie, kiedy Aizen uprowadził Orihime. Kiedy Karakura była w zagrożeniu. Koszmary wróciły, dręcząc jego serce nieustannie, pożerając jego duszę. Z czasem przywykł do nich. Zaczął je nawet ignorować.
Nie przewidział, że zwiąże się z Orihime, że tak mocno się od niej uzależni.
Każdego dnia bał się, że odwróci się od niego, że stwierdzi, że nie chce z nim być. W takich momentach musiał usłyszeć jej głos, poczuć jej dotyk na swoim ciele, by wiedzieć, że to wszystko zły sen, że ona wciąż jest przy nim.
I tak pewnej nocy w Tokio znowu złapał go koszmar, w którym Orihime znika z jego życia. Nikt ją nie uprowadza, nikt ją w sobie nie rozkochuje. To on w postaci hollowa ją zabija. Sam się dziwił jak bardzo jego hollow wszedł w jego duszę, że nie potrafił zapomnieć widoku swojej pełnej formy. Obudził się wtedy z krzykiem na podłodze. Miał problemy z oddychaniem. Po raz pierwszy w życiu jego organizm zachował się inaczej niż zwykle.
To był jego pierwszy atak hiperwentylacji.
Na szczęście po podłodze waliła się torebka z pączków i zdołał się uspokoić sam. Nie wiedział, która była godzina wtedy, nawet go to nie obchodziło. Wykręcił jej numer, musiał usłyszeć jej głos. Wiedzieć, że ona żyje, że jej nie zabił.
-Ichi?- Jej zaspany głos odezwał się w słuchawce, rozluźniając automatycznie jego mięśnie.
-Przepraszam, Hime…
-Za co? Coś się stało?
Była zaniepokojona, słyszał to wyraźnie, ale nie był w stanie nic powiedzieć. Mimo że miał tyle jej do powiedzenia.
-Um, nie wiele. Miałem zły sen.
-Koszmar?
-Obiecaj mi, że nie znikniesz…
-Przecież wiesz, że nie zniknę. Nigdy.
Czuł jak łzy spływają mu po policzkach i nim zaczął naprawdę szlochać rozłączył się, przytulając do siebie jej misia.
.
.
.
Otworzył oczy, wpatrując się w jej spokojną twarz. Przez ten cały czas była przy nim, zamiast iść do świątyni i pomodlić się w nowym roku. To nie był najlepszy początek. Westchnął ciężko, obejmując ją mocniej.
-Wiesz… Zawsze sądziłem, że ją zabiłem. Nie wiedziałem jak, ale byłem przekonany, że to ja w jakiś sposób ją zabiłem. Byłem pewien, że jest we mnie jakiś potwór, który tamtej nocy się wydostał ze mnie i zabił ją. Od tamtego dnia nie potrafiłem się śmiać, zamknąłem przed wszystkimi swoje serce. Chyba tak naprawdę bałem się, że ktoś jeszcze może zginąć. Teraz wiem, że to nie do końca była moja wina. Nie wiedziałem, że dziecko, które chciałem uratować to hollow. I byłem zbyt pogrążony w pragnieniu pomocy mu, by słuchać moją matkę. W efekcie tego straciła życie…
Nie odpowiedziała, gładziła tylko powoli jego policzek. Słuchała go uważnie i dawała mu szansę do wycofania się z chęci powiedzenia jej wszystkiego. Może nie był gotowy na ten krok?
-Gdy udałem się do liceum, zacząłem naprawdę widzieć hollowy. Wcześniej to były tylko czarne chmury, a wraz z nimi pojawiła się Rukia. Chciała uratować moją rodzinę, mnie. Ale w efekcie została ranna, a ja chciałem uratować rodzinę. Nie mogłem ich stracić jak mamę. Dlatego stałem się shinigamim. Teraz jak o tym myślę, to uważam, że Rukia była dosyć głupia. Czemu nie zaatakowała hollowa swoim shikai'em? To nie było z jej strony rozsądne, ale stało się, nie mam co marudzić. Dzięki niej miałem moce, by chronić rodzinę i przyjaciół, i kupę innych obcych mi ludzi.
Czuł jak ruchy jej dłoni zwalniają na wspomnienie o Rukii. Wiedział, że ma co do ich relacji mieszane uczucia. Nie mógł uwierzyć, że była zazdrosna o brunetkę, ale wolał nie wnikać w to. Nabrał powietrza szykując się na dalsze słowa.
-Gdy walczyłem z Aizenem, okazało się, że mój ojciec jest shinigamim. Tak jak Rukia nie naciskała na mnie w sprawie matki, tak ja nie chciałem naciskać na ojca, by mi opowiedział kim jest, a raczej był. Chyba tak naprawdę liczyłem, że mi powie po wojnie. No ale mi nie powiedział, chyba to po nim mam to trzymanie języka za zębami. W każdym razie miałem odpowiedź po kim mam taki poziom reiatsu. No ale mogę powiedzieć, że mój ojciec należał do klanu Shiba… I przyjął nazwisko mojej mamy, gdy zrezygnował z mocy shinigamich, czy jakoś tak. To by wyjaśniało jakim cudem tak dobrze jeździłem na świni. – Zaśmiał się pod nosem, bawiąc się jej włosami. Czuł się dziwnie lekko. Cały strach zniknął z jego serca.
-Ale to nie jest najkomiczniejszą sytuacją mojego życia. Nawet hollow, to przy tym pikuś. Gdy udałem się do Soul Society z Hueco Mundo, okazało się, że mam moce Quincy. Aż dziwne, że Ishida ich nie wyczuł, ale chyba były utajnione. W każdym razie pierwszy raz wtedy o nich słyszałem i je poczułem. Pytanie skąd je mam? Mój ojciec był shinigamim, więc od niego tych mocy pojąć nie mogłem. I ta da! Moja mama była Quincy, co wyjaśnia dlaczego wtedy widziała do czego biegłem. Tylko nie rozumiem dlaczego po prostu nie zabiła tego hollowa. Nie miała takich mocy jak wszyscy Quincy? Nieistotne. I tak to nie zwróci jej życia. Dlatego, gdyby w przyszłości się okazało, że jestem supermanem, to bym się wcale nie zdziwił. Już byłem wszystkim.
Spojrzał na jej spokojną twarz, która nie wyrażała żadnych emocji. Może tylko jej delikatny uśmiech zdradzał, że nie śpi i go słucha. Sam nie wiedział, co teraz powinien zrobić. Nie chciał się tak po prostu przyznać, że ta wiedza wcale mu nie ułatwia w zrozumieniu tego kim jest.
-Um, Ichigo ma ciekawych rodziców. Założę się, że ojciec Ishidy-kun i Isshin-san rywalizowali o twoją mamę, dlatego teraz sobie dogryzają. – Powiedziała cicho, siadając na nim.
Uśmiechnął się pod nosem na jej komentarz, próbując zignorować pozycję w jakiej się znaleźli. Ona zaś oparła ręce na jego klatce piersiowej wpatrując się intensywnie w jego oczy.
-Niewiedza jest darem jak to się mówi, czyni nas bardziej szczęśliwymi. Jesteś zagubiony w prawdzie, ale to nie istotne kim byli twoi rodzice. Co za różnica czy to Qunicy, shinigami, czy inny dziwak? Kochali by cię tak samo. Ichigo to Ichigo, nic więcej. Co z tego, że w efekcie genów odziedziczyłeś trochę mocy? To nie zmienia twojej osoby. Ichigo nie jest Ichigo ze względu na moce, czy nawet swoje imię. Jesteś taki, bo takie masz już serce. Kocham Kurosakiego Ichigo. Nikogo innego.
Przyciągnął ją do siebie, złączając ich usta w zachłannym pocałunku. Nie żałował, że się przed nią otworzył. Wreszcie mu ulżyło wiedząc, że może być z kimś szczery.
Był egoistą. Zachłannym skąpcem, pragnącym jej coraz mocniej. Była jego słońcem, jego prawdą. Jego życiem. Nie odda jej nikomu, nawet jeśli ona chciałaby od niego odejść. Nie pozwoli jej. Nie pozwoli jej zapomnieć kogo kocha.
Gdy się od siebie oderwali, dyszeli ciężko próbując dostarczyć do płuc brakujący tlen. Orihime zarumieniona po same końce uszów, wpatrywała się w niego z przymkniętych oczu. Jej mętny wzrok mówił mu wiele o stanie jej umysłu. Była tak samo od niego uzależniona jak on od niej.
-A na hiperwentylację cierpię od wyjazdu do Tokio. Nie dłużej niż 6 miesięcy. Po prostu za bardzo się boję cię stracić.
Westchnęła, zbliżając się do niego. Cmoknęła go w usta, by następnie ułożyć się na nim wygodnie. Nie miała ochoty nigdzie iść, czy rozstawać się z jego ciepłem. Wreszcie tak długo czekała na dzień, w którym postanowi powiedzieć jej prawdę.
-Hime?
-Hm?- Zamruczała zmęczona, drażniąc jego szyję swoim oddechem.
-Nadal mnie kochasz? Mimo że jestem takim dziwakiem?
-Pewnie, że tak. Kocham cię, Ichigo. Od zawsze.
-Inoue Orihime, nawet nie wiesz, że skradłaś mi serce. – Powiedział poważnie, przychylając delikatnie głowę, by podrażnić ją swoim oddechem.- Kocham cię. Dlatego nie możesz odejść ode mnie. Bez ciebie zginę.
Jeśli była zaczerwieniona przez ich wcześniejszy pocałunek, to teraz przeszła na zupełnie inny poziom czerwieni. Schowała twarz przed nim, czując jak łzy napływają jej do oczu. Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Po prostu nie mogła. Ichigo Kurosaki nie mógł jej tak po prostu powiedzieć, że ją kocha, prawda?
Przewrócił ją na plecy, znajdując się teraz nad nią. Jęknęła zaskoczona, chowając twarz przed jego wzrokiem. On zaś wyciągnął z biurka pudełeczko i wsunął je w jej prawą dłoń. Zdumiona odsunęła ręce od twarzy, badając prezent. Spoglądała na niego niepewnie, nie wiedząc co ma zrobić.
-Wiem, że to trochę głupie. Znaczy, normalnie daje się pierścionki, ale nie znalazłem nic co by pasowało do ciebie. Nie mówiąc już, że nie orientuję się w tej całej numeracji. Nie nosisz także pierścionków, więc nawet nie miałem jak wziąć do porównania.- Podniosła pytająco brwi, nie rozumiejąc co się właściwie dzieje. – No tak, przede wszystkim chyba powinien powiedzieć o co mi chodzi. Nie jestem w tym dobry i w sumie nie uznaję odmowy. –Uśmiechnął się nieśmiało, nabierając powietrze. - Inoue, zostaniesz moją żoną?
Otworzyła usta kilkakrotnie. Zaschło jej momentalnie pod ciężarem jego słów. Jej umysł nawet nie zdołał przeanalizować połowy jego przemówienia, a co dopiero ostatnią część.
-Tak…- Wyszeptała z trudem, otwierając wreszcie pudełko.
Zapłakała widząc jego zawartość. On zaś nachylił się do niej i pocałował ją czule. Może jednak nowy rok nie zaczął się tak źle?
And major Tom, will sing along.
Yeah, they still say I'm a dreamer.
