CHICAGO PD – PART VII
ERIN POV
Erin nie puszczała ręki Jay'a. Miała wrażenie, że gdyby to zrobiła życie dosłownie by z niego uleciało. Siedziała tu już z Will'em 5 godzin. Nie rozmawiali dużo ze sobą, czasem tylko ktoś się odezwał do Jay'a, przypominając jakąś śmieszną historię. Co jakiś czas przychodziła też pielęgniarka, wymieniając płyny i spisując dane z monitorów.
- Erin idę po kawę. Też chcesz?
- Tak, brzmi nieźle… dzięki.
- Jasne.
Po tych słowach Will wyszedł zostawiając Erin samą.
- W końcu sami, co Jay? Nie jest wygodnie rozmawiać tak z tobą, gdy ktoś jest obok. Zresztą monologi też mnie za bardzo nie kręcą, dlatego czekam, aż się obudzisz – Erin pozwoliła sobie nawet na mały uśmiech. – Jay przepraszam cię. To wszystko moja wina. Powinnam pobiec za tobą, powinnam zawsze cię osłaniać. Zawiodłam… tak bardzo cię za to przepraszam, ale musisz się obudzić, żeby dać mi się zrewanżować, żebym mogła ci to wszystko wynagrodzić. Jay, skarbie musisz się obudzić. Musisz żyć, dla mnie… dla nas…
Erin wzięła delikatnie rękę Jay'a i przycisnęła do swojego brzucha.
- Jay wiesz co to znaczy. Będziemy mieli dziecko… dowiedziałam się dosłownie tydzień temu. Niedawno minął miesiąc, jeszcze tylko osiem. Do tego czasu musisz być już na nogach, by wziąć je na ręce i przeciąć pępowinę. Jay tak bardzo cię kocham i…
Nagle wszystkie maszyny zaczęły piszczeć…
VOIGHT POV
- Stój! CPD zatrzymaj się! – krzyczała obok niego Kim.
Biegli przez pusty magazyn za gościem, który postrzelił Jay'a. Mężczyzna nie dawał za wygraną i wciąż łudził się, że zdoła uciec, jednak w pewnym momencie jedna z kul, w końcu go dosięgła i padł na ziemię z dziurą w udzie. Natychmiast doskoczył do niego Ruzek i odepchnął pistolet faceta, a swój własny schował do kabury. Voight już myślał, że Adam cofnie się, ale ten skoczył na podejrzanego i zaczął okładać go pięściami po twarzy.
- Hej, hej, RUZEK! Odsuń się! Teraz!
Kevin trzymał młodego policjanta, a Antonio, Alvin i Hank otoczyli mężczyznę.
- Popełniłeś dzisiaj jeden wielki błąd. Zadarłeś z chicagowską policją. Zadarłeś z moim wydziałem. Postrzeliłeś mojego detektywa! – I w końcu Voight uderzył gościa w twarz.
- Tak! Zrobiłem to i nawet sobie nie wyobrażasz jak niezmiernie się z tego cieszę! Skoro tak się złościcie to zapewne wasz koleżka nie żyje? Nie martwcie się tym, na jego miejsce czeka wielu. Co to dla was za różnica jeden w tą czy tamtą…
Nie zdążył dokończyć zdania, bo tym razem pięść Antoniego spotkała się z jego szczęką. Nie czekając, aż zacznie znowu gadać Voight położył buta na ranie postrzałowej tego faceta.
- Na twoje szczęście, mój policjant przeżył, inaczej czekałoby cię coś o wiele gorszego niż śmierć.
- Ah tak? No cóż, nie wszystko się w życiu udaje. No to już.. skuj mnie i zaprowadź do szpitala, bo…
- O nie. To raczej nie jest możliwe, bo widzisz, ten policjant, jest dla nas bardzo ważny. Radze ci się przeżegnać, czy co tam chcesz, bo to już twoje ostatnie minuty na tym świecie.
- Że co?! Nie możesz tak! To jest morderstwo! Masz obowiązek mnie skuć i zabrać do szpitala! Co ty wyprawiasz?!
Voight przeładował broń i wypalił dwie kule prosto w pierś mężczyzny.
- Al zajmiesz się tym? Musi to wyglądać na normalny postrzał podczas pościgu. Kim ty zgłoś to do centrali.
- Jasne, daj mi chwilę.
W między czasie Hank wyciągnął komórkę i zobaczył nieodebrane połączenia od Erin z ostatnich dziesięciu minut. Natychmiast do niej odzwonił.
- Erin?! Co się dzieje?
- Hank… reanimują go. Znowu, już nawet nie wiem jak długo to trwa…
Zaczęła płakać mu do telefonu. Voight poczuł jak cała krew odpływa mu z twarzy.
- Erin już do ciebie jedziemy, będziemy za 10 minut!
Zespół patrzył na niego z przerażeniem.
- To Jay… znowu się zatrzymał. Reanimują go…
Jak na zawołanie wszyscy pobiegli do samochodów, łącznie z Al'em, który już skończył swoją robotę. Jechali na sygnałach przez pół miasta. Do szpitala dotarli w rekordowym czasie i pobiegli na OIOM, gdzie znajdował się ich przyjaciel. Gdy tylko przekroczyli próg oddziału, ujrzeli pośrodku korytarza Erin i Will'a, którzy stali, przytulali się i płakali… Właściwie to krzyk rozpaczy Erin słychać teraz chyba w całym szpitalu. Hank pobiegł jeszcze szybciej do swojej córki i chwycił ją w ramiona. Ona zaczęła płakać mu w ramie.
- On odszedł Hank. On nie żyje! Zostawił mnie! Zostawił nas!
Hank ścisnął mocniej Erin, ale dalej niedowierzał w to, co ona właśnie powiedziała. Szukał potwierdzenia w oczach Will'a… i znalazł. Doktor stał i patrzył się tępo, załzawionymi oczami w drzwi pokoju Jay'a. Dostrzegł to Antonio, który zaraz go przytulił, a wtedy Will wybuchnął głośnym płaczem. Reszta zespołu też się nie kryła ze łzami. Nawet Hank. Alvin usiadł na krześle i schował twarz w dłonie, Kim, Adam i Kevin stali przytuleni. To koniec… jego już nie ma.
Detektyw Jay Halstead nie żyje…
Cześć wszystkim! Mam propozycje dla wyjątkowych osób, które posiadły tajemną wiedzę i doskonale znają zarówno język angielski jak i polski, ponieważ potrzebuje fanfictionowego przyjaciela, który zechciałby tłumaczyć niektóre moje historie. Gdyby taki mały wariat znalazł się wśród was, to bardzo proszę o kontakt! :)
