Pierwszym, co poczuł, był silny, gorący wiatr, który uderzył go w twarz wraz z zebranym po drodze suchym piachem. Uścisk Liny zelżał i dłoń mimowolnie wyślizgnęła się z jego uścisku. Nie zdążył jednak nawet otworzyć oczu, żeby jej poszukać, bo czyjaś silna ręka zacisnęła się na szyi, pozbawiając tchu. Chciał za wszelką cenę ujrzeć twarz przeciwnika, ale drobinki skalne pod powiekami wciąż skutecznie udaremniały mu poleganie na zmyśle wzroku. Poczuł metalowe ostrze na gardle, więc instynktownie chwycił napastnika za nadgarstek. Należał on z pewnością do mężczyzny: był gruby, włochaty i szorstki, przypominał mu do pewnego stopnia jednego z pupilków Doriana Rogersa. Mimo to nie wydawał się on mocny albo po prostu to uścisk Syriusza stał się silny, bo pod jego wpływem obcemu trzeszczały kości. Musiał cierpieć z bólu, ale nie dał tego po sobie poznać. Syriusz czuł tylko głośne sapanie koło ucha i jedyna myśl, która była w stanie uformować się w jego umyśle dotyczyła tego, że człowiek za jego plecami był najprawdopodobniej tego samego wzrostu co on... a skoro tak, to otoczenie go ramieniem na wysokości szyi musiało być dla przeciwnika co najmniej niewygodne. Wykorzystując to na tyle, na ile pozwalało mu pozbawione dopływu tlenu ciało, uderzył go łokciem prosto w żebra. Usłyszał jęk za plecami, a uścisk na jego gardle zamiast zelżeć, zacisnął się jeszcze bardziej. O to mu chodziło. Syriusz nachylił się maksymalnie do przodu, czując, jak sztylet zostawia na szyi niezbyt głębokie, proste nacięcie. Adrenalina nie pozwalała mu na ból ani rozproszenie koncentracji. Wykorzystał dzielącą ich odległość, próbę przyciągnięcia go do siebie i własną siłę, by uderzyć tyłem głowy prosto w twarz napastnika.

Nie potrzeba mu było nic więcej. Człowiek za jego plecami stracił równowagę. Być może nie na tyle, żeby upaść, ale teraz Syriusz mógł spokojnie chwycić go mocno za przedramię i szybkim ruchem wydostać się spod jego ręki i wykręcić mu ją tak mocno, że mężczyzna mimowolnie upadł na kolana. To jednak nie był koniec. Syriusz zdążył wziąć tylko jeden, głęboki wdech, kiedy po jego prawej stronie pojawił się kolejny człowiek. Szybko kopnął kolanem klęczącego przed nim mężczyznę, żeby nie doprowadzić do walki z dwoma przeciwnikami na raz. Jednak, mimo że ten padł nieprzytomny na piach, Syriusz wiedział, że i tak był na straconej pozycji. Błyskawiczna zmiana klimatu z wilgotnej Anglii do suchej jak pieprz pustyni sprawiła, że ciężko mu było utrzymać się w pionie. Szalejący wicher, przez który nie mógł porządnie otworzyć oczu, utrudniał mu nie tylko widzenie, ale i zagłuszał ruchy otaczających go ludzi. Mimo że znajdowali się w tym samym położeniu, dla Syriusza była to nowość, której niekoniecznie potrafił sprostać. Próbował ruszyć do przodu, ale zanim uszedł chociażby kilka kroków, przewrócił się na ziemię. Zobaczył jak jego kolejny przeciwnik zbliża się do niego. Nie mógł rozpoznać twarzy, dostrzegł tylko szkarłatny płomień wokół jego ręki – rodzaj magii, której jeszcze nigdy nie widział. W normalnych okolicznościach oniemiałby z wrażenia, ale w tamtym czasie próbował jak najszybciej podnieść się z ziemi i odsunąć się od tego przerażającego zjawiska. Mimo to mężczyzna był coraz bliżej, a jego twarz wydawała się coraz wyraźniejsza. Z ust Syriusza zaczęła wysypywać się seria przekleństw, nad czym nie mógł zapanować. Paskudny płomień, który wyglądał, jakby mógł go spalić w całości w ciągu kilku sekund znajdował się już metr od niego, a on nie miał szansy na ucieczkę.

Wtedy znikąd pojawił się czerwony ogień, który zdołał zatrzymać mężczyznę przez atakiem. Syriusz otworzył usta ze zdumienia, kiedy przed jego oczami pojawiła się Lina – z zaciśniętymi zębami i różdżką wyciągniętą przed siebie.

– To już nie jest Leonoscars, Syriuszu! – krzyknęła, a on potrzebował kilku sekund na przetworzenie tej informacji. Instynktownie sięgnął do kieszeni kurtki, w której trzymał swoją magiczną broń, ale nie mógł jej tam znaleźć. Musiała mu wypaść w trakcie walki.

W tym samym czasie wokół nich pojawiła się większa grupa ludzi, przy czym każdy wyglądał na wściekłego i spragnionego rozlewu krwi. Bez różdżki i mocnego wsparcia Syriusz mógł pożegnać się z wygraniem tej walki, ale nie miał zamiaru się poddawać.

– Musimy wiać, Lina! – krzyknął w jej kierunku i chociaż był pewien, że przyjaciółka nie zrozumiała jego słów, to z łatwością wyczuła intencje.

Odwróciła się i najszybciej, jak pozwalały jej na to tonące w pisku nogi, podbiegła do Syriusza. Przeciwnicy stali w miejscu, jakby starali się zinterpretować ich motywy. Być może najlepiej by było, gdyby zamiast walczyć, po prostu się poddali. Jednak kiedy jeden z nich wyciągnął z pochwy ciężki, pokryty rdzą miecz, Syriusz doszedł do wniosku, że rezygnacja z walki wcale nie gwarantowała im bezpieczeństwa, a otrzymanie ciosu tak tępym ostrzem w kark, mogło skończyć się fruwaniem w Hogwarcie prawie bez głowy. Na całe szczęście Lina podzielała jego myślenie, bo z nich dwóch tylko ona miała różdżkę. Z jej magicznej broni wystrzeliła kolejna seria uroków, które mężczyźni zgrabnie omijali, niemalże od niechcenia.

Z każdej strony otaczała ich pustynia, ale trudno powiedzieć, czy to nie było elementem magii chroniącej Synjys. Gdziekolwiek by się nie udali, z pewnością nie zastaliby nic poza suchą przestrzenią. Powrót do domu również okazał się niemożliwy, bo teleportacja wymagała posiadania różdżki. Sytuacja wyglądała na niesprawiedliwą, wręcz beznadziejną, a z jakiegoś powodu Syriusz uważał, że to właśnie on ich pogrążył. Jednak nawet w najgorszym scenariuszu nie wyobrażał sobie, że ludzie Syjnys będą chcieli już we wstępie ich unicestwić, nie pytając nawet, jak się tutaj znaleźli. Zakładając, że trafili tam, gdzie chcieli, a nie do jakiegoś wymiaru pustynnych szaleńców.

Wtedy jeden z przeciwników zaczął coś tłumaczyć swojemu towarzyszowi, który z kolei wydawał się wybitnie znudzony. Lina postanowiła wykorzystać okazję i, nawet jeśli nie miało to już żadnego sensu, uciec jak najdalej od uzbrojonych mężczyzn. Syriusz ruszył za nią, chociaż miał wątpliwości co do tego rozpaczliwego posunięcia. Poruszali się niemalże jak muchy w smole, bez broni i jakiegokolwiek planu. Jednak zdystansowanie się od agresorów stanowiło w tamtym momencie cel numer jeden.

Nie zdążyli nawet przejść pięciu metrów, kiedy tuż za ich plecami pojawił się mężczyzna z mieczem i zaatakował. Najpewniej rozłupałby głowę Liny na pół, gdyby Syriusz nie rzucił się na nią i nie przewrócił na ziemię, Poczuł, jak ostrze z oporem przecina mu udo, ale nie miał czasu się nad tym zastanawiać, bo mężczyzna ponownie uniósł swój miecz. Z pewnością przebiłby mu serce, ale w momencie, w którym miecz dotknął materiału jego kurtki, zatrzymała go magiczna bariera. Syriusz spojrzał na Linę, która przerażona ściskała w dłoni różdżkę. Mężczyzna cofnął się o kilka kroków i zawołał coś do swoich towarzyszy, którzy w równie błyskawicznym tempie pojawili się tuż koło niego. To był koniec.

Jeden z nich najniższy i najbardziej krępy, chwycił Linę za włosy, a kiedy Syriusz automatycznie ruszył jej na ratunek, ktoś przywalił mu w głowę kolanem. Padł bezsilnie na ziemię, wściekły na siebie, że wpakował ich w takie bagno. Poczuł jak ktoś, związuje mu ręce za plecami i ciągnie za sobą jak na smyczy. Próbował wygramolić się z piachu, ale przy szybkim tempie, jaki narzucili ich przeciwnicy, ciężko było złapać równowagę. Lina miała jeszcze gorzej: jako kobieta nieprzyzwyczajona do tak uciążliwego sposobu poruszania się, przewracała się niemalże co chwilę. Syriusz chciał pomóc jej wstać, ale nie tylko miał unieruchomiona dłonie, ale również utrzymywano go w odpowiedniej odległości do przyjaciółki.

Wlekli go za sobą z dobry kawał drogi, zanim Syriusz usłyszał krzyk Liny za swoimi plecami. Odwrócił się szybko, żeby zobaczyć kątem oka, jak jeden z mężczyzn łapie ją w pasie i przerzuca przez ramię. Nie miał możliwości jednak przyjrzeć się temu, bo w tamtym momencie został popchnięty przez człowieka z mieczem, przez co wylądował z twarzą w piasku... ponownie.

Czuł się źle. Chciało mu się pić, rana na udzie stawała się coraz bardziej bolesna, a trwająca o wiele za długo podróż po pustyni pozbawiała resztki energii, którą chciał w sobie zachować na kolejny atak. W głębi ducha liczył, że uda mu się jeszcze zapanować nad sytuacją. W ostateczności jeszcze ich nie zabili. Chociaż wyraz ich twarzy sugerował, że to tylko kwestia czasu.

W końcu w polu ich widzenia znalazło się coś w rodzaju oazy... w każdym razie tak zakładał Syriusz, bo jej wygląd znał tylko z obrazków w książkach.

Była to zaledwie kępka trawy i samotne drzewo na środku wielkiej pustyni z malutkim źródłem, kiedyś zapewne pełnym wody. Obok tego niezbyt malowniczego widoku rozstawiono namiot i był to widok tak podobny do Leonoscars, że Syriusz poczuł się prawie jak w domu. Przynajmniej w minimalnym stopniu wiedział, czego się spodziewać. Kiedy tylko dotarli na miejsce, zostali siłą wepchnięci do środka tego magicznego portalu, który przeniósł ich w zupełnie inne miejsce. Obydwoje uderzyli brodami o kamienną, zimną posadzkę i było to uczucie o wiele bardziej bolesne, niżby się mogło wydawać.

Pomieszczenie okazało się zimne i jakkolwiek by to przyjemnie nie brzmiało, wcale takie nie było. Chłód panujący w czymś, co Syriuszowi najbardziej przypominało ciemny loch, był zupełnie inny, niż ten angielski, witający ich w wiosenne poranki. Nagła zmiana temperatury sprawiła, że przez ich ciała przeszedł dreszcz, przy tym to miejsce było równie suche jak pustynia, przez którą kroczyli o wiele za długo. Ponieważ w środku nie atakował ich już wiatr, mogli dokładnie przysłuchać się mowie, której używali w stosunku do siebie mężczyźni. Tak jak podejrzewali, nie był to żaden ze znanych im języków, chociaż sposób intonowania zdań przypominał Syriuszowi Saliema Norana. O dziwo, wcale nie poczuł się lepiej, kiedy wreszcie mógł usłyszeć głosy ludzi Synjys.

Ktoś przykuł go do ściany za pomocą ciężkich kajdan, a Syriusz zaśmiał się. Nie chciał umierać w taki sposób, to było żałosne. Jakiś mężczyzna mówił coś do Liny, ale ona nic nie rozumiała, bo i nie miała jak. Wpatrywała się jednak intensywnie w usta formułujące zdania, chcąc odczytać zamiary z samej mowy ciała.

Po chwili wszyscy oprawcy opuścili pomieszczenie, zostawiając więźniów całkiem samych. Lina, która z jakiegoś powodu nie została zaopatrzona w żelazne kajdany, podczołgała się do Syriusza i wymamrotała:

– Co teraz?

Nie wiedział. Był unieruchomiony, głodny i ranny, nie miał ochoty nawet myśleć o przyszłości.

– Hej! Słyszysz mnie, ty leniwy dupku?! – Lina potrząsnęła nim ze złością. – Jeśli przez ciebie tutaj zginiemy, zabiję cię.

– To naprawdę będzie miało jakieś znaczenie, skoro obydwoje będziemy martwi? – Syriusz podniósł głowę. – Nie możesz pozbawić życia kogoś, kto nie żyje. Pomijając to, że będąc w tej samej pozycji, również nie zdołasz niczego wskórać.

– Nie wiem, czy dostrzegłeś, ale jeszcze nas nie zabili.

Spojrzał na nią skonfundowany. Miała rację i chociaż teoretycznie było to oczywiste jak nadejście zmroku po dniu, to i tak nie mógł uwierzyć w jej genialną myśl. Momentalnie zmarszczył brwi i zaczął szarpać się z łańcuchami, które oczywiście pod żadnym pozorem nie chciały go wypuścić ze swoich objęć. Odwrócił się na tyle, na ile pozwalały mu łańcuchy i z całej siły zaczął kopać w mur. Nie liczył na szczególny efekt, ale i tak nie miał lepszego pomysłu. Poddawać się nie miał zamiaru. Musiał wyciągnąć stąd Linę.

Wrota po przeciwnej stronie lochu otworzyły się, a do pomieszczenia wkroczyła grupa ludzi. Jednym z nich był szczerzący zęby mężczyzna z ciężkim mieczem, ale jego uwagę przykuła drobna postać w szmaragdowym płaszczu z kapturem. Ciężko było dostrzec jej twarz, ale postura przypominała kobietę, ewentualnie niezbyt wyrośniętego nastolatka. Postać wskazała ręką na szamoczącego się w łańcuchach Syriusza, mówiąc coś ostrym, gniewnym, choć znajomym głosem. Był pewien, że ta barwa nie jest mu obca, chociaż za żadne skarby świata nie potrafił jej z nikim skojarzyć. To po chwili jednak straciło na znaczeniu, bo do lochu wkroczył odziany w czarną szatę czarodzieja mężczyzna.

– J-James...

Syriusz zamrugał powiekami, nie mogąc uwierzyć w to, co się działo. Lina odetchnęła z ulgą, jakby wizja nieskutego Pottera stawiała ich w o wiele dogodniejszej sytuacji.

– Ale z ciebie debil – parsknął James, podchodząc do siedzącej na posadzce kobiety, ale słowa kierując do przyjaciela.

Pomógł Linie wstać, łapiąc ją pod pachą, a ona jęknęła cicho. Bolały ją wszystkie kości, ale najbardziej doskwierała migrena.

– Jesteś ranna?

Pokręciła głową i zmierzyła Syriusza groźnym spojrzeniem, jakby co najmniej on to wszystko zaplanował.

Wtedy kobieta w szmaragdowym płaszczu tupnęła ze złością nogą, a otaczająca ją magia sprawiła, że całe pomieszczenie zaczęło drżeć i rozpadać się na kawałki. Otaczający ją mężczyźni patrzyli na nią z niepokojem, wyraźnie poruszeni. Z ich twarzy znikły kpiące uśmieszki, którymi tak chętnie obdarzali Syriusza. Po chwili kobieta opuściła pomieszczenie, chociaż on był pewien, że krąży gdzieś w pobliżu. Przytłaczająca, nieznana mu magia wciąż wirowała w pomieszczeniu. Nie mógł jej zobaczyć ani dotknąć, jednak czuł jej stężenie, które wcale mu się nie podobało. Kobieta nie mogła być taka silna. Po prostu nie.

James podszedł do Syriusza i z mieszaniną troski i rozbawienia zniszczył jego łańcuchy krótkim machnięciem różdżki, którą dumnie trzymał w swojej dłoni.

– Mieliście dużo szczęścia, z trudem zdążyliśmy na czas – powiedział, zakładając na ramiona Liny swoją szatę. – Tamci strażnicy spodziewali się natarcia, dlatego od razu woleli usunąć zagrożenie. Nie mieli pojęcia, że to wy.

– Możesz mi powiedzieć... – zaczęła z wahaniem Lina. Przełknęła ślinę i po chwili kontynuowała – O co tutaj chodzi? Ci ludzie chcieli nas zabić, a tu tak po prostu sobie wparowałeś jak gdyby nigdy nic. To nie jest śmieszne.

– No nie jest – przyznał. – Z wyjaśnieniami poczekam jednak na nią.

Lina rzuciła mu zdezorientowane spojrzenie, ale nie miała siły się wykłócać.

– W każdym razie – dodał po chwili, najpewniej po to, żeby ją uspokoić – znaleźliśmy się w samym centrum cywilizacji Synjys, którzy nie przywykli do tak bezceremonialnego łamania ich barier. Teraz już wszystko gra.

Wyciągnął z kieszeni swojej szaty różdżkę, która z pewnością należała do Syriusza.

– Jak ty...? – zdziwiła się Lina, ale nie potrafiła poprawnie uformować pytania. To było zbyt pokręcone.

Przez dłuższą chwilę stali wszyscy w milczeniu, a Syriusz zbierał się w sobie, żeby coś powiedzieć. Miał ochotę cisnąć w Jamesa czymś ciężkim, najlepiej kajdanami leżącymi obok niego, żeby zetrzeć z twarzy ten pogodny wyraz. Z drugiej strony chciał się też dowiedzieć, jak wygląda ich obecna sytuacja. Czy grozi im śmierć, czy faktycznie nie było już, czego się obawiać. Uformował sobie w głowę cały szereg pytań, które postanowił zadać, ale zamiast tego z tego powiedział coś zupełnie innego.

– Przepraszam.

Lina odwróciła się zszokowana, a James zmrużył oczy.

– Co?

– Przepraszam.

– Za co?

– Za to, co powiedziałem. Nie pamiętam już dokładnie co, ale to było żałosne, więc... no wiesz... no i za wszystko, bo chyba też powinienem. Na przykład, że spóźniłem się na twój ślub, bo zepsułem go chyba kilka razy, nie? Albo że spierdoliłem tę całą akcję wtedy... wtedy. – To nie był najlepszy moment na sceny tego typu, ale skoro już zaczął, nie potrafił się powstrzymać. – Ale najbardziej za ostatnie.

– Nie ma sprawy – wzruszył ramionami. – Ja też powiedziałem za dużo. Poza tym...

– Ja nawet nie wiem, co ty paplałeś. Pewnie to, co zwykle i miałeś rację.

James zmarszczył brwi niezbyt zadowolony.

– Za to ja, przekroczyłem granicę – kontynuował Syriusz – Jestem beznadziejnym przyjacielem i będę się smażył za to w piekle.

– Przestań dramatyzować, nic się nie stało. Mamy chyba teraz ważniejsze...

– Czy ty w ogóle pojąłeś znaczenie tego, co powiedziałem? Właśnie cię przeprosiłem, mógłbyś nie psuć tej wzniosłej chwili teraźniejszością. – Nawet kiedy za wszelką cenę starał się przypomnieć sobie moment, w której wypowiedział to słowo, nie mógł. W gruncie rzeczy był pewien, że przez ostatnie kilka lat nie wyszło z jego ust ani razu.

– Dobrze, niech ci będzie. To zrób to jeszcze raz – powiedział James, opierając się plecami o ścianę.

– Przepraszam – powtórzył Syriusz skruszonym głosem. Może powinien utonąć w morzy wstydu i hańby, ale zamiast tego czuł ulgę.

– Nie słyszałem, chyba coś mi wpadło do ucha. Możesz powtórzyć?

– Jesteś idiotą. W dodatku masz nasrane we łbie – wyrzucił zirytowany, zanim zdołał się powstrzymać.

– Całe szczęście – westchnął James, łapiąc się teatralnie za serce. – Już myślałam, że cię podmienili albo czymś otruli. Na przykład esencją mądrości.

– Zamknij się.

Stali tak przez dłuższą chwilę, śmiejąc się z siebie, a osłupiała z wrażenia Lina usiadła ponowie na zimnej posadzce. Tego było po prostu za wiele.

Wtedy do komnaty ponownie weszła kobieta w szmaragdowym płaszczu, a Syriusz przypomniał sobie, dlaczego się tutaj znalazł. Spojrzał na Jamesa pytająco, ale ten nic nie powiedział. Chciał więc popędzić go w wyjaśnieniach, ale kiedy kobieta ściągnęła kaptur z głowy, czas po prostu się zatrzymał.

Przed nim stała Natalie, ale nie była to osoba, którą znał z Leonoscars. Chociaż jej aparycja, strój, fryzura były identyczne, to sama postawa, wyraz twarzy tworzyły zupełnie innego człowieka. Ta kobieta stała wyprostowana i pewna siebie, ze skupionym wyrazem twarzy, a wokół niej wirowała magia tak silna, że Syriusz z trudem mógł oddychać. Gdyby nie oczy – trochę wesołe, na swój sposób głupiutkie, ale jakby kpiące i wpatrzone w niewidoczny dla innych równoległy świat – najpewniej negowałby rzeczywistość przez kolejną dekadę.

– Witaj, Syriuszu – powiedziała słodko, jak to miała w zwyczaju, a on jęknął. Potrzebował jeszcze co najmniej chwili, żeby zaakceptować to, czego powinien się domyślić już jakiś czas temu. Być może nawet część jego osobowości zdawała sobie sprawę z tego teatru, ale postanowiła brać udział w spektaklu. Mimo to najprawdopodobniej ujawniła się tutaj jego naiwność i przesadna ufność we własne zdolności.

– O Boże, to naprawdę ty – wyjąkał przesadnie wysokim głosem.

Stojący obok James zaśmiał się z wyrazu jego twarzy, co sprowadziło Syriusza na ziemię.

– Jesteś zawiedziony? – zapytała już w zupełnie innym tonie. Jej głos był teraz silny, dominujący.

– Bynajmniej – powiedział i było to tak szczere, że zaskoczył sam siebie. – Jestem pod wrażeniem.

Bo był, naprawdę. Nie znał się na rozszyfrowywaniu ludzi, ale nigdy nie sądził, że tak łatwo wyprowadzi go w pole kobieta. Zwłaszcza taka, do której coś czuł – nie miał pojęcia co, ale z pewnością było to "coś".

– Wszystko, o czym mówił Noran, zaprowadziło mnie do niej – wyjaśnił James. – Cała gadka o stworzeniu miejsca mającego chronić Tchnienie jakoś mi nie pasowała. W każdym razie jeśli ktoś miałby znać prawdę, to musiała to być ona, nie?

Natalie uśmiechnęła się w typowy dla siebie sposób, a Syriuszowi pozostało tylko wzruszyć ramionami.

– A dlaczego postanowiłaś się odkryć? – zapytał zrezygnowany.

– W każdej powieści nadchodzi taki moment, w którym prawda wychodzi na jaw, inaczej nie byłaby tak ekscytująca. Jeśli sekrety giną nie poznane przez nikogo, nie są wcale sekretami tylko niczym. Rzeczywiste jest tylko to, o czym wiemy, reszta to iluzja – stwierdziła, wciąż zachowując pogodny wyraz twarzy.

– Wciąż nic nie rozumiem z tego, co mówisz – odparł zmęczony.

Do pomieszczenia wkroczyła grupa ludzi i zaczęła mówić coś do Natalie, a ona odpowiadała im chłodno, nie okazując ni krzty sympatii. Po chwili kobieta przeniosła swój wzrok na skupionego Jamesa oraz stojącą obok sfrustrowaną Linę, aby wkrótce znowu przybrać uroczy wyraz twarzy prosto z Leonoscars.

– Chyba nie ma sensu dalej tu tkwić – rzekła, by zaraz potem przemówić ponownie do potomków Synjys.

Tamci wydawali się nagle jakby zagubieni i wyszli pospiesznie z komnaty. Jednak oni również najwyraźniej nie mieli pozostać tam dłużej, bo Natalie wskazała im ręką wyjście. Lina nie wahała się ani chwilę więcej, szybko opuściła to nieprzyjemne pomieszczenie, a za nią poszedł James. Syriusz poczekał, aż Natalie ruszy się z miejsca i dopiero, gdy ona podeszła do drzwi pomieszczenia, podążył w jej stronę niepewnie.

Wkroczył z nietęgą miną do długiego korytarza, w którym panowała identyczna atmosfera jak w lochu. Byłby nawet przekonany, że wciąż pozostał w tym samym miejscu, gdyby pomieszczenie nie było węższe. Szedł za Natalie, wpatrując się w jej plecy i ściskając w dłoni różdżkę, jakby ta miała go chronić przed zapadającą się iluzją stworzoną przez dziewczynę.

W końcu był w stanie dostrzec światło na samym końcu tunelu, co na swój sposób napełniło go optymizmem. Być może panujący wokół półmrok nieszczególnie do niego przemawiał, nawet jeśli chronił przez palącym słońcem pustyni. Powoli zbliżali się do wyjścia, z każdym krokiem korytarz wydawał się coraz cieplejszy, przy czym było to niezwykle przyjemne. Kiedy Syriusz ostatecznie przekroczył próg prowadzący na zewnątrz budynku, zdał sobie sprawę, że znalazł się w zupełnie innym świecie – znacząco różnym od nie tylko Anglii, ale i również pustyni, w której przebywał jeszcze jakiś czas temu.

Wydawało mu się, że wylądował w lesie tropikalnym, bo z każdej strony otaczała go gęsta, bujna roślinność, przy czym powietrze wydawało się nazbyt wilgotne pomimo panującego upału. Taka zmiana klimatu znowu sprawiła, że przez ciało Syriusza przeszedł dreszcz. Dopiero po jakimś czasie dotarło do niego, że z wielu stron otaczały ich drewniane chaty, przy czym były to urokliwe budowle pokryte czymś podobnym do bluszczu oraz mchu. Sama konstrukcja okazała się na tyle specyficzna, że dla przeciętnego mieszkańca Anglii jej określenie czy opisanie należało do zadań niewykonalnych. Próżno doszukiwać się elementów wspólnych, bo każdy z domów wyglądał zupełnie inaczej: jeden opierał się na nieznanym Syriuszowi z gatunku drzewie o pięknych, złotych kwiatach. Sam w sobie nie mógł zajmować zbyt wiele miejsca, chociaż zdobił go taras ułożony na jednej z gałęzi. Kolejny budynek okazał się tak dziwny, że nawet stwierdzenie, czy jest to jedna chata, czy może kilka mniejszych, stanowiło abstrakcję. Kiedy Syriusz spojrzał w górę, zdał sobie sprawę, że tuż nad jego głową również znajduje się kompletnie nie pasujący do całości element. Wyglądał, jakby wpadł w sieć roślinności przeplatającej się między drzewami i już tam pozostał. Jakim cudem ludzie dostawali się do jego środka, nie wiedział, jednak nie miał siły dłużej się nad tym zastanawiać.

Przez kilka minut był przekonany, że znaleźli się w jakimś opuszczonym przez ludzi miejscu, jednak kiedy porządnie skupił wzrok, był w stanie dostrzec wpatrującą się w niego parę wielkich, brązowych oczu. Wkrótce potem dotarło do niego, że między krzewami przemykają postacie, przy czym były to osoby tak zlewające się z otoczeniem, że z trudem mógł ich dostrzec. Gdyby część z nich nie zatrzymywała się po drodze, żeby przyjrzeć się im z zaciekawieniem, najpewniej w ogóle nie zdawałby sobie sprawy z ich obecności. Wszyscy bowiem mieli jakby szare, brudne buzie i jasne włosy zaplątane w dziwne warkocze.

– Myślałam, że Synjys to ludzie pustyni – powiedziała cicho Lina, dotykając różowego pąka kwiatów, które wyrastały na mocnych pędach okalających jedną z chat.

- To nie są Synjys... – powiedziała Natalie, uśmiechając się wesoło. – Lasy te zamieszkuje plemię Hasana, są naprawdę niesamowici. Pustynne klimaty to nie jest nic przyjemnego dla Europejczyków, nie wiem, ile byście tam wytrzymali...

– ...więc nas wykopałaś do zupełnie innego miejsca? – wtrącił Syriusz. – Jak?

– Ludzie Synjys nie mają swojej wioski – odrzekła, przenosząc swoje spojrzenie na Blacka, a on szybko odwrócił głowę. – To byłoby zbyt niebezpieczne. Jednak dysponujemy całkiem niezłą formę przenoszenia się pomiędzy różnymi miejscami.

– Jak teleportacja?

– Nie tak bym to nazwała. Nasze klucze zapewniają możliwość zmiany miejsca, ale tylko do krain, w których znajduje się odpowiedni portal. Wasze różdżki mogą was zabrać, gdziekolwiek byście nie chcieli, ale wiąże się z tym większe ryzyko, możecie też blokować sobie tę zdolność, czyż nie? Natomiast wasze czary nie mogłyby mnie zatrzymać.

– Chyba, że ktoś przeniósłby się z tobą...

– Chcesz spróbować, Syriuszu? – zapytała słodko.

Nie odpowiedział. Zamiast tego burknął pod nosem coś, co tylko on mógł zrozumieć.

Natalie ruszyła w stronę jednej z chat, a oni poszli za nią, bo i tak nie mieli pomysłu na żadną inną czynność. Syriusz miał serdecznie dość tego błąkania się bez odpowiedniej ilości informacji, ale postanowił wykrzesać z siebie dodatkową ilość cierpliwości. Musiał wytrzymać jeszcze tylko trochę.

Znaleźli się wewnątrz drewnianej konstrukcji, a było to pomieszczenie całkowicie puste, nie licząc paleniska na samym środku. Natalie usiadła tuż przy nim i rozpaliła ogień, który ku zdumieniu Syriusza wcale nie wzniecił pożaru, a jedynie rozświetlił izbę tak, że teraz mogli dojrzeć w niej miękkie poduszki oraz niskie stoliki, na których leżały dzbany z przeróżnymi substancjami.

Syriusz chrząknął, żeby zwrócić na siebie uwagę, ale Natalie wpatrywała się w roztańczone płomienie i całkowicie ignorowała jego zachowanie. W tym świetle wyglądała na swój sposób ładnie, jak niezrozumiane choć fascynujące dzieło sztuki. Przez chwilę Syriusz wpatrywał się z nią oczarowany, ale zaraz potem zmarszczył brwi i powiedział:

– Nie wydaje ci się... wam – dodał, patrząc na Jamesa – że należą mi się jakieś wyjaśnienia.

– Nam – poprawiła go Lina i usiadła przy palenisku, tuż naprzeciw Liny.

– Ja nie mam zbyt wiele do powiedzenia, sam prawie nic z tego nie rozumiem – rzekł James, chowając dłonie w kieszeniach szaty. – Po prostu po całej tej rozmowie z Noranem, istnienie Leonoscars wydało mi się co najmniej dziwne. On sam zasugerował, że ta wioska najpewniej powstała w konkretnym celu. Przypomniałem sobie, jak Dumbledore nam powiedział, że nie posiada żadnych informacji na ten temat... to dziwne, nie? On normalnie wie wszystko. Jakim cudem więc nie zbadał czegoś, co jest tak podejrzane i jednocześnie tuż pod jego nosem? W tym wszystkim jednak najbardziej interesujące było to, że on wyglądał na kompletnie nieprzejętego, jakby wcale go ta cała rzecz nie dziwił ła wtedy do mnie cała patologia akcji z Gibbonem czy późniejszych opowieści. Jak to możliwe, że nikt nie jest w stanie nic o Leonoscars powiedzieć, jakby kryły się tam jakieś tajemnice Slytherina, a jednocześnie Syriusz zdobywa informacje tak łatwo, jakby to była kwestia zwykłej pogadanki. Najważniejsza księga dla tamtejszych ludów, a Mauron pokazuje ją jak gdyby nigdy nic. Pomyślałem, że może za sznurki pociąga tutaj Voldemort, ale jaki on miałby interes w wodzeniu nas za nos? Żaden. Zwłaszcza, że nie jesteśmy typami osób, które zaczną sprzedawać własne sekrety nieznanym osobom. To nie miało sensu. Tylko jaki interes mogą mieć ludzie z Leonoscars? Tak o tym myślałem i udałem się do Natalie. Chciałem poznać odpowiedzi. Jednak zanim zdążyłem je uzyskać, okazało się, że KTOŚ postanowił na własną rękę udać się do świata ludzi Synjys.

Natalie uśmiechnęła się pod nosem i zamieszała w palenisku, a kiedy spojrzenia pozostałych przeniosły się na nią, podniosła głowę i wciąż z tym samym, niewyraźnym wyrazem twarzy rzekła:

– Nie ma już nas zbyt wiele, utrzymywanie tajemnic Synjys to ciężki kawałek chleba. Sama, z braku lepszego słowa powiem, magia wymaga dużo wysiłku i skupienia, na swój sposób wyniszcza organizm. Jednak nie jesteśmy głupi, doskonale wiemy, jak bardzo cenni możemy się okazać dla pospolitych czarnoksiężników. Nie wnikamy w angielskie konflikty... w żadne konflikty. Funkcjonujemy po swojemu i dla siebie. Jednak w końcu i do nas dotarła wiadomość, że ten wasz Lord Voldemort czegoś od nas chce. Na początku myślałam, że chodzi o nasze zdolności, które wypracowaliśmy przez lata... ale nie. On szuka czegoś innego. Ostatniej strony Tchnienia, jestem tego pewna – zakończyła jakby ze złością, wbijając kawał drewna w ogień.

– Co jest na tej...hm... ostatniej stronie? – zapytała nieśmiało Lina. Natalie jednak tylko zaśmiała się w sposób, który nie zawierał w sobie ni krzty radości.

– Pamiętam to Tchnienie – rzucił głośno Syriusz. – To była ta książka pełna bajek, tak?

– Wszystko zostało tam spisane w celu ukrycia dzienników Kerana dotyczące działań Nyah, żeby utrzymać przy życiu Cashile. – powiedziała Natalie. – Nie wiem oczywiście, czy dokładnie tak wyglądało ich życie, relacje, plany i nadzieje. Z pewnością za to czarodziej podróżował po piaskach pustyni i został tam zraniony, by później zostać ocalonym przez jedną z plemiennych dziewcząt. Ich małżeństwo było zwiastunem chaosu, ale prace Nyah nad utrzymaniem męża przy życiu przeszły do kilku plemion, w tym do Surgów. Mówiono, że dziewczyna z tamtych obszarów pokonała śmierć, co oczywiście niewiele miało wspólnego z prawdą, bo Cashile martwy nie był. O krok od śmierci, ale wciąż żywy. Jednak to nie zmieniało faktu, że udało jej się coś, czego inni nie rozumieli. Coś, czego my Synjys nawet nie możemy zgłębić, bo wbrew pozorom zdolności pierwszego z naszego plemienia znaczącą różnią się od tych, które posiadała Nyah. Czy więc naprawdę udało jej się odwrócić przeznaczenie? Na pewno za to mikstura, którą przyrządzała, miała szkodzić na... duszę? To bardzo abstrakcyjne pojęcie. W każdym razie ona z zasady powinna skupić tę umierającą część i ją umartwić, tak żeby pozostała ta zdrowa, jakkolwiek bezsensownie by to nie brzmiało. Tylko że w praktyce okazało się, że bez tego fragmentu "ja" nie da się normalnie funkcjonować, że coś jest zranione i nie da się tego wyleczyć. To, co wymyśliła Nyah miało działać tak, żeby te negatywne skutki nie istniały, po prostu... odbudowały martwą część.

– Voldemort chce się... zabić? – zdziwił się Syriusz.

– Nie mam pojęcia, do czego on dąży – odparła Natalie z roztargnieniem. – Nam zależy tylko na tym, żeby dał nam święty spokój. Szukaliśmy więc osoby, która była jego informatorem...

– Salien Noran? – wtrącił James.

– Tak... – powiedziała i tym razem na jej twarzy pojawiło się coś w rodzaju niezdrowego triumfu. - Nie mogliśmy się do niego zbliżyć, bo on doskonale zna nasze zdolności i zniknąłby, zanim zdążylibyśmy wykonać jakikolwiek ruch. Dowiedzieliśmy się o jego spotkaniu z tym zwolennikiem Lorda Voldemorta, więc... postanowiłam dodać temu trochę smaku. Oczywiście to nie było takie łatwe, zbudowanie Leonoscars od podstaw...

– Co to znaczy... od podstaw? – wyjąkał Syriusz.

– Musiałam odpowiednio wniknąć w umysł kilkudziesięciu osób... – kontynuowała, jakby Syriusz wcale jej nie przerwał. – W taki sposób, żeby Noran się nie domyślił. Miałam już go w garści, ale... zorientował się i uciekł. Nie zdołałam go zatrzymać. Wiedziałam, że tamtego dnia doszło do bójki i za zwolennikiem Lorda Voldemorta pognał jakiś młody chłopak.

– Młody chłopak? – burknął pod nosem, jakby obrażony.

– Chciałam się go pozbyć, wiedziałam, że tu wróci, dlatego postanowiłam utrzymać Leonoscars jeszcze przez jakiś czas. Tylko że potem okazało się, że tym kimś jesteś ty – wskazała na niego palcem.

– No i co, że ja?

– To nie było nasze pierwsze spotkanie – powiedziała, uśmiechając się uroczo.

– Nie?

– Postanowiłam wtedy zagrać wszystkimi kartami. Ja nie mogłam się zbliżyć do Norana, ale czarodzieje już tak. W przypadku zdolności Synjys Noran wykazywał szczególny talent, ale czary... marne dawał popisy, chyba jak każdy z nas. Musiałam to tylko zrobić tak, żeby się nie domyślił, że za tym wszystkim stoję ja. Wykrzesałam z siebie odpowiednie dozy cierpliwości i... udało się. W końcu go znaleźliście, do pewnego stopnia rozkojarzyliście. – Zamilkła na chwilę, jakby szukając odpowiednich słów. Przetarła dłonią niski stolik i wlała do jednego z kubków bladoniebieski płyn z drobinkami czegoś przypominającego rozmaryn. – Zdołaliśmy go otoczyć i pojmać. Teraz nie będzie w stanie powiedzieć nic więcej.

– Co się z nim stało? – zapytał James.

– Tyle włożyliście w to wysiłku, a on zdążył i tak wszystko wypaplać – wtrącił się Syriusz. – Rozmawialiśmy z nim, przekazał Voldmeortowi potrzebne informacje.

– Wciąż nie dał mu klucza, więc bez względu na wszystko nie jest w stanie nas znaleźć.

– Ale udało mu się ukraść Tchnienie...

– Dla niego przydatna jest tylko ostatnia strona, której tam nie ma – rzuciła Lina. – Sposób na dzielenie i umartwianie ciała, jak i do późniejszej odbudowy, czy nie tak?

Natalie spojrzała na nią z zaciekawieniem. Nie potwierdziła, ale przecież nie musiała. Voldmeorta z pewnością nie interesowały plemienne legendy, nawet jeśli okazały się prawdziwe. Większa moc, potęga i władza... tylko to się dla niego liczyło.

– Gdzie jest ta ostatnia strona? – zapytał James, ale odpowiedział mu Syriusz:

– Myślisz, że ci powie? Mała oszustka. Jeśli to jest dla nich takie ważne, z pewnością się tym z nami nie podzieli.

– Gbur z ciebie – odparł zirytowany.

– Obawiam się, że może mieć sporo racji – dodała Lina.

– Ja też tak sądzę – rzekła Natalie, przez co wszystko pozostali spojrzeli na nią zdziwieni. – Nie mogę wam wszystkim opowiedzieć o sposobie znalezienia ostatniej strony Tchnienia, nie ufam wam.

– Nawzajem – rzucił obrażony Syriusz.

– Ale mogę zabrać cię ze sobą – dodała, uśmiechając się szeroko i promiennie.

Atmosfera momentalnie zgęstniała, ale żadne z nich nie potrafiło odnieść się do propozycji Natalie. Nie wiedzieli zresztą, co dokładnie mogła dla nich oznaczać.
Bez względu na wszystko, Natalie wciąż była dla Syriuszem prawdziwą kopalnią zagadek. Nawet teraz, kiedy kurtyna opadła, wciąż czuł się, jak we śnie: błądząc po omacku i próbując się dostać w miejsce, którego nie potrafił określić, ale bardzo mu zależało, żeby się tam znaleźć. Spojrzał pytająco na Jamesa, ale on tylko przyglądał mu się uważnie, jakby pozostawił decyzję jemu.

Wybory... nie znosił ich. Wolał, kiedy życie było prostsze i po prostu ktoś mu coś nakazywał i on mógł to zrobić. Nie tak jak teraz. Poza tym nie lubił tajemnic, którymi nie mógł podzielić się z przyjacielem.

– Mną się nie przejmuj – powiedział James, jakby czytając w jego myślach. – Ja i tak mam zamiar odpuścić. – Dostrzegając zdziwione spojrzenie Syriusza, dodał: – Myślałem o tym, co mi powiedziałeś...

– Nie powinieneś wspominać o moim głupim...

– Miałeś chyba trochę racji – rzekł spokojnie, ale coś w jego oczach się zmieniło, jakby znalazł się tam wyraz, którego nigdy wcześniej nie było. - Niedługo zostanę ojcem, nie? Są rzeczy ważne i ważniejsze. Pościg za Voldemortem to jeden z moich priorytetów, ale... wolałbym, żeby nie groziło im niebezpieczeństwo przez to, że ja nie potrafiłem zachować się, jak należy. Powiem o tym profesorowi, jak tylko wrócę do Anglii. Tak czy inaczej będziesz się musiał przyzwyczaić do mojego braku na polu bitwy, przynajmniej przez jakiś czas – ostatnie zdanie wypowiedział z lekkim rozbawieniem zmieszanym z nostalgią. Jakby nie potrafił się zdecydować, czy jest mu bardziej smutno czy radośnie.

Syriusz nie miał pojęcia, jak się do tego ustosunkować, więc jedynie kiwnął głową ze zrozumieniem.

– W takim razie niech ci będzie, kłamczucho – rzucił o wiele głośniej niż zazwyczaj. – Szukajmy zakończenia tej dennej opowieści!