Oto kolejny rozdział, niestety wciąż bez bety. W dalszym ciągu zachęcam do skontaktowania się ze mną każdego, kto chciałby podjąć się tego zadania. / EDIT. Betowała wspaniała Himitsu, której z całego serca za to dziękuję.
Serdecznie dziękuję za wszystkie komentarze, podniosły mnie na duchu. Cieszę się też, że podoba wam się wybór ficka. NigrumLotus - twoje uwagi były bardzo pomocne, dziękuję za nie. Oczywiście zachęcam wszystkich do dalszego komentowania.
Odpowiadając na pytania - tak, mam zamiar przetłumaczyć wszystkie rozdziały. Mam też nadzieję, że uda mi się wytrwać w tym postanowieniu. W każdym razie, na dzień dzisiejszy nie mam zamiaru porzucać tego tekstu.
Ktoś się zapytał, czy jest to część jakiegoś innego ff - odpowiadam więc, że nie. Wprawdzie The Fictionist napisała po skończeniu tego opowiadania prequel, ale, jak sama nazwa mówi, został on stworzony później. Jeżeli uda mi się skończyć to tłumaczenie, być może, jeżeli znajdą się zainteresowani, wezmę się także za jego prequel. Ale na razie nie chcę wybiegać aż tak bardzo w przyszłość.
Więcej pytań nie było, więc pozostaje mi tylko zapraszać do przeczytania kolejnego rozdziału. Smacznego!
Ulubieniec Losu
Rozdział drugi
Głos Harry'ego ochrypł od ciągłego mówienia.
Powiedział im o ataku dementorów, o blokowaniu uczucia, jakie pojawia się przy wysysaniu duszy i bolesnym lądowaniu na Tomie oraz jego kociołku sekundę później, a pięćdziesiąt lat wcześniej. Opowiedział im o tym, jak pomimo swoich próśb przydzielony został do Slytherinu i o bezlitosnej ciekawości młodego Mrocznego Lorda, która zakończyła się tym, że w Halloweenową noc obaj wylądowali w Skrzydle Szpitalnym.
Wspomniał o wielu sprzeczkach i rozmowach późną nocą (częściowo spowodowanych budzeniem się przez koszmary) i ogólnej akceptacji tego, że Czarna Magia może nie być tak zła, jak to sobie wyobrażał.
Większość Gryfonów gapiło się na niego z oburzeniem, ale kontynuował, nim mogliby wyrazić na głos swoje uczucie zdrady. Uśmiechnął się nieznacznie, opowiadając kilka wybuchowych „debat" o Czystości Krwi i o tym, jak ostatecznie przekonał Toma, że Czysta Krew nie zawsze oznacza coś lepszego. Postanowił również, że rozsądnym byłoby wspomnieć, iż Tom wyjaśnił mu i przekonał w sprawie problemu, jaki stanowią mugolaki, przez który powinno się uczyć ich trochę o kulturze i tradycji Czarodziejów zanim przyjdą i zaczną na nią narzekać.
Uważał te przemyślenia za zwycięstwo. Zwycięstwo.
Hermiona wyglądała na zamyśloną, kiedy usłyszała tę propozycję, a jej oczy lśniły tą starą ciekawością intelektualną. Uśmiechnął się do siebie, wiedząc, że Tom będzie wkrótce wypytywał Granger o to, co sądzi o jego poglądach. Och, nie od razu, ale w końcu zapewne skończy się to dyskusją między nimi dwoma. To było praktycznie nieuchronne. Mógł mieć tylko nadzieję, że Tom będzie dla niej miły. Wątpił w to, ale miał nadzieję.
O reszcie roku wspomniał bardzo krótko, stwierdzając tylko, że zbliżyli się do siebie i nie, plotki nie są prawdziwe i tak naprawdę nie był kochankiem młodego Czarnego Pana. Gwałtownie urwał i wzruszył ramionami.
- To by było na tyle – stwierdził.
- Wciąż jest Tomem Riddle'em! – wykrztusiła Ginny. Wyglądała na spiętą. – Harry, też mu ufałam i wiesz jak na tym skończyłam! Może zachowywać się uroczo, ale jest draniem!
- W sumie jest – zgodził się Harry. – Kiedy chce nim być. – Wydawała się być zaskoczona tym, że to przyznał.
- Więc dlaczego jesteś jego przyjacielem? – wytknął Fred, krzyżując ręce. – Skoro jest takim draniem. Mam na myśli, daj spokój… pomyśl o tym, co zrobił mojej siostrze!
- To nie on – powiedział automatycznie Harry. – To się dla niego jeszcze nie zdarzyło.
- Harry… - Hermiona westchnęła z rozpaczą.
- Nie praktykuję zaprzeczenia! – dodał szybko, zerkając na nią. Nie była przekonana, ale, ku jego wielkiej uldze, nie ciągnęła tematu.
- To nie znaczy, że musimy go lubić, prawda? – zapytał w końcu Ron.
Na twarzy Harry'ego pojawił się uśmieszek.
Przywlekł się do Wielkiej Sali wcześnie rano – była siódma – na rozpoczynające się śniadanie. Było ono otwarte od siódmej do dziewiątej. Zajęcia rozpoczynały się dziesięć minut po jego zakończeniu.
Żaden z jego Gryfońskich przyjaciół jeszcze nie wstał, ale to nie było szczególnie nienormalne. Harry także zwykł spać do późna, wciąż to lubił, ale z powodu ustanowionej rutyny (Dursleyów) był rannym ptaszkiem i zazwyczaj preferował bezsenność. Rzucił na siebie glamour, ukrywając niemal niekończące się worki pod oczami. To nie była dobra noc. Nigdy nie była.
Wchodząc do Wielkiej Sali zobaczył Snape'a i Flitwicka przy stole nauczycielskim oraz w większości pustą salę z zaledwie małą garstką Krukonów, parą borsuków, garścią bardziej niż podekscytowanych i zdenerwowanych pierwszorocznych Gryfonów i kilku Ślizgonów.
W tym jego Ślizgonów.
Cóż, nie jego. Ale z jego czasów. Kurwa. Nie jego czasów. Przeszłości – to właśnie miał na myśli.
Byli wśród nich Tom i Zevi. Zevi był po prostu rannym ptaszkiem, wiedział o tym, ale Tom sypiał całkiem normalnie, kiedy mu nie przeszkadzano. Oczywiście, Tom miał tendencję do bycia zbyt zajętym, aby spać, z tymi swoimi wszystkimi szalonymi eksperymentami i projektami, ale kiedy już spał, spał spokojnie. Oznaczało to, że nie spał z powodu Harry'ego. Zatrzymał się na chwilę, zastanawiając, czy ma obowiązek siedzieć samotnie przy stole Lwów, po czym ruszył i zajął miejsce po prawej stronie Toma.
- Kawy? – Uśmiechnął się dziedzic Slytherina. Przyjął oferowany puchar, rozbudzając się nieznacznie przy pomocy kuszącego zapachu kofeiny. Jej temperatura była idealna. Kochał magię.
- Mój bohater – wymamrotał, biorąc duży łyk.
- Och, a zacząłem mieć nadzieję, że uda ci się wypowiedzieć chociaż jedno normalne zdanie przed tym, jak zaczniesz mnie obrażać – powiedział oschle Tom. Harry uśmiechnął się. – Więc spałeś tak źle jak zawsze? – kontynuował Ślizgon bardziej poważnie.
Jego uśmieszek zniknął i zastąpiony został wzruszeniem ramion. Wziął kilka kolejnych łyków swojego ulubionego napoju… nie licząc soku mango, który robiły Skrzaty Domowe Abraxasa – za niego mógłby umrzeć. Zauważył, że zarówno Snape jak i Flitwick wpatrują się w ich trójkę.
- Łał, naprawdę brakowało mi śniadaniowych, zamieniających się w przesłuchanie gadek szmatek – zauważył sarkastycznie. Zevi zakaszlał do swoich płatków zbożowych i pokrojonych bananów.
- Oczywiście, że ci brakowało – odparł złośliwie Tom. – Oznaczają one przecież, że spędzasz ze mną czas. – Harry uśmiechnął się, lekko rozbawiony.
- Oczywiście, Tom, WŁAŚNIE to miałem na myśli – wycedził. – Wcale nie powiedziało tego twoje niesamowicie duże ego.
Riddle roześmiał się.
- W ogóle nie straciłeś nic ze swojej bezczelności przez te pięćdziesiąt lat, co? – odpowiedział z czymś, co dla kogokolwiek innego prócz Toma mogłoby być sentymentem. – Myślałem, że mógłbyś trochę dojrzeć.
- Co, i pozbawić cię umysłowego pobudzenia, jakie powodują moje zniewagi? Nigdy! Nudziłbyś się jak cholera! – skwitował Harry.
- Jestem pewien, że gdybyś zdecydował, że szacunek nie jest dla ciebie zbyt wysoko postawionym celem, znalazłbym sobie jakąś inną rozrywkę. – Tom uniósł brwi. Mimo tego wciąż nie wyglądał na rozdrażnionego.
- Nie – zdecydował z zamyśleniem Harry, uśmiechając się. – Jestem całkowicie pewien, że to za wysoko postawiony dla mnie cel.
- Albo, tak czy owak, twoja wymówka – skomentował Zevi. Jego uśmiech poszerzył się, a Tom pokręcił głową.
- Przypomnij mi, dlaczego znów muszę ciebie znosić?
- Ponieważ jestem zniewalający – oznajmił niezwłocznie Harry, po czym zamilkł na moment. – I nie udało ci się mnie zamordować. Ale głównie dlatego, że jestem zniewalający. Oczywiście.
- Oczywiście – powiedział Tom, chociaż Harry poczuł, że wraz z tym oświadczeniem chłopak z niepokojącą intensywnością koncentruje na nim swoje spojrzenie.
Pomiędzy nimi zapadła komfortowa cisza.
Jakiś czas później do Wielkiej Sali weszli Ron i Hermiona, oczami przeszukując stół Gryfonów, a dopiero później zauważając go przy stole Ślizgonów. Tom przyglądał się im oceniająco. Harry po prostu wiedział, że katalogował teraz wszystko, co o nich wiedział, na ten swój upiornie Holmesowski sposób. Jego najlepsi przyjaciele wahali się przez sekundę, po czym nienasycone pragnienie wiedzy Hermiony (prawie tak złe jak u Toma) wygrało i pociągnęła Rona za rękaw. Przy stole Ślizgonów zapadła śmiertelna cisza.
- Cześć, Harry, szukaliśmy cię w Pokoju Wspólnym, ale już cię tam nie było – zaczęła nerwowo dziewczyna, najwyraźniej nie będąc pewną, czy powinna ignorować Ślizgonów, czy nie. – Er… McGonagall poprosiła mnie, bym dała ci twój rozkład zajęć. – Podała mu kartkę, a on przyjął ją z uśmiechem.
- Dzięki, Hermiono – mruknął. Chwilę przeglądał swój plan lekcji, ignorując nacisk ramienia Toma, który pochylił się, aby także go przeczytać. Dziewczyna otworzyła usta, by ponownie coś powiedzieć, ale jej przerwano.
- Więc jesteś Hermioną – dumał Tom, jak gdyby jeszcze o tym nie wiedział, podnosząc oczy znad planu zajęć Pottera. – A ty Ronem Weasleyem? – dodał z niewielkim uśmieszkiem na ustach. – Najlepszymi przyjaciółmi Harry'ego.
- Tak, jesteśmy – wypalił dość agresywnie Ron.
- Tom Riddle. – Chłopak wyciągnął w geście powitania swoją smukłą dłoń. Ron nie poruszył się, więc to Hermiona niepewnie ją uścisnęła. Źrenice jej oczu nieznacznie rozszerzyły się, kiedy Tom w typowym, czystokrwistym powitaniu ucałował jej dłoń.
Harry natychmiast stał się podejrzliwy.
Twarz Rona zaczęła robić się czerwona.
- Poznajcie Zeviego Prince'a, Abraxasa Malfoya, Cygnusa Lestrange'a i Alpharda Blacka – przedstawił dziedzic Slytherina.
- Cała przyjemność po mojej stronie – przywitał się bez wahania Alphard. Mimo tego Harry zauważył lekki grymas ukryty w kącikach jego warg.
- Granger? – powtórzył Abraxas. – Jesteś może związana z Dagworthem-Grangerem?
Nastąpiła chwila ciszy.
- Moi rodzice są mugolami – powiedziała Hermiona z dumą w głosie, a jej broda wysunęła się nieznacznie.
- O radości – wymamrotał Lestrange. – Evans jest Gryfonem i kochankiem szlam. A nie mówiłem? – Harry zmrużył oczy.
- Zamknij jadaczkę, Lestrange! – warknął Ron. – Ona jest dziesięć razy lepszym czarodziejem niż ty kiedykolwiek będziesz!
- Ktoś tu się napuszył – trajkotał Lestrange z uśmieszkiem satysfakcji. Harry czuł na sobie wzrok Toma i niemal zmarszczył brwi.
- Ktoś tu… - zaczął jadowicie.
- Ach, ach, Lestrange – uroczo przerwał mu Tom. – Nie zapominajmy o manierach, co by powiedziała twoja matka o tak żałosnym braku dobrych manier? – Lestrange wysłał Riddle'owi zaskoczone spojrzenie, ale ucichł. Jego policzki poróżowiały. Hermiona obserwowała Toma, nieco zaskoczona jego wypowiedzią.
No dobra, teraz Harry z całą pewnością był już podejrzliwy.
- Wybaczcie – wydukał. Do diabła z tym. Czy nie mógł mieć w swoim życiu chociaż jednego spokojnego dnia, zanim zmieni się ono w piekło? Wiedział, że trudne będzie połączenie jego życia jako Harry'ego Pottera i jako Harrisona Evansa, ale nie przypuszczał, że już pierwszego dnia będzie mu to szło tak źle!
- Nie, nie. – Tom lekceważąco machnął ręką. – Ty i twoi przyjaciele możecie usiąść – powiedział uprzejmie, po czym zamrugał. – Jakby co, możecie wszystko zwalić na Pottera.
Harry wiedział, że to wszystko było całkowicie fałszywe i wiedział też, że Tom wie, że on wie. Hermiona nie wyglądała na zdecydowaną, ale także nie na całkowicie przekonaną. Całe szczęście. Ron miał obrzydzenie wypisane na twarzy.
- Wszystko dobrze – zapewnił rudzielec, najbardziej neutralnym tonem na jaki było go w tej chwili stać. – Zobaczymy się później, prawda, stary?
- Ano, fantastycznie, zaraz do was dołączę – oznajmił.
Harry czekał, aż usiądą przy stole Gryfonów, a następnie spojrzał rażąco na Ślizgonów, w szczególności Toma.
- Co? – zapytał niewinnie młody Czarny Pan. Jego oczy błyszczały.
- Ty już wiesz co – odpowiedział. – Cokolwiek kombinujesz, przysięgam na boga, lepiej trzymaj moich przyjaciół z dala od tego.
- Brzmi to dość groźnie, nie uważacie? – zapytał Tom resztę. Leniwie. Harry zacisnął z frustracją zęby.
- Mówię poważnie. – Tom spojrzał na niego. Jego głowa przechyliła się na bok, a w powietrzu unosiła niewypowiedziana groźba.
- Zrozumiałem – odparł. Harry uderzył swoją kawą o stół, wstając, aby usiąść z Ronem i Hermioną. W jednej chwili Tom chwycił jego nadgarstek, na tyle mocno, aby nie było to komfortowe.
- Uspokoisz się? Twoje małe lwiątka są przede mną bezpieczne. W żaden sposób nie jestem nimi zainteresowany, a ich okaleczenie nie przyniesie mi żadnej korzyści poza chwilową rozrywką.
- To miało mnie uspokoić? - zapytał, podnosząc brwi.
- Słowo harcerza, Złoty Chłopcze. A teraz idź i dogoń swoich znajomych. Do zobaczenia na zajęciach z Obrony.
Tom uwolnił jego nadgarstek, który był lekko pokłuty w miejscach, w których wbiły się jego paznokcie i z którego wydobywało się kilka kropel krwi.
- Wiesz, nigdy nie byłeś harcerzem – zauważył Harry.
W odpowiedzi Tom tylko się uśmiechnął.
Salazarze. Był stracony.
