Z początku chciałabym bardzo podziękować swojej nowej becie - 100-ki. Yakou. no. Ou. Od dzisiaj pomagać mi będzie ona z tym, aby w jakiś sposób ogarnąć rozdziały tak, by nadawały się do użytku zanim ujrzą je wasze oczy. / EDIT. Rozdział zbetowała również Himitsu.

Dziękuję także i Himezarippie za to, że zaproponowała mi swoją pomoc nad pracą z tekstem.

Również NigrumLotus należą się ponowne podziękowania za uwagi, które pomogły mi w ogarnięciu rozdziału. Twoje komentarze są bardzo pomocne, dziękuję za nie.

Zarazem proszę także wszystkich o komentowanie, bardzo miło jest zobaczyć, że ktoś mimo wszystko czyta to, co publikuję. Bardzo podnoszą mnie one na duchu i zachęcają do dodawania nowych rozdziałów.

Przyznam, że poniższy rozdział nie należy do moich ulubionych. Dodam, że autorka użyła w nim fragmentów pochodzących z książki Harry Potter and the Order of the Phoenix, tak więc ja, idąc jej przykładem, skorzystałam z tłumaczenia pana Polkowskiego. Fragmenty te, o czym sami się zaraz przekonacie, to przemowa pewnej miłej nauczycielki.

Tak czy owak, zapraszam!


Ulubieniec Losu

Rozdział trzeci

Kiedy siadał – wciąż kołysząc w rękach swoją kawę - Ron, Hermiona i pozostała część Gryfonów wpatrywała się w niego.

- Przepraszam za to – mruknął. – Ignorujcie ich… Oni są…

- Młodymi śmierciożercami? – zaproponował Ron. Harry rzucił okiem na rudzielca, po czym przytaknął i uśmiechnął się krzywo.

- I raczej wybuchowi.

Jego przyjaciele wciąż się na niego gapili, tak samo jak wszyscy inni - kiedy tylko przestawali zerkać kątem oka na podróżników w czasie. Szczególnie Snape i Dumbledore wyglądali na zdeterminowanych. Twarz nauczyciela eliksirów zastygła w jednym grymasie, nie dopuszczając do ukazania jakichkolwiek emocji. Niekończące się tunele czarnych oczu były na niego skierowane bez najmniejszego drgnięcia, jeśli nie liczyć krótkich spojrzeń wysyłanych raz na jakiś czas w stronę Toma i Zeviego.

Mimo tego, że robił się coraz bardziej nerwowy, Harry starał się zjeść swoje śniadanie i wraz z Ronem i Hermioną mieć wszystko pod kontrolą. Nie mógł się doczekać rozpoczęcia lekcji. Nagle zdał sobie sprawę, że ktoś coś mówi.

Różowa, przysadzista, ropucho-podobna kobieta wstała od stołu prezydialnego i poprosiła o ciszę. W czasie śniadania. Nigdy wcześniej nikt nie ogłaszał nic w trakcie śniadania, chociaż Harry przypuszczał, że rutyna uczty powitalnej została wczoraj zerwana, więc kobieta nie za bardzo miała okazję ku temu, aby coś powiedzieć. Nastała cisza. Kim ona była, by wygłaszać przemówienia? Była nowym nauczycielem Obrony – musiała być. Czy na pewno to, co miała do powiedzenia, nie mogło poczekać do jej pierwszej lekcji?

Która, nawiasem mówiąc, była dla niego pierwszą lekcją tego dnia. Gryfoni i Ślizgoni. Dlaczego te dwa domy zawsze łączono ze sobą na najbardziej niebezpiecznych przedmiotach? Obrona, eliksiry, lekcja latania… to tak, jakby ktoś tylko czekał, aż nawzajem coś sobie zrobią. Westchnął cicho, podczas gdy w pomieszczeniu zapadła niezręczna cisza.

- Yhm, yhm – odchrząknęła profesorka, uśmiechając się z cukierkową słodyczą. - Muszę przyznać, że cudownie jest znów znaleźć się w Hogwarcie i widzieć tyle szczęśliwych, małych dzieciaczków – jej głos ledwie zauważalnie się wyostrzył. – Nawet jeśli wygląda na to, że pewne procedury uległy zmianie. – Jej wzrok z irytacją spoczął na podróżnikach w czasie. – Mam jednak nadzieję, że będziemy mogli zostać dobrymi przyjaciółmi. Bardzo chciałabym szybko poznać was wszystkich. – Uśmiechnęła się. Niektórzy uczniowie po raz pierwszy odwrócili wzrok od Harry'ego – dzięki bogu - wymieniając z trudem ukrywane złośliwe uśmieszki i spojrzenia.

- Mogę się z nią zaprzyjaźnić, jeśli tylko nie będę musiała pożyczać od niej tego ohydnego swetra – szepnęła Parvati do Lavender, powodując u obu bezgłośny chichot.

- Ministerstwo Magii zawsze uważało, że edukacja młodych czarownic i czarodziejów ma wyjątkowe znaczenie. Owe rzadkie zdolności, z jakimi się urodziliście, mogą się zmarnować, jeśli nie będą utrwalone i rozwijane w procesie nauczania. Pradawne umiejętności historycznej społeczności czarodziejów muszą być przekazywane z pokolenia na pokolenie, abyśmy nie utracili ich na zawsze. Bezcenne dziedzictwo wiedzy magicznej, nagromadzone przez naszych przodków, musi być pilne strzeżone i wzbogacane przez tych, których obdarzamy szlachetnym mianem nauczycieli.

Umbridge zamilkła na chwilę i lekko ukłoniła gronu pedagogicznemu. Nikt nie wykazał chęci odwzajemnienia tego gestu. Harry zobaczył jak McGonagall i Sprout wymieniają znaczące spojrzenie i zerknął na Toma, który siedział z nieczytelnym wyrazem twarzy po przeciwnej stronie sali. Ropucha kontynuowała:

- Każdy dyrektor Hogwartu wniósł coś nowego do tego ciężkiego obowiązku, jakim jest zarządzanie tą historyczną uczelnią, i tak powinno być, ponieważ brak postępu oznaczałby stagnację i rozkład. Nie oznacza to jednak, by postęp był wartością samą w sobie.

Harry poczuł, że krew odpływa mu z twarzy. O nie…

Wyglądało na to, że Ron zapadł w sen. Jego policzek ślizgał się na dłoni, którą wspierał głowę. Hermiona sprawiała wrażenie oburzonej. Część uczniów poddała się i zaczęła szeptać, a oczy pozostałej części nie były zbyt przytomne. Kobieta mówiła jednostajnym tonem i nie zmieniła go do samego końca swojej wypowiedzi.

- …skupiając się na zachowaniu tego, co powinno być zachowane, doskonaląc to, co powinno być udoskonalone, i wypleniając praktyki, które powinny być zakazane.

Usiadła. Dumbledore zaczął klaskać, pociągając za sobą nauczycieli i uczniów. Harry poczuł przypływ nienawiści i wstręt kiełkujący się w klatce piersiowej, spowodowane ubraną na różowo kobietą. Ronowi udało się ponownie skupić uwagę, kiedy śniadanie zaczęło toczyć się dawnym rytmem, chociaż nie zostało wiele czasu na jego dokończenie.

- Co to w ogóle było? – mruknął do kawałka swojego bekonu. – Czy któreś z was zrozumiało z tego chociaż słowo? To było najnudniejsze przemówienie, jakie w życiu słyszałem, a przecież dorastałem z Percym.

- Myślę, że o to chodziło – wymamrotał ponuro Harry. – O to, aby uczniowie nie zwracali na nie uwagi. – Przez chwilę Ron i Hermiona patrzyli na niego, jakby wyrosła mu druga głowa. Zdał sobie sprawę, że rok temu opisałby ten wykład jako stek bzdur.

- To znaczy, Ronaldzie… – zaczęła wyjaśniać Hermiona przez zaciśnięte zęby, chociaż wciąż wyglądała na nieco zaskoczoną – …że Ministerstwo miesza się w sprawy Hogwartu.


On, Ron i Hermiona stanęli pod klasą Obrony. Trajkoczący cicho uczniowie umilkli, kiedy tylko pojawili się podróżnicy w czasie.

Tom wyglądał raczej ponuro, chociaż Harry był świadom tego, że prawdopodobnie było to spowodowane brakiem chęci ukazania innym swoich prawdziwych emocji. Tom nie miał zbyt wielu powodów, aby czuć do Umbridge odrazę. Nowa nauczycielka wydawała się mieć takie samo pojęcie wyjątkowości magii jak on. Ich oczy spotkały się na chwilę, ale zanim którykolwiek z nich zdołał coś powiedzieć, ten irytujący głos przywołał ich do klasy. Tom pochylił się i zahaczył swoją ręką o jego, przeciągając go do „ślizgońskiej strony" klasy. Ron nie wyglądał na zadowolonego, a Harry uniósł brwi. Umbridge wpatrywała się w nich, zaciskając usta.

Aby dopiąć swego, Harry usiadł z Tomem, ale upewnił się, że byli blisko centrum klasy i wskazał Ronowi oraz Hermionie, aby usiedli po jego drugiej stronie. Nie był pewny czy wyglądali na spokojniejszych dlatego, że ich nie porzucił, czy dlatego, że czuł się nieswojo będąc w otoczeniu węży. Kąciki ust Toma uniosły się w rozbawieniu… i czymś jeszcze.

- Proszę odłożyć różdżki – zażądała Umbridge, wymachując swoją krótką różdżką w stronę tablicy.

Obrona przed Czarną Magią: Powrót do podstawowych zasad.

Harry prawie jęknął głośno. Nie żeby był arogancki, czy coś w tym stylu, ale zdał już swoje SUM-y, przez cały rok ciężko trenował i nie potrzebował oraz nie pragnął teraz powrócić do podstaw. Te lekcje będą pewnie ogólnie monotonne, powtórka z rozrywki na Historii Magii. Tyle że tutaj nie będą mogli spać.

Podręcznik napisany przez Slinkharda pojawił się nagle na jego stoliku. Nie był najnowszy. Bez entuzjazmu spojrzał na jego zużytą okładkę. Pogarda wypisana na twarzy Toma mówiła wszytko. Harry miał wrażenie, że młody Czarny Pan nie ma zamiaru nawet dotknąć swojej książki, a co dopiero się z niej uczyć.

- Chcę, żebyście przeczytali rozdział pierwszy: Uwagi dla początkujących. Proszę nie rozmawiać. Nie ma takiej potrzeby.

W powietrzu rozległ się szelest przewracanych stron. Harry wymienił spojrzenie z Tomem. Ani on, ani Harry, oraz – ku zdziwieniu Pottera – Hermiona nie poruszyli się, aby wykonać polecenie. Nie sądził, że kiedykolwiek zobaczy ją odmawiającą choćby zajrzenia do książki, którą rozkazano jej czytać.

Sytuacja była tragiczna.

Hermiona siedziała nieruchomo z wyciągniętą w górę ręką, wpatrując się w nauczycielkę. Panowała cisza. Tom pochylił się, badając oczami kochającą książki przyjaciółkę Pottera. W tym momencie Harry powinien przynajmniej postarać się wymyślić jak rozegrać to w iście Ślizgoński sposób. Spróbował jednak inaczej. Niezbyt dobrze, ale po porannym wystąpieniu wywołującym senność i stres, jego temperament był już bardziej niż nadszarpnięty.

- Wisielec? – zapytał Toma, podając mu pióro. Umbridge utkwiła w nim swój wzrok. Tom rzucił mu karcące spojrzenie, ale jego oczy błyszczały z ukrytym, złośliwym rozbawieniem. Reszta uczniów uspokoiła się, zadowolona z tego, że znalazł się o wiele bardziej interesujący obiekt do obserwacji niż tekst w… no nie, przecież nie mógł nazwać tego podręcznikiem… zamordowanych drzewach, leżących przed ich oczami.

- Panie Potter… – zaczęła Umbridge, uśmiechając się głupio.

- Pani Profesor – odpowiedział na powitanie, uprzejmie, przerywając jej. Jej wzrok stwardniał. Na twarzach jego Ślizgonów pojawiła się zarówno rozpacz, jak i niezwykłe rozbawienie. Oczy Hermiony rozszerzyły się.

- Istnieje jakiś problem? – palnęła nauczycielka, ledwo panując nad swoim głosem. Uśmiechnął się leniwie.

- Nie ma żadnego, dlaczego pani pyta?

- Nie czytasz – oświadczyła. – Uważasz, że tekst jest za trudny?

- Tak, pani profesor - wypalił natychmiast. – Nie mogę poradzić sobie z przewracaniem kartek. Za każdym razem, kiedy próbuję to zrobić, ogarnia mnie uczucie zatracenia i wyczerpania – wie pani, to wszystko jest tak bezsensowne i nudne. Chronię się przed tym, nie dostosowując się do pani poleceń, gdyż zdaje sobie sprawę z nikłych kompetencji Slinkharda, które sprowadziłyby mnie jedynie na drogę samobójstwa.

Wyraz twarzy Rona sugerował, że uznał Harry'ego za wariata. Większość klasy usiłowało ukryć chichot. Umbridge wyglądała, jakby chciała go zamordować.

- Szlaban – warknęła. Oczy Harry'ego niewinnie się poszerzyły.

- Za co, pani profesor? Ja jedynie odpowiadałem na pani pytanie. Myślałem, że chciała nam pani pomóc!

- Bezczelność – kobieta niemal wypluła to słowo.

- Ach, tak, to. – Zamyślił się wesoło. – Przypuszczam, że byłem dość niegrzeczny. Niech pani nie traktuje tego osobiście. Powiedziano mi, że ja już tak po prostu mam. Chociaż może powinna pani traktować to osobiście… - Po raz pierwszy podniósł swoją książkę. – Ale to nic nie szkodzi, naprawdę. Nie mogę dyskryminować pani tylko dlatego, że jest na tyle głupia, aby nie móc stwierdzić jak gówniany jest ten podręcznik. Słyszałem, że Ministerstwo ma przerażający program szkoleniowy dla nauczycieli… czy pani w ogóle kiedykolwiek taki przeszła? – urwał, rozglądając się po klasie. – Wie ktoś może?

- Przez tydzień – dodała Umbridge, a skrzydełka jej nosa drgnęły. – Jak śmiesz… - parsknęła, po czym wzięła głęboki oddech, prawdopodobnie po to, by się uspokoić. – Wszyscy mają czytać rozdział pierwszy. Następna osoba, która się odezwie, dołączy do pana Pottera na długim, tygodniowym szlabanie.

- Pottera Evansa – poprawił ją pomocnym tonem.

- Dwa tygodnie! – zaskrzeczała. Klasa ukryła swoje rozbawienie w rękawach i zamordowanych drzewach. Harry odchylił się do tyłu na krześle, krzyżując ręce, bez słowa.

Nie dotknął swojej książki.

A lekcja minęła.

Zwycięstwo.