Rozdział zbetowany przez fenomenalną 100-ki. Yakou. no. Ou - dziękuję!
Cieszę się, że ci się podoba Louise. To także i dla mnie bardzo miłe. Co do reszty bohaterów... cóż, mam nadzieję, że nie zawiedziesz się ich ukształtowaniem, chociaż przyznam, że nie będą w tym ficku tak wyrysowane jak Harry i Tom. Zresztą sama z czasem zobaczysz o co mi chodzi...
Sekketsu, to miło, że kolejne rozdziały tak bardzo cię cieszą. A co do slashu, to wiele osób robi tak samo jak ty. Ta dwója po prostu prosi się o to, aby ją połączyć... :)
Też nie lubię Ginny, NigrumLotus. Wiem, że niby nie ma ku temu powodów, ale i tak strasznie wnerwia mnie jej postać. Dziękuję ci, przy okazji, za zwrócenie uwagi na "oboje". Zawsze miałam z tym problem, a przydałoby się, bym w końcu się tego nauczyła. Może tobie uda się to uczynić ;).
Dziękuję za miłe słowa, Veniti. Nie będę zdradzać tego, co się dzieje dalej, więc przemilczę sprawę Umbridge i Pottera. Niedługo będzie jej troszeczkę więcej.
I w ogóle dziękuję za wszystkie komentarze. Naprawdę bardzo podnoszą na duchu. :) Oczywiście zachęcam do dalszego wyrażania swojej opinii.
Kolejny rozdział i tym razem nieco więcej Toma. Zapraszam!
Ulubieniec Losu
Rozdział piąty
(Punkt widzenia Toma)
Oczy Harry'ego otworzyły się, lśniące szmaragdy przepełnione były bólem. Cóż, sam był sobie winien za tak cholernie wymijające odpowiedzi. Było tam tak wiele bezczelności, że z trudem był w stanie ją wytrzymać. Dziewczyna. Czerwonowłosa. Krzyczała. Tuzin obrazów przeleciało mu przez głowę. Dziewczyna Weasleyów. Ginny? Czy tak się nazywała? Wzmocnił uchwyt, świadom, że w każdej chwili może przekroczyć granice Harry'ego - prędzej czy później chłopak z pewnością straci siłę w nogach. Jego twarz zbladła, zwykle opalona skóra przybrała woskowaty kolor i poszarzała od mentalnego ataku. Nie czuł wyrzutów sumienia, dał mu jasne ostrzeżenie. Harry wiedział na czym stoi.
Chwilę później połączenie ich umysłów zniknęło – poczerniało jak smoła. Pozwolił na to, obserwując ostrożnie twarz Pottera. To mogło być trochę za ostre. Harry miał w sobie coś kruchego, coś naiwnego, czemu przeczyły zarówno jego wspomnienia, jak i siła. Tak zwanemu Złotemu Chłopcu Gryffindoru daleko było do naiwności, wiedział o tym, ale to uczucie tam było. Nie był tylko pewny czy chce tą czystość chronić, czy zniszczyć tak, aby wszystko co z niej zostanie było hipnotyzującą ciemnością.
Z niemym westchnieniem pozwolił palcom wsunąć się z mocnego uścisku do dobrze znanych kruczoczarnych kłaków. Harry budził się. Irytujący dureń nigdy nie pozostawał długo nieprzytomny. Nawet nie umierał jak powinien. Zrobił to tak szybko... Nie umiał stawić czoła mieszance uczuć powodowanej przez to już nieco słabe wspomnienie. Wyglądało na to, że czasy się zmieniły i gdzieś w głębi swojego umysłu wiedział, że to jego starszy odpowiednik był tego przyczyną. Nie czuł się winny. Przewracając oczami na nieprzytomny stan Pottera, przykucnął.
Blask rozchodzący się od ognia nadał pomieszczeniu niemal upiorny wygląd. Stało się spokojniejsze, łagodne. Ciemność Pokoju Wspólnego była szczególnie przyjemna po spędzeniu dnia w słonecznych, wyżej położonych salach, w których nie można się nawet było nigdy zrelaksować, bo wiecznie miał cię na oku sprzątacz-padlinożerca*, który tylko czekał aż pokażesz swoją słabość, tak jak sęp czeka na trupa. Podłoga stwarzała pozory zimnej, lodowatej i zachwycającej, ale kamienie były ciepłe. Kochał magię. Nie żeby miał jakieś pojęcie jak poradzić sobie z ocieplaniem podłogi. Och nie, nieznacznie się uśmiechnął, od tego miał innych ludzi.
Niecierpliwie sprawdził stan Harry'ego. Kiedy się obudzi? Po co jednak była mu cierpliwość, jeśli miał moc mogącą to przyśpieszyć?
- Enervate.
Trzeba mu przyznać, Harry natychmiast stał się czujny – z klątwą gotową na ustach. Jego oczy zwęziły się i zabłyszczał w nich gniew. Tom uniósł brwi, niewzruszony.
- Ginny Weasley, hmm? – zapytał.
- Nie miałeś prawa tego zrobić. – Głos Harry'ego był napięty i wyraźnie kontrolowany. Jego furię powstrzymywały warstwy sprawiedliwości i prostolinijności.
Gdyby miał serce, może ta scena spowodowałaby, że nieco by mu pękło. Szkoda, że taki talent pozostawał w ukryciu. Widział chłopaka w nielicznych sytuacjach, w których musiał użyć mroczniejszej klątwy – i był to piękny widok. Jasna Strona wydawała się go niszczyć. Dumbledore, ten manipulujący głupiec, niszczył go. Był wężousty, na Salazara! Czy to samo w sobie nie było wystarczającym dowodem? To straszne, że tak bezwstydnie go wykorzystywano. Przecież wszyscy wiedzieli, że to on miał do niego największe prawo – zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Harry tak jak on był wężousty. Nie wspominając już o tym, że to właśnie z nim był połączony. Nie z Dumbledore'em. Nie ze szlamą – i żadnym z tych kretyńskich Weasleyów. Z nim. Czy to się w ogóle nie liczyło? Dodając do tego fakt, że – pomijając jego zupełny brak szacunku – Harry był niewątpliwie doskonałym towarzyszem… no dalej, odważy się do tego przyznać? Przyjacielem. Naprawdę mógł nawiązać z nim inteligentną konwersację. Cóż, zwykł nawiązywać z nim inteligentną konwersację. Ta pieprzona maska! Wyglądało na to, że w tych czasach Harry posiada jasne serce i to jedne z tych najgorszych. Zachowywał się jak pieprzony altruista, jego stopnie były przeciętne, krótko mówiąc zachowywał się jak wybawiciel Jasnej Strony. To nie był Harry. Każdy głupi mógł to stwierdzić.
- Miałem całkowite prawo – odpowiedział. Z rozbawieniem zauważył wściekłość, jaką wywołał u Harry'ego tym komentarzem. Obserwowanie go było intrygujące, chłopiec naprawdę był zagadką. Te emocje, które tak starannie ukrywał przed światem, niezaprzeczalnie były bardzo Gryfońskie – jednak sposób, w jaki je wyrażał, iście Ślizgonski. Obronna postawa, jadowity głos, syczący i mściwy – słodki i gorący jak czekoladowe fondue**. Ach, widział w tym chłopcu tak wiele z siebie samego. Miał tak niesamowity potencjał. Wykorzystanie go było tylko kwestią czasu. Mógł nad tym wszystkim popracować. Jeżeli Jasna Strona wyprze się Harry'ego, gdzie indziej miałby on pójść, jak nie do Ciemności? Genialne, a tak proste. Oczywiście musiał też uważać, aby samemu się w to nie wplątać. Harry był bardzo lojalny, ale kiedy się choć raz jego lojalność straciło, nie istniała możliwość, aby ją odzyskać. Czasami nie mógł się zdecydować, czy byli niczym rozdzielone przy porodzie bliźniaki (Harry oczywiście byłby tym, który miał zostać oddzielony, pomysł bycia Potterem był odrażający), czy dwa przeciwne bieguny. Tak czy inaczej był fascynującym obiektem badań. Na jego twarzy pojawił się uśmieszek.
- Naprawdę zamierzasz tolerować jej brak szacunku, jej kłamstwa? – zapytał. Był szczerze ciekawy odpowiedzi, ale zaspokoiłaby go nawet zwyczajna pyskata odzywka.
- Czego chcesz, Tom? – dopytywał się Harry.
Utrzymał w ryzach wszelkie zmiany na swojej twarzy, jedynie nieznacznie podnosząc kąciki ust.
- Chcę wielu rzeczy – niektórych z nich jesteś świadom.
- Nie udawaj skromnego. To do ciebie nie pasuje.
- Zmuś mnie – wyzwał go, wiedząc, że Harry nigdy nie przyjmie jego oferty. Był zbyt ostrożny, zbyt doświadczony wpadaniem w tak kuszące pułapki. Nie, gra z Harrym wyglądała zupełnie inaczej. Była subtelna, bawienie w nią wymagało dużej ilości finezji i o wiele więcej bezwzględności. Paradoksalnie – ale wszystko między nimi związane było z paradoksem, czyż nie? Mimo tego ogarnęło go mimowolnie lekkie rozczarowanie, kiedy Harry spojrzał na niego, po czym podniósł swoją torbę i wyszedł.
Najlepsza rzecz w Harrym?
Żaden z nich nigdy nie musiał udawać.
* prawdopodobnie chodzi o awersję Toma do woźnych. Filch wprawnie nie mógł (prawda?) żyć w czasach Riddle'a, ale z całą pewnością Hogwart i wtedy posiadał woźnego. Warto zauważyć, że przed panowaniem Dumbledore'a – jak często zaznaczał w książkach nasz charłak – dozwolona była kara cielesna: wieszanie na łańcuchach, chłosta… Z tego też powodu raczej podpadnięcie woźnemu nie było najlepszym pomysłem.
** fondue – przysmak w postaci roztopionej czekolady ze śmietaną. Zazwyczaj przyrządza się z dwóch różnych gatunków sera. Wychodzi z tego puszysty krem, w którym można „maczać" owoce i inne, różne słodkości.
