O to, aby rozdział był zdatny do czytania zadbała moja fenomenalna beta 100-ki. Yakou. no. Ou - dziękuję!
Chciałabym podziękować NigrumLotus, Louise i Cookies. Alice za wytrwałość w komentowaniu. Wiem, jak trudno jest systematycznie komentować jakiś tekst, zwłaszcza mający tak krótkie rozdziały jak ten. Poza tym niesamowicie dziękuję wszystkim - absolutnie wszystkim - za każdy, nawet najmniejszy komentarz. Są one naprawdę niezwykle motywujące.
Niestety dzisiaj wrzucam rozdział szybko, bo potem mogę nie mieć na to czasu (a wcześniej też go, niestety, nie miałam), a chcę opublikować go wam dzisiaj, aby jutro móc wrzucić kolejny. Dlatego więc nie będę się tym razem w ten notce za bardzo rozpisywać. Zamiast tego życzę wam miłego czytania rozdziału dziewiątego. Do zobaczenia jutro!
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział dziewiąty
- Co? – Harry udawał, że nie ma pojęcia o czym mówi Riddle.
Wyraz twarzy Toma jasno dał mu do zrozumienia, że się na to nie nabrał.
- Używasz drugiej ręki… co się stało? – dopytywał się. Potter cofnął się o kilka kroków, kiedy jego towarzysz podszedł do niego zdecydowanym krokiem, wyciągając rękę koloru kości słoniowej. – Pokaż mi ją.
Harry schował obronnie swoją dłoń.
- Uczę się oburęczności… pomyślałem, że może się to przydać w czasie pojedynków – skłamał, upewniając się, że jego ton był lekko oburzony i ostry. Na twarzy Toma pojawił się uśmieszek.
- Przyda ci się, ale w takim razie na pewno nie masz nic przeciwko, bym obejrzał twoją dłoń?
Cholera. Miał go.
- Dlaczego miałbym mieć? – Modlił się w duchu, aby glamour wytrzymało. Wyciągnął lewą rękę, tą, której używał. Tom pochylił na bok głowę. Jego oczy błyszczały z zaciekawieniem i… czymś jeszcze.
- Drugą rękę, Wybrańcu – stwierdził. Zanim Harry zdołałby ukryć ją za plecami, palce Toma wystrzeliły w jego kierunku i owinęły się wokół prawego nadgarstka, podnosząc go. Czuł, że jego magia szumi pod wpływem magii młodego Czarnego Pana.
- Nie zapominaj kto nauczył cię wężomagii, Harry – syknął karcąco Tom.
Złoty Chłopiec czuł, jak magia ucieka z jego skóry, odsłaniając blizny ze szlabanu. Cisza.
- Umbridge? – zapytał Tom, z pozoru spokojnie. Harry niemal zadrżał, słysząc cichą, śmiertelną groźbę w głosie Ślizgona. W tym momencie dość wyraźnie mógł zobaczyć jak ten nastolatek mógł stać się Czarnym Panem. Jego fioletowe oczy stwardniały, zamarzając w okrutnym zrozumieniu.
- Szlaban. Spójrz, to…
- …jeśli powiesz, że to nic takiego, chyba cię uderzę.
- Tylko chyba? – Ucichł pod wpływem spojrzenia Toma.
- Może iść za to do Azkabanu, krwawe pióra są nielegalne – kontynuował cicho Tom. W jego głosie brzmiała zabójcza satysfakcja. Taa. Umbridge miała przechlapane. Nigdy nie powinna zadzierać z Tomem. – Chociaż muszę przyznać, że jestem ciekaw dlaczego nie zadałeś sobie trudu, aby mi o tym powiedzieć?
- To nie twój interes.
- Mam zamiar ją zabić – powiedział to tak miłym, konwersacyjnym tonem, że przez chwilę Harry był przekonany, że źle usłyszał. A potem przypomniał sobie z kim dokładnie rozmawia.
- Mogę walczyć w swoich własnych bitwach – powiedział mocno. Tom uniósł brwi.
- W to nie wątpię, nie sądzę jednak, abyś planował to zrobić.
- Cóż, wszyscy wiemy, że myślenie jest dla ciebie bolesnym procesem, więc wybacz, ale nie za bardzo interesuje mnie to, co sobie o tym myślisz – warknął. To była czysto obronna riposta. Tom był geniuszem, wszyscy to wiedzieli. Mógł spojrzeć na ścianę i kilka sekund później powiedzieć ci z ilu cegieł została zbudowana. Uchwyt Toma na jego nadgarstku nieco się wzmocnił. Dziedzic Slytherina nie odpowiedział, najwyraźniej go teraz ignorując. To było trochę irytujące. Nie wiedział dlaczego, ale zawsze wkurzało go, gdy Riddle nie zwracał na niego uwagi. Dzięki Salazarowi, działało to w obie strony - Tom także nienawidził być przez niego ignorowany.
- Będę okazywać szacunek swoim przełożonym – przeczytał Tom. Harry niemal mógł zobaczyć korbki przewracające się w jego głowie. Naprawdę przerażające było to, jak szybko pracował jego umysł. Bez wątpienia był o wiele niebezpieczniejszym wrogiem niż jego przyszły odpowiednik. Miał zdrowe zmysły… no cóż, do pewnego stopnia. – Dlaczego tego nie uleczyłeś?
Chwila ciszy.
- Głupie pytanie – odpowiedział ponuro sam sobie Tom. – Mały Złoty Chłopiec wciąż gra niezwykle niewinnego, co?
Co mógł na to powiedzieć?
- Skąd możesz wiedzieć, że to właśnie nie jest moje prawdziwe ja, a wszystko, co robiłem jako Ślizgon nie miało na celu umożliwienia mi dostania się do twojego Wewnętrznego Kręgu?
Tom spojrzał na niego, protekcjonalnie, ale z rozbawieniem.
- Po pierwsze: właśnie to zasugerowałeś, po drugie: kiedy się spotkaliśmy, wszystkimi swoimi pieprzonymi siłami starałeś się mnie unikać.
- Taak, cóż… - zamilkł, nie potrafiąc wymyśleć na to żadnej riposty. Na twarzy Toma znów pojawił się uśmieszek. Chwilę później chłopak szybko wyciągnął swoją różdżkę: w jednej chwili była w jego kieszeni, a w następnej tkwiła w jego ręce.
- Hej! – Odruchowo znów szarpnął swoim nadgarstkiem. Nie na wiele się to jednak zdawało, kiedy to Riddle był osobą, która go trzymała.
- Spokojnie – syknął Tom, przez chwilę uspokajając jego rękę, napotykając jego wzrok. – Chcę ją tylko uzdrowić. Irytuje mnie.
Tylko Tom mógł wymyśleć taką wymówkę, kiedy robił jakiś dobry uczynek.
Harry skrzywił się, kiedy Riddle szedł przed nim z tą swoją mroczną i pulsującą aurą. Naprawdę było mu szkoda Umbridge, a przecież nawet jej nie lubił. O nie, brzydził się nią. Co tylko ukazywało jak bardzo źle ta kobieta skończy, kiedy Tom się nią zajmie.
- Nie będziesz się do niej zbliżał, słyszysz mnie? – rozkazał chłodno Tom.
- Słucham? – zapytał, udając zdziwionego. Starszy Ślizgon wysłał mu okropne, ostrzegawcze spojrzenie. Mruczał pod nosem – groźby, klątwy i najbardziej bolesne sposoby na to, aby kogoś zabić. Nie wróżyło to dobrze. Dla Umbridge, znaczy się. Jeśli miałby być ze sobą całkowicie szczery, nie mógł się doczekać aż Tom rozerwie ją na kawałki.
Kiedy szli, ludzie uchodzili im z drogi. Coś, o czym dawno już zapomniał. Oczy Abraxasa poszerzyły się.
- Co się dzieje? – zapytał nieśmiało Zevi. Cygnus miał do tego inne podejście.
- Co zrobiłeś, Potter? – syknął, może troszeczkę zbyt radośnie. Dołączyli do pochodu. O Salazarze. Wszyscy się na nich gapili. Harry skulił się nieznacznie, ale Tom dosłownie ciągnął go za sobą, więc nie za bardzo mógł coś zrobić.
- Co sprawia, że myślisz, że coś zrobiłem? – zapytał, nieco podirytowany jego założeniem.
- Harry – powiedział wolno Alphard. – Temperament Toma szaleje. A, o ile wiem, gdy dzieje się coś, co powoduje jego wyraźną wściekłość, ty zawsze jesteś jakoś z tym związany.
Może i miał rację.
Wtargnęli do Wielkiej Sali.
Game over, suko.
