Rozdział zbetowany został przez 100-ki. Yakou. no. Ou. / EDIT. Oraz Himitsu.

Koma - bardzo łatwo ;). Niestety nie mam wpływu na to, w którym momencie się rozdziały kończą :).

Och, z całą pewnością nie jednym, Louise. Myślę, że naprawdę bardzo dużo się jeszcze zdarzy i historia często skręcać będzie w... dziwną stronę :). Mam też nadzieję, że ten rozdział bardziej przypadnie ci do gustu. Chociaż możesz być pewna, że Lord Voldemort będzie towarzyszył nam teraz dość często - pośrednio i bezpośrednio ;).

NigrumLotus, cieszę się, że rozdział dziesiąty tak przypadł ci do gustu. Powiem tylko, że Potter będzie z biegiem czasu, chcąc nie chcąc, pod wpływem Toma pokazywał tych pazurków coraz więcej ;). A nasz kochany gad chce bardzo dużo od Pottera. W końcu się dowiesz ;).

Tsukiaisuishou - och, dzięki temu opowiadaniu (i jeszcze kilku innym, w których postać Toma - albo Voldemorta - została genialnie ukazana) Tom stał się jednym z moich ulubionych bohaterów. Na to, co się stanie dalej, oczywiście nie będę odpowiadać, tylko potrzymam w niepewności ;).

Dziękuję za wszystkie komentarze, sprawiają one, że w mojej głowie odzywa się cichy głosik, który rozkazuje mi wstawić kolejny rozdział. Cieszę się, że się wam to wszystko podoba. I już tradycyjnie zapraszam na kolejny rozdział - z punktu widzenia Toma!


Słowniczek: wężomowa


Ulubieniec Losu

Rozdział dwunasty

(Punkt widzenia Toma)

Wciąż czuł Pottera pod swoją stopą.

- Mam zamiar negocjować, Harry – syknął cicho. Oczy koloru Morderczego Zaklęcia spotkały jego, ostrożnie, ale bez strachu.

- Jak to negocjować? – zapytał Harry, skrzecząc trochę z powodu ucisku na swoją tchawicę. Doceniał chłopaka. Harry naprawdę był inny niż wszyscy, których kiedykolwiek spotkał. Miał do chłopca szacunek, coś, czego nie miał do innych… Nie chciał więc zmusić go, aby stanął po jego stronie. Ale chłopak to zrobi. Jeśli on nie będzie mógł mieć Harry'ego, nikt inny nie będzie go miał.

- Albo raczej stworzyć kontrakt – sprecyzował lekko. – Słyszałeś kiedykolwiek o przysłowiu: oko za oko, ząb za ząb?

- Oko za oko uczyni świat ślepym.

Typowe. Wróciły sprytne odzywki Harry'ego, co? Jak na lwa miał naprawdę ostry język.

- Świat już jest niewidomy… - zaczął, zatrzymując się, kiedy oczy Harry'ego rozszerzyły się. Spojrzał w dół, na swoją stopę, może naciskał nią zbyt mocno? Cichy jęk wydobył się z chłopca. Coś było nie tak. Nie musiał otwierać ich psychicznego połączenia, aby to stwierdzić… Chwila, psychiczne połączenie? Padł na kolana, kiedy oczy chłopca zalśniły. Zaklął pod nosem.

Oczy Harry'ego zabarwiły się purpurową czerwienią. Jego przyszłe ja? Łał, mógł opętać Harry'ego? Interesujące… musi to później zbadać. Harry miał zły nawyk pozwalania sobie na zbyt wiele, lekceważąc jego rozkazy – nawet jeśli miały one na celu tylko i wyłącznie jego dobro.

- No, no, no. Co my tutaj mamy? – Tom zesztywniał, słysząc syczący głos. To nie był Harry. Co oznaczało…

- Lord Voldemort? – zapytał spokojnie. Uśmiech, boże, okropny i tak daleki od jego własnego, że niemal nie do poznania. Niemal. Jego usta wygięły się.

- Witaj, Tom. Muszę przyznać, że nie codziennie spotyka się samego siebie.

- Co zrobiłeś z Harrym? – warknął niebezpiecznie. Te krwistoczerwone, podobne do wężowych oczy zwęziły się.

- Weź się w garść, dzieciaku. Ten chłopiec nie ma dla nas żadnego znaczenia.

- Nie – nie zgodził się. – Harry nie ma żadnego znaczenia dla ciebie. Dla mnie jest bardzo ciekawy i użyteczny. – Przez chwilę w oczach pojawiła się zieleń. Dobry chłopiec.

- Nie bądź głupcem! – Voldemort. Znów. Krew zaczęła sączyć się z czoła Harry'ego, a jego ciało skręcało się z bólu powodowanego tym wtargnięciem. Oczy Toma zamigotały.

Nie był głupcem i zniszczyłby każdego, kto stwierdziłby inaczej, nawet samego siebie. Jak mógł się tym stać? Wężowym potworem unikającym zranienia przez nastolatka? Żałosne. Lord Voldemort nigdy nie upadnie do poziomu zwykłego kryminalisty. Nikt nie miał prawa dotknąć Harry'ego poza nim – i to znaczy NIM, a nie innym nim… och, Salazarze, to brzmiało dziwnie.

- Taak – rzucił chłodno. – Mógłbym z powrotem dostać Harry'ego? Byliśmy czymś zajęci. – Jego słowa brzmiały jak pytanie, ale nim nie były. Obaj o tym wiedzieli. Voldemort zmrużył oczy.

- Jak śmiesz… - zaczął, tym razem przechodząc na angielski. Tom uśmiechnął się okrutnie, obserwując jak jego przyszłe ja traci spokój. Niemożliwe. Riddle nigdy by sobie na to nie pozwolił. Kim był ten oszust?

- Och, śmiem… a ty powinieneś wiedzieć, że prowokowanie ludzi to dla mnie przyjemność – drażnił się. Sekundę później wtargnął do głowy Harry'ego.

Oszust być może i miał z nim psychiczne połączenie, ale on również. I był bliżej, co było sporą przewagą. A także fakt, że na każdy sposób był od niego lepszy.


Tom podniósł wzrok, kiedy do Skrzydła Szpitalnego wtargnął tłum. Na jego twarzy pojawił się mały grymas.

- Harry! – wrzasnęła szlama z zębami jak bóbr, podbiegając. Niemal przewrócił oczami, ale Lordowie nie przewracają oczami.

- Wiesz, że cię nie słyszy, prawda? – wytknął subtelnie. Granger zaczerwieniła się, spoglądając na niego.

- Zamknij się, Tom. To wszystko twoja wina! – Uch. Nazwała go Tomem.

- Moja wina? – powtórzył niebezpiecznie. – Proszę cię, jakim cudem jest to moja wina? Uratowałem jego śliczną główeczkę.

- Od zawsze wiedziałem, że coś do mnie czujesz, najdroższy Tomusiu – mruknął słaby, ale jak zawsze szyderczy głos. Przeniósł wzrok na Harry'ego. Szlamą i zdrajcą krwi zajmie się później.

- Och – zamruczał – ależ oczywiście, kochanie. Jesteś moim jedynym, moją jedyną… jedyną rzeczą, która jest w stanie uratować moją duszę, obawiam się, że umarłbym bez ciebie – wycedził, przykładając sobie dramatycznie dłoń do serca. Harry spojrzał na niego, z małym uśmieszkiem na twarzy.

- To nie jest śmieszne, Tom. To już dawno przestało być śmieszne – odpowiedział. Pauza, wszyscy na nich patrzyli, Ślizgoni uśmiechali się. – Już nigdy więcej nie będę w stanie ponownie spojrzeć twojemu przyszłemu ja w oczy.

Uśmiechnął się chytrze.

- Wiem.

- Sukinsyn. – Harry usiadł powoli, rozglądając się wokół i chwytając za głowę.

- Wszystko w porządku? Co się stało, stary? – dopytywał się rudowłosy. Harry przytaknął, krzywiąc się lekko.

- Wszystko dobrze. Voldi nie jest zbyt…

- Voldemort. Lord Voldemort! – lojalnie poprawili go automatycznie Ślizgoni. Uśmiechnął się na wyraz twarzy lwów. Świętoszkowaci głupcy. Wciąż potrzebował tej nazwy dla swoich… hmm. Rycerze Walpurgii było dość dobrą nazwą, ale nie całkiem pasowała dla Walczących-Ze-Śmiercią albo Morsmordów (gryzących tyłek śmierci). Hej! Gryźć tyłek śmierci… Śmierciożerców. To miało potencjał. Uch. Być może jeszcze trochę nad tym popracuje.

- Tak, tak – uciął Harry. – W każdym razie, Voldi nie był zbyt zadowolony z mojej jawnej zdrady Ciemnej Strony. Wyglądało na to, że jego nastrój wyraźnie się zepsuł, kiedy powiedziałem mu, że aby zdradzić Ciemną Stronę, najpierw trzeba w ogóle do niej należeć. Nie wiem dlaczego.

A Harry zastanawiał się, dlaczego większość z jego przyszłych Rycerzy pragnęła jego śmierci.

- A nie pomyślałeś o tym, że wskazane byłoby nie drażnienie go? – zauważył, niemal śmiejąc się z ich wyrazów twarzy. Jego Rycerze wciąż nie przejmowali się tym, kto jest Czarnym Panem. Ulubieńcy Harry'ego: raczej tak. Przenosili oni swoje spojrzenia to na niego, to na Harry'ego, śledząc ich rozmowę. Nieudacznicy.

- Ach, nudził się – odpowiedział Harry. Te słowa zostały wypowiedziane jakby od niechcenia, ale oczy Pottera świeciły intensywną powagą. Rzucił mu małe, niemal niezauważalne skinięcie. Nie, nie zamierzał w chwili obecnej ponownie poruszać tematu bazyliszka. Wybaczone i zapomniane, i takie tam… no cóż.

- Pewnie tak… to smutne – wymamrotał. Rozmowa trwała jeszcze jakiś czas, pozornie spokojna i zupełnie nieszczera.

- Więc, uch. Jak się tu dostałem z… - krótka pauza – …miejsca, w którym Voldemort mnie zaatakował? – dopytywał się Harry. Och. Cholera. Miał nadzieję, że Harry nie będzie o to pytać.

- Tom cię przyniósł.

Alphard, ty głupi durniu, już nie żyjesz. Black potrzebował lekcji trzymania języka za zębami.

- Naprawdę? – Harry spojrzał na niego, zaskoczony i lekko zawstydzony. Skinął sztywno głową.

- Wisisz mi nową koszulę. Krew koszmarnie schodzi.

- Się robi – zapewnił go Potter, przyglądając mu się.

- Dobra, wynoście się wszyscy! – Podbiegła do nich pani Pomfrey, sprawiając wrażenie wściekłej. – Harry, dyrektor chciałby z tobą porozmawiać.

O radości. Nie zrobił żadnego ruchu w celu opuszczenia pomieszczenia, jak to zrobiła reszta. To wszystko go dotyczyło, zatem nie zamierzał wychodzić. Harry spojrzał na niego ze zrozumieniem, ale jego twarz zmieniła się w nieczytelną maskę, kiedy usłyszeli zbliżające się kroki. A więc czas na przesłuchanie. Harry spojrzał na niego.

- Dziękuję, za wszystko.

- Co… - zaczął.

Podszedł do nich dyrektor. Jego oczy nie migotały.

Ratowały go wielobarwne szaty, które odwracały od nich uwagę.

Cholera.