Rozdział betowany przez 100-ki. Yakou. no. Ou - dziękuję! / EDIT. A także przez Himitsu, której również dziękuję. :)
Tsukiaisuishou - tak, masz rację, rozdział był bardzo króciutki... cóż, nie ruszał akcji do przodu, chociaż przynajmniej pokazywał punkt widzenia różnych postaci na relację Harry'ego i Toma :). Ron, masz rację, wyszedł ładnie. A Hermiona... przyznam że urzekła mnie w poprzednim rozdziale i to chyba jej punkt widzenia najbardziej mi się podobał ;). Ale to tylko moje zdanie.
Louise - bo tylko tam właściwie się coś działo, doskonale cię rozumiem. W następnych rozdziałach będzie nieco więcej akcji. Co do Rona, to nic nie mówię, bo nie chcę niczego zdradzać ;). I dziękuję za wenę, przyda się :).
NigrumLotus - och, wiele osób za Ronem nie przepada. Ogólnie też nie należy do moich ulubionych postaci. Ale zachowania Rona i Hermiony, pozwól, że na razie nie będę komentować ;). I, wedle życzenia, kolejna część przed tobą ;).
Viv - a nie ma za co! Tłumaczę to naprawdę z wielką przyjemnością! Cieszę się, że ci się podoba - zarówno treść jak i tłumaczenie. To wiele dla mnie znaczy. Mam nadzieję, że spodoba ci się to, w jaką stronę potoczy się ta historia ;).
Koma - tak, to chyba problem naprawdę wielu osób. Zazwyczaj wie się, jak rozpocząć coś pisać, do czego ma to zmierzać, ale brak pomysłu na "środek". Niemniej jednak trzymam kciuki za to, żeby kiedyś udało ci się coś wymyśleć ;). Dumbledore... okej, nic nie mówię ;). Mam nadzieję, że ten rozdział będzie dla ciebie ciekawszy.
Dziękuję wszystkim za wspaniałe, dodające skrzydeł komentarze. Dzięki nim aż nie mogę się zawsze doczekać tego, by podzielić się z wami kolejną częścią Ulubieńca. Pozostaje mi tylko życzyć miłego czytania!
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział czternasty
Harry zszedł na śniadanie, ziewając w rękę i dyskutując z Ronem o niezaprzeczalnej klęsce Armat z Chudley. Przegrały każdy mecz w tym sezonie, a jego przyjaciel WCIĄŻ upierał się, że były niesamowite. No, serio. Niektórym ludziom po prostu już nie można było pomóc. Kiedy weszli do Sali, pomachał mu na pożegnanie i skierował się do stołu Ślizgonów. Kochał Gryfonów i Rona, naprawdę, ale nie mógł znieść tak strasznych manier, jakie reprezentowali sobą z samego rana. Ale udało mu się to pogodzić. Śniadanie jadał ze Slytherinem, kolację z Gryfonami, a obiad z tymi, z kim akurat miał ochotę, jeżeli już w ogóle się na niego decydował. Czasami poświęcał ten czas, aby potrenować.
Opadł na swoje zwykłe miejsce pomiędzy Tomem a Zevim, szukając kawy.
- Wiesz, picie kofeiny wczesnym rankiem naprawdę nie jest dobre dla zdrowia – poinformował go Tom. Podniósł brwi, umyślnie biorąc kolejny łyk wspomnianego napoju. Alphard przewrócił oczami.
- Od kiedy troszczysz się o moje zdrowie? – odparował. – Czy istnieje ku temu jakaś szczególna okazja, o której nie wiem?
- A czy muszę mieć jakąś szczególną okazję, aby troszczyć się o ciebie i twoje zdrowie?
Harry podejrzliwie spojrzał na dziedzica Slytherina.
- Tak – stwierdził po chwili. Niemal zaśmiał się, kiedy jego bezceremonialne oświadczenie spowodowało, że Zevi się zakrztusił.
- Harry! – syknął wściekle Abraxas. Jego srebrne oczy błagały go o to, aby się, do cholery, w końcu zamknął i nie drażnił wielkiego, wężowego lorda. Zignorował je. Salazarze, takie spojrzenia zostały wysłane mu już przez Ślizgonów, Toma, Imogena i Rogera… no dobra, całą szkołę więcej razy, niż ktokolwiek mógłby zliczyć. Prowadził kiedyś nawet statystykę, ale pogubił się przy tysiącu dwudziestu trzech… Nie wspominając już o tym, że Tom w przypływie wściekłości na jego rażące nieposłuszeństwo rozerwał kartkę, na której to wszystko zapisywał, a jemu nie chciało się ponownie jej odtwarzać… ale to już całkowicie inna historia.
Tom zaśmiał się miękko, przyciągając i ignorując uwagę Daphne Greengrass. Harry zmarszczył brwi.
- Mówiłem serio. Chcesz czegoś? Bo jeśli jest to jeden z punktów twojego diabelskiego, szalonego planu przeciągnięcia mnie na swoją stronę, to mówię ci od razu, że on nie zadziała…
Kąciki ust Toma drgnęły.
- Uspokój się, lwiątko – zadrwił przyszły Czarny Pan, na chwilę zarzucając na niego ramiona. – Jesteś strasznym paranoikiem.
- Nie jestem paranoikiem, jeśli naprawdę wszyscy chcą mnie dopaść! – Zrzucił z siebie jego ramię.
Alphard uśmiechnął się, pstrykając w niego czymś, co wyglądało na płatek kukurydziany.
- Harry, najdroższy, nawet jeżeli wszyscy chcą cię dopaść, to wciąż jest paranoja. Zapamiętaj złotą zasadę: Tom ma zawsze rację.
Oczy Riddle'a zalśniły z zadowoleniem w wyniku tego oświadczenia.
- Chłopaki, nie zachęcajcie go… I nawet nie zaczynajcie mi z tą złotą zasadą!
- Mówiąc jednak poważnie… – Tom przyszpilił go jednym ze swoich intensywnych spojrzeń – …musisz coś zjeść.
Westchnął, chwytając tost z talerza Toma i - nie zwracając uwagi na pełne grozy spojrzenia i oburzone okaż-trochę-szacunku krzyki pozostałych - wziął duży, wyzywający gryz. Napotkał wzrok Riddle'a.
- Zadowolony? – zapytał. Dziedzic Slytherina zmarszczył brwi.
- Na stole leży cała sterta tostów, ale ty po prostu musiałeś wziąć mój.
Niewinnie zaproponował Tomowi ugryziony kawałek tosta, z satysfakcją zauważając obrzydzenie na jego twarzy.
- Nie chcę go po tym, jak znalazł się w twoich ustach!
- Nie chcesz czego po tym, jak znalazło się w kogo ustach? – zapytał Lestrange, zbliżając się do stołu. Najwyraźniej w końcu zwlekł się z łóżka.
- Tostu Toma po tym, jak Harry go ugryzł – odpowiedział Alphard stwierdzającym fakt tonem. – Ominęła cię niemal schizma rodzinna. – Młody spadkobierca rodu Blacków zbladł nieco, kiedy Harry i Tom spojrzeli na niego. – Znaczy, nie to, że, um, że wy jesteście... – wydukał po chwili bezradnie. Harry zdecydował się nad nim ulitować i odwrócił wzrok.
Chwila ciszy.
- Schiza, to cały Cugnus – o ile w grę wchodzi Tom*. – Harry uśmiechnął się, po czym zaskomlał: – AUĆ! Tom! – Jego ręka odruchowo dotknęła tyłu głowy. – Mógłbyś kogoś zabić tą torbą.
- Dobra robota, Wybrańcu, właśnie rozgryzłeś mój… jak to było?... diabelski, szalony plan. – Riddle ze spokojem kontynuował swoje śniadanie. Potter zmrużył oczy.
- Nie nazywaj mnie tak – syknął. Tom uniósł nieznacznie wzrok, słysząc wężomowę.
- Przestań jęczeć, to niegrzeczne – odparł.
To było, ogólnie rzecz biorąc, spokojne śniadanie.
A następnie Cygnus rozlał na niego gorącą kawę.
- Kurwa – syknął, kiedy brązowy płyn natychmiast poparzył jego skórę.
- Język! – warknął Tom. Przez chwilę gapił się na przyszłego Czarnego Pana – czy właśnie skarcono go za używanie przekleństw!? – po czym skoncentrował się na większym zagrożeniu w postaci gorącej kofeiny.
- Ups. – Lestrange uśmiechnął się ironicznie, otwierając szerzej oczy. – Bardzo przepraszam, Harry!
Taak, jasne. Sukinsyn zrobił to bez zawahania. Oczyścił się ruchem różdżki, nie wynikła z tego żadna szkoda, prócz jego… i najwyraźniej Toma popsucia nastroju.
- Jestem pewien – powiedział chłodno.
Reszta Ślizgonów podeszła do tego spokojnie. Lestrange nie walczył z nim o władzę już od dłuższego czasu… dlaczego zaczął teraz? Nieważne. Nie obchodziło go to. Mimo tego czuł się lekko wytrącony z równowagi z powodu groźby, jaka pojawiła się w oczach chłopca. Kiedy więc zadzwonił dzwonek sygnalizujący rozpoczęcie zajęć, chwycił szybko swoją torbę, czując jak jego magia szaleje.
- Coś się stało, Harry? – zagadnęła Hermiona. Spojrzał na nią zaskoczony, ale potem zdał sobie sprawę, że od ostatnich kilku minut wpatruje się w tą samą stronę podręcznika do Transmutacji. Potrząsnął głową, chcąc pozbyć się niechcianych myśli i uśmiechnął się do swojej przyjaciółki.
- Nic takiego. Jestem po prostu zmęczony radzeniem sobie z pewnym śmieciem w domu węża – odpowiedział. Hermiona spojrzała na niego z niepokojem.
- Walnij Riddle'a w twarz, stary – doradził daremnie Ron.
- To akurat, na razie, nie z Tomem ma problem. – Westchnął.
- W takim razie zamień Malfoya w fretkę.
Nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać z założeń swojego najlepszego przyjaciela.
- Lestrange, Ron. – Poddał się. Nie za bardzo wiedział, dlaczego w ogóle kłopocze się, aby o tym rozmawiać. Ron nie rozumiał politycznych zagrywek rozgrywających się w domu węża. Rozlana kawa zirytowałaby go, ale nic poza tym nie znaczyła. Życie było takie proste, kiedy nie trzeba było rozgryzać zielonej strony. W Gryffindorze zawsze wiedziałeś, że ktoś coś do ciebie ma, bo zazwyczaj mówił ci to prosto w twarz. Ślizgoni, z drugiej strony… byli zupełnie inni.
Westchnął, kiedy jego blizna zakłuła go nieprzyjemnie.
Czarny jastrząb wleciał przez okno.
* w oryginale Alphard mówi „You're missing quite the domestic drama here.", do czego Harry chwilę później nawiązuje mówiąc: "Domestic is totally Tom and Cygnus". Nie macie pojęcia, jak wiele problemów sprawił nam ten fragment. Już tłumaczę. Domestic drama użyte przez Alpharda można przetłumaczyć na dramat rodzinny, dramat domowy. Jak widzicie, w wypowiedzi Harry'ego znów pojawia się słowo domestic, tyle, że tym razem nie stoi koło niego żadne słowo „nawiązujące" do niego – wcześniejsze drama. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że Harry odnosi się do drugiego znaczenia słowa domestic – służący. Dzięki temu stworzona została nieprzetłumaczalna na nasz język gra słów. Zależało nam na tym, by czytając ten rozdział nie rzucała się ona w oczy i po długich przemyśleniach kochana 100-ki. Yakou. no. Ou wymyśliła rozwiązanie takie, jakie mieliście okazję w rozdziale przeczytać.
