Rozdział betowała wspaniała 100-ki. Yakou. no. Ou. / EDIT. Oraz wspaniała Himitsu.

Louise - mam nadzieję, że dzisiejszy rozdział bardziej ci się spodoba. A czy zacznie się coś dziać... nie wiem, sama oceń ;). A Toma, spokojnie, będzie coraz więcej. Dzisiaj mamy nawet jego krótki punkt widzenia ;).

Koma - Voldemort... na pewno będzie się raz za razem pojawiał i chociaż nie stanie się główną postacią, jego działania będą bardzo ważne. I tak, na pewno będzie się mieszać - jak mogłoby być inaczej? To w końcu Czarny Pan ;).

Tsukiaisuishou - taak, ja też uwielbiam ich rozmowy. A mogą być naprawdę... różne i to chyba to jest w tym najlepsze. Nie wiadomo jakiej rozmowy można się spodziewać. I tak, Ślizgoni nie są źli ;). Chociaż nie wiem, czy nazwałabym ich (w szczęgólności Toma) sympatycznymi...

Gościu, są takie osoby. Chociaż to nie zmienia faktu, że systematyczne komentowanie jest niesamowicie trudne. Niemniej cieszę się każdym komentarzem, nawet jak ktoś wrzuca go raz na jakiś czas. Jak już wcześniej mówiłam - są one niesamowicie motywujące. I dziękuję za miłe słowa :).

Tak więc dziękuję wam wszystkim za komentarze. Mam nadzieję, że kolejny rozdział się wam spodoba!


Słowniczek: wężomowa


Ulubieniec Losu

Rozdział piętnasty

Jego serce zamarło, kiedy zauważył ptaka. Jakoś, jakimś cudem, po prostu wiedział kto jest jego właścicielem. Podniósł różdżkę, zbliżając się do jastrzębia, który nawet nie drgnął.

- Odejdź – warknął. – Nie chcę go.

Ten czarny demon spojrzał na niego tylko swoimi zimnymi, groźnymi oczyma. Jeeezu. Oblizał suche wargi.

- No już!

Ptak skoczył w jego kierunku, wysuwając nóżkę. Trzasnął ostrzegawczo dziobem. Nastąpiła krótka, niema walka na spojrzenia. W końcu sprawdził, czy list nie ma na sobie jakiś klątw, świstoklików lub jakichkolwiek innych uroków czy niebezpieczeństw. Nic. Westchnął ciężko, otwierając kopertę.

- Od kogo to? – Zaciekawił się Ron. – Co jest napisane?

Jego wzrok zaczął się rozmazywać, a serce się ścisnęło. To była lista, lista nazwisk. Nazwisk wszystkich tych, o których się troszczył, a niektóre z nich, takie jak: Lily Potter, James Potter czy Cedrik Diggory zostały przekreślone. To była czarna lista, lista osób do zlikwidowania. Na samym dole pajęczego skryptu, w sposób zupełnie nieprzypominający eleganckiego pisma Toma, dopisano trzy rzeczy:

1) Witaj Harry Potterze, a może raczej Evans?

2) Jak wielu jeszcze umrze?

3) Twój wybór.

Voldemort.

Z cichą grozą patrzył na pergamin. Nie poruszył się nawet wtedy, kiedy zobaczył cienką linię przekreślającą mocno imię „Syriusz Black". Wyglądało to, jakby ktoś go tak po prostu skreślił… a przekreślał nazwiska ludzi, którzy umarli albo umierali. Jego oddech zamarł. Nie. Błagam, nie. Zgniótł pergamin w ręce, opadając na fotel. To się nie mogło dziać.

- Harry? – Spojrzał w górę na zmartwioną twarz Hermiony. – Co to jest? – zapytała.

- On… on go ma. – Patrzył tępo na listę nazwisk. Co robił? Był kimś, kto planował. Kompleks bohatera… ale nie wiedział, jak uratować swojego ojca chrzestnego. Nawet nie wiedział, czy nie była to pułapka. Wstał zdecydowanie. Rozpaczliwy czas, rozpaczliwe środki. Nie mógł uwierzyć, że to robi.

- Muszę zobaczyć się z Tomem.


Szedł znajomymi korytarzami w lochach. Jego serce waliło. O boże. A co, jeśli będzie za późno? Co jeśli Syriusz będzie martwy? Co jeśli… och, nienawidził gdybać.

- Otwórz się – syknął. Kamienna ściana rozsunęła się. Wszyscy odwrócili się, aby na niego spojrzeć. Niektórzy wrogo, inni, jak Zevi, wyglądali na zaniepokojonych.

- Harry…?

- Jest tutaj Tom? – wypalił. Martwa cisza.

- On… - zaczął Abraxas.

- Poszedł do biblioteki – skończył za niego chłodno Cygnus. – Powiem mu, że jego najnowsze zwierzątko go szukało, dobrze?

Zjeżył się, ale następnie zadrżał, kiedy zobaczył twarz Alpharda. Po raz kolejny uderzyło w niego podobieństwo, jakie było między nim a jego ojcem chrzestnym. Syriusz. Zamknął na chwilę oczy. Być może udanie się do Toma i węży nie było dobrym pomysłem. Będą się śmiać. Nie działali za bardzo przeciwko Czarnemu Panu, czyż nie? Wziął głęboki oddech.

- Nie, w porządku – powiedział szybko. – Po prostu…

- Wszystko w porządku? – Zevi. Znów. Spojrzał na młodego Prince'a, wysyłając mu całkowicie fałszywy, wymuszony uśmiech.

- Taak, najlepszym. Po prostu, um, pójdę…

- Harry?

Urwał, kiedy Tom wyszedł z dormitorium. Zacisnął zęby. Cholerny Lestrange i jego głupie potyczki o władzę. Nie miał na to czasu.

- Cześć, tylko wpadłem, wiesz, nie ważne.

Zanim zdążył się wycofać, oczy Toma przesunęły się na Lestrange'a, a następnie z powrotem na jego bladą twarz.

Podszedł i jednym szybkim ruchem zacisnął palce na ramieniu Harry'ego.

- Dormitorium. Natychmiast. Zevi, jeśli możesz?

- Och, jasne! – odpowiedział szybko chłopak, stając koło drzwi. Został wciągnięty do znanego pokoju, aktualnie powiększonego, by zmieścili się w nim zarówno obecni Ślizgoni, jak i podróżnicy w czasie. Jego gardło zacisnęło się. Nie ma wyjścia, prawda?

- Co się stało? – zażądał odpowiedzi Tom. Przez chwilę w milczeniu spoglądał na przyszłego Czarnego Pana, zastanawiając się, czy mógłby jeszcze się z tego wyplątać i na własną rękę zająć się tym wszystkim. Nie zwykł prosić o pomoc, ale właściwie nie miał do kogo pójść. Byli na liście. Oczy Toma wpatrywały się intensywnie w jego ledwo kontrolującą się twarz. W ciszy rzucił kilka zaklęć prywatności i wyciszających – na dość zaawansowanym poziomie. – Harry?

Wahał się jeszcze przez chwilę, ale otworzył zaciśniętą dłoń, ujawniając list. Tom patrzył na niego długo, po czym podniósł pognieciony pergamin. Czytał go w milczeniu, śledząc oczami każdą jego linijkę. Wyraz jego twarzy nie zmienił się, pozostał bez wyrazu i nieczytelny. Jedyną widoczną emocją było niewielkie, prawie niezauważalne zaciśnięcie ust i spięcie mięśni. Ciemne oczy prześlizgnęły się na jego twarz.

- Voldemort? – zapytał Tom.

- Tak – potwierdził sztywno. Zamknął na chwilę oczy, czując ból głowy, który nie miał nic wspólnego z psychiczną inwazją na podstawę jego czaszki. Jego oczy stały się gorące. Nigdy nie czuł się tak absurdalnie, tak przerażony. Ta wojna stawała się prawdziwa. Rosła liczba ofiar i nie mógł tego znieść. Czuł potrzebę, by ich ratować, ale nie mógł tego zrobić. Społeczeństwo widziało w nim swojego zbawiciela, swoje światełko w ciemności, ale także widziało w nim dziecko, trzymając go w złotej klatce bez kluczyka i wolności, której naprawdę potrzebował. Spodziewali się, że wygra dla nich tę wojnę, ale nie pozwalali mu w niej walczyć. Miał piętnaście lat, na litość boską.

- Salazarze – wymamrotał Tom, przeklinając cicho w wężomowie. Harry spojrzał w górę z pewnością w oczach. Czas przestać być dzieciakiem. Nigdy więcej prostych treningów, musiał wejść do gry. Musiał ciężko walczyć i ciężko się uczyć. Nie miał już czasu na głupoty.

- Podaj swoją cenę.


(Punkt widzenia Toma)

Wpatrywał się w Harry'ego, bladego, ale pełnego determinacji.

Udanie się do niego i poproszenie o pomoc było poważnym ciosem dla jego dumy. Wiedział o tym. Utrzymywał wyraz swojej twarzy obojętny, chłodny i opanowany. Jego oczy zapoznały się z listą, po czym spojrzały na twarz Harry'ego.

Voldemort nigdy nie miał być taki. Mimo to, nie byłby Ślizgonem, gdyby nie chciał tego w jakiś sposób wykorzystać. Poddał się, pozwalając sobie poprzeklinać. To było po prostu…

- Salazarze.

Oczy koloru Morderczego Zaklęcia otworzyły się, patrząc na niego. Zimne i straszne. Jego oczy. Oczy żołnierza.

- Podaj swoją cenę.