Rozdział betowała jak zawsze niezawodna 100-ki. Yakou. no. Ou. / EDIT. A także niesamowita Himitsu.
Ogólnie bardzo cieszę się, że poprzedni rozdział tak bardzo wam się podobał i dziękuję za wszystkie komentarze, które tak bardzo dodają skrzydeł.
NigrumLotus, nic a nic nie mówię o twoich przemyśleniach, na ile maja one odniesienie do rzeczywistości zobaczysz dopiero w tym rozdziale :). Cieszę się, że tak bardzo spodobało ci się uratowanie Syriusza, zresztą sama bardzo się cieszę, że żyje on w tym opowiadaniu. Lubię tą postać. :)
Koma - Musi? I dokładnie, Tom podszedł do tego tak... bez emocji. Tak jak to on. Mimo wszystko nie możemy zapominać kim jest. Cieszę się, że ci się podobało, tylko proszę, uważaj na to swoje ciśnienie ;).
zaklinka - bardzo cieszę się, że postanowiłaś skomentować. Miło słyszeć, że podoba ci się Ulubieniec ;). Mam tylko nadzieję, że twoja śmierć była tylko chwilowa i będziesz dała radę przeczytać kolejne rozdziały. Nie chcę mieć nikogo na sumieniu :). A co do Cygnusa, to... będzie się jeszcze pojawiał, więc jak jego losy się potoczą, to z pewnością się dowiesz ;). Komentarz wcale nie był taki nieskładny, a i tak zawsze lepszy jakikolwiek komentarz od żadnego ;). W każdym razie mam nadzieję, że się nie zawiedziesz :).
Tsukiaisuishou - naprawdę? Jesteś pewna? :)
Miłego czytania!
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział siedemnasty
Poczuł gwałtowne, ostre uczycie pieczenia w ramieniu – tak bolesne, że przyprawiło go aż o zawrót głowy. Następnie, tak samo nagle zakończyło się. Mdłości pojawiały się nagle, niesystematycznie. Ręce Toma przesunęły się wpierająco po ramieniu. Ha? Wspierał swoje sługi. Nie sądził, aby kiedykolwiek mógł jeszcze raz spojrzeć w lustro, nie mając odruchu wymiotnego.
- Idę zobaczyć co u Syriusza! – wydyszał. Nie mógł sobie z tym poradzić. Nie mógł dłużej zostać w tym pokoju. Mroczny Znak był wszystkim, przeciwko czemu walczył: nie odważył się spojrzeć w dół. Uchwyt Toma wzmocnił się na jego ramieniu.
- Usiądź, zanim upadniesz – rozkazał. Polecenie zostało poparte mocnym pchnięciem, które ustało dopiero wtedy, gdy wpierał się o jedno z łóżek Ślizgonów. Potrząsnął głową, oszołomiony. Ostre pieczenie ogarnęło jego twarz i podniósł oczy. Chwila, czy Riddle właśnie go spoliczkował? Tom chwycił jego szczękę, patrząc na niego.
- Uspokój się – pouczał powoli. – Nie dałem ci Mrocznego Znaku.
Poczuł, że wstrzymuje oddech. Nie dał? Wzrok Harry'ego powędrował do ramienia. A następnie wrócił na twarz Toma, unoszącego brwi z uśmieszkiem. Potem znów spojrzał na ramię. Brak… czaszki. Gapił się na swoje ramię. Nie było na nim żadnego tatuażu, jedynie szereg małych jak paznokcie półksiężyców. Wyglądało to tak, jakby Tom dopiero co wbił paznokcie w jego ramię. Mocno. Zdezorientowany, zmarszczył brwi.
- Co?
Tom przesunął po znakach ręką i Harry obserwował z czymś w rodzaju chorej fascynacji jak te układają się w postać małego węża. Był złoto-srebrny, z zielonymi oczami koloru Morderczego Zaklęcia. Koloru jego oczu, jeśli chodzi o szczegóły. Nie chciał tego przyznać, ale wąż wyglądał całkiem fajnie. Był mały, subtelny i dyskretny. Miał o wiele więcej klasy niż oczywista żmija owijająca czaszkę, będąca Mrocznym Znakiem. Był w szoku, kiedy oko węża mrugnęło i przeniósł się on w górę ramienia, ukrywając po jego wewnętrznej stronie. Jego skóra mrowiła od magii. Tom ponownie wziął jego rękę, a na jego ramieniu znów pojawił się szereg półksiężyców. Otworzył usta i ponownie je zamknął. Spojrzał na Toma z ukosa.
- Co to jest? – wyrwało mu się.
- Znak, mój znak… twój znak.
- To nie jest Mroczny Znak – stwierdził, marszcząc brwi na podejrzanie niewinnie wyglądające półksiężyce.
- Nie, nie jest… a przynajmniej nie taki, do którego jesteś przyzwyczajony.
Riddle wyglądał na niesamowicie z siebie zadowolonego.
- Co on robi? – dopytywał się.
- Nie ufasz mi? – Tom uśmiechnął się niewinnie.
- Nie – odparł krótko. Riddle zachichotał.
- Idź i znajdź Syriusza – powiedział. Wyglądał jak kot, któremu dano śmietankę.
- Tom… - jęknął. – Co on robi?
W odpowiedzi chłopak odwrócił się od niego, wychodząc z dormitorium.
- Witam, profesorze Dumbledore, profesorze Snape.
W jednej chwili stanął na nogi, opuszczając rękaw na swoim ramieniu.
Czując lekkie zawroty głowy, wyszedł z pokoju. Oczy Dumbledore'a spojrzały na jego twarz, jego rękę.
- Harry, mój chłopcze.
Drgnął, gdy ręka Toma otarła się o jego ramię, kiedy sięgał nim, by zamknąć drzwi do dormitorium. Zabrzmiał niski, syczący głos - zbyt niski, by usłyszał go ktoś, kto nie jest wężousty:
- Mój.
Oczy Harry'ego rozszerzyły się nieco, ale dokładnie kontrolował wyraz swojej twarzy.
- Profesorze? – zapytał ostrożnie.
- Około dziesięciu minut temu do Skrzydła Szpitalnego przybył Syriusz po ataku śmierciożerców… wiesz może jak?
Spojrzał obojętnie na starca.
- Nie mam pojęcia – rzekł po prostu. Najsmutniejsze było to, że nawet nie kłamał. Nie miał zielonego pojęcia, jak Tom to zrobił… i, szczerze mówiąc, nie był już pewny, czy chce to wiedzieć. Tom miał tendencję do stosowania bardzo bezlitosnych metod.
- Harry... – Dlaczego dyrektor brzmiał na tak rozczarowanego? Ślizgoni napięli się, obserwując tą potyczkę o władzę, mając w oczach pewne przypuszczenia.
- Pokaż swoje ramię, Potter! – warknął Snape. Poczuł złość rozsadzającą jego żołądek. Z drugiej strony jednak, jak mógł to zrobić? Podwinął swój prawy rękaw.
- Drugie ramię, jeśli możesz. – Oczy Dumbledore'a pozbawione były błysków. Wahał się tylko chwilę, po czym podniósł rękaw. Skóra była bez skazy i czuł ciarki przechodzące przez wyżej położoną część jego ręki – wąż szydził z nich poza zasięgiem ich wzroku. Był to, musiał przyznać, niesamowity kawał magii… nie żeby kiedykolwiek zamierzał powiedzieć to Tomowi. Jakby ten jeszcze potrzebował zachęty.
- Tak? – zapytał wyzywająco. Mimo wszystko bolało go to, że Dumbledore tak od razu go skazał.
- Ja… - Wyraz twarzy Dumbledore'a załamał się na chwilę. – Chyba rozumiesz, że musiałem to sprawdzić – powiedział miłym głosem. – Dla większego dobra.
Zmrużył oczy, ale nie odwarknął, zbyt świadomy grzesznego wężyka na swoim ramieniu.
- Chcę zobaczyć Syriusza – stwierdził. – Czy to wszystko, czego pan chciał?
- Twoi przyjaciele wydawali się być pod silnym wrażeniem, że otrzymałeś list od Toma.
Nie miał zamiaru jeszcze raz przez to przechodzić. Nie mógł też nic poradzić na lekki gniew skierowany na najlepszych przyjaciół. Jakim prawem donosili Dumbledore'owi o tym, co działo się w jego życiu? Manipulacyjny, stary zgred. Spojrzał na dziedzica Slytherina wzburzony, wiedząc, że nie powinien tego robić.
- Wiesz, mogłeś po prostu przyjść do wieży Gryffindoru, jeśli chciałeś się ze mną zobaczyć – powiedział.
Tom uśmiechnął się czymś, co bardzo przypomniało prawdziwy uśmiech. To było małe, ulotne… ale ludzkie i prawdziwe.
- Panie Potter… - rozbrzmiał niski warkot Mistrza Eliksirów.
- Co? – zapytał niewinnie. Nieznacznie skinął głową na Toma, w podziękowaniu za Syriusza, po czym wyszedł.
