Rozdział betowała wspaniała 100-ki. Yakou. no. Ou. / EDIT. I równie wspaniała Himitsu.

Koma - taak, właśnie mniej więcej takie coś było w stylu Toma. Poza tym jest niewidoczny i... cóż, całkiem niezły. A zarazem to mimo wszystko znak. Tak, jak napisałaś, właśnie tak niesamowicie zaborczy. A co jest w Tomie to... cóż, będziemy się dowiadywać wraz z kolejnymi rozdziałami. Jeszcze wiele zrobi - dobrego i złego. Sami ocenicie jakie są powody jego działań :). A Tom i Voldemort razem będą, mogę to obiecać - kiedyś.

Louise - nie ma sprawy, cieszę się, że tym razem skomentowałaś :). I, uwierz mi, to będzie wyglądało coraz bardziej na slash, to nie będzie slash i to będzie szalenie irytujące. Dziękuję za wenę - naprawdę się niesamowicie przyda :).

Tsukiaisuishou - ogólnie postać Syriusza nie będzie się pojawiała często, ale mimo wszystko co jakiś czas będzie. Jest dość dobrze zarysowany, może nie do końca kanonicznie, ale mnie się podoba :). I tak, zgadzam się, ten znak to wielki kawał magii. A to dopiero początek...

NigrumLotus - tak, przyznaję, wiedziałaś i mówiłaś dobrze :). Rozgryzłaś to. Ciekawe, czy reszta pójdzie ci tak łatwo ;). Co do Severusa, to o ile kojarzę - trudno zapamiętać te wszystkie ponad sto rozdziałów - to nie będzie odgrywał żadnej roli. Niestety.

Dziękuję za wszystkie komentarze. Tłumaczenie idzie do przodu, więc jak na razie nikt nie musi martwić się o to, że stanie w martwym punkcie. Jesteście niesamowicie motywujący :). Zapraszam na kolejny rozdział!


Ulubieniec Losu

Rozdział osiemnasty

- Syriusz!

Jego ojciec chrzestny spojrzał w górę, pokonując dystans, jaki ich dzielił i mocno go przytulając. Pachniał skórą, bezpieczeństwem i, chociaż czuł się winny wobec Jamesa Pottera za myślenie w taki sposób, czymś w rodzaju ojca.

- Harry – wymamrotał. – Wszystko u ciebie dobrze, dzieciaku?

- Czy wszystko u mnie dobrze? – powtórzył z niedowierzaniem. – To ty jesteś tym, który uciekł trupożercom!

Niski, wstrząsający ramionami śmiech wywołany wymyśloną przez Pottera nazwą, a następnie Syriusz cofnął się, spoglądając na niego poważnie.

- Harry… ten twój przyjaciel… - zaczął.

- Tom?

- Tom – potwierdził ostrożnie Syriusz. – Ja…

- Nawet mi nie mów, że mam przestać się z nim zadawać – warknął, czując, jak rośnie jego gniew. Black oparł dłonie na ramionach Harry'ego.

- Nie będę – obiecał. – Po prostu uważaj, okej? Nie chcę byś… składał obietnice, których nie będziesz w stanie dotrzymać.

Spojrzał na swojego ojca chrzestnego. On wiedział. Wiedział, kim był Tom.

- Będę – powiedział cicho, nawet jeśli w głębi serca wiedział, że zrobi wszystko, co będzie trzeba, by chronić swoich najbliższych.

- Mówię serio. Ja… ja nie chcę cię stracić.

Odwrócił wzrok. Nie mógł wytrzymać tego znajomego spojrzenia. Syriusz wiedział, że Harry nie planuje trzymać się od tego z daleka - uważać na siebie. Westchnął.

- Skontaktuj się ze mną przez lusterko, jeśli kiedykolwiek będziesz mnie potrzebować.

Wiedział… i nie uciekł jeszcze z obrzydzeniem? Nie nazwał go zdrajcą Potterów? Harry poczuł małe, niezwykle ciepłe uczucie w swoim sercu, a następnie zmieszanie. Lusterko? OCH! Paczka, którą Syriusz dał mu przed odjazdem. Z poczuciem winy obiecał sobie, że jak najszybciej ją otworzy.

- Okej – zgodził się. Zamilkli na chwilę, patrząc na siebie w zrozumieniu.

- WYNOCHA! Panie Potter, już i tak spędzasz tu wystarczająco wiele czasu! Wynocha! Mój pacjent potrzebuje odpoczynku!

Niepewnie się uśmiechnął.

- Narka, Łapo.


Czując szarpiące nim nerwy, usiadł następnego ranka na swoim zwykłym miejscu przy stole Ślizgonów, zastanawiając się jakie zmiany spowoduje ten nowy stan rzeczy. Czuł jak wąż ożywiał się, kiedy tylko znajdował się blisko Toma. Mimowolnie zadrżał nieznacznie, zauważając uśmieszek dziedzica Slytherina.

- Co? – zażądał odpowiedzi, markotnie chwytając swoją filiżankę kawy.

- Naprawdę powinieneś jeść więcej – stwierdził lekko Tom. Chwila ciszy, w czasie której podniósł brwi.

- Czy nie mieliśmy już wcześniej tej rozmowy? – zapytał znużonym głosem.

- Tak, ale mnie nie słuchałeś. Weź kilka tostów.

Rozpoczynali już kłótnię, kiedy jego lewa ręka zaczęła mrowić. Jego palce zacisnęły się pod stołem, kiedy to uczucie rosło… robiło się nieprzyjemne. Mając nagle przeczucie, wziął kawałek grzanki. Jego przypuszczenia potwierdziły się, kiedy mrowienie ustało. Skrzywił się na zadowolony wyraz twarzy Toma. Sukinsyn.

Pozwolił nietkniętej grzance leżeć wyzywająco na talerzu.

- Wiecie, że przyjeżdża dziś nowy nauczyciel Obrony? – zagadał Zevi, przełykając swoje płatki. Zerknął w górę, ale nie odpowiedział w żaden sposób, wciąż ostentacyjnie ignorując kawałek chleba znajdujący się na jego talerzu. Nigdy nie bywał głodny o tak wczesnej porze, a żyjąc u Dursleyów dość łatwo przyzwyczaił się do kawy na śniadanie, braku obiadu i posiłku dopiero na kolację.

- Och? – Alphard poderwał się z zainteresowaniem.

- Uspokój się, chłopcze. – Abraxas uśmiechnął się. – To kobieta o imieniu Alecto Carrow…

- Alecto Carrow? – powtórzył Harry. Czy ona nie była przypadkiem...? Był niemal pewien, że była jednym z tych śmierciożerców, którzy nigdy nie zostali skazani.

- Ano. – Oczy Abraxasa powędrowały w jego kierunku. – Znasz ją?

Zacisnął zęby. Cóż, przynajmniej jako trupożerca z całą pewnością znała Czarną Magię.

Fantastycznie. Po prostu cholernie fantastycznie.

Tom uśmiechnął się, biorąc łyk soku pomarańczowego.

- Osobiście nie mogę się doczekać, aby ją poznać.

Uch.


- Uczniowie! – zawołał Dumbledore, skutecznie uciszając salę. – Ministerstwo znalazło nam zastępczego nauczyciela Obrony… Mam nadzieję, że sprawicie, iż będzie się tutaj dobrze czuła. – Wyglądał, jakby połknął zbyt kwaśnego cytrynowego dropsa. Harry nie winił go za to. Czy Ministerstwo naprawdę było takie głupie? Właściwie, głupie pytanie… oczywiście, że było.

Alecto Carrow wstała w milczeniu. Czuł, że kogoś drapie… bardzo możliwe, że Toma. Nowa nauczycielka była brunetką o okropnie kościstej twarzy i cieniem obłąkania w oczach. Po chwili rozległo się kilka wymuszonych, niezdecydowanych oklasków. Każdy, kto choć trochę interesował się Czarodziejskim Światem wiedział doskonale, po której stronie Alecto Carrow tak naprawdę była.

Zamarł nieznacznie, kiedy poczuł, że każdy wąż na sali patrzy w jego stronę. Śmierciożerca i Chłopiec-który-przeżył-aby-zyskiwać-sobie-śmieszne-oddzielane-kreską-imiona-z-powodu-którego-nawet-nie-rozumiał byli chemicznym połączeniem prowadzącym do niechybnej katastrofy. Tak jak Neville na eliksirach.

- Dziękuję, dyrektorze. – Uśmiechnęła się. – Jestem pewna, że uczniów czeka niezwykle interesujący i… pouczający rok.

Miała zły uśmiech.

Harry zastanawiał się, czy nauczyciele pozwoliliby mu wycofać się i uczyć tego przedmiotu na własną rękę. Powietrze było gęste od adrenaliny. Wątpił w to. Zaciskając pięści – dlaczego nie mógł mieć CHOCIAŻ JEDNEGO normalnego roku? – ostrożnie odłożył kawę, zanim by ją na kogoś rozlał… a mianowicie na Toma i jego podstępny, zadowolony z siebie, och, tak czysty i niewinny wyraz twarzy.

- Och! – Carrow wstała ponownie, jakby czegoś zapomniała. – Panie Potter, Evans, czy jakkolwiek się tam nazywasz: nawet nie próbuj pojawić się w Halloween w mojej klasie. Naprawdę nie chciałabym mieć do czynienia z okropną papierkową robotą i bliskim spotkaniem ze śmiercią, która podąża za tobą tego dnia – stwierdziła przyjaźnie.

Absolutna cisza.

- Ma trochę racji.

To był Tom.