Rozdział betowała 100-ki. Yakou. no. Ou, za co należą się jej wielkie podziękowania! / EDIT. I Himitsu, do której w podziękowaniu za betowanie leci wielki kufel Kremowego Piwa.
NigrumLotus - odkrył, teraz tylko pytanie, czy będzie potrafił to przyjąć ;). Mam nadzieję, że w odróżnieniu do poprzedniego rozdziału, ten ci się spodoba. :)
Koma - taaak, Tom na pewno coś ukrywa :). Pytasz o efekt? No cóż, jeśli będziesz czytać, to kiedyś się na pewno dowiesz, ja nic a nic nie będę zdradzać. W każdym razie cieszę się, że poprzedni rozdział podobał ci się bardziej niż mnie i mam nadzieję, że ten również przypadnie ci do gustu :).
zaklinka - nic nie szkodzi, doskonale rozumiem jak trudno komentować nie siedząc przed komputerem lub laptopem. To naprawdę nie jest proste i naprawdę podziwiam cię, że mimo tego i tak wstawiasz co jakiś czas komentarz :). I wiesz, ja też nie wiem, czy dałabym radę wytrzymać z Tomem. Czy ktokolwiek prócz Harry'ego by dał. A co do twoich myśli na temat Alecto, to całkowicie rozumiem ;). Pytasz się ile można głowić się nad zdaniem lub gestem? Naprawdę wiele. Sama się jeszcze przekonasz :).
W każdym razie dziękuję za wasze komentarze i serdecznie zapraszam na kolejny rozdział!
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział dwudziesty
Mieli dzisiaj pierwsze zajęcia Obrony z Carrow. Nie żeby Harry jakoś szczególnie na nie czekał. Nauczyciele Obrony mieli zły nawyk próbowania zakończyć jego życie, a ona bez przerwy wysyłała mu złe spojrzenia.
Ron, sądząc to samo, ponuro wcinał swojego tosta. Siedział z lwami, ku niezadowolenia Toma… ale, no naprawdę, jeśli Tom chciał jego towarzystwa, nie powinien go tak cholernie irytować, prawda? Mimo tego westchnął. Gryfoni byli bardzo głośni, a Ron rozmawiał z jedzeniem w ustach. Świetni ludzie… ale w ogóle nie mieli manier.
- Nie mogę uwierzyć, że profesor Dumbledore pozwala jej nas uczyć! – oburzyła się Hermiona, opuszczając gazetę. Całkowicie się z nią zgadzał. Nie czekał na tą lekcję.
Wiedział, że będzie koszmarem.
Wypadł wściekle z klasy, trzymając zbyt mocno różdżkę w ręce. Grupa trzeciorocznych Krukonów natychmiast usunęła mu się z drogi. Dziwne, niemal zapomniał już jak to jest, gdy uczniowie rozchodzą się przed nim, kiedy idzie korytarzem. Nie żeby się tym przejmował, to było dziwnie satysfakcjonujące, kiedy nie wysyłali mu tych zirytowanych spojrzeń… Salazarze, brzmiał jak Tom. Po prostu nie mógł uwierzyć w to, że ta suka to powiedziała. Była GORSZA NIŻ UMBRIDGE. Była przyzwoitym nauczycielem, a jeśli ignorowało się obrzydliwy sposób, w jaki szalała za Tomem i na każdym kroku podkreślała swoją przynależność do śmierciożerców, to lekcja była całkiem przyjemna. W końcu nie była jej obca Czarna Magia… ale potem to powiedziała. Było to dość niewinne, przynajmniej w kontekście nauczania. To był dobry, solidny kawał porad na temat tego, jak radzić sobie z przeciwnikami… wszystkie, oprócz jednej. Dla niego była jak nóż wbijany mu do jelita, a ona o tym wiedziała. Kiedy walczycie z grupą, korzystne jest oddzielenie chwastów od ludzi, którzy naprawdę się wam przydadzą i pozbyć się niepotrzebnych.
Pozbyć się niepotrzebnych… zabić niepotrzebnego. To mógł być zbieg okoliczności, może nawet by się na to nabrał, gdyby nie to, co się po tym wydarzyło. Uśmiechnęła się do niego z szyderczym „czyż nie, panie Potter?". Wiedźma.
- Harry!
Nie zatrzymał się, słysząc głosy Rona i Hermiony. Naprawdę nie chciał teraz z nikim rozmawiać… nawet z nimi. Pieprzyć to.
To Tom był tym, który go znalazł. Oczywiście, że to był on. To zawsze był on, czy mu się to podobało, czy nie.
- Zostaw mnie – warknął automatycznie. Tom wszedł głębiej do wieży astronomicznej, z rękoma od niechcenia złożonymi na piersi i ciemnymi włosami elegancko opadającymi na oczy.
- Twoi słudzy cię szukają.
- Oni nie są moimi sługami.
- Przyjaciele, cokolwiek – westchnął lekceważąco Tom, studiując swoje nieskazitelne paznokcie. – Przegapiłeś obiad.
- A ty tracisz właśnie Zaklęcia – odparł. Jeszcze raz pogłaskał głowę Hedwigi, nie podnosząc wzroku. Za jakieś pięć sekund zacznie to Riddle'a drażnić.
- Już zdałem swoje SUM-y. Tak samo jak ty. Nauczyciele to w porównaniu do nas amatorzy. – Harry parsknął. To była typowa rzecz, jaką Tom mógł powiedzieć.
- Rujnujesz swoją wizję idealnego ucznia.
- Harry – na zirytowany syk w wężomowie odruchowo podniósł głowę. Jego ramiona mimowolnie napięły się nieznacznie w niepokoju.
- Co? – spytał, sfrustrowany. – Spójrz, jeśli masz mi coś do powiedzenia, po prostu to powiedz. Nie jestem dzisiaj w nastroju do grania w zgadywanki.
Tom przewrócił oczami, rzadkość sama w sobie. Podszedł i usiadł obok niego, natychmiast chwytając mocno jego ramię, kiedy próbował wstać. Całkowicie znieruchomiał.
- Skończ pokutować i powiedz mi, co ci zawraca głowę. Jestem znudzony i mam straszną migrenę z powodu zaniepokojonego nastolatka siedzącego w kącie mojej głowy.
- Dobrze ci tak. Niebo jest niebieskie. Trawa jest zielona. Weź to za pokutę – odparł sucho. Zanim zdążyłby wstać, uścisk Toma wzmocnił się. Skrzywił się nieznacznie.
- Lily Potter – skomentował Riddle, próbując trafić. Oczy przyszłego Czarnego Pana ściemniały.
- C-co? – Wzdrygnął się, nie spodziewając się i nie lubiąc tego słowa, tego nazwiska, na jego języku. Jasne, Tom nie był Voldemortem… ale, na litość boską, było kilka tematów rozmowy, od których z grzeczności Tom powinien trzymać się z daleka. Wstał, tym razem zdecydowanie. Tom zrobił to samo, podnosząc lekko brwi.
- James Potter.
- Przestań – warknął. Tom spoglądał na niego przez chwilę.
- Puchoński chłopiec.
- Nazywał się Cedrik, do cholery! – Jego głos był coraz głośniejszy, upiornie głośny w zazwyczaj cichej wieży. Tom przechylił głowę. Mały uśmieszek pojawił się na jego twarzy.
- Dolina Godryka – powiedział powoli. To była ostatnia kropla, umyślnie zasugerowana i pasująca do wzorca, która przepełniła czarę. Jego magia zapłonęła, a różdżka podniosła się do góry z klątwą na ustach. Riddle wydawał się tego spodziewać i umknął jej w ostatniej chwili. Jego twarz spoważniała.
- Za…
- Ostrzegam cię, Riddle – splunął. – Jeśli powiesz jeszcze jedno słowo, przeklnę cię w zapomnienie.
- Zabij niepotrzebnego – powiedział po prostu Tom. Z niskim warknięciem, obrócił się na pięcie. Nie zabije go. Nie jest Voldemortem. Nie warto… Tom przeszedł przez pokój, zamykając ponownie drzwi, kiedy do nich dotarł. Czuł że drży i go nienawidzi. Ale Tom doskonale wiedział, za które sznurki pociągać, nawet teraz! – Co się stało, Harry? Myślałem, że mówiłeś, że mnie przeklniesz?
Czuł, że jego pięści zaciskają się wokół różdżki, ale rozluźnił ręce, wiedząc, że Tom mógł atakować szybciej niż kobra. Był na to zbyt zmęczony, nie mógł nawet wymyślić żadnej zgryźliwej riposty. Zawsze odpowiadał Tomowi… odkąd go poznał, zawsze miał coś do powiedzenia. Ale teraz po prostu czuł się całkowicie sparaliżowany. W tej chwili nie dbał o to, czy Tom uderzy go w twarz. Obrócił się i pchnął go tak, by stali naprzeciwko siebie. Jego oczy świeciły na czerwono. Voldemort… nie, Tom… ale… Szybko odwrócił wzrok.
- A potem szlama i zdrajca krwi. – Wzruszył ramionami. – Nie wspominając już o tych rozczochranych, kręconych włosach… nic, co mogłoby denerwować.
- Zamknij się – powiedział słabo.
- Prawdopodobnie zasłużyli sobie na to…
- POWIEDZIAŁEM, ZAMKIJ SIĘ! – Jego magia zawrzała, płonąc jak ogień.
- ZAMKNĘ, KIEDY PRZESTANIESZ BYĆ ŻAŁOSNY! – odkrzyknął Tom.
- Żałosny? – wypluł. – To ty jesteś cholernie żałosny! Nie potrafisz nawet zabić małego dziecka!
- A ty szalejesz z poczucia winy nad każdą rzeczą, którą zrobię - niezła z nas para, co?
- Ja… Jesteś niemożliwy! – warknął.
- Zabawne, bardzo zabawne, masz język ostry jak żyletka, którą mógłbyś się pociąć, co?
- Pieprz się.
- Jest dziś niesamowicie dobry. Taak, bardzo imponujący – szydził Tom. Spojrzeli na siebie w milczeniu. Nigdy bardziej nie nienawidził Riddle'a… no cóż, może z wyjątkiem tego czasu z Rosierem i Halloween, ale…
- Co, równie imponujący jak ktoś prześladujący piętnastolatka tak bardzo, że przemierza za nim czas? Co jest? Zakochałeś się we mnie, czy co?
Tom skrzyżował ręce na piersi, a jego magia opadła.
- Wykonałem swoją robotę. A teraz pozbieraj swoje małe problemy ze wspomnieniami i idź powiedzieć wszystkim, aby przestali męczyć mnie bym poszedł i zobaczył co się z tobą dzieje.
Patrzył za Tomem, kiedy ten uśmiechnął się i odszedł.
Że co?
- TOM! WRACAJ TU W TEJ CHWILI!
