Rozdział betowała wspaniała 100-ki. Yakou. no. Ou.
Koma - za to możesz być pewna, że tłumaczenie do samego końca dojdzie - a przynajmniej jeżeli żaden niespodziewany wypadek mi się nie przydarzy. Robimy z betą co w naszej mocy :). I tak, pojawienie się rodzinki jest dość zaskakujące, a jeszcze bardziej - tak myślę - zaskakujące będzie to, co się w związku z tym wydarzy. :)
NigrumLotus - tak, to prawda, umiejętność Toma poradzenia sobie z Harrym jest niezwykle zaskakująca. A jakim cudem Dursleyowie pojawili się w Hogwarcie zostanie doskonale wytłumaczone. Niedługo zrozumiesz ;). Dziękuję za wychwycenie błędów, zostały one szybko zmienione i dzięki temu nie będą tak kuły w oczy późniejszych czytelników ;).
Tsukiaisuishou - och i to jakie wyzwanie! Przecież po nim nigdy nie wiadomo, co się spodziewać. Poza tym to w końcu Czarny Pan - młody bo młody, ale na pewno nie niewinny. Rozmowy z nim muszą być w takim razie ciekawe ;). I być niezwykle pracochłonne. I energiochłonne ;).
Dziękuję za każdy, nawet najmniejszy komentarz. Za wasze przemyślenia, wrażenia i uwagi. I zapraszam na kolejny rozdział.
Ulubieniec Losu
Rozdział dwudziesty drugi
Serce Harry'ego na chwilę stanęło z przerażenia. Nie… NIE!
Dursleyowie nie mogli tutaj być… po prostu nie mogli. To było złe! Hogwart był jego domem, jego sanktuarium od Dursleyów… A teraz oni tu byli! Z Tomem. Poczuł mdłości.
- CHŁOPCZE!
Skulił się wewnętrznie widząc wuja szturmującego w jego stronę jak rozwścieczony byk – tęgiego, z czerwoną twarzą. Jego ciężka, wściekła postać wydawała się mniejsza w tym wielkim pomieszczeniu. Harry poczuł, jak jego ramiona napinają się w niepokoju i czuł, jak bicie jego serca nieznacznie się przyśpiesza. Na zewnątrz pozostał jednak spokojny, przesuwając jedynie swój ciężar ciała w taki sposób, by móc się szybko poruszyć, jeśli wymagałaby tego sytuacja. Tom miał nieczytelny wyraz twarzy. Nie przeszkadzało mu to w uśmiechaniu się.
- Co wy tu robicie? – zapytał automatycznie, choć tak naprawdę w ogóle go to teraz nie interesowało. Świńskie oczy zmrużyły się.
- Dlaczego… ty mały…
- Jesteś Vernonem Dursleyem – przerwał mu leniwie Tom. Jego wuj zatrzymał się w połowie zdania, patrząc na Riddle'a.
- A kim ty, do cholery, jesteś? – splunął, potrząsając lekceważąco głową. – Dziwaku, weź swoje rzeczy.
Że co?
- Dlaczego? – dopytywał się przezornie.
- Nie zadawaj pytań, chłopcze. Po prostu to zrób! – warknął Vernon. Dudley i Petunia dołączyli do nich kaczkowatym krokiem, zatrzymując się obok niego. Teraz już naprawdę zrobiło mu się niedobrze.
- Dlaczego tutaj jesteście? – Nie dawał za wygraną mimo że wiedział, że będzie miał z tego powodu przykre konsekwencje. Żyła na czole wuja zaczęła pulsować.
- Nie zadawaj pytań. Rób, jak ci powiedziałem, ty mały dziwolągu.
Magia Toma zaczęła niebezpiecznie buzować. Vernon wydawał się tego nie zauważać. Dudley wysłał mu zadowolony z siebie uśmieszek. Tylko Petunia patrzyła na Toma z przerażeniem w oczach.
- Dudziaczku, poczekaj na zewnątrz – rozkazała cicho. – Vernon, pluszaczku, może powinniśmy przeprowadzić tą dyskusję gdzieś indziej… Wiesz, jacy są ci z ich gatunku. – Pluszaczku? Naprawdę nie chciał znać tej pieszczoty…
- Ich gatunku? – Abraxas powtórzył chłodno, patrząc na jego krewnych jak na małe obrzydlistwo uwięzione pod mikroskopem.
- Dziwaków – wyjaśnił z uśmiechem Tom. Uśmiechem niepokojącym, pozornie przyjaznym, a gdyby mu się przyjrzeć, to całkowicie chłodnym. Bystre oczy spojrzały badawczo na twarz Pottera. – Harry, dlaczego nie… przedstawisz nas, jak należy?
O cholera.
- Uch… - Potrząsnął głową. – Później. – Wstał szybko, jego mięśnie były napięte. – Kryzys rodzinny… uh… Myślę, że powinniśmy porozmawiać o tym na zewnątrz. – Jego żołądek szalał, jak gdyby o jego ściany rozbijały się dzikie fale. Jakby Tom potrzebował kolejnego powodu, by nienawidzić mugoli…
Petunia spojrzała na niego - jej końska szczęka zaciśnięta była mocno z napięcia, a nos marszczył się z odrazy z powodu bycia otoczonym przez tak wielką ilość „sami wiecie czego".
- Nie mów mi, co mam robić, chłopcze, mam dość tych… dziwacznych bzdur… weź swoje rzeczy i idziemy.
Wszyscy na niego patrzyli; czuł, że ich spojrzenia parzą jak ogień jego skórę. To był koszmar. Co się, do diabła, działo?
Palce Toma zacisnęły się mocno wokół jego nadgarstka, uniemożliwiając mu odejście.
- Usiądź, Harry. – Jego głos był niski, władczy i zimny jak ciekły azot. Vernon zapłonął, chwytając jego rękę i próbując wyrwać ją z uścisku dziedzica Slytherina.
- Jest moim siostrzeńcem. Mogę z nim robić co mi się tylko, do diabła, podoba. Nie masz prawa wtrącać się w sprawy mojej rodziny, chłopcze.
Tom podniósł brwi, a jego usta wygięły się szyderczo.
- W takim razie wyjdź z zamku i nie wtrącaj się w moją – oznajmił, jego głos był spokojny, w odróżnieniu od szalejącej wokół magii. Harry zerknął na Toma, nie poruszając głową. W moją? Uch? Rodzina Toma była martwa… był sierotą – obaj byli. Vernon wydawał się podzielać jego zdezorientowanie.
- Nie wtrącam się w twoją dziwaczną rodzinę – warknął. Oczy Toma przesunęły się z tłustego Vernona na jego grube palce, wciąż zaciśnięte wokół ramienia Harry'ego, a potem ponownie na najstarszego Dursleya. Vernon prychnął. – Jego rodzina nie żyje… nie możesz być jej częścią. Ten, ten Vol-coś-z-jego-twarzą ją zabił.
Jeśli w jakiejkolwiek innej sytuacji usłyszałby kogoś nazywającego Voldemorta „Vold-coś-z-jego-twarzą" stojąc tuż przed Tomem, uznałby to za zabawne. W tej chwili było mu jednak zbyt niedobrze, aby mógł się zaśmiać. To się nie mogło dziać. Przypominające kiełbaski palce na jego ramieniu ścisnęły się, powodując, że mimowolnie się skrzywił. Miał tam rano siniaka. Tom również wstał. Harry nie mógł nie zauważyć, że Ślizgon był wyższy od jego wuja przynajmniej o cal. Kiedy ich przywódca poruszył się, także Abraxas, Zevi, Alphard i Lestrange wstali, wyciągając różdżki.
Umysł Harry'ego wypełnił szereg zajadliwych przekleństw. Pierwotni śmierciożercy i mugolska rodzina nienawidząca magii = niezbyt dobre połączenie.
- Tom… - ostrzegł cicho przez zaciśnięte zęby. Chłopak nawet na niego nie spojrzał.
- Jak długo masz zamiar ich chronić? – zapytał zamiast tego, nie spuszczając wzroku z postaci starszego mężczyzny. – Traktują cię gorzej niż mugole kiedykolwiek traktowali mnie.
- Są rodziną – zaprotestował, sam nie będąc do końca pewnym dlaczego broni Dursleyów. Tom wydawał się to zauważyć, ale nic nie powiedział. Vernon patrzył na nich, nic nie rozumiejąc.
- Nie jesteś rodziną dziwaka. – Napiętą ciszę nierozsądnie przerwał głos Dudleya. Wzrok Toma prześlizgnął się na chłopca.
Harry ledwie powstrzymał się przed wzdrygnięciem. Nienawidził ich, czuł do nich odrazę – i wiedział, że to uczucie było odwzajemnione. Ale nawet po tych wszystkich latach te słowa nie przestały go ranić. O dziwo, to nie temperament Toma pękł, a Zeviego:
- Nazwij go jeszcze raz dziwakiem, a przysięgam na boga, że cię zabiję.
Oczy Harry'ego rozszerzyły się. Jego magia trzasnęła i wyrwał się z obu uścisków: Toma i wuja… nie, nie wuja, Vernona. Pośpiesznie stanął między nimi.
- Nikt nie będzie nikogo zabijał – syknął, spoglądając na nich. Zerknął na swoją ciotkę. – Myślę, że powinniście odejść – stwierdził cicho.
- Po tych wszystkich kłopotach, których nam przysporzyłeś? – zagrzmiał Vernon. – Nie sądzę. Nie chcemy tego więcej. Starzec powiedział, że jeśli weźmiemy cię do siebie jeszcze na tydzień, już nigdy więcej cię nie zobaczymy. – Teraz brzmiał zwycięsko. Starzec… Dumbledore. Poczuł napływający ból - ból i wściekłość. Spojrzał w górę, na stół należący do personelu. A więc to dlatego nikt, żaden uczeń czy nauczyciel, nie interweniował. Ale jaki to wszystko miało cel?
Dumbledore wstał, jego oczy migotały, a na twarzy pojawił się mały uśmiech.
- Myślę, że zaszło straszne nieporozumienie. – Błyski w oczach zniknęły. – Panie Dursley, pani Dursley, Harry, mój chłopcze… jeśli mógłbym przez chwilę z wami porozmawiać?
Martwa cisza.
Wyraz twarzy Toma był pusty, a oczy błyszczały ze wściekłości.
- Mógłby pan usiąść, panie Riddle? – kontynuował Dumbledore.
Mały uśmieszek pojawił się na twarzy przyszłego Czarnego Pana.
- Dlaczego mnie nie zmusisz?
A następnie rzeczy potoczyły się bardzo szybko.
