Rozdział betowała 100-ki. Yakou. no. Ou.

Gościu, można, można :). I cieszę się, że podoba ci się ten fick, naprawdę. A co do Dursleyów to... no cóż, tacy po prostu są. Pewnie nie pomyśleli, że kogoś mogłoby zainteresować to, w jaki sposób traktują Pottera, skoro przez tyle lat nikt się tym nie zajął ;). Aislinka, cieszę się, że rozdział ci się tak spodobał. I tak, masz rację, taka emocjonalność Harry'ego jest bardzo szczera dla jego postaci. Taka... prawdziwa :). A czy ten rozdział będzie gorący... cóż, sama oceń :). Wiesz, Koma, Zevi w ogóle jest bardzo pozytywną postacią i myślę, że jeszcze wiele razy cię zaskoczy. Co do Harry'ego to... cóż, sama dzisiaj ocenisz :). Co do Toma, to się doskonale zgadzam! Jego podobieństwo i różnica do Voldemorta jest niesamowita. I, hm... nic nie zdradzam. Zgadzam się, NigrumLotus, zagrywka Dumbledore'a była poniżej pasa. Nic nie mówię, co z tego wszystkiego wyniknie, tylko czekam na opinię kiedy już będziesz wiedziała jak się skończy ta cała sprawa - czyli dzisiaj. Błąd poprawiony, dziękuję za zwrócenie uwagi. Okey888, jejć, nie wiem co powiedzieć. Cieszę się, że tak bardzo podoba ci się Ulubieniec. I relacja między Tomem i Harrym. I w ogóle. Naprawdę niesamowicie miło mi to wszystko słyszeć. Co do zamęczania komentarzami to... bardzo mi miło. Bardzo lubię być nimi zamęczana, to czysta przyjemność ;). Cieszę się, że nie uważasz tego za kiczowate i mam nadzieję, że tak pozostanie do samego końca :). Wena na pewno się przyda, bo to naprawdę wredna osóbka i ma wyczaj uciekania w najmniej oczekiwanych momentach. Tsukiaisuishou, myślę, że skoro to dyrektor ich sprowadził, to mógł w jakiś sposób sprawić, że Hogwart zobaczą. :)

Dziękuję za wszystkie komentarze. Było ich niesamowicie dużo, były niesamowicie miłe i... mogłabym tak chwalić was przez cały czas. Po prostu dziękuję. I miłego rozdziału.


Ulubieniec Losu

Rozdział dwudziesty trzeci

(Punkt widzenia Toma)

Odruchowo schylił się, czując oszałamiające zaklęcie przelatujące mu tuż nad głową. Natychmiast wyczarował Protego i kilka innych bardziej… skutecznych barier. Poczuł warczący syk wymykający się z jego warg. Pociągnął za sobą Harry'ego, bez problemu – męczennik naprawdę był bardzo lekki. Oczy ciemnowłosego rozszerzyły się nieco na ten szybki, gwałtowny ruch.

- To…

- Naprawdę myślisz, że możesz poradzić sobie z dwoma wojnami na raz, starcze? – zadrwił. – Już jedną przegrywasz. – Dumbledore przyglądał mu się chłodno, bez żadnych oznak tego migotania w oczach.

- Pozwól mu odejść – rozkazał starzec. Spojrzał na Harry'ego, a następnie podniósł brwi na Dumbledore'a.

- Powinieneś zachować go wtedy, kiedy mogłeś – odparł lodowato.

- Potrzebuje porozmawiać ze swoją rodziną!

- Potrzebuje kogoś, kto naprawdę walczyłby po jego pieprzonej stronie – warknął Zevi. – A nie wysyłał go, by walczył na wojnie bez przygotowania, jakby był mesjaszem i miał nadzieję, że wyjdzie z tego żywy, bo wtedy nie będzie musiał samemu brudzić sobie rąk.

- Mam na uwadze jego dobro! Pokładam w Harrym całe moje zaufanie – powiedział spokojnie Dumbledore i tylko wyostrzone rysy jego twarzy zdradzały jego wściekłość.

- Jego dobro? – powtórzył szyderczo Tom. – Powtarzasz to sobie? Jak skazanie go na życie ze stadem plugawych, bezwartościowych, uczulonych na magię drani ma wpływać na jego dobro? Jakim cudem oczekiwanie, że wygra dla ciebie wojnę bez żadnego przygotowanie ma na uwadze jego dobro?

- On zrobi to dobrze…

- Nie, daj sobie z tym spokój – kontynuował Tom z namysłem, ze śmiertelnym wyrazem twarzy. – A jakim cudem rozpieprzenie mojej cholernej kampanii i pozwalanie mi oszaleć, chociaż cholernie doskonale wiedziałeś, że możesz coś z tym zrobić, przedstawianie mnie jako uosobienia zła i, na domiar złego, robienia z dzieciaka swojego żołnierza ma na uwadze dobro Harry'ego?

- Nie dzieciaka – wymamrotał Harry. Prawie się uśmiechnął.

- Więc?

- To nie tak. On jest potrzebny, by wygrać tą wojnę. To dla większego dobra…

- Och, i tu cię mamy – zatrajkotał z rezygnacją Abraxas.

- …trudno mi uwierzyć, abyście sami mogli powiedzieć, że jesteście tutaj, bo macie na uwadze dobro Harry'ego? – zakończył Dumbledore, ostro jak brzytwa wypluwając swoje słowa. Oczy Pottera powędrowały do niego, a następnie z powrotem niepewnie na starca. Kurwa.

- Uchylamy się od pytania, co, pierniku? – zakwestionował subtelnie. – Nie, nie jestem tutaj tylko po to, by chronić Harry'ego… ale też tego nie udaję. Mówi ci to coś? – skierował pytanie do zielonookiej zagadki, która przez chwilę na niego patrzyła.

- Co to niby jest, walka o opiekę nad dzieckiem? – zażartował słabo. Tom poczuł, jak jego usta układają się w uśmieszek. Och, gdyby tylko wiedział. Mimo tego, że Harry mógł działać jak zahartowany weteran wojenny, wciąż był tak rozczulająco niewinny…

- Panie Potter. Muszę nalegać, abyś porozmawiał z rodziną – stwierdził stanowczo Dumbledore. – Musisz na jakiś czas wrócić do domu.

- Nie – oświadczył stanowczo Harry, zdumiony. – Dlaczego miałbym?

- Bariery ochronne muszą zostać zaktualizowane. Wtedy dom mógłby zostać użyty jako Kwatera Główna, gdy twoi krewni przeniosą się do Stanów. – To miał być jakiś żart? Oczy Harry'ego ukazały wściekłość.

- Wspaniale – odwarknął przez zaciśnięte zęby. – Oczywiście, już się zrywam i lecę robić to, co mi pan powiedział bez uprzedzenia, w środku roku egzaminacyjnego, profesorze – powiedział sarkastycznie.

- Wiedziałem, że zrozumiesz. – Starzec uśmiechnął się.

Tom jednakże zatrzymał wzrok na Harrym. Czuł pulsującą magię chłopca o szmaragdowych oczach, wyślizgującą mu się spod kontroli. Prawie się roześmiał. Stała się nieznacznie ciemniejsza, biel i czerń mieszały się ze sobą w burzliwą szarość. Była piękna.

- Więc, w zasadzie, to moment w którym wybieram stronę, prawda? – zapytał lekko Harry. Wszyscy zamarli. Wzrok Toma ślizgał się po twarzy Harry'ego, ale nie mógł jej odczytać.

Dumbledore zmarszczył brwi.

- Jesteś Chłopcem, Który Przeżył, Harry, stoisz już po jednej stronie. O czym ty mówisz?

Głowa Harry'ego przechyliła się niebezpiecznie. A następnie uśmiechnął się prawdziwie promiennie. To był całkiem olśniewający uśmiech, ale nieszczególnie przyjemny, jeśli bliżej się mu przyjrzało.

- Dziękuję, profesorze! Sprawiłeś właśnie, że stało się to dużo łatwiejsze. – Harry zrobił krok do przodu. Tom zmusił się do utrzymania kamiennego wyrazu twarzy. Naprawdę nie chciał zabić chłopca, jeśli zdecydowałby się grać idealnego, małego wojownika Jasnej Strony. Wóz albo przewóz.

- Cieszę się, że ci pomogłem. – Dumbledore uśmiechnął się. – W takim razie pójdziesz ze swoimi krewnymi?

- Jasne! – powiedział wesoło Harry. Dumbledore wysłał mu zadowolone z siebie spojrzenie, sprawiając, że wyglądał drapieżnie. Czekał, aż Harry dokończy, wyczuwając, że jeszcze tego nie zrobił. – Tak szybko, jak oznacza termin „nigdy". – Oczy Dumbledore'a rozszerzyły się.

- Harry, mój chłopcze?

- Nie jestem twoim chłopcem. Nie jestem twoim Zbawicielem. Nie jestem twoim narzędziem. Skończyłem z tym.


(Punkt widzenia Harry'ego)

- Ty co? – fuknął Dumbledore. – Nie możesz tak po prostu odejść!

Spojrzał spokojnie na człowieka, którego kiedyś traktował jak dziadka, z chłodnym wyrazem twarzy i skurczającymi się z bólu wnętrznościami. Tym razem posunął się za daleko.

- Właśnie to zrobiłem – splunął.

- Czy to oznacza, że teraz jesteś po naszej stronie? – zapytał bez ogródek Alphard. Spojrzał na Toma, uśmiechając się.

- Nie.

Tom uśmiechnął się nieznacznie.

- Do końca roku cię na nią przeciągnę.

- Wmawiaj to sobie.

- Udawanie ciężkiego do zdobycia do ciebie nie pasuje.

- Jestem pewny, że to przeżyję.

Uśmiech stał się odrobinę wyraźniejszy. Wargi Pottera drgnęły.

- Harry, naprawdę muszę zaprotestować… - zaczął Dumbledore.

- O czym wy wszyscy mówicie? – ryknął nagle Vernon. – Strony? Wojownicy? Żołnierze? Jesteście zupełnie porąbani.

Oczy wszystkich zwróciły się na sapiącego mugola z czerwoną twarzą.

- Możemy świętować? – zapytał go niewinnie Zevi. – Że przejrzałeś na oczy?

- Róbcie co chcecie – odparł. – Ale nadal twierdzę, że nie możecie torturować moich krewnych. – Twarz Vernona zbladła. Tom patrzył przez chwilę na mugoli, po czym skierował wzrok na niego.

- Szkoda… Nawet trochę?

- Nic, zero, null.

- Ale dlaczego? – jęknął Alphard ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy. Dursleyowie zrobili krok do tyłu. – Są świetnymi zabawkami…

- Ja naprawdę, nie… - Vernon zamilkł. – Dziwaki – splunął.

Po tym wszystkim, temperament Toma wymknął się spod kontroli.

- Harry, zdefiniuj dla mnie słowo tortury – poprosił zimno, z różdżką w ręku. Dursleyowie zrobili kolejny krok.

- Panie Riddle…

- Żadnego bólu, psychicznego czy fizycznego. Żadnych wypadków, które w tajemniczy sposób doprowadzają do tortur albo upadku ze schodów i śmierci. Nie pytaj, dawaj do zrozumienia albo sugeruj, że ktoś inny powinien ich za ciebie torturować. Er… nie zabijaj. Myślę, to wszystko? – Tom uśmiechnął się czarująco.

- Świetnie. – Jego różdżka śmignęła i jasny błysk światła pognał w stronę Dudleya. Dumbledore, gwałtownie, zrobił zaskoczony krok do przodu. Wiele przerażonych wzdychań – to był Tom.

W następnej sekundzie sala wybuchła śmiechem.

Dudley miał nowe dodatki: nos, skórę, włosy… małej Panny Piggy. Stłumił parsknięcie.

- Moje dzieciątko!

Oczy Toma były lodowate, niebezpieczne, kiedy spoglądały kolejno na stojących przed nim mugoli.

- Zejdźcie mi z oczu, mugole, albo ustawcie się w kolejce.