Naruto nie należy do mnie.
Projekt to jedna wielka gdybologia stosowana.
OC, Wilhelmina Fryderyka vel Wilga może trącić Mary Sue. Główną jej cechą są podróże we śnie/wędrówka po nurcie czasoprzestrzeni i zwiedzanie różnych dziwnych miejsc. Ma zdolność do wchodzenia w interakcje z otoczeniem i postaciami, więc duchem nie jest. Jednak czas przebywania w danym miejscu jest dość krótki i zależy od tego ile siły zużyje. Różne zdolności bohaterki wynikają z jej wcześniejszej przygody - została porwana z duszą i ciałem (w pakiecie) do Elophei - kreacja własna. Porwanie było omyłkowe, ale nie mieli tam technicznej możliwości odesłania jej do domu : Tam zaczęła pracować wśród pewnego ludu, poznała nowych przyjaciół i uczyła się przez dwadzieścia lat. Przy powrocie do domu popełniła błąd w wyniku którego zginęła jej przyjaciółka. W miarę możliwości stara się szlifować swoje umiejętności. Stąd wynika to, że jest w stanie dotrzymać kroku Tobiemu - nie za długo. Dogadać się potrafi co prawda nie najlepiej - kilkanaście miesięcy w Japonii robi swoje (ach, ta młodzieńcza miłość!).
Do Seshi - dzięki za komentarz :) Całość powstaje raczej na bieżąco, więc z czasem wszystko się wyjaśni ;) Pytania, komentarze i sugestie mile widziane.
„Stałem w pierwszym rzędzie. Rana na nodze zadana przez ostry drewniany pal chwilę wcześniej mi dokuczała, ale nie myślałem o tym. Wielu shinobich było w gorszym stanie niż ja. Niektórzy walczyli o życie, inni odeszli. My trwaliśmy razem, połączeni wspólnym celem. Zatem Madara Uchiha naprawdę nie był „Madarą Uchihą" lecz jego krewnym. Rodzina mentalnych popaprańców. Kiedy stracili kontrolę nad Juubim, ruszyli do ataku ponownie. Osłonił nas blondyn z Konohy. Jego srebrnowłosy towarzysz ścigał drugiego Uchihę. Walczyli tak szybko, że nie nadążałem za nim spojrzeniem. Technika zapieczętowania, którą miał zamiar użyć Naruto i antypatyczny, blady chłopak z rozwiniętym zwojem była dość skomplikowana. Potrzebowali czakry od całego Sprzymierzenia, żeby ją wykonać. Cały kłopot polegał na tym, żeby odwrócić uwagę Madary. Ktoś powiedział, że kluczem jest śmierć drugiego przeciwnika. Podobno tylko on mógł użyć jutsu dające Madarze młode ciało za cenę własnego życia.
Przygotowaliśmy się, łapiąc się za ręce i łącząc swe siły w jedno. Wypchać każdą ilość energii przez dłonie i podać dalej.
Z niedaleka doszedł do nas odgłos przypominający ćwierkanie tysiąca ptaków.
- Wanyudo – usłyszałem cichy szept Naruto i jego towarzysza, który namalował na zwoju ogromne koło z głowa w środku. Oczy głowy były zamknięte. Wyglądało trochę strasznie i było przeznaczone dla Madary. Podobno kiedy otworzy oczy wchłonie i zniszczy na zawsze duszę tego, na kogo skierowany będzie jej wzrok.
- Dalej go ściga – usłyszałem komentarz shinobiego w zielonym ubraniu. – Kakashi! Młodość zwycięży!
To działo się w zwolnionym tempie. Srebrnowłosy dopadł w końcu przeciwnika. Nie mógł nic zrobić, wyczerpał limit swego Kamui. Naładowana błyskawicami ręka Kakashiego wbiła się w lewą pierś czarnowłosego. Ten powiedział coś jeszcze. Coś, czego nie usłyszał żaden z nas. Błyskawice obróciły jego ciało w pył, który rozwiał wiatr. Nim cały się rozsypał, popatrzył w księżyc. Co tam ujrzał? Nie wiem. Miałem wrażenie, że widzę małe, brązowe ptaki. Cholera, halucynacje spowodowane przez najsilniejsze jutsu w historii?
- KURWA! – głos Madary dał o sobie znać. Potem roześmiał się drwiąco. – Nie zapieczętujecie mnie tą nędzną techniką.
Jego pewność siebie zniknęła nagle. W tę pieczęć włożyliśmy wszystkie swoje siły i nadzieje. Niemal czuliśmy jak się szarpie, a jego dusza usiłuje wyrwać się z mocy pieczęci. Na próżno. Udało się nam wykorzystać jedyny moment w którym stracił swoją czujność, widząc śmierć Obito. To oznaczało, że jego plany się rypły, tak twierdziła różowowłosa piękność. Potem wszystko stało się białe. Poczułem się wolny jak ptak, a ciemność i mroczna obecność która nas przytłaczała zniknęła. Nawet oddychało mi się lżej. Przez chwilę patrzyliśmy w nocne niebo, które rozjaśniało się na wschodzie.
Nadchodził nowy dzień. Gdzieś wewnątrz siebie miałem jednak obawy co do przyszłości.
- Będzie żył – zapewniła Sakura młodego mężczyznę wyglądającego na młodszą wersję Maito Gai. Był to Rock Lee, o ile moja pamięć mnie nie zawiodła. – Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby go uratować. Neji kocha Tenten. Jest moją przyjaciółką. Nie chcę, żeby ona także była smutna. Ta okropna wojna narobiła wystarczająco wiele szkód."
„Ostatni na placu boju", szósty i ostatni tom „Przypadków nieudolnego Udona z Kirigakure" autorstwa Senbona.
Hoshigakure, 3 lata po wojnie
Wilhelmina Fryderyka, zwana przez niektórych Wilgą, odbywała dziwne podróże we śnie. Za dnia zajęta swoimi obowiązkami, ale gdy ucinała sobie krótkie drzemki, miała wrażenie że wędruje po nieznanych jej terytoriach. To nie była jej pierwsza wędrówka po nurcie. Ostatnim razem została wciągnięta w wielką wojnę z Kazemaku i oddzielona od rodzinnej Europy na dwadzieścia długich lat, dopóki nie znalazła sposobu na powrót do domu. Co prawda przez ten czas nauczyła się naprawdę wiele, poznała grupę wspaniałych przyjaciół, ale tęskniła i bała się, że kiedy wróci nikt z rodziny nie będzie o niej pamiętał. Okazało się wtedy, że była nieobecna przez zaledwie jedną noc. Mogła spokojnie pogrążyć się we śnie, wiedząc że upływający przy podróży czas nie ma znaczenia.
Ogarnął ją zapach lasu – intensywny i żywiczny. Rozejrzała się uważnie, ale las nie przypominał jej żadnego ze znanych jej w okolicy. Znów wędrowała po nurcie. Klasnęła w ręce, przywołując swą khakkharę. Laska była zakończona sercem, na którym zawieszone było sześć brzękadełek, po każdej stronie trzy. Ostatnie brzękadełko znajdowało się na samym szczycie serca. Kiedy ujrzała swój ubiór, głośno się roześmiała. Dlaczego wyglądała jak buddyjski mnich? Na próbę zaczęła ćwiczenia rozciągające z khakkharą, chcąc się przekonać jak zmieniła się jej kondycja. Nie było źle, ale mogło być lepiej. Obiecała sobie, że postara się znaleźć odrobinę wolnego na mały trening sztuk walki.
Postanowiła się rozejrzeć.
Ubranie nie było zbyt wygodne, ale do wszystkiego można było przywyknąć. Wskoczyła na zwalony pień drzewa i zderzyła się z czymś. Usłyszała siarczyste przekleństwo w znajomym języku, l. . Ona i przeszkoda zleciały z drzewa niemal jednocześnie. Mogła przysiąc, że nie wyczuła nic specjalnego. Upadek nie należał do najprzyjemniejszych, nawet jeśli go złagodziła.
Z tamtej strony nadleciało stadko głośno ćwierkających ptaków, rdzawo brązowych z jasnymi brzuszkami. Spojrzała tam skąd przyleciały i zobaczyła coś, czego teoretycznie człowiek nie mógł ujrzeć.
Obiekt, z którym się zderzyła był mężczyzną ubranym w maskujący płaszcz. Nie widziała jego twarzy, jedynie najdziwniejsze w świecie oczy. Nie zdążyła dostrzec ich koloru, ponieważ równie szybko stały się czarne, kiedy uniósł dwa palce. Musiała się skupić, żeby go wyczuć. Jego obecność była rozmyta i niewyraźna jak wpół zapomniany sen. W ułamku sekundy go już nie było.
- Szybki jest – powiedziała do siebie. Postanowiła go śledzić.
Obito wracający z Hoshigakure wpadł na ciemnowłosą mniszkę. Obydwoje wylądowali na ziemi. Posłał ptaki, aby odwrócić jej uwagę. Doszła do siebie w krótkim czasie, a potem spojrzała prosto w jego oczy. Zdążył je zamknąć, na szczęście.
Wyczuła mnie! O mało co nie wpadł w panikę.
Spotkania z ANBU i Hunter-ninami bywały rzadkie, ale nieuniknione. Czasem rzeczywiście robiło się gorąco. Pokusił się o aktywację Sharingana. Z cholernym Rinneganem wciąż miał problemy i musiał używać pieczęci. Czy tym razem posłali za nim jakąś zdolną mniszkę? Na sobie miała szafranową kesa nałożoną na smoliście czarny płaszcz wierzchni – koromo. Spod niego wystawały warami, tradycyjne słomiane obuwie mnichów.
Cóż, będzie musiał ją zgubić. Wolał nie myśleć o tym co będzie jeśli dojdzie do konfrontacji. Powłoka wyższego stopnia mogła jej pomóc. We śnie, w którym się znajdowała osiągnięcie takiego skupienia, zabrało jej chwilę czasu. Dzięki swej potężniejszej postaci sprawdzi możliwości przeciwnika, a potem opracuje najlepszą strategię.
Przed jego oczyma mignęła wtedy srebrna khakkhara z wieloma brzękadełkami. Zatrzymał się gwałtownie, spojrzał na nie i poczuł, że to był jego błąd. Zapieczętowała w ten sposób jego oczy! Na szczęście tylko tymczasowo. Połączył się prawą ręką z drzewem, wnikając coraz bardziej w jego strukturę. Pora się zbierać. Pojawiła się ponownie, tym razem przed miejscem, w którym zamierzał wyjść.
- Dobra jesteś – odezwał się ponury i twardy, choć nieco znudzony głos. Miała wrażenie, że jest znacznie głębszy, z ukrytymi bolesnymi doświadczeniami. Mówił po japońsku? W takim razie porozmawiają co najwyżej o pogodzie. Właściciel wyłonił się z drzewa. W zasadzie była to tylko jego głowa. – ANBU cię zatrudniło?
Odpowiedziała mu w twardym, nieprzyjemnym języku. Nic z tego nie zrozumiał. Obcokrajowiec? Na to wygląda. Nie dość, że siedzi mu na ogonie to w dodatku go ściga.
- Nie, ojisan – więc potrafiła mówić normalnie. Zerknął na khakkharę podejrzliwie. Cholera. Cała sytuacja zaczęła mu działać na nerwy, ale udało mu się uspokoić. Negatywne emocje i zamiary Hokage wyczuwał w okamgnieniu. Wolał unikać używania ninjutsu, choć samo wyciszanie czakry było wystarczającym wyzwaniem. Będzie musiał kiedyś odwdzięczyć się Nekomacie za nauki i schronienie.
- Wobec tego kim jesteś i czego ode mnie chcesz? – założył ręce na piersi, wciąż czujny i gotowy. Wyglądało na to, że byli sami w lesie.
- Jestem Ougonchou – uniosła biały wachlarz wojenny ozdobiony pojedynczą, czerwoną kropką. Schowała go potem między fałdy ubrania – Nie zostałam wysłana przez ANBU czymkolwiek to jest. Po prostu zaintrygowałeś mnie.
- To wszystko? – wysyczał Uchiha. – Nosisz ze sobą symbol pokoju i wojny. Nie graj wariatki, Ougonchou-san.
Musiał się jej pozbyć i to szybko. Błysnęło, gdy ruszył do ataku. Jej laska była naprawdę twarda, stwierdził zatrzymując ją prawą ręką. Odwinął się i zahaczył o podbródek kobiety.
- Dobry jesteś – dorównywała mu w taijutsu i żadne z nich nie mogło odnieść przewagi. Zwykle walka wręcz i dyskretna ucieczka wystarczały.
Machnęła khakkharą.
- Ougonchou-san, nie widzisz z kim masz do czynienia? – zapytał zagadkowo. Zadzwoniły brzękadełka.
- Nie jestem tutejsza. Można powiedzieć, że jestem duchem, choć tak naprawdę nie umarłam – zmrużyła zielone oczy. Cała jej potęga zniknęła nagle.
- Więc odbywasz podróże we śnie – domyślił się Uchiha. – Uważaj, kogo spotykasz na swojej drodze.
- Zbiegły przestępca, co nie? – uśmiechnęła się w dziwny, trochę smutny sposób.
- Lepiej trzymaj się ode mnie z daleka – ostrzegł ją Obito. Miał ochotę skończyć z nią raz na zawsze, a do tego potrzebował użycia o wiele potężniejszych technik. Sprawdził ją dokładnie. To znaczyło koniec dekonspiracji. Tym razem jej nie zabije. – Jest pięć rang, od „D" najmniej groźnych po „S". Pamiętaj, że niewinny wygląd to nie wszystko. Dla własnego dobra nie nachodź mnie już.
- Możesz być kim chcesz, mnie to nie obchodzi – prychnął pogardliwie na jej słowa.
- Naiwna z ciebie gąska, Ougonchou-san – westchnął i spojrzał w niebo. – Odpieprz się ode mnie.
- Beznadziejny z ciebie przypadek - przyznała. - Dobrze, dam ci spokój.
Wiatr zaczął rozwiewać jej sylwetkę, aż cała zniknęła.
Odetchnął z ulgą. Miał nadzieję, że jego groźby podziałają i ta irytująca osóbka się tutaj nie pokaże. Z drugiej strony… Potrząsnął głową. Nie potrzebował niczyjej pomocy.
Połowa Senju podpowiadała mu, że za niedługo spadnie deszcz.
Dopiero teraz uświadomił sobie, że wszystko go zaczyna boleć ze zmęczenia. Od miesiąca nie ćwiczył tak intensywnie. Kiedy dotarł do skraju Diabelskiego Jaru, wyciągnął z zasobnika maskę oddechową i skoczył w przepaść.
- Nie ma jak w domu - powiedział do siebie, aktywując pojedynczy symbol wyryty na ścianie. Przypadkowy gość miałby kłopoty z odnalezieniem wejścia.
Kiedy znalazł się w jaskini podniósł książkę z drewnianej ławki. Nie ma to jak dobra książka o jutsu zapieczętowania z Uzushiogakure, w dodatku poszukiwana przez kolekcjonerów. Futrzani mieszkańcy Futsukayoi (nazwa nie pojawia się w kanonie; miasto-państwo kotów dowodzone przez Nekomatę) mimo że nie czytali, posiadali imponującą bibliotekę. Gdyby kiedykolwiek potrzebował pieniędzy, mógł sprzedać książki. Nie miał do nich sentymentu.
Konohagakure, rok później
- Popatrz na moje kwiatuszki - powiedziała mała Kyan, córka Hokage do swej przyjaciółki. Była blondynką z jasnobiałymi oczami Hyuugi i ubrana była w jasnoróżową sukienkę. Siedziały one w ogrodzie u Hinaty i próbowały robić bukiety. - Brakuje mi żółtego.
- Proszę - Haise wyciągnęła jedynego żółtego kwiatka ze swojego bukietu i podała dziewczynce. Uśmiechnęła się przy tym, a w jej policzkach pojawiły się dołeczki.
- Haise-chama, dziękuję! - przewiązała kwiaty wstążką, ale prowizoryczny bukiet zaraz się rozleciał. Mimo to nie poddawała się. Razem z koleżanką próbowały wiązać wstążkę na wszystkie możliwe sposoby.
- Wyglądasz na zaniepokojoną, Kurenai-san - Hinata położyła ręce na kolanach, patrząc jak kobieta w zamyśleniu sączy herbatę.
- Coś się czai w lesie rodu Nara. Shikamaru-san sprawdził moje podejrzenia, ale wszystko jest na miejscu - mówiła o miejscu spoczynku Hidana, członka Akatsuki. - Jednak wciąż coś jest nie tak.
Obrzeża lasu klanu Nara
Hidan nie wiedział, czy to sen, czy jawa.
- Mój sługo, Hidanie - głos dochodził zewsząd. Było to coś starożytnego, potężnego. To, co było przez wieki uśpione w skałach i niedawno się przebudziło. Obrzuciło świat spojrzeniem swoich oczu i stwierdziło, że nadszedł czas. Tak przynajmniej się czuł Hidan. Poza złocistozielonymi oczyma wilka nic nie widział więcej. - Zostaniesz wywyższony spośród sług Jashina.
- Jashin-sama? - kiedy spojrzał na siebie był odmieniony. Młody, piękny i nieśmiertelny. Przeklęty las rodu Nara był daleko stąd, a on nawet nie wiedział, jak się znalazł w tym miejscu. Miasto położone po obydwóch krańcach doliny, spięte wieloma mostami i kładkami... Sanastoit. - Skąd się tu wziąłem?
- Moja moc jest wielka, a ty jesteś godzien poznać jej okruszek. Przeniosłem cię tutaj, mój sługo najwierniejszy. Oczekuję od ciebie w zamian wielu ofiar.
- Jelenie klanu Nara zawiadomią całą resztę - zauważył Hidan niechętnie.
- Nie zapominaj kim jesteś wobec mnie, nędzniku. Parę jeleni i las jednego klanu nie robi mi różnicy. Lepiej się postaraj...
