Po walce Naruto-Sasuke, Konoha

Do szpitala przynieśli na noszach dwa ciała. Jedno owinięte w białe prześcieradła, na drugich leżał Naruto.

- Wrócili? – zapytała zza parawanu Tenten, opiekująca się swoim narzeczonym razem z Hinatą.

- Naruto-kun – odezwał się zmartwiony głos białookiej. Popatrzyła niepewnie na kuzyna, który dał znać słabym skinięciem głowy, żeby poszła do niego. Bardzo się martwiła przez cały czas, kiedy walczył razem z Sasuke.

Natychmiast znalazła się przy blondynie, którego już zdążyli przenieść na łóżko. Ten niechętnie otworzył niebieskie oczy i spuścił głowę. Nie wyglądał najlepiej, chociaż większość jego ran została już opatrzona.

- Żałuję, że nie byłem w stanie go uratować – powiedział, kiedy podłożyła mu poduszki pod głowę. – Starałem się zapewnić mu powrót do Konohy, ale się nie zgodził. Powiedział, że dla niego już jest za późno.

- Obiecałeś, że przyprowadzisz go do Konohagakure – przerwał im głos Sakury. – Gdzie on jest? Gdzie Sasuke-kun?

- Nie żyje. Zginął z naszej ręki.

- Kurama-san… - przycisnęła obydwie dłonie do piersi. Zwiesiła głowę, a po jej policzkach popłynęły łzy. Sama nie wiedziała, co się z nią dzieje. Przecież wiedziała, że powinna liczyć się z taką ewentualnością. Wobec tego dlaczego tak bardzo bolało ją serce? – Sasuke-kun! – krzyknęła rozpaczliwie, dopadając zawiniętego w białe prześcieradła ciała. Z jej piersi wyrwał się głośny szloch, a palce zaciskała kurczowo na dłoniach Uchihy.

Naruto próbował wstać, żeby cokolwiek zrobić. Jęknął czując bolesne ukłucie gdzieś głęboko wewnątrz siebie. Podtrzymały go ciepłe, troskliwe ręce Hinaty.

- Sakura-chan – odezwała się. – Współczuję ci. Nie tylko tobie jest ciężko z powodu śmierci Sasuke. Zajmijmy się Naruto.

Nie słuchała jej. Załkała, wtulając się w pierś Sasuke. Nie obchodziło jej, że jest brudna od krwi.

- Cholera, Sakura – Ino złapała ją za ramiona. – Weź się w garść. Chcesz coś na uspokojenie, moja droga?

Odepchnęła ją.

- Jak możesz być taka bezduszna? – wysyczała przez łzy. – Też kochałaś Sasuke… Jak możesz patrzeć na niego tak po prostu?

Szarpały się przez dłuższą chwilę. Przez drzwi z korytarza zaglądali lekarze, zaciekawieni przechodnie i personel.

Wtedy czyjeś mocne ramiona złapały Sakurę, odciągając ją od Ino i Sasuke.

- Choji - odetchnęła z ulgą na widok przyjaciela, który stanowczo przyciskał dziewczynę do swojej piersi. Próbowała się mu wyrywać co prawda - kopała, gryzła ze spojrzeniem utkwionym w jednym punkcie. Tęskniła za nim, marzyła o dniu, w którym wróci do Konohagakure. Tak jest, Sasuke wrócił w końcu do domu.

- Chcę być z nim! - zaczęła się szarpać rozpaczliwie z nową siłą. - Sasuke-kun!

Ino westchnęła. Ujrzała za drzwiami jedną z pielęgniarek i towarzyszącego jej Sai. Na widok chłopaka zrobiło się jej lżej.

- Już dobrze - Choji przemawiał do niej jak do małego dziecka. - Wezmę ją gdzieś, Ino.

- Znów czuję się winny - słaby głos Naruto został przerwany przez pocałunek Hinaty. Tak, ci dwoje po wojnie zaczęli zachowywać się jak zakochane gołąbki? Czy można było ich obwiniać. Ona i Sai...

Na samą myśl o tym zarumieniła się. Potrząsnęła głową, wiedząc że na czułości będą mieli czas po pracy. Tego wieczoru mieli się wybrać na romantyczną kolację z puddingiem w roli głównej.

- Sai-kun, Hokage-sama musi odpoczywać - dziwnie się czuła, nazywając tak blondyna. Potem spojrzała na teczkę, którą Sai trzymał w ręce. - Przynosisz urzędowe dokumenty do szpitala. Czy to nie może zaczekać? Co będzie jeśli zaginą?

- Ile razy mam powtarzać, żebyście nie mówili mi Hokage-sama? Czuję się wtedy niezręcznie - zaprotestował Uzumaki.

- Daj spokój, Naruto - upomniał go Kurama. Co dziwne, dziewięcioogoniasty lis zdecydował się pozostać wewnątrz chłopca. Twierdził, że tak będzie lepiej.

- Proszę się nie martwić, Ino-chan - Sai skinął jej głową i udał się w stronę Naruto.

- Eisei-sama - zatrzymała lekarkę. - Kto przyniósł do sali chorych ciało Sasuke? Powinniście go stąd zabrać do prosektorium.

- Pewna młoda dama, która pracuje od niedawna - odpowiedziała. Za nią pojawił się Kakashi trzymający książkę w ręce.

- Dzień dobry - odparł beztrosko, przekładając stronę. Podszedł do ciała Uchihy, schował "Upadłą Gwiazdę" do kieszeni i przez parę sekund wpatrywał się w swojego dawnego ucznia. Ino wiedziała, że spokój Kakashiego jest pozorny. Ponieważ mieszkała niedaleko często widywała go siedzącego w nocy na balkonie.

Sai pomimo sprzeciwu Hinaty podsuwał Naruto kolejne dokumenty do podpisania.

- Boli mnie głowa, Tenten - przyznał z niechęcią Neji. - Szkoda mi jej. Zawsze go kochała.

- Dzielna z niej dziewczyna - podała mu kubek z proszkiem na ból głowy. Młody Hyuuga skrzywił się, czując zapach lekarstwa. Nie dość, że pachniało nie najlepiej to miało gorzki smak. Niestety cierpieli na braki w zaopatrzeniu i musiał zadowolić się tym, co było. - Będę musiała z nią porozmawiać... - poczuła na sobie spojrzenie Ino. - Jak się uspokoi - dodała szybko.

- Zaufaj Chojiemu - białooki wypił duszkiem swoją porcję. Nie chciał przysparzać narzeczonej kolejnych zmartwień. Oświadczył się jej niedawno po odzyskaniu przytomności. Bał się, że umrze zanim zdoła przyznać się Tenten do swoich uczuć. Co z nimi dalej będzie, nie wiedział. Jego rany po wojnie były bardzo poważne, a Ino stanowczo zakazała mu podejmować rehabilitacji tak wcześnie. Może uda mu się powrócić do dawnej kondycji, ale nie teraz. Teraz cieszył się bliskością narzeczonej.

*.*.*

Siedzieli w restauracji. Sakura niechętnie przekopywała się przez swoją porcję ryżu, nie mówiąc nic.

- Dziękuję, Choji - odezwała się po chwili milczenia. - Kiedy go zobaczyłam, coś we mnie pękło. Opowiedz mi coś ciekawego, proszę.

Znów zaczęła płakać do jedzenia. Była wściekła na samą siebie. Co ona sobie wyobrażała? Choji pewnie myślał, że jest płaczliwą idiotką. Dlaczego zależało jej tak na cudzej opinii?

Był miły. W jego ramionach poczuła się taka bezpieczna, a cała jej złość i żal uchodziły z niej powoli. Otarł czule jej łzy.

- Słyszałaś o zagajniku strzyżyków w Takigakure?

Przytaknęła skinięciem głowy.

- Chcieli go wyciąć, ponieważ Kraj Ognia potrzebował drewna do odbudowy Konohy po ataku Peina. Sprzeciw ich przywódcy nie miał znaczenia, była to bardzo lukratywna propozycja.

- To straszne. Co z ptakami? - oburzyła się Sakura, wycierając swój nos. - Dlaczego akurat ten zagajnik? Czy rosnące tam drzewa rzeczywiście były takie cenne?

- Takigakure zaproponowała Daimyo Ognia bardzo korzystną cenę. Podobne drewno kosztuje bardzo dużo, a liczy się każde ryo. W każdym razie wycięli, nie martwiąc się o los mieszkających tam zwierząt.

- Historia nie jest ciekawa, raczej smutna - powiedziała do niego z wyrzutem.

- Nie skończyłem - podjadł jej trochę ryżu. - Rankiem kiedy przyszli po drewno, zagajnik odrósł. To samo powtórzyło się dwa razy. Drewna nie było, a zagajnik stał jak stał. Za trzecim razem starszyzna z Takigakure zablokowała dalsze próby sprzedaży lokalnego drewna. Efektem ubocznym całej historii jest popularność tego miejsca. Wszyscy chcą zobaczyć święty zagajnik, który po wykarczowaniu sam odrósł. Niektórzy twierdzą, że jest tam magia.

Uśmiechnęła się słabo i przez chwilę wpatrywała się w stół.

- Sakura? - zapytał zaniepokojony Choji.

- Piekę ciasto wiśniowe w przyszłym tygodniu - spojrzała mu w oczy. - Dołączysz?

- Jasne.

Futsukayoi, miasto państwo kotów

- To rodzinne dziedzictwo - nalegał kot ninja, popychając koszyk ze zwojami w stronę Obito. - Nekomata-sama chce byś to wziął.

Odwrócony do niego plecami człowiek nasunął poduszkę na głowę.

- Nekomata-sama wie, że nie mam zamiaru z tego korzystać - spod poduszki doszło stłumione marudzenie mężczyzny. - Nie mam zamiaru dziś czegokolwiek robić.

Neko-nin nie odpowiedział już. Otarł się bokiem i policzkami o ścianę, po czym wyszedł z pokoju cicho niczym duch.

Koszyk ze zwojami leżał zapomniany przez kilka dni, dopóki Obito w przypływie lepszego humoru nie postanowił zajrzeć do środka. Koty miały irytujący zwyczaj trzymania wszystkiego w zwojach. Znów cały był w kociej sierści.

Kraj Wiatru, strefa przygraniczna z Krajem Niedźwiedzi

Tej nocy na pustyni pojawili się bandyci. W oazie Pametsi bywali częstymi gośćmi. Mieszkańcy jak zwykle pochowali się w swoich domostwach wykutych w skale.

- Ten symbol nie należy do żadnego z wędrownych klanów – starzec przytknął lunetę do oka i przyjrzał się uważniej. – To koło z wpisanym w niego trójkątem.

- Co w takim razie robimy, Ryuou-sama? – zapytał go drugi, niższy mężczyzna. Miał czarne włosy i ciemne oczy, a także wystające kości policzkowe. Poprawił swą chustę. – To wyznawcy Jashina.

- Sekta boga śmierci i zniszczenia – starzec w turbanie zmarszczył brwi. – Od lat nie widziałem ich w tej okolicy.

- Ryuou-sama! – krzyknęła z dołu kobieta w chuście, która w nocy wydawała się być ciemnoszara. Trzymała w ręku coś, co wyglądało na koszyk z pieczywem. Piekła ona najlepsze w osadzie bułki i słodki chleb z daktylami, czasem ciastka orzechowe. Orzechy przywozili z Kraju Niedźwiedzi, gdzie za górami panował zupełnie inny klimat.

- Posłałaś po nich, Hirune? – dwójka mężczyzn zeszła do niej i razem udali się w stronę położonej niżej oazy i zbrojnej grupy bandytów.

- Tak, choć wątpię aby zdążyli.

*.*.*

Góry w Kraju Wiatru były zamieszkane przez różne klany, bandytów i eremitów, jak on. Wtulona między głazy chata prezentowała się niepozornie. W pomieszczeniu unosił się silny zapach ziół. Było ono zagarcone najróżniejszymi sprzętami, od prototypowych protez z Sanastoit po kamienne noże ofiarne i pamiątki sprzed założenia wiosek ninja. Mdłe płomienie świec dawały niewiele światła, ale na ich potrzeby wystarczyło.

- Dlaczego mnie to nie dziwi? - Naigubu zapalił fajkę. Strzyżyki wygrzebywały z doniczki jakieś owady. - Ej, moje tresowane pchły!

Przegonił ptaki. Siedzący naprzeciwko mężczyzna popijał zieloną herbatę.

- Zainteresowałeś się nagle tresurą pcheł? - zapytał bardziej grzecznościowo niż w celu podtrzymania rozmowy. Takie były stosunki między nimi. Naigubu był szarlatanem praktykującym wiedzę tajemną. Sam utrzymywał, że jest przed trzydziestką, w co Obito wątpił. Musiało być coś, co pozwalało mu na zachowanie młodości. Jak Orochimaru. Poza tym Naigubu miał dług życia. W jakich okolicznościach go zaciągnął, nawet nie pamiętał.

- Eremici cierpią na braki w zaopatrzeniu jeszcze bardziej niż społeczność - Naigubu zaciągnął się. - Spędziłeś dwa lata w Futsukayoi wśród kotów. Musiałeś mieć pchły.

- Po prostu się nie myjesz - odciął się Uchiha. - Koty to bardzo czyste zwierzęta.

- Mówisz tak przez wasze powiązania klanowe - powiedział urażonym głosem. - Czy twoja żółta panna pokazała się po raz kolejny? - zainteresował się.

- Tak, Naigubu-san - dopił herbatę i szykował się do odejścia. Czy to było takie ważne? - Na mnie już czas.

Złapał swój maskujący płaszcz i już go nie było. Cały on, stwierdził z ironią Naigubu.

*.*.*

Zatrzymały go odgłosy walki.

Słyszał krzyki i przekleństwa. Gdzieś w tle zadzwoniły brzękadełka, raz, dwa i trzy. Znów ona? Ukryty wśród skał przyglądał się temu, co działo się na dole.

Widział narysowane krwią symbole Jashina na ścianach, ledwo odcinające się od panującego półmroku. Potem na sekciarzy wpadła grupa mieszkańców. Odgłosy walki słychać było w całej oazie. Ougonchou też tam była. Zupełnie jak dobry duch pustyni, stwierdził kpiąco. Prała bandytów po głowie brzękadełkami. Po ich reakcji domyślił się, że musiało boleć jak diabli.

Cholera, nie szło im zbyt dobrze. Czemu się waha? Utarczki między wędrownymi plemionami pustyni a mieszkańcami oazy bywały dość częste. Nic w tym wielkiego. Woda, jedzenie i temu podobne dobra. Po wojnie było mniej shinobich żeby łagodzić plemienne utarczki. Czyja to wina? Ougonchou –san walczyła w obronie Pametsi, pomimo że problem jej nie dotyczył. W dodatku nie wiedziała o nim w zasadzie nic. Nie miała uprzedzeń jak pozostałe Wielkie Narody.

Zmysły ostrzegły go w zasadzie w ostatniej chwili, tak że nie miał okazji zobaczyć jak skończyła się walka. Odskoczył od wybuchowej pieczęci i rzucił okiem na swego przeciwnika.

- Sądziłem, że obowiązkiem shinobich jest walka w obronie słabych – zadrwił nieznajomy. Był mocno zbudowany, ubrany w ciemne, na oko dość wygodne ubrania. Wykonał serię pieczęci ręcznych.

- Czy wyglądam ci na ninja? – skrzywił się.

- Suko-mu-kaiten chętnie przyjmie każdego zdolnego do walki – uśmiechnął się, odsłaniając rząd ostrych zębów. Cuchnęło od niego nieświeżą rybą i niemytymi zębami. – Jashin da nam wieczny pokój w tym nędznym świecie.

Brzmiało kusząco.

- Swojego czasu słyszałem podobne opowieści – odpowiedział pozornie znudzony, ale ciągle czujny. – Muszę odmówić.

- Czyli złożę cię w ofierze.

Ich wzajemną walkę obserwowała Wilga. Patrzyła na wymyślne ogniste pociski pomiędzy którymi przemykał się czarnowłosy, prawie tańcząc. Każdy z nich używał łatwiejszych technik i sztuczek powoli przechodząc do tych bardziej zaawansowanych.

- Spróbuj – odpowiedział wyzywająco, podcinając mu od tyłu nogi.

- Wygląda na to, że nie potrafisz używać ninjutsu. – uśmiechnął się przebiegle. - Doton: Doryuudan!

W jego stronę poleciały kolejne kunai, które pochłonął błotnisty smok. Złapał go za kark i skręcił szybkim ruchem ręki. Mężczyzna w skórzanej kurtce nie wydał z siebie ani jednego dźwięku. Odepchnął jego martwe ciało.

- Czysta śmierć – stwierdziła Wilga.

Odwrócił się w jej stronę, wycierając palce o piasek. Żadnych śladów.

- Znowu ty, Ougonchou-san – spojrzał na nią z irytacją. – cały czas stałaś i patrzyłaś jak się nawalamy?

Skinęła głową.

- Dokładnie – uśmiechnęła się jak drapieżnik patrzący na ofiarę. – Ojisan, nie brałeś udziału w walce w oazie.

- To mnie nie dotyczy – założył ramiona na piersi.

Zaśmiała się.

- Daj spokój, ojisan – machnęła khakkharą lekceważąco. – Gdyby tak było naprawdę, siedziałbyś gdzie indziej. Pozwoliłbyś się złapać i zabić.

- Pierdolisz, Ougonchou-san – zbliżył się do niej. Słowa kobiety spływały po nim jak woda po kaczce. Obniżyła swoją laskę z brzękadełkami. – Ostatnio obiecałem ci, że stracisz życie, jeśli będziesz mnie niepokoić.

- Może nie jesteś zbyt dobry w dotrzymywaniu obietnic – odcięła się mu. – Jako poszukiwany przestępca nie możesz używać większości swoich umiejętności, żeby uniknąć wytropienia. Wmówiłeś sobie to wszystko.

Milczał. Brzmiała jak wyrzut sumienia. Potrząsnął głową. Wyrzuty sumienia były ostatnią rzeczą jaką potrzebował. Własne uciszył już dawno temu. Inaczej mógłby zwariować do końca.

- Zamknij się! – w pierwszej sekundzie chciał się na nią rzucić. Zacisnął ręce w pięści i zagryzł zęby, doprowadzając się do stanu względnego spokoju. – Nie potrzebuję przeszłości, żeby mnie dręczyła.

Przeszłości nie da się uniknąć. Trzeba ją zaakceptować. Nie powiedziała jednak tego na głos. Jej czas dobiegał powoli końca.

- Znasz moje imię, ojisan. Jakie jest twoje?

- Suiryudan En'enra – odpowiedział bez mrugnięcia okiem. Ougonchou nie była głupia, wiedział o tym. Okłamywał już lepszych od niego, całe życie.

Popatrzyła na niego z dezaprobatą. Zadzwoniło jedno z brzękadełek.

- Możesz kłamać gładko, ja i tak będę wiedziała, że mijasz się z prawdą, ojisan – złapała brzękadełko palcami. – Nie chcesz mówić? W porządku, byle bez kłamstw.

Mógł jej powiedzieć. To nie miało znaczenia. Nie była tutejsza, przypomniał sobie. Jeśli nie powie teraz, zacznie go nagabywać przy każdej okazji. W pewnym momencie na pewno znudzi się jej wędrówka po nurcie.

- Jestem nikim - rzekł w końcu cicho, prawie niedosłyszalnie.

- Dlaczego więc ze sobą nie skończysz?

Zaśmiał się gorzko.

- Myślisz, że nie próbowałem? Myśl o śmierci mnie przeraża – jego spojrzenie stało się nagle odległe. – Śmierć jest jak przygniatający ciężar setki kilogramów skalnego gruzu, moment w którym tracisz… Nieważne. Nie zrozumiesz mnie, więc spieprzaj – przemógł się, znów mówiąc z niechęcią. Wilhelmina jednak wiedziała swoje.

- Nic nie wiesz, ojisan – jej głos był jeszcze słabszy, pełen złości. – Skoro nic nie wiesz, lepiej się zamknij, Daremo-san!

Patrzył jak jej ciało robi się coraz bardziej przeźroczyste, żeby w końcu całkiem zniknąć.

Potem udał się wzdłuż pustynnych wydm w stronę gór.

Jakiś czas później

Uchiha Obito nie pamiętał, żeby w ostatnim czasie dobrze sypiał. Nie chodziło o to, że potrzebował snu. Łatwo było uciec w świat sennych fantazji. Gorzej, jak były to koszmary.

Przewracał się z boku na bok pod swą kołdrą, nie mogąc zasnąć. Dziś słyszał w głowę dziecinną piosenkę o złośliwym duszku płuczącym soczewicę. Kiedy zamknął oczy, widział martwe ciała swoich sióstr wyrzucone na brzeg rzeki.

Nie zdążył ich uratować.

Fukumen Uchiha został zamordowany w tym samym dniu, w którym osiągnął rangę Chunina.

Jego matka, paranoiczka o smutnym głosie nigdy nie chciała, żeby został ninja. Pachniała niezapominajkami. To właśnie jej moment nieuwagi spowodował, że dziewczynki wymknęły się nad rzekę. Zbudowały tratwę, lecz czarne i głębokie wody rzeki Nara wciągnęły je do środka.

W tym czasie był na misji. Pamiętał do dziś, że nie mógł się dogadać z Kakashim, więc misja się przeciągnęła. Przybył za późno. Po raz kolejny.

Sandai postradała wszystkie zmysły niedługo potem i została przeniesiona do wariatkowa. Tam też zmarła.