Rozdział betowała 100-ki. Yakou. no. Ou.
NigrumLotus, masz rację, nasz Potter jest naprawdę biedny z tym wszystkim, co się wokół niego dzieje. Ginny będzie więcej później, więc o niej nic nie mówię. Rozdział był wesoły, tak jak mówiłaś, ale takie też się niesamowicie przydają. W każdym razie bardzo się cieszę, że ci się podobał. Koma, niestety, to nie będzie slash. Chociaż, jak do tej pory widać, jest jego duża sugestia i, cóż... chyba niestety to będzie musiało ci wystarczyć. Co do Ginny, to także nie lubię tej postaci. Tyle. Więcej nie mówię. :) Aislinka, bardzo się z tego powodu cieszę :). I masz rację, ten rozdział doskonale to ukazywał, chociaż nigdy wcześniej tak na niego nie spojrzałam. Teraz tylko pojawia się pytanie, czy Potterowi uda się sprostać temu wszystkiemu... Mahakao, Tom to taki wredny złośnik. Dźga, dźga i czeka, aż ktoś wybuchnie ;). A za Ginny też w książce nie przepadałam... Okey, mówiłaś o chemii i... cóż, ona będzie. Harry i Tom razem tacy już po prostu są. Zresztą później wyniknie z tego pewien dość śmieszny wątek... Ślizgoni zawsze potrafili doprowadzać Gryfonów do granic wytrzymałości, chyba już to w genach mają ;). Na Dumbledore'a niestety będzie trzeba trochę poczekać, ale obiecuję, że będzie. Będzie, będzie i jeszcze raz będzie. Po prostu nie teraz. :)
Dziękuję za wszystkie komentarze. Przeczytałam je z kilka razy, kiedy męczyłam się nad jednym z wyjątkowo opornych rozdziałów i zebrałam z nich motywację do tego, aby go dokończyć... W każdym razie już was nie zanudzam, zapraszam na rozdział!
Ulubieniec Losu
Rozdział dwudziesty piąty
(Punkt widzenia Toma)
Szło wspaniale. Etap pierwszy zakończył się pomyślnie… Harry opuścił Jasną Stronę. Teraz, faza druga – nie dać mu żadnego powodu, aby do niej wrócił. Lubił tego chłopca, naprawdę, i z pewnością nie chciał prowadzić z nim wojny i go zabić. Nie chciał też, by Harry działał przeciwko niemu… gdyby tak było, musiałby interweniować. Miał nadzieję, że do tego nie dojdzie. Po prostu musiał być ostrożny, subtelny. W końcu, jeśli on nie mógł mieć Harry'ego, nikt inny nie będzie go mieć. Harry nosił jego znak, a on łatwo nie rezygnował z tego, co do niego należało. Stłumił uśmiech: Harry wpadłby w szał, gdyby wiedział, że myśli o nim jak o swojej własności. Chłopiec miał bardzo silną wolę – tak jak on. Może dlatego Harry zawsze był jego ulubieńcem.
Nie chciał złamać tego umysłu, nie, zdecydowanie nie. Nie chciał - co wprawiało go w duże zdziwienie - aby Harry padał przed nim na kolana i nazywał go Lordem albo Mistrzem. Tak naprawdę – odważy się to powiedzieć? – polubił tego szmaragdowookiego wężowego lwa. Jego obecność była… uwalniająca. Chłopak miał gdzieś to, że Tom relaksował się, kiedy byli sami, nie szukał nieustannie jego słabości. Nie dbał o zasady społeczne, tylko swoje własne. Harry był wolnością w każdym znaczeniu tego słowa i nigdy by się jej nie pozbył. Chciał jednak, by Potter stanął przy jego boku. Cieszył się jego towarzystwem… ale to nie znaczyło, że nie chciał mieć nad nim kontroli. Z całą pewnością nie był kimś, kto mógłby się dla kogoś zmienić, nawet dla Harry'ego Jamesa Evansa Pottera. Nie za bardzo, w każdym razie.
Tom prześlizgiwał się między korytarzami, cicho jak duch. Słyszał głosy – Zeviego i Harry'ego. Miał już wyjść, kiedy coś go powstrzymało, rozkazując, by schował się w cieniu. Mówili o nim.
- Nie może czy nie zrobi? – zapytał Harry. Zevi wpatrywał się w mniejszego nastolatka.
- Oba – odrzekł cicho. - Tom nie jest… Nie wierzę, naprawdę nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo jest w stosunku do ciebie wyrozumiały? – Zauważył, że Harry przesunął się nieznacznie z wymijającym wyrazem na twarzy.
- Co masz na myśli? – Zevi wziął głęboki, drżący oddech.
- Kiedy Tom jest z tobą, jest… inny, lepszy. Wszystkim, co w nim widzisz. Z nami jest… cóż, powiem tylko, że zyskał swoją reputację w sposób, o jakim nawet nie śniłeś.
Zevi był martwy.
- Ja…
- O to w tym chodzi, Harry. Ty. Nie zawsze przy nim jesteś, nie wiesz o nim wszystkiego, nie możesz. Pilnuje się w twojej obecności, nie zachowuje się wtedy w taki sam sposób, jak gdy ciebie nie ma… - Chwila ciszy. – Wiem, że powiesz, że nie jest Voldemortem i zgadzam się z tym, ale nie jest tak dobrym gościem i nie jest tak niewinny, jak możesz w to wierzyć. Jest niebezpieczny. Mam nadzieję, że to rozumiesz.
- Rozumiem – powiedział poważnie Harry. – Nie martw się o to. – Zevi miał dziwny wyraz twarzy.
Okej, to wystarczyło.
- Szerzymy o mnie plotki, Prince?
(Punkt widzenia Harry'ego)
Jego głowa podniosła się, zaniepokojona. O bogowie, ile usłyszał Tom? Jego twarz była całkowicie nieczytelna, ale oczy zimne jak lód. Instynktownie przesunął się przed Zeviego.
- Tom…
- Nie mówiłem do ciebie, Harry – stwierdził Tom. Jego głos był miękki i gładki, jak zawsze. Uparcie zacisnął szczękę. – Zevi, mogę prosić na słowo? – Zdanie zostało sformułowane jak pytanie, ale nim nie było. Harry zmrużył oczy.
- Jaki masz problem? Nie możesz po prostu znieść, że ktoś ze mną rozmawia. Tylko dlatego, że nie jestem już po Jasnej Stronie nie znaczy od razu, że jestem po twojej. Nie kontroluj mnie.
Tom zacisnął nieco zęby, a jego oczy przestały wpatrywać się w Zeviego. Harry trącił go, dając do zrozumienia, że teraz jest bardzo dobry moment na to, aby uciec. Prince szybko z tego skorzystał, znikając za rogiem. Harry czuł adrenalinę i winę pulsujące w żyłach. Jeśli Zevi będzie miał u Toma kłopoty z powodu tego, że mu pomógł…
Minęło wiele czasu od jego ostatniej prawdziwej kłótni z Tomem, wydawało mu się to niemal obce. Czy Zevi miał rację? Tom naprawdę jest dla niego pobłażliwy?
- Ufasz słowom Zeviego bardziej niż moim? – zapytał delikatnie Tom z lekkim zranieniem w głosie. Cholera to… Naprawdę był zraniony, czy też była to tylko zręczna manipulacja?
- To ja tworzę swoje własne opinie – odpowiedział ostrożnie. Tom spoglądał na niego przez chwilę; próba, ocena, analiza.
- Naprawdę? Bo nie tak to dla mnie wyglądało – odparł Tom z nutką chłodu w głosie. Wyraz jego twarzy był wyzywający. – Wczoraj porzuciłeś Jasną Stronę… żartowałeś… i w ogóle. A teraz, cóż, spójrz na siebie. Obserwujesz każdy mój ruch, jakbyś oczekiwał, że uduszę cię we śnie.
- Tylko dlatego, że wiem, iż nie jesteś Voldemortem nie znaczy, że wierzę, iż nie masz żadnych ukrytych intencji. To dla mnie całkiem jasne - skończył dosadnie. – O co się tak bardzo denerwujesz? Chyba że Zevi dotknął czułego punktu?
Tom poruszył się szybko, niewiarygodnie szybko, uderzając nim o ścianę. Prawie zaczął żałować stanięcia w obronie spadkobiercy rodu Prince.
- Wolałbyś mnie od tej strony? – syknął Tom bardzo blisko jego twarzy. – Czy to tego szukałeś? Jakiegoś potwierdzenia?
- Puść mnie…
- Jeśli masz jakieś uwagi, zrób mi przysługę i powiedz mi je prosto w twarz. To niegrzeczne rozmawiać o kimś za jego plecami. Nie sądzę, bym kiedykolwiek w twoim towarzystwie udawał bycie kimś, kim nie jestem.
- Chcesz mi powiedzieć, że Zevi ma rację? – zapytał gniewnie. Tom uniósł brwi, puszczając go szybko. Wyprostował się, powoli, ostrożnie.
- Nigdy nie udawałem kogoś, kim nie jestem. Jestem po Ciemnej Stronie, wiesz o tym. Kiedyś powiedziałem ci, abyś zrobił mi przysługę i dał znać, jeśli traciłbym na ciebie czas, prawda?
- Chcesz, bym się do ciebie przyłączył – uświadomił sobie Harry. Tom uśmiechnął się nieznacznie. – To właśnie po to tu jesteś.
- Między innymi – przyznał. Harry zamrugał raz. I jeszcze jeden. Zanim mógłby coś powiedzieć, Tom kontynuował. – Będę z tobą szczery, Harry. Lubię cię, nie mam zamiaru zrobić z ciebie śmierciożercy… ale tak, chcę, byś się do mnie przyłączył. Jesteś zbyt dużym zagrożeniem, żebyś mógł chodzić nieposkromiony.
Harry czuł, jak jego serce wybija rytm samby. Czuł się jak idiota! Oczywiście, że taki właśnie był powód, dla którego Tom tu był! Jaki inny mógłby on być?
- Analogicznie, Harry… – Tom uśmiechnął się łagodnie. – Robię tylko dokładnie to samo, co ty.
- Nie próbuję cię nawracać – zaczął, ale przerwał. Tom uśmiechnął się.
- Starasz się sprawić, bym nie stał się Voldemortem… starasz się mnie przekonać do zmiany poglądów. Traktuj innych tak, jak sam chciałbyś być traktowany. Do zobaczenia na obiedzie.
Do diabła.
(Punkt widzenia Toma)
To była mała przeszkoda… ale sądząc po wyrazie twarzy Harry'ego i fakcie, że nie wybuchł, powiedziałby, że poradził sobie z nią całkiem dobrze. Oczywiście, nigdy nie planował być szczerym… ale może tak właśnie było lepiej. Kiedy już wszystko wyjdzie na jaw, być może wyjdzie z tego coś dobrego. Chciał Harry'ego po swojej stronie jako Harry'ego, a nie jako jakiegoś opakowanego folią bąbelkową idiotę, który musi być traktowany jakby był ze szkła. Nie żeby nie planował manipulować ostrożnie swoim wężoustym kolegą… jednak, żarty na bok, Harry mu ufał. Posłucha go.
Tak czy owak, było blisko. Musiał odbyć z Zevim małą pogawędkę, aby zamknąć jego usta.
Tak, wszystko układało się tak, jak należy.
