Dziś głównym tematem jest Obito. Tak po prostu jakoś wyszło - dość OOC, bardzo AU. O rodzinie Obito jest mało powiedziane, więc pobawiłam się tym trochę.
Seshi - osobiście wolę odpowiadać na Twoje wątpliwości przez PM, ale masz konto nieaktywowane chyba ;)
To prawda, straszne pomieszanie z poplątaniem. Sceny dość krótkie, przeskoków w czasie jest dość sporo, nowych postaci też. Można się zgubić. Postaram się to jakoś uporządkować. Niestety bywa tak, że jak na scenę mam początkowo jakiś zarys, to po pewnym czasie pomysły się kończą. Przedłużanie na siłę mi nie wychodziło, więc zaczęłam pisać tyle ile mogłam. Chcę, żeby to wyglądało naturalnie. Jaki jest efekt - wydaje mi się, że może być lepiej.
Bardzo, bardzo dziękuję za Twój komentarz!
Miesiąc przed operacją "Most Kannabi"
Biegł ile sił w nogach. Misja polegająca na ochronie kolekcji staroświeckich bibelotów przeciągnęła się. Napadli na nich bandyci liczący na łatwy zarobek. W czasie wojny nie było o to trudno. To wszystko wina Bakakashiego! Gdyby nie jego nudzenie o kodeksie ninja zauważyłby bandytów. Postanowił sobie skrócić drogę do domu przez rzekę Naka. Coś nie było w porządku.
Wypadł na jej brzeg, gdzie w sitowie zaplątane były dwa ciała, wydawały się znajome.
Świat się zatrzymał. Rozpoznał je od razu, kiedy się zbliżył. Nie mógł uwierzyć w to, co widział. Usta jednej były szeroko otwarte, a ciało wykręcone w nienaturalnej pozycji, jakby rozpaczliwie walczyły w wodzie o każdy oddech. Druga wyglądała jakby zasnęła w wodzie. Mrugnął oczyma, ignorując narastający ból wewnątrz czaszki. Miał wrażenie, że jest w koszmarnym śnie. Pewnie zasnął gdzieś po drodze ze zmęczenia. Przed misją tak mało spał. Coś popchnęło go do przodu.
- Ratunek już przybył - wyciągnął je na brzeg nie bez problemów. Ich ciała były mokre i zimne, aż się wzdrygnął. Przeniósł je i położył na równym. Wydawało mu się, że wyczuwa tętno u jednej z dziewczynek. Zaczął je reanimować tak jak nauczyła go Rin. Może nawet będzie w stanie posłużyć się medycznymi ninjutsu? Co prawda nie miał ku temu predyspozycji, ale musiał zrobić wszystko, co w jego mocy.
- Obito-niisan - powiedziała cicho, wypluwając wodę z ust.
- Tekiyaki! - położył ją w odpowiedniej pozycji. Przepływ jej czakry nie spodobał mu się. Był coraz słabszy. Nawet nie zastanawiał się już. - Trzymaj się.
Ona się uśmiechnęła. Wyciągnęła rączkę w jego stronę. Miała tam znamię w kształcie liścia, co pozwalało ją odróżnić od Takiyeki.
- 'bito, spóźniłeś się - miało to zabrzmieć jak dziecinny przytyk, lecz dla niego było to oskarżenie. Spóźniłeś się. Nie zdążyłeś mnie uratować.
Starał się ze wszystkich sił wycisnąć ze swego ciała odrobinę leczniczej czakry. Zielona poświata nie pojawiła się wcale. Ledwo zwrócił uwagę na jej wyciągniętą rączkę. Zagryzł wargi. Łzy w oczach sprawiły, że widział ją coraz gorzej. Jednak czuł, że uchodzi z niej życie. Gorączkowo uciskał jej pierś, robił wdechy, ale efektu nie było. Nie wyczuwał oddechów ani ruchów klatki piersiowej.
- Tekiyaki! - zaczął potrząsać ciałem siostry. Tętna nie wyczuwał, a czakrę przestał widzieć. - Obudź się... to wcale nie jest śmieszne - powiedział głośno do siostry.
- Są martwe - usłyszał głos w głowie.
- One żyją! - zaprotestował, dalej reanimując jedną z nich. Nie wiedział, którą.
- Utonęły? - pod nosem Takiyeki ujrzał grzybek piany, podbarwiony krwią.
- One nie żyją. Utonęły - zabrzmiało to tak sucho, że miał ochotę go uderzyć w twarz. Kogo? Nieznośny głosik w głowie. Wobec tego zupełnie oszalał. Jego siostry nie żyją. Jak może być pozbawiony ludzkich uczuć? "Shinobi są narzędziami" - przypomniał sobie słowa Kakashiego. Cholerny dureń! Gdyby nie on, zdążyłby na czas! Podczas misji się pokłócili, jak zwykle zresztą.
Głęboko pod czaszką rodziło się coś nowego. Przepłynęło wzdłuż nerwów do oczu. Własne uczucia? Nie potrafił ich nazwać, poza dominującym uczuciem straty. Świat wydał się zimny i nieprzyjazny. Rzeka Naka szumiała w tle.
- Kochałem je jak nikogo na świecie - wyznał cicho. - Straciłem je z własnej głupoty. Gdybym był lepszym ninja, zdążyłbym na czas. Bakakashi ciągle mi to wypomina. Kiedy się o tym dowie nie da mi żyć. Zacznie mi wyrzucać, że nie trzymam się zasad... - zwrócił się do trupa - Spóźniłem się, Takiyeki - złapał ją mocno słabnącymi palcami. - Wybacz mi, Tekiyaki - chciał przytulić do siebie drugą siostrę, lecz prześlizgnęła mu się przez palce, podobnie jak Takiyeki. Dopiero wtedy uświadomił sobie, że zużył swoją czakrę prawie całkowicie, próbując ratować siostry. Otoczyła go ciemność.
*.*.*
- Zbudziłeś się, Obito-kun? – bolała go głowa i oczy. Kiedy je otworzył, zmrużył je od nadmiaru światła. Znajdował się w czyimś domu; poznawał to po zapachu i układzie mebli. Głos też wydawał się mu znajomy.
- Fugaku-sama – odezwał się, powoli przyzwyczajając się do otoczenia. – Moje siostry tam zostały! – szykował się do wyjścia z łóżka.
- Pogrzeb już się odbył – odpowiedział chłodno mężczyzna. – Przez tydzień nie mogliśmy cię dobudzić. Mam mało czasu, więc będę się streszczał. Nawet dla członków naszej rodziny przebudzenie w pełni dojrzałego Sharingana to rzadkość.
- Fugaku-sama – chłopak na niego popatrzył. – Czy Sandai-'kaasan jest w porządku? Czy wszyscy wiedzą o tym, co się stało nad rzeką Naka?
- Prócz mnie, Hokage i twego sensei nie – wydawał się być rozdrażniony tym, że mu przerwano. – Sandai-san musiała dostać środki na uspokojenie.
Posmutniał, wspominając widok martwych sióstr. Dobrze, że Bakakashi nie wiedział o ostatnich wydarzeniach. Nie zniósłby jego szyderstw i wymądrzania się. Westchnął i popatrzył na mężczyznę opartego o ścianę z założonymi na piersi rękoma.
- Kochałem je ponad życie, Fugaku-sama. Zawsze chciałem przebudzić techniki wzrokowe naszego klanu – zacisnął ręce. – Gdybym mógł zamienić Sharingana na życie Takiyeki i Tekiyaki zrobiłbym to nieskończoną ilość razy. Fugaku-sama, czy każde uzyskanie Sharingana tak boli?
- Sharingan z łezkami nie. Mangekyou rodzi się z bólu i straty ukochanej osoby, Obito-kun. Wkrótce ma ruszyć kampania na most Kannabi. Twoje dojutsu wzmocni nasz klan i może nie będziesz już czarną owcą rodziny.
- Tak jest, Fugaku-sama – przytaknął.
Wkrótce ponury mężczyzna wyszedł.
Aktywacja Sharingana do przyjemnych nie należała. Wydawało mu się, że widzi tłum osób o twarzach sióstr. Dziewczynki patrzyły na niego z wyrzutem, a życie z nich uciekało. Za każdym razem kiedy się pojawiały, przeżywał swój ból na nowo, bardziej lub mniej intensywnie. Dlaczego wuj jest taki chłodny? Dla niego liczył się tylko fakt, że klan zyska na sile.
Madara-sensei i jego uczeń, kilka tygodni później
- Mangekyou? - głos Madary był pełen zadowolenia. - Kogo zabiłeś?
- Zabiłem? - zdziwił się chłopiec w bandażach.
- Nic nie wiesz, Obito-kun - starzec z kosą usiadł na korzeniu drzewa. - Dojrzały w pełni Sharingan uaktywnia się w momencie zabicia lub doświadczenia rozpaczy po śmierci kogoś, kogo najbardziej kochasz. Miej trochę szacunku dla starszego. Tymczasowo będę twoim sensei.
- Znam ból przebudzenia, sensei - przymknął oko. Kiedy je otworzył po chwili, miało czarny kolor. - Moje siostry utopiły się w rzece. Próbowałem je ratować, ale nie udało mi się. Jedna żyła, umarła mi na rękach. Przeżywam to za każdym razem, kiedy aktywuję Sharingana. Nie korzystam z niego za często, ponieważ boję się tych wspomnień.
Łzy zaczęły płynąć same, mimo że zacisnął zęby.
- Kiedy czujesz ból, wiesz że żyjesz. Ten sam ból sprawia, że dorastamy - zaczął Madara. - Wiedz, że na tym świecie nie ma już nadziei.
- Sensei, to nie jest prawda! - zaprotestował, ocierając łzy jedną ręką. - Dopóki będziemy o to walczyć, ten świat nie będzie przeklęty i pozbawiony nadziei.
- Naiwny z ciebie szczeniak, Obito-kun - nie spodobał mu się ton praojca; Madara znalazł się niebezpiecznie blisko, a korzeń drzewa wydłużył się i oplótł lewą rękę chłopca. - Sądziłem, że skoro posiadasz Mangekyou wiesz, co to znaczy prawdziwa rozpacz. Widocznie się przeliczyłem.
- Sensei? - próbował się cofnąć, był jednak zbyt słaby.
Madara nic sobie z tego nie robił. Z nieodgadnionym wyrazem twarzy spełniał swoje najdziksze fantazje. Miał w końcu swoje potrzeby, a dlaczego miał się zadowalać Zetsu, skoro w garści takiego rannego ptaka?
- Masz wobec mnie dług życia - powiedział, niezrażony spojrzeniem chłopca. - Poza tym zaproponowałeś mi, że będziesz zajmować się moimi dolnymi regionami.
- Sensei, jesteś szurnięty - odsunął się jak najdalej.
- Chcesz zobaczyć przyjaciół? - uśmiechnął się drapieżnie. - Bądź grzecznym chłopcem.
Takich nauk udzielał mu dinozaur Uchiha.
Konohagakure, gdzieś w okolicy pogrzebu Sandaime Hokage
Wysunął głowę z drzewa tylko odrobinę, tak by pojedynczy otwór w pomarańczowej masce znajdował się wystarczająco wysoko.
Kakashi.
Jego pokusa obserwacji srebrnowłosego przybrała ostatnio formę obsesji. Takich jak on nazywano stalkerami.
Deszcz padał wyjątkowo mocno, w zasadzie od rana. Do stojącego nad Kamieniem Pamięci mężczyzny podeszła drobna kobieta z kwiatami w ręce. Słyszał o niej. Yuugao Uzuki z Konohańskiego ANBU.
- Ceremonia pogrzebowa dla Sandaime-sama zacznie się lada chwila– powiedziała. Miała słodki, ale smutny głos.
Położyła kwiaty na czyimś grobie i przez chwilę stała nad nim zamyślona.
- Kakashi-sempai, jesteś tutaj dla Obito-san? – na te słowa poczuł rozdzierający ból w okolicy serca. Wziął kilka głębokich oddechów. – Zawsze się spóźniasz na egzaminy i to jest twój powód? Zamiast wymyślać usprawiedliwienia, wychodź nieco wcześniej.
Przez chwilę milczał.
- Cóż, stoję tu od rana – zdumiona Yuugao podniosła głowę. – Kiedy tutaj przychodzę, nie wiem co powiedzieć. Za młodu byłem głupcem, robiłem bezsensowne rzeczy. W ten sposób chcę ukarać samego siebie za błędy przeszłości.
- Coś jest w powietrzu – kobieta spojrzała na chmury. – Czuję swędzenie z tyłu głowy, to znaczy że ktoś tu jest.
- Jiraya-sensei – Kakashi objął ją ramieniem. – Masz rację, chodźmy pożegnać Sandaime-sama.
Przymknął oczy, próbując pozbyć się zdradliwego uczucia wilgoci w oczach. Co prawda nie został zauważony, ale wolał nie kusić losu. Jiraya musiał coś wyczuwać, nawet jeśli stłumił swoją czakrę na ile to było możliwe. Poza tym Kisame i Itachi zbliżali się do Konohy. Będzie miał czas, żeby odwiedzić rodzinę. Głowa Tobiego zniknęła w drzewie.
- Ktoś tu był – Jiraya popatrzył na rosnące nieopodal drzewo. Wtedy jego uwagę zwróciło pojawienie się znacznie większego skupiska czakry na obrzeżach wioski.
*.*.*
Stał nad zaniedbanym grobem z wyrytymi czterema imionami.
- Tousan, Kaasan, Imouto – przesunął po nich palcem. Dla sióstr zostawił dwie białe muszelki. Dla matki była to potargana czerwona wstążka, którą zawsze przewiązywała swoje włosy. Fukumenowi pozostawił pojedynczą kosteczkę. Należała ona do mordercy ojca. – Bardzo mi was brakuje. To, co jest martwe nie może umrzeć.
Fukumen zawsze był chłodny i pełen rezerwy, takie same były ich stosunki. Sandai wyrażała czułość ciągłym martwieniem się o niego. Gdyby mogła, nie posłałaby go do Akademii. Uważała, że jest zbyt delikatny na bycie ninja. Po śmierci ojca wpadła w depresję. Z całej rodziny najlepsze stosunki miał z Takiyeki i Tekiyaki. Spędzał z nimi każdą wolną chwilę, a dziewczynki go podziwiały. Mógł spokojnie powiedzieć, że kochał je ponad życie. Kaasan lubiła sobie popić w samotności. Miała słabą głowę, a alkohol wywoływał u niej senność. Pewnego dnia dziewczynki podwędziły jej butelkę i postanowiły zbudować tratwę. Chciały one popłynąć rzeką Naka aż do morza i z powrotem. Czekały na niego, ale on się spóźnił.
Odoru ahou ni
Miru ahou
Onaji ahou nara
Odorana son, son
„Tancerze są głupcami,
Widzowie są głupcami,
Jesteśmy podobnymi głupcami,
Możemy zatańczyć razem tak?"
Zapiekły go oczy. Na szczęście nosił maskę, więc nikt nie zobaczy jego łez. Tym razem zdołał się powstrzymać. Słodka Rin-Rin mówiła, że niemądrze jest ukrywać własne rany. Och tak, miał dla niej kwiaty i dzwoneczki.
Przez chwilę stał i rozmawiał z nią.
Dziś, trzy lata i kilka miesięcy po Czwartej Wojnie
Poczuł ją. Siedziała na drugim końcu groty i studiowała wyrysowane symbole ze słownikiem w ręku.
- Nikt cię tutaj nie zapraszał – rzucił w jej stronę.
- Zachowuję odpowiedni dystans – odpowiedziała. – Nie przeszkadzaj sobie, Panie Nikt. Czy nie chodzi ci o to, żebym się za bardzo nie zbliżała. Taka odległość wystarczy?
Obito popatrzył na nią przez chwilę, po czym wstał i zabrał się za poranną toaletę. Westchnął, nakładając sobie krem na blizny.
- Może być. Wygląda, że tak łatwo się nie poddajesz, Ougonchou-san.
Usłyszał mruczenie kota-posłańca. Siedział na stoliku i leniwie machał ogonem.
- Mrauu, przyniosłem ci kunai-drogowskazy i wieści od Nekomaty-sama – przekazał mały zwój. – Znalazłeś sobie dziewczynę, mrauu?
Podrapał kota za uchem.
- To pewna nieznośna istota wędrująca po nurcie, która nie daje mi spokoju.
- Mrauu, wygląda apetycznie – oblizał się. – Pachnie ptakami, tak samo jak ty i te twoje strzyżyki.
- Jestem Ougonchou – stanęła przy liście gończym. Zauważył jej zainteresowanie i to, że powoli odczytuje litery.
- Mój własny list gończy – założył ręce na piersi. – Od dawna nie używam swojego imienia. Tutaj nazywają mnie Misosazai.
- Tym razem nie kłamiesz.
- Okłamywanie cię nie ma sensu – odwrócił się do lustra i starał się nieco przyklepać blizny. Wilga usiadła pod ścianą. Starał się zignorować jej obecność. Wyglądało na to, że dziś nic od niego nie chciała, prócz siedzenia w tym samym pomieszczeniu co on. – Zwykle usta ci się nie zamykają.
Splotła ręce na kolanach.
- Mój ukochany brat, Joachim popełnił samobójstwo – rzuciła w powietrze. – Nie jestem w nastroju do niczego.
- Jakby mnie to obchodziło – usiadł przy źródle światła i zaczął czytać zwój od najważniejszego kota w Futsukayoi. Miał u kotów dług życia w zamian za opiekę i schronienie. Nekomata-sama zrobił to tylko dlatego, że został ostatnim z rodu. Fakt, że osobiście wykończył większość swoich krewnych nie przeszkadzał wąsaczowi. W końcu rodzinne sentymenty robią swoje, a Nekomata był nadzwyczaj sentymentalny.
Ból w głowie pojawił się nagle. Uderzyła go dość mocno końcówką khakkhary z brzękadełkami. Złapał broń kilka centymetrów przed swoimi oczyma.
- Co ty wiesz o bólu, Uchiha-sama? – zapytała przez zaciśnięte zęby. Puścił rękojeść khakkhary i pchnął ją w stronę kobiety. – Nie mów mi, że twoi bliscy...
Przed oczyma przewinęły mu się obrazy: Fukumen w kałuży krwi, oszalała z rozpaczy matka, która nie potrafiła poradzić sobie ze śmiercią ukochanego i wychowaniu trójki niesfornych dzieci, umierające w jego ramionach siostry, ból towarzyszący dojrzewaniu Sharingana, i słodka Rin-Rin.
Nim zdążyła mrugnąć okiem znalazł się przy niej. Był cholernie szybki. Zanim osiągnie formę, w której mogła mu dorównać minie trochę czasu. Uderzył ją kilka razy pięścią w brzuch. Chyba przesadziła, stwierdziła kiedy znalazła się na kolanach, trzymając się za brzuch. Czy ona jest głupia? Mógł ją zabić w każdej chwili.
- Nie chcę ci mówić o moim bólu, Ougonchou. Idź sobie – powiedział głosem pozbawionym emocji. Usłuchała go.
- Przepraszam - usłyszał zanim zniknęła.
Przez nieokreślony czas patrzył tępo przed siebie. Dopiero potem zaczął się zbierać do wyjścia na zewnątrz. Miał parę spraw do załatwienia w Hoshigakure i czuł nieodpartą pokusę na odwiedziny. Pozwolił sobie na tę przyjemność tylko raz, niecały rok temu.
*.*.*
Kakashi spał w tej samej pozycji co ostatnio. Kołdrę miał narzuconą na twarz, lewa noga i prawa ręka wystawała mu poza posłanie.
Stał w bezpiecznej odległości i wpatrywał się w niego, tak po prostu. Przy śpiącym mężczyźnie zapominał o ciemności, jaką nosił w sobie. Wciąż było za późno. Za późno na wszystko. Na wybaczenie. Za późno na coś, co mogło uchodzić za normalne życie.
