Kolejny Obito-centryczny odcinek. Może być nudnawo. Wyjaśnienia trudnych słów na końcu.
"Wspomnienia"
Wizje
Myśli/sny
"Cytaty, słowa piosenek"
Głos Bijuu/Telepatia
Czas i miejsce przy przeskokach w miejscu/czasie
*.*.* to samo miejsce, krótkie przeskoki w czasie (granica kilku dni, z reguły to ten sam dzień)
Sześć lat po wojnie, Hoshigakure
„Azuki togou ka,
hito totte kuou ka?
shoki shoki."
"Będę kruszył moje azuki,
Może znajdę kogoś do zjedzenia?
Shoki, Shoki!"
Piosenka dziewczynek o Azukiarai ciągle rozbrzmiewała mu w głowie. Krew była wszędzie. Wszystko stało się czerwone. Wydawało się mu, że głosy które miał dotąd w głowie, rozbrzmiewają dookoła. Próbował się ich pozbyć, nie potrafił jednak.
„Nie jesteś Madarą!"
„Zgińcie przywiązani do tego nędznego świata! Nadzieja jest iluzją!"
„Nie chcę żyć w twoim świecie marzeń. Śniłam, że zbudowałeś go na śmierci i cierpieniu. Wiesz, że Madara chce cię omamić. Wróć do Konohy z Kakashim…"
Złapał się za głowę, siedząc w kącie jak najbliżej ściany. Wyżęte jak stara ścierka wspomnienia, rzeczy o których chciał zapomnieć. Wszystko wróciło ze zdwojoną siłą. A przecież było tak dobrze. Przez ostatni czas miał wrażenie, że ataki minęły i potrafi utrzymywać kontakty z ludźmi. Niewielu ich było, co prawda. Gdyby tylko mógł wymazać ostatnie kilka tygodni ze swej pamięci, uczyniłby to. Skulił się jeszcze bardziej, kiedy cały świat znów utonął w czerwieni.
Potem zapadł w sen.
*początek snu wizjonera*
Śniła mu się ta cicha bezgwiezdna noc w Kirigakure. Przy martwym ciele jednego z shinobich znaleziono dokumenty dotyczące eksperymentów na ludziach. Szaleni naukowcy chcieli poznać tajemnice limitów krwi dotyczących jasnowidztwa. Kiedy poszedł tym tropem dowiedział się o sprawie słodkiej Rin-Rin i brutalnym mordzie dokonanym na oddziale ANBU. Poskręcane drzewa z uwięzionymi wewnątrz szkieletami wciąż straszyły na pustkowiu. Mówiono, że właśnie w tym miejscu nocami przechadza się duch jednookiego chłopca ociekającego krwią od stóp do głów. Nikt się tam nie zapuszczał.
To właśnie wtedy Yagura był niewolnikiem jego woli, a Konoha próbowała dojść do siebie po masakrze klanu Uchiha.
Za późno. Zawsze było za późno. Pozostała mu zemsta – tylko, że musiał poruszać się ostrożnie w sieci spisków, kupionych sojuszników i czujnego spojrzenia sensei. Teraz jego zemsta nie miała sensu. Madara był martwy. W świecie ninja nie było rzeczy prostych. Zrób kogoś w konia zanim sam zostaniesz przechytrzony.
Uderzał lewą ręką w ścianę tak długo, dopóki nie poczuł na niej czegoś lepkiego i ciepłego. Skórę miał zdartą tak, że przez więzadła i powięź mógł zobaczyć mięśnie. Rana wypełniała się krwią, w regularnych odstępach skapującą mu na czymś służącym za podłogę. Musiał uszkodzić sobie większe naczynia.
- Przeszłość zawsze będzie boleć – ujrzał ducha Rin. – Obito-kun, dlaczego nie posłuchałeś mnie wtedy? Dlaczego nie wróciłeś do Konohagakure?
- Nie rozumiesz – wyciągnął krwawiącą rękę w jej stronę. – Madara wybrałby kolejnego Uchihę na moje miejsce byleby osiągnąć swój cel.
Przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się.
- Znów zrobiłeś sobie krzywdę – powiedziała, jakby upominała swą młodzą siostrę Nekko, że kunai to nie zabawka. – Pozwól, że ci pomogę.
Zaczęła się zmieniać i rozmywać. Na widok stojącej przed nim sylwetki zatrzymał się. Wysoki mężczyzna w czerwonej zbroi, z burzą ciemnych włosów. Lewe oko miał zamknięte, w prawym zalśnił Rinnegan. Dookoła niego była gęsta sieć nici, podobna do pieczętującego jutsu.
- Obito – poczuł dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Czy to, co widział było prawdą, czy wyobraźnia płatała mu figle. Nie. Głos Madary był prawdziwy, choć nieco przytłumiony przez niewidzialną zasłonę. Nie. To było niemożliwe, choć dla jego mistrza nie było rzeczy niemożliwych. Będzie chciał ponownie zanurzyć świat w wojnie i zdobyć nad nim władzę absolutną.
- Pokażę ci świat snów, w którym wszystko jest możliwe – wyciągnął ręce, jakby chciał go objąć. – Świat, w którym panuje wieczny pokój… Możesz spróbować jeszcze raz.
- Nie tym razem, sensei – z jego ust wydobył się słaby szept. Przypomniał sobie, że w prawym oku Madary znajdowało się Tsukuyomi, w lewym Amaterasu. Pod tym względem też byli podobni. – Tym razem cię powstrzymam, jeśli będzie trzeba.
Czy był tego taki pewien?
Nie.
Jeśli Madarze jakimś cudem się udało – prędzej czy później staną naprzeciwko siebie. Niewykluczone, że dusza dinozaura Uchihy została zapieczętowana, lecz z jakieś przyczyny pozostała na świecie. Coś ją pożarło. Kaiten mogło mieć coś z tym wspólnego.
Równie dobrze ten dzień mógł nigdy nie nadejść.
- Jesteśmy tacy sami, Obito – nie wydawał być się zrażony, a raczej rozbawiony. Zobaczył w lustrze siebie, tak bardzo podobnego do sensei - Nie! – wbił palec w lewe oko. Trysnęła krew, a Madara zaczął się rozszerzać, aż nie stał się dominującą w jego wszystkich zmysłach plamą czerwieni. Gdzieś w oddali rozległo się namolne dzwonienie brzękadełek.
*koniec snu wizjonera*
Plama czerwieni zaczęła przybierać kolor pomarańczowy, a potem stała się jasnożółtymi ognikami świec. Wypełniały one jasnym blaskiem małą grotę.Otworzył oczy. Ból nadszedł ze wszystkich stron. W głowie był ćmiący, nie ustępował. Bolał go przegryziony język i lewa dłoń, którą walił w ścianę. Na niej widać było ślady krwi zmieszanej z małymi odłamkami skały.
Brzękadełka dalej dzwoniły.
Dopiero kiedy spojrzał na siebie, uświadomił sobie że jest w samym topie i bokserkach. Nie obchodziło go to. Nie miał ochoty się ubierać.
Nic do siebie nie mówili. Właścicielka laski z brzękadełkami stała daleko od niego, w bezpiecznej odległości. Niechętnie się pozbierał, po czym znalazł jakąś szmatę. Zawinął w nią swoją ranną dłoń.
- Nie pytaj, Ougonchou – warknął nieprzyjaźnie. – Inteligentna jesteś, ale nie zrozumiesz złożoności świata ninja.
Nie odpowiedziała. Miała zamknięte oczy, jakby zasnęła na stojąco. Znalazł się przy niej w okamgnieniu, uderzając ręką w ścianę tuż koło jej głowy. Kurwa, nie trafił. Zdążyła uniknąć ciosu.
- W takim razie niewiele o mnie wiesz – odpowiedziała zirytowana. Zacisnęła ręce na lasce z brzękadełkami, aż jej kłykcie pobielały. – Słyszałam wszystko, Misosazai.
Spojrzała na niego zmrużonymi oczami, poluźniając swój uścisk.
- To nie twój interes, dziecko – założył ramiona na piersi. Przybrał pozycję obrażonego chłopca i pozostał tak przez dłuższy czas. Wtedy dostał w głowę khakkharą. Robiła tak za każdym razem, kiedy powiedział coś nie tak.
- Chcę ci pomóc, Uchiha-sama! – podniosła głos, odrzucając laskę na bok. Dla lepszego efektu kopnęła ją z całej siły pod meble. Tyle jeśli chodzi o jej opanowanie. Typowa kobieta. Potem przywołała ją do siebie i usiadła pod ścianą w milczeniu. Wyglądała jak rozzłoszczony bachor. Przybrała pozę medytacyjną i zaczęła się wyciszać.
Rzucił jej zmęczone spojrzenie. Kropka pod jego lewym okiem zniknęła, co oznaczało że pieczęć puściła. Stało się szaro fioletowe, a źrenicę otaczał falujący wzór. Wilga zauważyła to. Obito ponownie próbował je dezaktywować, ale bezskutecznie. Będzie musiał jeszcze nad tym popracować.
- Jakie masz problemy, dziewczyno? – rozmasował sobie bolącą część głowy. Ta psychopatka mogła go zabić. Część czakry przekazał do końcówek palców, ciągle regulując jej przypływ. To sprawiało mu więcej problemów niż zwykle.
- Chcesz wiedzieć? – syknęła. – Moje problemy? Byłam wychowywana przez matkę, ojciec nigdy nie miał dla mnie czasu. Zmarła rodząc moją najmłodszą siostrę. Za moich czasów rozpadło się wszystko, nad czym pracował ojciec przez lata. Podjęłam złą decyzję dotyczącą uczuć, wiem jak żyje kobieta poniżona. Mój pierwszy mąż oddalił mnie ponieważ nie mogłam urodzić mu dziecka. Potem spotkałam Aleksego. Walczyłam o jego miłość z zaborczą matką i słabym psychicznie ojcem. Pozbawiono nas spadku, majątku i wszystkiego. Pomogli nam dobrzy ludzie, kiedy znaleźliśmy się na ulicy. Nasze rodziny wyrzekły się nas, prócz Joachima. To on właśnie popełnił samobójstwo zeszłej wiosny.
Mówiła to wszystko tak bezbarwnym, pozbawionym emocji tonem jakby dyktowała przyjaciółce przepis na hiyajiru. Rybne miso na zimno. Okaasan robiła najlepsze na świecie. Wydawało się proste w przygotowaniu, lecz nic bardziej mylnego. Nawet najmniejszy błąd sprawiał, że hiyajiru stawało się niejadalne. Sztuka przyrządzenia dobrego hiyajiru była tym, co podbiło serce Fukumena. Widział jednak, że takie opanowanie sporo Ougonchou kosztowało. Był za bardzo skupiony na sobie i zapominał, że inni też nie mieli łatwego życia.
- Przesadziłem – przyznał niechętnie, odnawiając pieczęć. – Nie mam za grosz empatii. To, co widziałem było dla mnie… trudne.
Przesiadła się na ławkę, poprawiając niewidzialne fałdy na swoim komplecie do ćwiczeń. Rozejrzała się. Zwykle panował tu porządek, ale nie dziś. Pognieciona pościel walała się po podłodze tuż przy stosie zakurzonych książek. Na dwóch stołach służących za biurko i toaletkę leżał stos ubrań, puste opakowania po kosmetykach.
- Rinnegan – popatrzyła w końcu na Obito, kiedy ten skończył. – Zabiera ci więcej czakry niż Sharingan. Jak długo ta pieczęć trzyma?
- Zdecydowanie za krótko – westchnął. Popatrzył na siebie, a potem na dziewczynę. Zaczął przeczesywać stos w poszukiwaniu jakiś ubrań. - Rozpoznałaś to oko niemalże od razu. Nie wierzę, żebyś sama była taka mądra - gdzie to wyczytałaś?
- Nie jesteś jedyną osobą, którą odwiedzam – powiedziała w końcu. – Przeczytałam parę mądrych książek, jednak wciąż mam kłopoty z krzaczkami. Masz kłopoty z tym okiem. Czyżby nie należało do ciebie? Sądzę, że mogę ci pomóc.
Po raz kolejny przypomniał sobie, że musi na nią uważać. Nawet jeśli miała dobre intencje, wolał się za bardzo nie odkrywać. Odsłonięcie oznaczało bycie narażonym na zranienia.
- Dlaczego tak o mnie dbasz? Miewam wahania nastroju, stany psychotyczne i wyładowuję złe emocje na tobie. Jak ze mną wytrzymujesz? – zapytał. – Sama widzisz, jakim jestem beznadziejnym przypadkiem. Żyję przeszłością i w obawie przed przyszłością. Niszczę wszystko czego się dotknę.
- Lubię cię – odpowiedziała wprost. – Czy to źle, że mi zależy? Razem możemy więcej niż ty sam, 'bito.
- Nie pozwalaj sobie na zbyt wiele, Ougonchou-san – zmrużył oczy i przybrał postawę obronną, najeżając swoje kolce. – Całe życie radziłem sobie sam.
Roześmiała się w odpowiedzi. Uniosła brwi z powątpiewaniem, przekrzywiając głowę. Robiła to zawsze kiedy próbował jej wmówić, że nie potrzebuje pomocy. Popatrzył na swoją ranną dłoń i ślady na ścianie.
- To straszne – stwierdziła z powagą. – Samotność z wyboru. Podoba ci się takie życie?
Ich wzrok spotkał się. W jej oczach była troska, w jego był ból.
- Dla mnie jest już za późno, Ougonchou – jego głos się załamał. – Nie potrafię zmienić przeszłości. Świat chce bym pozostał martwy. Żyję z dnia na dzień odwlekając swoją śmierć. Jestem tchórzem, który potrafi zabijać innych, lecz nie siebie. Dziś widziałem mojego sensei. Był złym człowiekiem, który zabił moją rodzinę, żeby wyzwolić we mnie nienawiść do świata. Został pokonany w poprzedniej wojnie, ale czuję, że nie do końca. Nienawidzę go. Jeśli okaże się, że przeżył – zabiję go własnoręcznie.
Zamilkł niespodziewanie. Przemógł się i podszedł do półki zastawionej książkami. Wyjął pudło ze zwojami i rzucił dwa z nich Wildze. Odwrócił się do niej plecami, nie chcąc żeby widziała jego łzy, oznakę słabości.
Złapała zwoje. Zrzuciła cały bałagan na drugi stół i rozłożyła zwoje, pogrążając się w ich odczytywaniu.
Zabrali się za opracowywanie zwojów.
Później, w tym samym roku
Jesień w Hoshigakure była szczególnie przygnębiająca. Wszystkie drzewa, gęste i zielone w lecie już potraciły swoje liście. Czerwone, brązowe i żółte kolory ustąpiły miejsca nagim, ponurym drzewom. Uchiha któryś dzień z kolei siedział w swej norze. Kaiten nie dawało znaku życia, a raporty od strzyżyków na nic nie wskazywały. Nawet doskonalenie pieczęci czy taijutsu przestało sprawiać mu przyjemność. Jedyną rzeczą na którą miał ochotę było bezmyślne patrzenie się w sufit lub spanie.
Wcale się nie zdziwił, że ten właśnie moment wybrała sobie Wilga na odwiedziny. Nauczył się już wyczuwać obecność dziewczyny z khakkharą.
- Przyjdź później – warknął do niej. – Nie chcę cię widzieć.
Zarzucił sobie gniewnie kołdrę na głowę, odwrócił się do niej plecami i zasnął.
Ona usiadła na krześle, czekając aż się obudzi. Żeby się nie nudzić wzięła jakąś książkę z biblioteczki o pieczęciach. Wciąż miała problemy z japońskim, zwłaszcza w formie pisanej. Poprosi Obito, może ją nauczy.
Wtedy usłyszała szum skrzydeł i delikatne szuranie o biurko. Spojrzała w tamtą stronę i ujrzała strzyżyka. Ptak zaćwierkał kilkukrotnie, po czym podleciał do śpiącego na ławce mężczyzny.
Potem były przekleństwa i głośny trzepot skrzydeł ptaka. Strzyżyk usiadł na półce ze zwojami i wypluł ziarenko. Obito zebrał się szybciej niż przypuszczała. Narzucił na siebie płaszcz, pod którym nosił czarną koszulę i spodnie ninja. Na rękawie miał naszyty symbol klanu – czerwono-biały uchiwa. Złapał swój zasobnik i maskę oddechową.
- Interesuje cię Fuuinjutsu, czy może próbujesz czytać? – zapytał głosem podszytym drwiną, kiedy wyszli na powierzchnię.
- Naucz mnie w takim razie, Uchiha-sama – wymierzyła w niego zamknięty tessen.
Zaczęli walczyć. Nie wiedział, jak długo. W ponurej jesiennej scenerii upływ czasu nie miał znaczenia. Po jesieni przyjdzie zima. Po zimie wiosna, a potem lato. Poszłaby sobie, gdyby nie paskudnie skręcona kostka. Mógł ją zostawić, ale jej obecnością na pewno ktoś się zainteresuje.
- Nie potrzebuję twojego towarzystwa – warknął na nią. Krzyknął z bólu, kiedy dostał w głowę wachlarzem. Miał metalowe pióra, a na białym tle znajdowała się czerwona kropka. Potem Wilga zajrzała na swoją kostkę. Przyłożyła do niej zimną khakkharę, lecz to nie pomogło.
Popatrzyła na niego z tym samym uśmiechem, co zwykle. Robiła tak zawsze kiedy ją okłamywał.
- Gorszy dzień? – jęknęła cicho z bólu, próbując poruszyć stopą.
- Nie twój interes – szykował się do odejścia. Rzucił ukradkowe spojrzenie na jej widocznie spuchniętą kostkę.
Zawiał wiatr. Odwrócił się plecami.
- Oddaj mój wachlarz w takim razie – syknęła, przykładając ręce do nogi. Usłyszał szum wylewanej wody. Skąd ją miała?
Zerknął jeszcze raz, zaciekawiony. Czyżby właśnie użyła prostego Uwolnienia Wody do schłodzenia skręconej kostki?
- Suiton – powiedział bardziej do siebie, niż do niej. Właśnie próbowała unieruchomić zwichniętą kostkę materiałowym paskiem wydartym z rękawa.
- Może ciasteczko? – coś poleciało w jego stronę. Złapał to coś ręką i przyjrzał się podejrzliwie. Było to kruche ciasteczko z orzechami, takie sprawiało wrażenie. Sprawdzał je ze wszystkich stron. – Nie jest zatrute.
Po chwili konsternacji ugryzł je. Smakowały naprawdę dobrze.
- Gdzie je kupiłaś? – zapytał, kiedy zjadł je w całości. Obok niego świsnęła khakkhara. Kobieta stała niedaleko, z gniewnym wyrazem twarzy. Starała się nie opierać o zranioną nogę.
- Wy mężczyźni nie potraficie docenić własnoręcznie pieczonych ciastek – odskoczył od niej, zachowując bezpieczną odległość. Wyglądała na urażoną. – Co ty jesz w tej swojej jaskini? Ziemię i robaki?
Zaśmiał się.
- Można tak powiedzieć – dokuśtykała do skały. Na jego oko uraz był poważniejszy niż wydawało się od początku. W zaroślach rozległ się ostrzegawczy „trrr", co oznaczało niespodziewanych gości. Oddał jej tessen. – Twoja moc się powoli kończy, prawda?
Przytaknęła. Miała wrażenie, że zewsząd otaczają ich strzyżyki, rozlatujące się na wszystkie strony. Zawirowało jej w głowie. Coś ją unosiło na koronę drzewa. Kiedy próbowała się ruszyć, nie mogła. Ptaki zaczęły zbierać się do kupy. Uczucie wirowania zniknęło, choć trochę kręciło się jej w głowie. Zauważyła Obito parę gałęzi dalej. Na jego ramieniu siedział strzyżyk. Fałszywy alarm, bo gośćmi okazali się być zbieracze grzybów.
*.*.*
- Chcę coś sprawdzić – odezwał się niespodziewanie. – Czy mogę użyć ninjutsu za twoim pośrednictwem.
- Ręce cię świerzbią? – zdziwiła się. – Po to mnie potrzebujesz?
Westchnął.
- Ten jeden raz, Ougonchou – dotknął jej kostki. Syknęła z bólu i odruchowo cofnęła nogę. Drugą rękę położył jej na ramieniu.
- Bez poufałości – chciała ją strącić. Wtedy poczuła przepływ czakry. Był jak wąska strużka wody wlewająca się do naczynia.
Czakra ta nie była bezbarwna. Dlaczego była na niego taka zła? Była zbyt ciekawska aby oprzeć się pokusie zajrzenia w uczucia zanurzone w wodzie.
Był tam ból. Brzeg rzeki, słony smak łez.
Była tam chęć ochrony najbliższych.
Była tam ciężka praca nad umiejętnościami.
Była tam złość. Kłótnia ze srebrnowłosym.
Była tam rozpacz. Zaniedbany grób najbliższych.
Była tam furia. Krew i drzewa.
Była tam wiara. W słowa starego mężczyzny z czerwonym okiem.
Była tam nienawiść do świata. Świata śmierci, kłamstw.
Było tam zaślepienie. Podążał krokami mistrza.
Było tam zwątpienie, kiedy odkrył prawdę.
Była tam świadomość, że jest za późno.
Było tam życzenie. Życzenie, które nie mogło się spełnić.
Był tam niewidzialny mur. Po drugiej stronie siedział srebrnowłosy.
Była tam chęć pokonania muru. Muru, który wciąż stał.
Była tam ciemność. W ciemności był płomyk.
Była tam obsesja. Chęć patrzenia na to, co niedostępne.
Było tam zagubienie. Głos, który krzyczał: „Jestem nikim!".
Była tam pustka. W samym jej środku złamane drzewo, prowizorycznie opatrzone.
Przez jej palce prześlizgnął się zielony płomyk. Energia zadziałała kojąco na zranioną nogę, ale jej przepływ został przerwany. Nie zobaczyła już nic więcej.
- Zostaw mnie samego – znów się od niej odsunął. Unikał kontaktu wzrokowego, jakby zawstydzony tym, że tak bardzo się odsłonił. Założył ręce na piersi i znów sprawiał wrażenie niewzruszonego.
Nie nalegała. Rozpłynęła się jak mgła w promieniach słońca.
Uchiha przez dłuższą chwilę wpatrywał się w miejsce, gdzie zniknęła Wilga.
Liście opadały z drzew, jedne za drugimi. Parę z nich spadło na powierzchnię wody, a także na siedzącego w pozycji medytacyjnej mężczyznę. Ten jednak się nie poruszył, pomimo że w lesie panował spory ruch. Parę niedźwiedzi polowało w rzece na ryby, nie tak daleko od brzegu dziki ryły ziemię w poszukiwaniu żołędzi. Jednak zakład to zakład, a poza tym dziewucha pojechała mu nieźle po ambicji.
Nawet nie zauważył momentu zmiany.
*początek wizji*
Deszcz ciągle padał. Przeskakiwał przez większe kałuże, ale w końcu wpadł w jedną z nich. Z trudem wyhamował, przeleciał przez płot i wpadł na pastwisko dla krów. Zwierzęta ryczały, schowane pod prowizorycznym zadaszeniem.
Kiedy się rozejrzał, dookoła niego były ciała. Część z nich rozpoznawał – ojciec, matka, siostry, Minato-sensei i jego żona. Neji Huuga przebity trzema palami, ze znikającym znakiem na czole obejmował płaczącą Tenten i ich nienarodzone dziecko. Zawiał wiatr i ciężkie krople deszczu zaczęły dudnić o dach i ich zakrwawione ochraniacze na czoła. Tłoczące się pod dachem krowy i wiejska droga pełna kałuż zniknęły. Krople deszczu zmieniały kolor z przeźroczystego na różowy, a z różowego na czerwony, z czerwonego na szkarłatny. Zmarli patrzyli na niego płonącymi, pełnymi wyrzutów oczyma. Stosy na których bezładnie leżeli zaczęły rosnąć aż do nieba, zmieniły się w wysokie i niezdobyte góry. Krew, wszędzie krew. Był cały w niej skąpany, od stóp do głów. Usłyszał piosenkę, którą śpiewał nad grobem dziewczynek.
"Tancerze są głupcami,
Widzowie są głupcami,
Wszyscy jesteśmy głupcami!
Tańczmy mimo to! Tańczmy mimo to!"
Wpatrywał się w krew na swoich rękach i spróbował ją zmyć, zdrapać z siebie. Nic z tego, nie chciała ona zejść. Krew stała się czekoladowa, a potem… Dwoje oczu w kolorze orzechowym wpatrywało się w niego.
- Obito – powiedziała Rin ze smutkiem i wyciągnęła rękę, aby pogładzić jego policzek. Kiedy jej palce dotknęły krwi, zesztywniała. Z niedowierzaniem popatrzyła na swe palce, a potem zmierzyła spojrzeniem sylwetkę dawnego kompana z drużyny. – Obito… krew.
Zaczęła się cofać, a na jej twarzy malowało się przerażenie. Na widok Sharingana i Rinnegana odsunęła się jeszcze bardziej.
- To wszystko – powiedział, uśmiechając się dziwnie. Był to uśmiech pełen okrucieństwa, który nie należał do Obito, którego znała. Na pewno nie. Ten mężczyzna był obłąkany. Wyciągnął ręce w górę, jakby chciał objąć cały świat i zabrać go dla siebie, a potem uczynić sobie poddanym. – Zrobiłem dla ciebie, Rin.
Kłamał. Wiedziała o tym.
- To? – głos się jej załamał, po czym spojrzała na ofiary. Ich sensei, członkowie klanu Uchiha. – Zabiłeś ich wszystkich…
- Tak – odpowiedział beztrosko, po czym przekrzywił nieco głowę i spojrzał na nią. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. Wyciągnął rękę w jej stronę. – Idealny stan, w którym rzeczy będą takie, jakie powinny być.
- Jesteś potworem – te słowa były jak przekleństwo.
W czerwonym oku Uchihy zalśniło szaleństwo.
- O czym ty mówisz, Rin? W rzeczywistości, którą stworzę nie będzie to już miało żadnego znaczenia. Wszyscy zmarli będą żyć sobie dalej w szczęściu i spokoju, nie martwiąc się o nic – w jego głosie pojawiło się oburzenie. – Nie chcesz?
- Nie! – krzyknęła. Podszedł do niej jeszcze bliżej, wyciągając zakrwawioną dłoń w stronę dziewczyny. Rin ją odepchnęła.
- Daj spokój – pociągnął ją mocniej za ramię. – Pójdziesz ze mną, Rin. Czeka nas rozkoszna, wspólna wieczność pod światłem czerwonego księżyca.
- Przestań – głos kunoichi stał się błagalny. – Przerażasz mnie, Obito. Nie chcę żyć w wieczności okupionej krwią tylu niewinnych ludzi.
- Co ty wygadujesz? – oczy mężczyzny pociemniały, aż zadrżał ze złości.– Rzucam ci świat do stóp, a ty śmiesz odmawiać? Po tym, co dla ciebie zrobiłem? Po tym ile musiałem poświęcić?
- Całe zło, które popełniłeś przez moją śmierć. Wiem, że mnie kochałeś. Powiedz mi, czy przez te wszystkie lata myślałeś jedynie o mnie i o świecie snów, w którym nawet śmierć może zostać pokonana? Czy ten widok tak bardzo cię złamał?
- To, co mówisz jest kłamstwem i prawdą równocześnie – westchnął mężczyzna. – Madara mnie okłamał co do twojej śmierci. Ten świat i my, którzy w nim żyjemy jesteśmy przeklęci, zwłaszcza mój ród. Postanowiłem stać się zbawcą i niszczycielem świata jednocześnie! – przemawiał z namaszczeniem. – Wziąłem na siebie ciężar klątwy nienawiści i dążę do jej zniszczenia. To będzie idealny świat i idealna ludzkość, Rin. Będzie tak jak zechcemy razem, we dwójkę.
- Podążasz ścieżką, którą nie mogę pójść. Postradałeś zmysły.
- Ja? – jego głos przypominał drapieżnika. Był niski i mroczny. – Odmawiasz mi?
Krzyknęła z bólu, kiedy jego ostre paznokcie wbiły się w jej ciało, a z palców wyrosły gałęzie drzew, które oplotły ją siłą.
- Tak – powiedziała drżącym głosem. – Odmawiam ci. Masz puste serce, Obito Uchiha i straciłeś duszę dawno temu. Nie mogę pokochać potwora, którym się stałeś – po jej policzkach popłynęły łzy. – Brzydzę się tobą…
- W takim razie nie mam wyjścia – na twarzy mężczyzny znów zagościł mroczny uśmiech. – Rin, wieczność na nas czeka.
Ostatnią rzeczą którą widziała przed utratą przytomności były wirujące coraz szybciej trzy łezki dookoła źrenicy. Przybrały one finalną formę, Mangekyou i siłą wtłoczyły w umysł Rin wizję wspólnej przyszłości. Nad pogrążonym w ciszy światem wisiał czerwony księżyc. Mugen Tsukuyomi zstąpiło na ziemię bez ostrzeżenia. Podziwiał go przez chwilę, a potem popatrzył na słodką Rin-Rin. Jak mogła mu odmówić?
- Sądziłem, że będziesz współpracować – wysyczał jadowicie w stronę Nohary mężczyzna. – Głupia dziwka.
Nagle w jego głowie rozdzwoniły się brzękadełka. Ich dźwięk był taki donośny, że w jego idealnym świecie zaczęły pojawiać się rysy i pęknięcia. Potem wszystko prysło jak szklana bańka.
*koniec wizji*
Dostał przez głowę khakkharą kilka razy, dość porządnie. Jego ubranie było całe mokre, co znaczyło że doświadczając widma przeszłości wpadł do wody.
- Zbudziłeś się już – odetchnęła z ulgą Wilga, odkładając laskę z brzękadełkami na bok. – Już się bałam, że utkwiłeś tam na dobre.
Tym razem ubrana była w jasnoróżowe kimono w kwiaty i kolorowe ptaki, przewiązane szeroką, jedwabną wstążką nie zasługującą na miano obi. Włosy spięła w kok, a na nogach miała buty geta. Dość niepraktyczne, ale wyglądała naprawdę kobieco.
- Lejesz mnie po głowie za każdym razem. Dlaczego ja? Dlaczego mnie wciąż nachodzisz? - zdjął swoje przemoczone ubrania i wyrzucił je na brzeg. Wolał pozostać w wodzie niż nago się pokazywać damie.
- 'bito – uśmiechnęła się łagodnie i odeszła od niego na bezpieczną odległość. Była na tyle daleko, że nie dostałby laską, jak zauważył. – Oczywiście, że mogę zniknąć na zawsze z twojego życia i nie usłyszysz o mnie nigdy więcej. Dam ci spokój i zostaniesz sam jak palec z bólem, który w sobie nosisz. Będziesz mógł płakać do woli nad rozlanym mlekiem. Pytanie jednak brzmi – czy naprawdę tego chcesz?
- Boję się i nie chcę zostać sam – westchnął ciężko. – To mnie dopadło niespodziewanie, jak grom z jasnego nieba. Widziałem straszne rzeczy, Ougonchou.
Poczuł, jak wypełnia go miękka, jasna aura pochodząca od kobiety. Usiadła naprzeciw niego i cierpliwie czekała na jego opowieść. Wysłuchała jej do końca, nie odzywając się ani słowem.
- Rin-Rin mówiła prawdę – odparła, gdy skończył. Puknęła go w czoło. – Za dużo myślisz, Obito-baka.
- Nie pozwalaj sobie na taką poufałość! - krzyknął gniewnie, wskazując na nią palcem. Po głosie poznała, że rzeczywiście go rozzłościła. Zachichotała jedynie.
Od tego czasu minęło dwadzieścia cztery lata? Mógł przysiąc, że wbrew pozorom czas przed egzaminami na Chuunina był naprawdę przyjemny. Tęsknił do tamtych dawno minionych dni. Świat wtedy był o wiele lepszym i przede wszystkim o wiele mniej skomplikowanym miejscem.
*początek wspomnień*
"- 'bito-niisan – dwie dziewczynki w jasnoniebieskich kimonach skakały po korytarzu. – Zaśpiewajmy razem piosenkę o fasolkowym duchu.
Przekrzykiwały się wzajemnie, co chwila patrząc na starszego o pięć lat brata. Wyliczyła, że w tym roku Obito miał jedenaście lat.
- Nie śpiewajmy piosenki – powiedziała Takiyeki, wkładając palec do buzi. – 'bito-niisan ma dziś wycieczkę.
Tekiyaki zaśmiała się, próbując zawiązać rozplątaną kokardkę przy swoim ubranku. Popatrzyła na siostrę z wyższością. Ich włosy, jeszcze rankiem splecione w misterny kok, były w nieładzie. Czarne i proste opadały im na twarz i ramiona. Onyksowe oczy sióstr wpatrywały się w niego z uwielbieniem.
- Baka – wskazała palcem na nią. – Baka, baka, baka!
Niedawno nauczyła się nowego słowa i ciągle go powtarzała, dumna z niego.
- Nieładnie tak mówić, Teki-tan – upomniał siostrę. W ręku miał bandaż, którym zamierzał obwiązać swoje kostki. Podbiegła do niego w podskokach, a prowizorycznie zawiązana kokardka znów puściła.
- 'bito, ja chcę – złapała drugą końcówkę bandaża.
- Niisan, ja też, ja też! – Takiyeki znalazła się przy nich od razu. Chcąc nie chcąc, Obito musiał pozwolić swoim siostrzyczkom żeby zabandażowały mu łydki. I tak był spóźniony, ale nie chciał odbierać dziewczynkom radości.
- Chcecie jakieś ładne pamiątki? – zapytał, wkładając sandały ninja. Tymczasem dziewczynki kłóciły się o to, co chcą dostać od starszego braciszka. Zostało mu tylko zabrać jedzenie od matki i już był gotowy do misji.
- Wcale mnie to nie dziwi, Obito – twardy, zmęczony głos ojca sprawił, że aż stanął na baczność. Ogorzała twarz z paroma bliznami była jak z kamienia. Ciemne oczy oceniające dosłownie wszystko. – Masz kiepskie wyniki, chłopcze.
Yoritomo ubrany w ciemną yukatę z symbolem klanu na rękawie, stał w drzwiach swego gabinetu. Do tego czarne, szpiczaste włosy ułożone jak korona, długie brwi, oczy w kształcie migdałów, arystokratyczny nos i pociągłe usta, które nigdy się nie śmiały. Wyglądał jak Madara. Założył ręce na piersi.
- Otousan, dużo ćwiczę. Codziennie się staram – powiedział zawstydzony, spuszczając wzrok jak szczeniak, który nabroił.
Ojciec chciał coś powiedzieć, ale przerwał mu głos dochodzący z kuchni.
- Dałbyś chłopakowi spokój – Drobna kobieta o czarnych włosach z odcieniem granatowego właśnie szykowała synowi jedzenie na cały dzień. – On jest taki delikatny. Spójrz na niego, to jeszcze dziecko. – mówiła dalej. – Nie powinnam się zgadzać, żebyś go posłał do Akademii w tak młodym wieku! Zabrałeś mu całe dzieciństwo.
- Przestań już ględzić, kochanie! – krzyknął do żony. – Wstydzę się, że jesteś moim synem – syknął w stronę chłopca, po czym złapał jego ramię boleśnie i przyciągnął go do siebie. – Zapomnij o nowych jutsu i egzaminie na Chuunina, Obito. Dopóki się nie poprawisz, pamiętaj!
Pchnął syna pod ścianę, pod którą ten ustawił się niechętnie. Młody popatrzył na ojca urażony, lecz nic nie powiedział. Od tej pory postanowił pracować jeszcze ciężej, żeby zasłużyć sobie na szacunek ojca. Yoritomo poszedł do kuchni, żeby zaparzyć sobie porannej kawy i coś przekąsić, a także poczytać gazetę, jak to miał w zwyczaju.
- 'tousan, to nieprawda! - zaprotestowały dwie małe dziewczynki, które wyłoniły się jakby spod ziemi. - 'bito-niisan jest najdobrzejszy.
Wzajemnie się przekrzykując, wymieniały ojcu dobre cechy Dużego Braciszka. Od tego hałasu zaczęła boleć go głowa, ale nic nie powiedział już. Młode wręcz ubóstwiały Obito, widząc w nim same superlatywy. O tej porze nie miał siły dyskutować z sześciolatkami na ten temat. Krytycznie spojrzał na nie i wydał z siebie głośne burknięcie. Siostrzyczki roześmiały się i szepnęły sobie coś do ucha.
Sandai z czułością pakowała ryżowe kulki, świeże warzywa z ogródka i porcję owoców. Na punkcie jedynego syna miała obsesję, a na wygłupy córek nie zwracała zupełnie uwagi. Yoritomo cieszył się, że przywiązanie żony do Obito przejawia w takiej formie. Poza tym nie traciła czasu oraz energii na zbędne przytulanie, wyznania matczynej miłości ani temu podobne bzdury. Wiedziała, że w ten sposób nie zrobi z syna mężczyzny. Gdyby jeszcze przestała się nad nim rozczulać, byłoby idealnie. Takiyeki i Tekiyaki schowały się w łazience, żeby najeść się smakowej pasty do zębów. Jak zwykle zrobiły to na tyle dyskretnie, że nikt się nie zorientował.
Obito wiedział, że rodzice nie zgadzali się w sprawie jego kariery ninja. Ojciec traktował go jak czarną owcę. Matka miała zawsze tę samą gadkę: zrobi sobie krzywdę, ktoś go zabije, jest zbyt wrażliwy, robisz to tylko dla klanu, zostanie kaleką. Yoritomo był zdolnym ninja, choć nie był cudownym dzieckiem. Uczył się wszystkiego z łatwością. Jako członek najstarszego i najbardziej dumnego klanu w Konohagakure miał wręcz obowiązek posłać syna do Akademii. Jego krewni na pewno obrobiliby mu dupę, gdyby posłuchał żony i tego nie uczynił. Staruszka bardziej obchodziło co powie rodzina niż uczucia własnych dzieci.
- 'kaasan – chłopak jęknął, kiedy dostał całą wyprawkę. Zdążył polubić swoje pomarańczowe gogle. Matka kupiła mu je przed wstąpieniem do Akademii i kazała nosić codziennie. Dla niej bycie ninja znaczyło pasmo niebezpieczeństw, krótsze życie i rozpaczających po stracie członków rodziny. – Proszę, nie przesadzaj. Naprawdę potrafię zadbać o siebie.
- Obito – ojciec otworzył gazetę i zaczął ją czytać przy śniadaniu. Posłał mu swoje zimne spojrzenie. – Bądź dobrym chłopcem i postaraj się dziś nie spóźnić. Pomaganie staruszkom to nie jest dobry sposób na rozwijanie kariery ninja.
Chłopak nie odpowiedział - w pośpiechu ubrał swoją niebieską kurtkę z pomarańczowym obrzeżeniem. Już ta godzina! Kakashi się będzie z niego śmiać, jak zwykle zresztą. Później strzeli gadkę o przestrzeganiu zasad.
Yoritomo przez chwilę patrzył jak syn znika, całując na pożegnanie obydwie dziewczynki. Obydwie łobuziary miały brudne buzie od pasty do zębów, którą pewnie zjadły w całości. Dlaczego jego żona była przeciwna wysłaniu syna do Akademii? Nauka na ninja doskonale kształtuje charakter. Potrząsnął głową z rezygnacją. Ciągle był dla niego zbyt łagodny. W takim układzie chłopak nigdy nie wyrośnie na porządnego mężczyznę jak on, ale na mięczaka! Postanowił dać młodemu solidną lekcję życia, jak wróci. Tymczasem Sandai zajęła się łajaniem córek, a mężczyzna w milczeniu przeglądał gazetę, popijając mocną kawę.
- 'kaasan, brzusio boli! - skarżyły się dziewczynki, kiedy ta skończyła swoją tyradę. Zrezygnowana rzuciła ścierką o oparcie krzesła i zaczęła szukać jakiś ziół na dolegliwość córek. Posłała mężowi wściekłe spojrzenie. To on kupił smakową pastę do zębów kiedy robił zakupy, chociaż tyle razy mu powtarzała że ma kupić cytrynową. Był to jedyny smak, którego małe nie lubiły.
- Daj mi spokój - mruknął, wziął gazetę pod pachę i kubek z zimną już kawą. - Nie patrz się tak na mnie, kochanie.
Skaranie boskie z tymi bachorami. Syn porażka i dwie nadpobudliwe córki. Zamknął się w swoim gabinecie, wiedząc że Sandai zawsze się złościła, kiedy zostawał w kuchni po śniadaniu. Jak twierdziła, przeszkadzał jej w sprzątaniu i nie chciała, żeby pomagał jej w obowiązkach domowych. Ponieważ zwykle mu ględziła na temat biednego Obito, wolał trzymać się od niej z daleka.
- Znów kupiłeś ryż w złym sklepie, Yoritomo! - krzyk żony było słychać w całym domu. Cholera, na śmierć zapomniał, że ryż kupuje się tylko i wyłącznie w sklepiku na rogu u gadatliwej Ginchyo."
*koniec wspomnień*
Zimowy wieczór w Hoshigakure
Siedzący w swej jaskini otworzył pudełko z rodzinnymi pamiątkami. Stare zdjęcie rodziny (zrobione przed śmiercią ojca), parę zasuszonych liści od dziewczynek i kawałek materiału z trzech różnych tkanin – ślubne minofuroshiki matki. Na samym dnie leżał metalowy hitai-ate z przekreślonym symbolem Kohony, mocno zarysowany i pęknięty od ciężaru skały. Dotknął palcem czarnego materiału opaski. Kilka piór strzyżyka i rzadkie muszelki. To wszystko, co mu pozostało.
Yoritomo nie byłby z niego dumny. Raczej zdegustowany, gdyby się dowiedział kim się stało jego dziecko.
Kiedy popatrzył w lustro, uświadomił sobie jak bardzo podobny jest do ojca. Nie był nikim. Symbol klanowy na pudełku mu o tym przypomniał.
Był Uchihą. Ostatnim. Co za ironia losu, przecież się do tego sam przyczynił. Też był odpowiedzialny za upadek i śmierć Sasuke. Cokolwiek czego się dotknął, obracało się w proch. Zaśmiał się gorzko, nie panując nad swoim wybuchem.
Piosenka którą słyszy w głowie Obito pochodzi z japońskiego folkloru. To jest jej luźne tłumaczenie. Demon Azukiarai płucze fasolki w rzece wydając dziwne odgłosy, a czas umila sobie właśnie tą przyśpiewką. Każdy kto niespodziewanie się do niego zbliży wpada do wody. Jest to nawiązanie do śmierci Takiyeki i Tekiyaki. Zresztą, dziewczynki też ją śpiewały.
Hm. Obito posiadający Kamui + Tsukuyomi/Amaterasu to pewne przekombinowanie. Wychodzi na to, że ma boskie moce. Sądzę, że miał potencjał do użycia Tsukuyomi skoro chciał rzucić genjutsu na cały świat. To pasuje do mojej ponaciąganej teorii o tym, że Obito nie potrzebował tak naprawdę Madary. Poza tym jego potencjał w tym kierunku mógł być jedną z przyczyn, dla których Madara go wybrał. Tak, moim zdaniem ich spotkanie nie mogło być przypadkowe.
Tessen - rodzaj wachlarza wojennego, przeznaczony do koordynacji oddziałów podczas bitwy. Może być użyty jako broń. Wilga nosi swój jako ozdobę.
Uchiha-sama - 'sama', zwrot grzecznościowy oznaczający duży szacunek. W tym przypadku Wilga używa go w sarkastyczny sposób, chcąc pokazać Obito że jest zapatrzony w siebie.
Minofuroshiki - jest to kawałek materiału z trzech różnych tkanin dla panny młodej - regionalna tradycja Japonii. Jest to jeden z najcenniejszych dla żony przedmiotów i po jej śmierci jest wkładany do jej trumny.
Wilga używająca czegoś, co wygląda jak Uwolnienie Wody. Nie jest to Suiton, bo bohaterka nie ma zdolności do używania Pięciu Przemian. Ta sztuczka polega na wyciągnięciu własnych płynów ustrojowych, schłodzeniu ich i użyciu jako swoistego okładu. Obito mylnie wziął to za użycie Uwolnienia Wody.
Seshi - moja niekonsekwencja, znalezione i poprawione ;) Fokumen brzmi jak Pokemon? Całkiem możliwe, osobiście Pokemonów nigdy nie oglądałam. Serio! Wiem, jak wygląda Pikachu, to wszystko. Pokolenie Sailor Moon ;). Ponieważ Fukumen brzmi dość dziwnie - wbrew pozorom znalezienie/wymyślenie dobrze brzmiącego imienia nie jest takie łatwe :P. Fokumena przechrzciłam na Yoritomo - to na cześć jednego z siogunów w feudalnej Japonii.
