Nad rozdziałem zbetowała się 100-ki. Yakou. no. Ou - dziękuję!
Okey, cóż, Tom może by mógł zabić Dumbledore'a, ale czy Harry jak na razie byłby do tego zdolny? Hmm... Cieszę się, że ci się podobała chemia między chłopakami. Jeszcze jej trochę będzie, więc na pewno się pod tym względem nie zawiedziesz. Cookies. Alice, mam tak samo, opowiadanie musi by naprawdę dobra, bym potrafiła przekonać się do całkowicie dobrego Dumbledore'a. Lestrange też jest postacią, o której teraz mi się trudniej czyta. I Abraxas Malfoy. :) Mahakao, prawda? Też tak uważam. Co to za postaci, to się dzisiaj dowiesz :). Zobaczysz, czy dobrze zgadłaś :). Koma, na razie mam w planach przetłumaczenie wszystkich rozdziałów tego ficka, czyli dokończenie Ulubieńca. To, czy będzie przetłumaczone później coś więcej, będzie zależeć tylko od was, czytających. Od tego, czy będziecie zainteresowani. I czym... Co do tego, czy dzisiejszy rozdział skończy się tragicznie... To jak, skończył? ;)
Dziękuję za wasze komentarze. Każdy z nich napawa mnie niesamowitą weną.
Miłego rozdziału.
Ulubieniec Losu
Rozdział dwudziesty siódmy
(Punkt widzenia Zeviego)
Z pewnym niepokojem wszedł do Pokoju Wspólnego, ale zatrzymał się widząc najmniej spodziewany obraz, jaki mógłby zastać. Alphardowi jeszcze trudniej niż mu było uwierzyć w to, co zobaczył.
- Err… Mogę zapytać dlaczego Harry leży na twoich kolanach, śpiąc głęboko? – wymamrotał.
- Nie – odrzekł Tom, wskazując im, by zajęli swoje miejsca. Wszyscy automatycznie usiedli.
- Co mu zrobiłeś? – zapytał ostrożnie Zevi. Oczy Toma zerknęły w dół, na szmaragdowookiego chłopca, jego długie palce obojętnie bawiły się kruczymi włosami.
- Po prostu śpi – odpowiedział cicho jego Pan. Mimowolnie odetchnął z ulgą. Podejrzewał, że Tom dbał o Harry'ego – do diabła jego nietypowa wyrozumiałość musiała coś oznaczać – ale to nie oznaczało, że nie rzuci się na niego, jeśli będzie tego chciał. I nie sprawiało też, że Harry mógłby powstrzymywać Riddle'a od zabicia go, gdyby zdecydował się wrócić do swojej roli Złotego Chłopca.
W pewnym sensie, będąc razem z Tomem był zarazem bardziej chroniony, jak i bardziej podatny na zranienia… chroniony, bo w jakiś sposób udało mu się sprawić, że dziedzicowi Slyherina na nim zależało… i podatny na zranienia z tego samego powodu. Jeśli Tom nienawidził, nienawidził w najbardziej ekstremalnym, morderczym znaczeniu tego słowa, a jeśli się kimś opiekował… także robił to w sposób skrajny. Harry nie wydawał się być typem kogoś łaskawie pozwalającego na opakowanie siebie w ochronną folię bąbelkową.
Udało mu się wzbudzić zainteresowanie Toma i chociaż to mogło utrzymać go przy życiu, było również pewnym sposobem za kupienie sobie biletu na spotkanie ze żniwiarzem. To… martwiło go. Biorąc pod uwagę osobowość Toma, mogło się to skończyć jedynie na trzy sposoby: wojną, śmiercią Harry'ego albo nieśmiertelnością Harry'ego.
Miał nadzieję, że to nie skończy się żadnym z nich.
(Punkt widzenia Harry'ego)
Czuł, jak powoli odzyskuje świadomość, słysząc nad swoją głową szmer głosów i czując coś ciepłego. To był prawdopodobnie najlepszy odpoczynek, jakiego zaznał od lat, nie licząc tych wywoływanych eliksirami.
- Wybacz mi, ale naprawdę sądzisz, że Harry zgodzi się za tym pójść?
Poczucie senności całkowicie go opuściło, ale pilnował się, aby nie przyśpieszyć swojego oddechu i pozostawić oczy zamknięte. Rozmawiali o nim.
- Co sprawia, że myślisz, iż będzie miał wybór? – Głos Toma był zimny i słychać w nim było jedynie niewielką nutkę rozbawienia. – W momencie, w którym się o tym dowie, będzie za późno, aby mógł z tym coś zrobić.
- Nie spodoba mu się to – mruknął Abraxas.
- Nie obchodzi mnie, czy mu się to spodoba, czy nie. Będzie musiał sobie z tym poradzić.
Harry musiał ugryźć się w język, aby powstrzymać się od warknięcia riposty. Niemniej jednak, Tom ucichł. Czuł, jak wzrok przyszłego Czarnego Pana wypala dziurę na jego twarzy. Przeklinał się za odruchowe napięcie.
O kurwa.
- Nie wiesz, że to niegrzecznie podsłuchiwać prywatne rozmowy? – zapytał delikatnie. Harry zebrał się w sobie i podniósł, otwierając oczy.
Wyraz twarzy Toma był zupełnie nieczytelny.
- Nie wiesz, że to niegrzecznie mówić o kimś za jego plecami? – odwarknął, siadając gwałtownie.
- Salazarze… - zaczął Zevi. – Tom…
- Zostawcie nas.
- T…
- To był rozkaz, Prince. Wynoś się, wynoście się wszyscy i upewnijcie, że nikt tutaj nie wejdzie – poinstruował Tom pełnym jadu głosem. – Chyba że któryś z was chce wcześniej zakończyć te wakacje? Ja was tu przyprowadziłem i ja was mogę stąd bez problemu odesłać. Trzymajcie język za zębami.
Śmierciożercy opuścili ich w ciszy.
Przez chwilę spoglądali na siebie w milczeniu. Czuł, jakby ktoś brutalnie wepchnął mu do klatki piersiowej kawałek lodu.
- Jak wiele słyszałeś? – padło pytanie.
- Wystarczająco – powiedział krótko, sięgając po różdżkę. Kiedy jego palce napotkały tylko powietrze, spojrzał ostro w górę. Tom uśmiechnął się, potwierdzając jego myśli na temat tego, gdzie dokładnie zniknęła jego różdżka. Trzynastocalowy cis został wyciągnięty z jego kieszeni. Serce Harry'ego zabiło mocniej.
- Dlaczego nie możemy o tym porozmawiać? – zaproponował gładko przyszły Czarny Pan. Potrząsnął głową.
- Nie mamy o czym mówić – oznajmił chłodno. Wyraz twarzy Toma spochmurniał. – Co, masz mnie zamiar teraz zabić? – zapytał, patrząc ostrożnie na różdżkę.
- Uważasz, że powinienem? – Tom uniósł brwi, a mały uśmiech pojawił się na jego wargach. Leniwie wymierzył w jego kierunku cisową różdżką. Harry, instynktownie, odsunął się od jej końca. Wskazywała prosto na jego serce i znajdowała się zbyt blisko, by spudłować.
- Wolałbym, abyś tego nie robił – przyznał szczerze.
- Także bym tak wolał – stwierdził Tom, ku jego ogromnemu zdziwieniu.
- Opuść w takim razie różdżkę – poradził automatycznie. Riddle zmniejszył odległość między nimi, ponownie naciskając różdżką na jego serce.
- Nie mogę tego zrobić.
- Dlaczego nie? – zakwestionował, obserwując uważnie starszego chłopca. O dziwo, teraz, kiedy już do tego doszło, nie był przestraszony. Nie za bardzo. Niemniej jednak, zrobił kolejny krok do tyłu… większy, ponieważ nie czuł się komfortowo z powodu naruszania swojej przestrzeni osobistej i w ogóle. Tom po prostu ruszył za nim. Jego plecy uderzyły w coś solidnego, ale nie odważył się spojrzeć za siebie i sprawdzić, co to było.
- Ponieważ nie zawahałbyś się nawet przez sekundę, gdybym nie wziął ci różdżki – odpowiedział chłodno. Być może i miał w tym trochę racji…
- Co chcesz zrobić? Za czym nie mam zamiaru pójść? – dopytywał się.
- Za moimi planami.
Teraz robił to celowo!
- O dziwo do tego akurat jakoś doszedłem – splunął. Tom pokręcił głową, jego oczy spoważniały.
- Tak tylko, abyś wiedział: przepraszam.
- Za co? Bycie kłamliwym, oszukującym sukinsynem? – syknął. Tom zacisnął zęby, po czym uśmiechnął się zadziwiająco olśniewającym uśmiechem.
- Nie. Nie za to. Za to… Obliviate.
Następnie wszystko ogarnęła ciemność.
(Punkt widzenia Toma)
Spojrzał na upadającego przed nim chłopca, po czym westchnął i podniósł go, siadając w taki sam sposób co wcześniej na tej samej kanapie, z głową Harry'ego umieszczoną na kolanach. Musiał być ostrożniejszy. Zbyt wiele czarów wymazujących pamięć mogło wpłynąć na młodszego chłopca w bardziej trwały sposób, a nie chciał, by tak się stało.
Coś niepokojąco przypominającego wyrzuty sumienia szeptało w głębi jego umysłu, ale strząsnął to jak pajęczyny.
Miał na uwadze dobro Harry'ego.
Ostrożnie podniósł swoją wcześniej odrzuconą książkę o horkruksach.
Zanim ten rok minie… wszystko ułoży się tak, jak powinno.
