Naruto nie należy do mnie.

"Wspomnienia"

Myśli/sny

"Cytaty"

Głos Bijuu/Telepatia

Czas i miejsce przy przeskokach w miejscu/czasie

*.*.* to samo miejsce, krótkie przeskoki w czasie (granica kilku dni, z reguły to ten sam dzień)


Po ostatnim odcinku mangi musiałam to zrobić. Zdecydowanie zabrakło mu KakaObi. Kakashi lekko OOC. Jak zmarły kilkanaście lat wcześniej mężczyzna może pojawić się w obecnym punkcie czasoprzestrzeni? To się wyjaśni z czasem. Moja pierwsza próba wrzucenia kogoś z przeszłości do przyszłości.


Sanastoit, dwanaście lat po wojnie

Yoritomo Uchiha złapał się za szyję, badając dłońmi szpetną bliznę. Ostatnią rzeczą jaką pamiętał był wisiorek w kształcie gwiazdy wiszący na szyi mordercy. Ciemne rękawiczki do jazdy konnej i mały nożyk w kształcie sierpa. Specjalnie zaprojektowany, taki co tnie głęboko i mocno rani.

Rodzina! Musi znaleźć rodzinę. Sandai wiecznie utyskującą, Takiyeki i Tekiyaki, dwa złośliwe demony i Obito, jedno wielkie rozczarowanie.

Bolała go głowa. Miał straszne sny. O chłopcu i mieszkającym wewnątrz lisie. O młodzieńcu z niedopasowanymi oczyma, za którym podążał korowód zamordowanych przez niego osób. O wielkim wilku zasłaniającym słońce. O połkniętym przez niego Madarze. O srebrnowłosym shinobim i o mniszce z khakkharą.

Nie wiedział, gdzie był. Otworzył oczy, po czym wstał z ławki na której siedział. Zasnął na niej? Pobiegł prosto przed siebie, przepychając się między ludźmi. Przejście było wąskie, a kiedy spojrzał za balustradę ujrzał rwący nurt rzeki. Czerwone, papierowe latarnie powiewały na wietrze.

- Gdzie ja jestem? – oparł się o wysoką barierkę oddzielającą przejście od brzegu rzeki. - Gdzie jest dzielnica naszego klanu?

Widok był oszałamiający. Tysiące dachów, spod czerwonej bramy torii kilkaset metrów wyżej wypływał wodospad. Położone po obydwóch stronach doliny miasto tętniące życiem, choć nie patrzył na popychających go ludzi.

- Nie stój jak baran! – upomniały go gniewne krzyki. Zmarszczył brwi i spojrzał w tamtą stronę. Wśród tłumu stał karzeł w zielonej yukacie.

- Tu cię szukałem! – jak na swoje rozmiary miał naprawdę donośny głos. – Teme! Żeby to było ostatni raz!

Zdziwieni ludzie popatrzyli na karła i przepuścili go bez szemrania. Złapał Yoritomo za połę czarnego płaszcza i pociągnął mocno, nie mówiąc ani słowa.

- Hej, co robisz? – zapytał, patrząc na niego z oburzeniem. Nikt nie pozwalał sobie na takie traktowanie Uchihów.

Od karła nie otrzymał żadnych wyjaśnień, gdy ten ciągał go po wykutych w skale stopniach, wąskich przejściach czy przerzuconych na drugą stronę miasta mostkach. Co dziwne, nikt nie zwracał na nich zbytnio uwagi. Gdzieś przeszedł patrol ninja z Iwy i Suny. Co za bzdury, przecież Iwa i Suna były w stanie zimnej wojny! Stanęli jak wryci na jego widok i zawrócili. Karzeł właśnie zatrzymał się przy bramie eleganckiego, drewnianego domku otoczonego drzewami. Klnąc pod nosem, zaczął szukać właściwego klucza.

- Yuugiri-sama – odezwał się starszy z nich. – Jest pan aresztowany.

Z wrażenia upuścił klucz. Odwrócił się, oparł ręce o boki i popatrzył na shinobich ze zdziwieniem.

- Aresztowany? – już miał założone kajdanki. Zaczął wyrzucać z siebie zasób najbardziej wulgarnych słów, jakie Yoritomo w życiu słyszał. Shinobi wyglądali na dość skoordynowanych. Odkąd Suna współpracuje z Iwą? Dał nura w krzaki, zostawiając swojego klona na pastwę strażników. Cokolwiek się działo, miał złe przeczucia.

- Uchiha ucieka!

Świsnął wodny bicz, wewnątrz którego widać było znaki pieczęci odbierającej czakrę. Nie zdążył uniknąć ciosu, ponieważ Iwa-nin był szybszy. Kopnął przeciwnika w szczękę, po czym zamierzał go złapać za szyję, żeby pozbawić go przytomności. Prawie mu się udało, gdyby nie kolejna dwójka shinobich. Zachwiał się, osłabiony przez technikę Iwa-nina. Szybka wymiana ciosów, a mięśnie niechętnie przypominały sobie o swoim istnieniu. Miał wrażenie, że ruszał się jak mucha w smole. Zajęty walką z trzema naraz nie zdążył uniknąć całej chmary senbonów. Jeden z nich wbił się głęboko w jego ramię, a klon zniknął w obłoczku białego dymu. Tymczasem prawdziwy Yoritomo skradał się wśród cieni. Nagle czas się zatrzymał, a on nie był w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Przed nim pojawił się elegancko wyglądający mężczyzna w srebrnym płaszczu. Z tyłu wyczuł czyjąś obecność, jednak nie zdążył się odwrócić. Stracił przytomność pod wpływem silnego ciosu w szyję.

Znajdował się skrępowany w jakimś pomieszczeniu z jedną, migoczącą jarzeniówką. Jego czakra została zapieczętowana, a w szyi czuł pulsujący ból. W oddali usłyszał kroki.


Jaskinia Obito, kilka miesięcy później

Stał nad brzegiem rzeki Naka. Ziemia na której stał była popękana, a znad niej unosił się pył. Koryto rzeki było bardziej wyschnięte niż zwykle, lecz czarne wody rzeki były nadal niebezpieczne i zdradzieckie. Lato było bardzo suche i nawet liście drzew wydawały się być przykurzone. Soczysta zieleń stała się bardziej matowa. Wciągnął powietrze nosem i wyczuł zbliżającą się burzę. Spojrzał w niebo – rzeczywiście na horyzoncie kłębiły się burzowe chmury, zapowiadającą upragniony deszcz. Siedzący na jego ramieniu strzyżyk wydał z siebie ostrzegawcze, „trrr", suche i nieprzyjemne dla ucha.

Na drugim brzegu stał wysoki, surowy mężczyzna o twarzy jak wyciosanej z kamienia. Dwie blizny pod lewym okiem przypominające węża i jedna na czole, sięgająca od łuku brwiowego w górę. Nie mógł powiedzieć tego na pewno, gdyż resztę zasłaniał hitai-ate. Czarne oczy były czujne, bez uśmiechu. Tousan nigdy się nie śmiał. Ubrany był w zieloną kamizelkę, czarną koszulę z długim rękawem i symbolem klanu Uchiha. Do tego ciemnoniebieskie spodnie z dwoma zasobnikami przy udzie, bandaże i wysokie sandały ninja. Przez plecy miał przewieszony miecz.

Rozpoznał swego ojca. Był ciekaw, czy staruszek domyśli się, z kim miał do czynienia.

Yoritomo tymczasem przyglądał się stojącemu naprzeciw niego mężczyźnie. Jasnoniebieska, luźna koszula z wysokim kołnierzem, spodnie do kolan w tym samym kolorze i białe ocieplacze na nogi. Nie miał żadnej broni, a na ramieniu siedział mu mały, ruchliwy ptak. Co za dziwne, niedopasowane oczy. Czerwonego Sharingana rozpoznał bez problemu, lecz drugie, szare oko ze źrenicą otoczoną falującym wzorem przypominało mu Rinnegana. To dojutsu posiadał jedynie legendarny Mędrzec Sześciu Ścieżek. Osobiście nie był przekonany co do tego, że kiedykolwiek istniał.

Nukenin. Mocno zarysowany hitai-ate z przekreślonym symbolem Konohy. Sieć blizn pokrywała prawą połowę twarzy nieznajomego. Może i stał spokojnie, ale Yoritomo wolał pozostać czujny. Kąciki ust nukenina uniosły się do góry w słabej parodii uśmiechu.

- Co osoba twojego pokroju robi w Konohagakure? – głos pozbawiony emocji był dość donośny. Staruszek zawsze miał niezłą parę w ustach.

- Zabłądziłem na drodze życia – odskoczył od ojca. W ułamku sekundy znalazł się przy nim, na drugim brzegu. Świsnęło ostrze, które powstrzymał grzbietem dłoni. Wymierzył kopniaka w powietrze, który posłał starszego mężczyznę na odległość wyciągniętego miecza. W obłoczku białego dymu pojawił się drewniany klocek.

Atak od góry. Zwarli się, a Yoritomo mocno przyciskał ostrze katany do jego przedramion, którymi się osłaniał.

- Nie pójdziesz dalej – rozdzielili się. Rzucił w stronę ojca kilka dymiących kulek, chcąc kupić sobie czas potrzebny na otwarcie zwoju i odpieczętowanie własnego miecza. Karotousen wylądował w jego rękach niemal równocześnie z kolejnym atakiem Yoritomo. Minęli się o włos, a coś mu mówiło, że ma do czynienia z klonem. – Dlaczego nosisz znak klanu na plecach?

- Sądzę, że zasłużyłem na niego, tousan – opuścił miecz. Drugą ręką rzucił senbon w stronę, skąd wyczuwał słabe drżenie czakry.

- Twierdzisz, że jesteś moim synem – wyskoczył ze swej kryjówki. Obito już tam był, patrząc w stronę ojca wyczekująco. Widział błysk aktywowanego Sharingana. Chciał odpowiedzieć, ale nie miał okazji. Letni krajobraz rozpłynął się niczym barwny miraż.

Potem była słodka Rin-Rin z wielką dziurą w lewej piersi, przez którą gwizdał wiatr. Wyciągnęła ręce, jakby chciała go objąć. Jej oczy przypominały oczy Madary, a w tle za nią pojawił się krwawy księżyc. Zaczęła się śmiać głośno i okrutnie. Niewiele myśląc, skupił swoje zmysły na czymś, co wydawało mu się źródłem snu. Zobaczył ciemność, niewyraźne kształty wilka i coś mieszkającego w jego brzuchu. Wystarczyło jedno spojrzenie dziwnych oczu. Blada połowa Senju zaczęła odchodzić najpierw kawałkami, a potem całymi płatami. Próbował powstrzymać ten proces w jakiś sposób, ale nie potrafił. W prawym boku pojawił się ostry ból, a potem wszystko stało się białe.

Zbudził się w samotności, a lewą połowę ciała pokrywał zimny pot. Dotknął go, klejącego się nieprzyjemnie do palców i pościeli. Prawy bok, co z nim było nie tak? Zsunął z siebie prześcieradło, chcąc przyjrzeć się swemu boku. Wystawała z niego pojedyncza kość. Kurwa. Rzadko zdarzało mu się tracić kontrolę nad wszczepionymi przez Naigubu kekkei genkai, zwłaszcza we śnie. Złamał ją i zmusił leniwe komórki Senju do naprawy. Siedział tak przez chwilę, tępo wpatrując się w zawieszone na ścianach scenki rodzajowe. Ponieważ oglądanie szarobrązowych ścian jaskini doprowadzało go do szaleństwa, udał się do stolicy i kupił trochę kiczowatych obrazków. Od prób wbijania gwoździ w ścianę wszystkie palce miał w plastrach. Przeciągnął się po pewnym czasie i postanowił odwiedzić Kakashiego.


*.*.*

Nocny las pogrążony był w pozornej ciszy. Kakashi w swoim ulubionym szlafroku i drewnianych butach geta szedł do ukrytego w górach gorącego źródła. Uwielbiał się w nim wygrzewać, zwłaszcza z Yukiniko. Ich związek był jednak przeszłością. Teraz zarywał do młodej, która pracowała od niedawna w piekarni. Dziewczyna jednak była dość nieśmiała i oporna na jego zaloty. Czasem budził się w środku nocy, nękany nocnymi koszmarami. Starał się zapomnieć o nich, o cieniu wilka na niebie i chłopcu śpiewającego strzyżykową piosenkę. Niekiedy w jego mieszkaniu pojawiał się tajemniczy gość, którego obecność poznawał jedynie po kocim zapachu. Dziś wzięło go na wojenne wspomnienia. Ostatnia walka z Obito, ciało rozsypujące się na proch na wietrze. Pamiętał, że wiatr zawiał z innej strony. Skąd taki nieistotny szczegół pozostał mu w głowie? Żałował, że wszystko skończyło się tak, a nie inaczej. Kiedyś nie był pewien swoich uczuć w stosunku do Obito. Szacunek i wdzięczność wobec starego przyjaciela, który wskazał mu sposób postępowania to była jedna rzecz. Nie mógł się pozbyć wtedy dziwnego wrażenia, że to zaledwie niewielka część tego, co czuje. Miłość w stosunku do zmarłego przyjaciela nie jest rozsądnym uczuciem. Zachował ją więc dla siebie, dzieląc się nią podczas wizyt przy Pomniku Pamięci. Potem przyszła wojna, a wraz z nią to odkrycie. Nie mógł w to uwierzyć. Nie chciał w to uwierzyć. Nie udało mu się nawrócić Obito, nawet słynne przemowy Naruto go nie przekonały. Uchiha zginął z jego ręki, ale miłość Kakashiego nie umarła. Przez te lata właściwie zdążył zapomnieć, a ta rana przestała już boleć. Dlaczego tylko wszystkie relacje jakie zdążył zawiązać się komplikowały?

Przeskoczył przez zarośla, zdejmując w locie szlafrok i geta. Teraz, zupełnie nagi, nie licząc materiałowej maski, wskoczył do gorącego źródła, rozkoszując się jego ciepłem. Wyczulone zmysły nie dawały mu żadnych ostrzegawczych sygnałów. Przeczesał okolicę za pomocą Sharingana, ten jednak nic nie wykazał. Próg wrażliwości na czakrę miał określony, a podobno nawet Byakugan nie wykrywał jej niewielkich ilości.

Kiedy zapadł w płytki sen, miał wrażenie, że noc jest za ciepła, a potem poczuł dotyk blond włosów Basan na swoim torsie. Ulotne wrażenie, które z łatwością mogło być zignorowane. Prawie zamykał oczy, kiedy za nim pojawił się ktoś. Jakim cudem znalazł się tak blisko? Wyskoczył z wody jak oparzony, kryjąc się na drzewie. Nikt go nie miał prawa podejść tak blisko.

Stał tuż przy nim, ubrany w luźną koszulę i ciasne getry opinające mu pośladki. Był boso.

- Nie jesteś duchem – przyjrzał się krytycznie gościowi. Czarne włosy tamtego były zawiązane w koński ogon, a oczy miał zamknięte. Kakashi nie widział u przybysza żadnej czakry.

- Lubię cię podglądać – odpowiedział ze smutnym uśmiechem, wciąż nie otwierając oczu. Odwrócił głowę dokładnie w jego stronę. – Przynosi mi to ulgę. Widzę, że ty także nie potrafisz spać po nocach.

Głos. Skąd znał ten głos? Postanowił jednak grać na zwłokę, bo wyglądało na to, że przybysz nie jest uzbrojony.

- My się znamy? Nie życzę sobie takiej poufałości, stalkerze – w głosie Kakashiego, choć spokojnym, wyczuwał groźbę. Nie rozpoznał go, czy nie dawał po sobie tego poznać? Po odgłosach i szelestach dochodzących znad gorącego źródła mógł powiedzieć, że Kakashi w końcu się ubrał i przystanął w bezruchu.

To był ułamek sekundy. Gdyby nie ćwiczył z Wilgą walki po omacku, byłoby po nim.

- Możesz mnie dopaść – uśmiech stał się mroczniejszy, kiedy sparował pierwszy atak Kakashiego. Jedynie uniesiona w górę brew świadczyła o zdumieniu. – Czy potrafisz się przemóc i mnie zabić?

Odskoczył od niego i wyciągnął ręce do góry. Ciało nieznajomego zaczęło się rozsypywać i zmieniło się w stadko głośno ćwierkających ptaków, które wyleciały w kierunku polany.

- Kto posprząta te pióra? – zapytał sam siebie, kiedy puch opadł na ziemię. Zniknął w okamgnieniu. Czuł, że coś mu błądzi na obrzeżach umysłu. Próbował złapać i wyciągnąć tę myśl na wierzch.

No tak. Nic dziwnego, że ANBU go nie mogło wyśledzić. Ilości czakry były minimalne i nawet używając Sharingana nie mógł powiedzieć, czy to co widzi nie jest złudzeniem. Pod tym względem przypominał cywila. Zapach? Nie było żadnego. Potrafił się pozbyć nawet silnego psiego aromatu. Kakashi jednak ujrzał samotnego strzyżyka, śmiesznie przykucniętego. Oczy jak czarne paciorki patrzyły nieufnie. Wydał z siebie krótkie „drr" i poleciał w dal. Ruszył za nim. Kto mu opowiadał o strzyżykach i Madarze?

Niemal jednocześnie wylądowali na polanie. Strzyżyki zleciały się w jedno miejsce, przybierając kształt Uchihy. Otworzył w końcu onyksowe oczy.

- Przeżyłeś, Obito. Nie wiem, dlaczego mnie śledzisz – syknął, patrząc na byłego przyjaciela. – To już koniec. Pozbędę się ciebie raz na zawsze.

Mangekyou Sharingan zbudził się do życia bez najmniejszego ostrzeżenia. To był atak jednej szansy. Nawet jeśli precyzyjnie odmierzył ilość czakry, straci cały zapas. Nieważne. Kiedyś się wahał przy zadaniu Uchihie ostatniego ciosu, ale nie dziś. Obito już dawno nie był tą samą osobą, która wskazała mu ścieżkę ninja. Za bardzo go zranił, a poza tym był poszukiwanym przestępcą. Czuł obowiązek wzięcia na siebie sprawy Obito, tak samo jak postąpił Naruto w przypadku Sasuke. Wątpliwości mogły jedynie go osłabić, tak samo jak zastanawianie się nad obecnym stanem ducha przeciwnika.

Obito milczał, skupiony na tym, co zamierzał zrobić, żeby skontrować prawdopodobny atak Kakashiego. Jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia, kiedy ujrzał technikę Kakashiego.

- Amaterasu!


"Wśród drzew słyszał wiele leśnych ptaków, ale nigdy nie potrafił odróżnić ich dźwięków czy nazwać ptaka po wydawanym odgłosie.

- Tobi już się zmęczył, senpai! – powiedział do swego towarzysza, młodego blondyna o dziewczęcych rysach. Wskazał palcem na budkę z dango. – Tobi chce tutaj odpocząć!

- Ech – westchnął Deidara. – Przecież miałeś przerwę całkiem niedawno.

- Tobi i senpai wędrują cały dzień – zaczął się kręcić dookoła towarzysza i podskakiwać, machać rękami we wszystkie strony. Okręcił się parę razy na palcach, po czym pobiegł czym prędzej do budki.

Z ust blondyna wymknęło się kolejne, tym razem cięższe westchnienie.

- Kolejny raz dango? Miejcie litość – jęknął. – Poza tym nie wyglądasz na zmęczonego! – krzyknął za nim i zrezygnowany powlekł się za Tobim.

Kiedy Tobi zamawiał u staruszki dango dla siebie i senpai, Deidara rozglądał się uważnie w poszukiwaniu większych zbiorników wodnych. Usiadł obok Tobiego na ławce pod budką.

- Skąd u ciebie ta beztroska? – oparł się o płot. W tym tempie na pewno nie dopadną Sanbiego. Ta wyprawa zaczęła mu coraz bardziej przypominać wycieczkę śladami dango.

- Senpai, szukamy Bijuu, choć jeszcze nie wiemy, gdzie jest. Po co się więc tym martwić?

Tobi zamyślił się.

- Swoją drogą, którego Bijuu szukamy? – zapytał po jakimś czasie.

- Nasz cel to Sanbi, S-a-n-b-i - odparł coraz bardziej zniecierpliwiony.

Zaczął liczyć na palcach. Doliczył do dwóch.

- Ichibi, Nibi… - nagle wskazał kciukiem na siebie. – Jestem Tobi!

Deidara popatrzył na niego zażenowany. Co za kretyn.

Niezręczną ciszę przerwała właścicielka budki.

- Oto wasze zamówienie. Smacznego!

- Wygląda wspaniale! – ożywił się Tobi. – Czas na przekąskę! Itadakimasu!

Złożył ręce i pokłonił się właścicielce.

Złapał patyk na który nabite były trzy kluseczki oblane sosem w kolorze karmelu.

Deidara natychmiast odwrócił się w jego stronę. Był ciekaw, czy Tobi zdejmie maskę tym razem w jego obecności. Jego głupkowaty towarzysz nigdy jeszcze mu się bez niej nie pokazał.

Czyżby miał wystające zęby? Pełne usta? A może zajęczą wargę?

Tobi był jednak szybszy. Usiadł tak, że Deidara nic nie mógł zobaczyć. Podniósł swą maskę w kształcie kupy i w ten sposób zabrał się za konsumpcję przekąski. Wzruszył ramionami i zaczął przeżuwać swoją porcję. Chyba znienawidzi dango. Choć musiał przyznać, że tym razem rzeczywiście było pyszne.

- Och, co za arcydzieło! Sos jest doskonały… nie za słodki! Nie za słony! Niebo w gębie! – komentował na głos.

Nim blondas się zorientował, czarnowłosy miał w ręku sam patyczek. Postanowił zapytać się go otwarcie. W końcu znali się od kilku tygodni, a tajemniczość skretyniałego towarzysza intrygowała go.

- Powiedz mi, Tobi… - nie dokończył.

- Senpai, Senpai, spójrz! – przerwał, wskazując patyczkiem na świnkę stojącą na parapecie. Wewnątrz glinianej świnki znajdowała się spirala z olejkiem eterycznym. – Wygląda dokładnie tak samo jak twoje arcydzieła! Czy może… – dramatycznie ściszył głos. – Senpai produkuje tanie podróby?

Wściekłość ogarnęła blondyna. Zapomniał o wszystkim, o co miał zapytać swojego zidiociałego partnera. Zaniemówił.

- Zginiesz marnie! – wycedził przez zęby po dłuższej chwili.

Ujrzał go jeszcze uciekającego w takim tempie, że aż się za nim kurzyło. Dosłownie. W okolicy dało się słyszeć odgłos wybuchu i rozpaczliwy krzyk Tobiego. Tym razem też nie zdążył uciec.

- Otaczają mnie kretyni – dał starszej pani kilka monet, po czym ruszył w dalszą drogę."