Wróciłam! I wstałam - kto o tej godzinie włączył słońce? Mam nadzieję, że ostatnie dni minęły wam bardzo przyjemnie. Dziękuję za komentarze. Cookies. Alice, chyba nigdy nie przestanie. Chociaż może później uda ci się bardziej zrozumieć jego rozumowanie :). Masz rację, nieprzewidywalność Toma jest czymś niezwykle kłopotliwym dla Harry'ego. A jednak chłopak daje sobie z nim radę. To niezwykłe. Mahakao, xP. Oczywiście! Tsukiaisuishou, mam nadzieję, że powód propozycji stanie ci się bardziej zrozumiały po dzisiejszym rozdziale. :) I dziękuję, odpoczynek - odpoczynek? - był bardzo przyjemny :). Koma, przeżyłam :). I bawiłam się świetnie, dziękuję. Z całą pewnością zaliczam ostatnie dni do udanych. Na wszystkie twoje spekulacje i pytania nie odpowiem, wszystkiego dowiesz się z czasem :).

Rozdział betowała 100-ki. Yakou. no. Ou. :)

Miłego czytania!


Ulubieniec Losu

Rozdział trzydziesty

Harry stał w hali wejściowej, niezręcznie patrząc jak większość osób kieruje się na ucztę, zastanawiając się dlaczego, do diabła, zgodził się odwiedzić z Tomem Dolinę Godryka. Och, dobrze, wiedział dlaczego, ale… czy był obłąkany? Całkiem możliwe.

Po prostu czuł się… miło, że ktoś pofatygował się, aby go o to zapytać. Nigdy nie widział grobów swoich rodziców, chciał tego, ale nigdy… nikt go jeszcze nigdy nie zapytał o to, czy tego chciał. Nikt nie zaproponował mu, że z nim pójdzie – nawet Remus. Wydawali się po prostu zakładać, że wolał być na uczcie, cholera, może w ogóle o tym nie pomyśleli. Nerwowo wykręcał sobie palce.

Czuł się dziwnie, w dobrym znaczeniu tego słowa (jeśli w ogóle coś takiego było możliwe!), że Tom tam z nim szedł. Oczywiście, Riddle prawdopodobnie miał w tym własny interes, ale mógł udawać… nigdy nie chciałby udać się tam samemu. To było zniechęcające. Nigdy też nie chciał, by ktoś rozmawiał z nim o tej nocy, nie była ona wspaniała, zadziwiająca albo genialna. Po prostu… Tom nie sprawiał, że było to niezręczne. Nie był kimś takim. Też był związany z tą historią, w pewnym sensie, więc dla nich obojga było to miejsce, w którym mieli niedokończone sprawy.

- Harry – powitał go delikatny głos. Wzdrygnął się, chociaż tylko nieznacznie. To było niezłe osiągnięcie. Nienawidził Halloween, w ten dzień zawsze był strasznie rozdrażniony, zwłaszcza w towarzystwie Toma. Zazwyczaj kończył się on tym, że ktoś próbował go zabić. Miał uzasadnioną paranoję.

- Tom – odpowiedział cicho. Czuł, jak oczy Ślizgona spoczywają na nim, oceniająco, jakby sięgały aż do jego duszy.

- Jesteś gotowy? – spytał. Harry wzruszył ramionami.

- A ty? – odpowiedział pytaniem na pytanie. Tom milczał.

- Chodźmy. Złapiemy Błędnego Rycerza – stwierdził w końcu.


Wyskoczyli, kiedy dotarli do małej, czarodziejskiej wioski. Harry zdecydował, że nie za bardzo lubi ten sposób lokomocji. Przynajmniej Stan i Erni powstrzymali się od trajkotania o tym, jakie to niesamowite było Halloween i w ogóle, i jak to cię znów dobrze widzieć Arry, gdy tylko Tom spojrzał na nich morderczo – dziedzic Slytherina naprawdę potrafił rzucić prawdziwe spojrzenie bazyliszka, kiedy tego chciał. Wiatr pieścił ich twarze, lodowaty jak duch. To była chłodna noc. Robiło się coraz ciemniej.

Zaczęli spacerować. Harry, czuł się z tym okropnie, ale mimowolnie myślał o tym, że Voldemort musiał przemierzać tą samą drogę lata temu. Wzdrygnął się lekko.

- Więc, jaki jest powód? – odezwał się, przełamując ciszę. W tej chwili nie chciał pozostawać sam na sam ze swoimi myślami. Tom zerknął na niego.

- Powód? – powtórzył spokojnie.

- Taak, powód. Dlaczego chciałeś zobaczyć Dolinę Godryka, dlaczego tu jesteś? – sprecyzował. Tom milczał przez chwilę, uchylając się od stada „cukierek albo psikus".

- Z takich samych powodów jak ty.

- Serio? – zakwestionował z powątpieniem.

- Jaki powód, twoim zdaniem, mógłbym mieć? – zapytał Tom.

- Nie mam pojęcia – przyznał. – Po prostu nie uważam, żebyś był tutaj, aby zobaczyć grób moich rodziców.

Tom uśmiechnął się.

- Nie jesteś zainteresowany domem? Miejscem zbrodni?

Och… OCH.

- Szczerze mówiąc, nie zastanawiałem się nad tym – mruknął uczciwie.

Minęli stary pomnik wojenny, Harry ledwo poświęcił mu spojrzenie, zatrzymując się dopiero wtedy, kiedy Tom złapał go za ramię z nietypową łagodnością.

- Co? – zapytał. Tom skinął głową na posąg i Harry spojrzał na niego, a jego oczy rozszerzyły się. Zmienił się… podszedł bliżej, zafascynowany widokiem swoich rodziców i dziecka. – Salazarze… - wyszeptał.

Tom był cichy, dyskretny… prawdopodobnie trochę zamyślony. Mroczny cień pojawił się w jego oczach. Potter przyglądał się pomnikowi jeszcze kilka chwil, po czym potrząsnął głową i wycofał się.


Najpierw udali się na cmentarz.

Harry czuł oszołomienie, wpatrując się w lśniący nagrobek. Głuchy i pusty. Nigdy wcześniej tak bardzo nie czuł tej utraty. W jakiś sposób uderzyła go ona mocniej, stała się bliższa, bardziej prawdziwa. Jego serce ścisnęło się. Zbyt późno uświadomił sobie, że nie ma żadnych kwiatów. Zobaczył, że do rąk zostaje mu wciśnięty bukiet róż i lilii. Jego głowa podskoczyła, zauważając patrzące na niego nieczytelnie oczy Toma.

- Dzięki – wymamrotał, zawstydzony zauważając, że jego głos jest skrzeczący i ochrypnięty. Przykucnął, kładąc kwiaty i przesuwając palcami po napisie. Zamknął oczy, czując coś palącego i gorącego spływającego mu po zamarzniętych policzkach.

- Płaczesz – stwierdził Tom. Oczy Harry'ego otworzyły się, kiedy smukłe palce wytarły wilgoć z jego skóry. Tom patrzył na kropelki z czymś przypominającym fascynację w oczach.

- Tak – powiedział defensywnie. – Nigdy nie płakałeś? – Riddle przeniósł wzrok z palców na niego.

- Nie od czasu, kiedy byłem dzieckiem, pięciolatkiem. – Tom ponownie spojrzał na palce, wycierając z nich wilgoć łez. Kolejne słowa były ciche, tak ciche, że gdyby chciał, mógłby udawać, że ich nie usłyszał: - Przepraszam.

- To nie twoja wina – mruknął. – Nie jesteś nim. – Ponownie poczuł na sobie wzrok Toma.

- I także nie twoja – powiedział.

Harry zmusił się do uśmiechu.

- Tworzymy niezłą parę odmieńców.

- Rzeczywiście – wymamrotał Riddle, wciąż uważnie go obserwując. Jego uśmiech stał się nieco bardziej szczery.

- Możesz się uspokoić, Panie Socjopato, nie zamierzam wybuchnąć na ciebie płaczem ani nic w tym stylu. – Tom uśmiechnął się.

- Och, dzięki ci, Salazarze, mam reputację do utrzymania… - Harry roześmiał się cicho, po czym spojrzał w niebo i opanował.

Co by pomyśleli o nim jego rodzice? Byliby dumni? Albo wyparliby się go z powodu zdrady i bycia wężem?

- Byliby głupcami, gdyby nie byli – powiedział cicho Tom.

– Co? – zapytał.

– Dumni. Byliby głupcami, gdyby nie byli.

- Myślisz? – wymamrotał, nie będąc nawet do końca pewnym, dlaczego – ze wszystkich ludzi – pyta o to właśnie Toma albo dlaczego ten tak dobrze znał jego myśli.

- Tak.

Milczał przez chwilę, rozmawiając w swojej głowie, modląc się? Tom także nic nie mówił.

- Dom? – zapytał w końcu.

- Dom.

Cholera, czuł mdłości.