Wasze podnoszące na duchu komentarze są bezcenne, z całego serca wam za nie dziękuję.

Tsukiaisuishou, cieszę się, że podobają ci się rozdziały z punktu widzenia Toma, ja też je szalenie lubię :). I masz rację, pozostawienie peleryny nie jest na miejscu, chociaż jest całkowicie uzasadnione. Przypuśćmy, że nikt od śmierci Potterów do tego domu nie wchodził - to w końcu ruina. Jedynie Hagrid - a może to był Syriusz? - kiedy wyciągał z niego Harry'ego, ale wtedy był bardziej przejęty bezpieczeństwem malca niż rozglądaniem się po pozostałościach Lorda Voldemorta. Poza tym przypuszczam, że wiele osób po prostu mogło być zbyt przerażonym, by dotknąć płaszcza Czarnego Pana. Mahakao, motywy... cóż. Ogólnie motywy Toma rzadko są zrozumiałe. To niezły kombinator :). A co do reszty twojego komentarza to... cóż, rozwalił mnie na łopatki! Genialne :). Okey, mam nadzieję, że ten rozdział bardziej ci wszystko rozjaśni. Albo chociaż w ogóle coś rozjaśni :). A co do kończenia rozdziałów w taki sposób to... przepraszam? :D Na swoje usprawiedliwienie mam fakt, że tylko to tłumaczę (chociaż gdybym sama coś, nie daj boże, pisała, to zapewne też właśnie w taki sposób bym to kończyła...). Co do dzisiejszego rozdziału, to myślę, że rozwiąże przynajmniej trochę pewną... sprawę :). I cieszę się, że ci się podoba. Koma, mam nadzieję, że dzisiejszy rozdział nie pozostawi takiego mętliku jak ostatni :). A co do umykania to... cóż, chyba tak będzie do końca... Cookies. Alice, bardzo się z tego powodu cieszę :). Co do tego, dlaczego Voldemort miał przypominajkę to... niestety muszę powiedzieć, że na odpowiedź będzie trzeba poczekać. Cieszę się, że uważasz, że warto czekać i męczyć się pytaniami na temat tego, o co w ogóle w tym wszystkim chodzi :).

Z powodów osobistych moja kochana beta nie będzie w stanie sprawdzać rozdziałów do końca tego tygodnia, tak więc dzisiaj i w ciągu kilku następnych dni będą one niebetowane... Co też powoduje, że jeszcze bardziej niż zazwyczaj liczę na wytknięcie błędów, bym mogła je poprawić zanim będą one mogły przeszkodzić komuś innemu. Przepraszam, jeżeli rozdział będzie bardziej chaotyczny niż zazwyczaj. Po prostu stwierdziłam, że lepiej wstawić rozdział niepoprawiony, niż zmuszać was do czekania na kolejny przez najbliższe półtorej tygodnia. A teraz, cóż... miłego czytania. :)


Ulubieniec Losu

Rozdział trzydziesty drugi

- Wielkie nieba! Gdzież, na Merlina, wyście byli!?

Harry powinien wiedzieć, że on i Tom nie będą mogli tak po prostu sobie wrócić i chyłkiem przemknąć się do Pokoju Wspólnego – nie, prosił o zbyt wiele. Oczy Toma pociemniały, kiedy przyglądał się stojącej przed nim kadrze nauczycielskiej.

- Więc? – powtórzyła McGonagall, jej oczy świeciły ze zmartwienia. Nie za bardzo miał jej to za złe.

- Naprawdę, Minervo, czego spodziewałaś się po panu Potterze? Jakby kiedykolwiek troszczył się o kogoś poza samym sobą… - zadrwił Snape.

- Severusie! Wystarczy – jego (głowa Domu?) wybuchła. Czy McGonagall wciąż była głową jego Domu, skoro spał w Slytherinie? Taak. Była. Mimo wszystko, w alternatywie miał tłustowłosego nietoperza, a to nie była opcja, na którą byłby gotów przystać. – Panie Potter, panie Riddle? – Przyglądała się im obu z nieznaczną podejrzliwością.

Cisza.

- Chłopcy? Dlaczego nie byliście na uczcie? – strasznie zaniepokojony ton głosu Dumbledore'a sprawił, że zacisnął pięści. Imitacja opieki.

- Wiem, to zaskakujące – odpowiedział ostro Harry – ale nie miałem ochoty siedzieć i sączyć soku dyniowego w rocznicę śmierci moich rodziców. To pewnie dziwne, wiem, ale… - fuknął chłodno.

Gdyby doskonale nie znał Toma albo nie miał z nim połączenia, nie uchwyciłby niewielkiego błysku czegoś, co przez chwilę wykrzywiło jego usta. To raczej nie był uśmieszek, ale… był tam, wśród innych emocji, cień rozbawionego zadowolenia z siebie. Zniknął po sekundzie, pozostawiając za sobą zwykłą, uprzejmą, nieczytelną maskę.

McGonagall wyglądała na przerażoną, a jej twarz zbladła. Snape sprawiał wrażenie zszokowanego, jego czarne oczy wirowały z niepewności. Harry odwrócił się, czując nieswojo.

- Poszedłeś do Doliny Godryka? – zapytał bystro Dumbledore. – Z nim?

- Czy istnieje jakiś problem w fakcie, że poszedł tam ze mną? – odparł chłodno Tom. Harry był w stanie usłyszeć prawie niezauważalną irytację ukrytą w jego głosie.

- Jesteś Voldemortem, czyż nie? – stwierdził okrutnie Dumbledore. Magia Harry'ego zaczęła trzeszczeć.

- Jest cholernym nastolatkiem, ty stara kozo! – warknął. Wzrok Toma wbił się w jego twarz. Czuł jego oceniający ciężar jak niemal fizyczne doznanie, docierające prosto do jego duszy.

- To nie czyni go niewinnym – oznajmił cicho dyrektor. Wyglądał na smutnego, pełnego litości i, Salazarze, to naprawdę wywoływało u Pottera złe reakcje.

- To znaczy, że nie jest odpowiedzialny za to całe gówno, które wydarzyło się w ciągu ostatnich 50 lat, ponieważ dla niego to się nawet jeszcze nie zdarzyło – wywarczał.

- Bronisz go – powiedziała z niedowierzaniem McGonagall. Spojrzał na nią stanowczo.

- Tak. Bronię. – Fakt, że bronił Toma, w Halloween, zawisło ciężko w powietrzu między nimi.

W końcu udało im się odejść.


W Pokoju Wspólnym Tom był zaskakująco spokojny, prawie wyciszony. W dłoni trzymał wypełnioną czerwonym dymem przypominajkę.

- Jak myślisz, co to oznacza? – zapytał Potter, odrywając na chwilę wzrok od ognia. Tom spojrzał na niego, a potem z powrotem na kulkę.

- Zorientowałeś się już, dlaczego otrzymałeś przypominajkę? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Kto ci ją dał?

- Nie – Harry potrząsnął głową. – Masz jakieś pomysły? – Tom studiował kulkę, przewracając ją bezczynnie między długimi, smukłymi palcami.

- Przypominajki mają dwa cele – zaczął, brzmiąc jakby przymierzał się do wygłoszenia wykładu. – Najczęstszym i najbardziej znanym jest zamienianie się koloru dymu na czerwony, kiedy trzymający ją o czymś zapomniał.

- A drugi? – pośpieszał go. Tom spojrzał na niego ponownie, tym razem ostro. W jego oczach czaił się dziwny wyraz, zasłonięty i ukryty przez wszystkowiedzące spojrzenie.

- Mówi się, że przypominajki mogą przechowywać wspomnienia… tajemnice, o których ludzie zapomnieli.

- Jakby byli pod urokiem Obliviate?

- Tak – powiedział Riddle.

- Więc uważasz, że przypominajka trzyma zapomniane wspomnienia Voldemorta? – dopytywał się. Dreszcz niepokoju przebiegł mu po kręgosłupie. Nagle uderzyła w niego pewna myśl i po chwili zdał sobie sprawę, co powodowało jego uczucie niepokoju. – Czekaj, mam jedną… i ona zawsze jest czerwona… - mamrotał przez chwilę. Głowa Toma lekko przechyliła się na bok. – To znaczy, że ktoś rzucił na mnie Obliviate?

- Bardzo chętnie pragniesz widzieć we mnie wszystko, co najlepsze, Harry – stwierdził cicho Tom.

- Chodzi ci o to, co powiedziałem wcześniej? – zapytał Potter. – Dumbledore'owi? Bo twoja zmiana tematu jest dla mnie zastanawiająca. – Tom uśmiechnął się nieznacznie, po czym spoważniał.

- Naprawdę nie myślisz o mnie jako o Voldemorcie?

Czuł się strasznie nieswojo, prowadząc z nim tę rozmowę w Halloween.

- Nie. Jesteś Tomem Riddle'em… W każdym razie, co to…

- Jesteś idiotą – stwierdził cicho Tom. Zacisnął zęby.

- Dzięki. Nie wszyscy możemy być geniuszami. – Wstał, rozdrażniony. Tom także podniósł się na nogi.

- Jakkolwiek… pochlebia mi twoja wiara we mnie – zaczął – to też niebezpiecznie blisko ociera się ona o wyparcie.

- Co to ma niby znaczyć? – warknął.

- Tom Marvolo Riddle. I am Lord Voldemort.

Harry skrzyżował ręce.

- Taak, wiem już wszystko o tym anagramie – powiedział krótko. Udał ziewnięcie. – Myślę, że złapię kilka god… - Uścisk pojawił się na jego ramieniu.

- Harry – zaczął Riddle, brzmiąc na nieco rozbawionego.

- Co? – napiął się, starając się wydostać z uścisku. Wzrok Toma był zdeterminowany.

- Przestań – zaczął w końcu. – Przestań myśleć, że jestem tak wspaniały… albo przynajmniej w kategoriach dobra, bo nie jestem taką osobą. Nie obchodzą mnie inni ludzie. Im szybciej zdasz sobie z tego sprawę, tym mniej prawdopodobne będzie, że utrata twojej nadziei będzie bolesna. – Uchwyt zniknął.

- Więc zasadniczo powinienem założyć, że jesteś tylko i wyłącznie złym, psychopatycznym draniem? – zauważył stanowczo Harry. – Jakim cudem w ogóle poruszyliśmy ten temat?

- Nie, mówię ci, abyś nie oczekiwał cudów.

- Taak, więc nie oczekuję.

- W takim razie okej.

- Taak, jest okej – odparł. – A poza tym, nieprawdą jest, że cuda się nie zdarzają.

- Och? – Tom podniósł brwi. – Czy kiedykolwiek zdarzył się jakiś cud?

- Cóż… - Wzruszył ramionami. – Jest Halloween i nikt nie próbował mnie zabić. Powiedziałbym, że to całkowicie cudowne. – Odwrócił się i wyszedł, zanim Tom mógłby mu odpowiedzieć.