Rozdział ponownie nie jest betowany, tak więc wciąż bardzo liczę na to, że mi to wybaczycie i zamiast tego wytknięcie błędy tak, bym mogła je poprawić :).
Dziękuję także za wasze komentarze. :) Cookies. Alice, masz rację, chyba nie zna. Ale cóż, czy Harry nie zawsze był optymistą ;)? A co do wielkości komentarza, to nie ma sprawy, doskonale wiem, że trudno jest pisać pod wpływem emocji :). NigrumLotus, to może się za rok tam spotkamy :). Błędy już poprawione, serdecznie ci dziękuję za ich wskazanie. Co do miny Dumbledore'a, to tak, z pewnością była cudowna. Chociaż dziw, że Potter nie dostał szlabanu ^^. A co do zabawy w Halloween to... cóż, Harry też nigdy się na to nie skarżył. Chociaż tak, to dziwne. Ariana, cóż, rozdziały staram się dodawać jak najszybciej :). Sama nienawidzę czekania, kiedy coś czytam. :) Koma, hmm... zobaczysz :). I masz rację, Harry jest neutralny, chociaż spierałabym się z jego wiarą w Toma. Powiedziałabym bardziej, że Potter jest po swojej własnej, wyjątkowej stronie. Na pewno Tom nie jest teraz Voldemortem, w tym momencie to dwie różne osoby. Nie powiem nic na temat tego, co będzie później, bo musiałabym zdradzać zakończenie... cieszę się, że ci sie podoba i ciekawi. Mam nadzieję, że tak będzie i dalej :). Tsukiaisuishou, cóż, mam nadzieję, że wybaczysz mi te zgrzyty, ale naprawdę nie chce zmuszać was na brak rozdziałów na najbliższe dwa tygodnie. I jedyne, co powiem, że nie, Tom nie powtórzył zaklęcia. To ja najwyraźniej nie zapisałam tego odpowiednio wyraźnie, tak więc nie chcę wprowadzać cię w błąd tylko z tego powodu. Mam nadzieję, że ten rozdział bardziej ci się spodoba i jeszcze raz bardzo, bardzo przepraszam za jego nieskładność. A na usprawiedliwienie Harry'ego to tylko powiem, że należy pamiętać, że zawsze chce widzieć w Ślizgonie wszystko to, co najlepsze, no i Tom zawsze zachowuje się w jego towarzystwie nieco inaczej niż przy innych Ślizgonach. No i... Tom, to straszny manipulator. Zauważ, jak subtelnie zszedł z tego tematu. :)
Miłego rozdziału, głodomory. :)
Ulubieniec Losu
Rozdział trzydziesty trzeci
Powinien wiedzieć, że to było zbyt piękne, aby było prawdziwe. W Halloween zawsze działo się coś złego – Tom będzie zachwycony. Życie po prostu musiało mu udowodnić, że nie ma czegoś takiego jak cuda. Salazarze, to przygnębiające.
Czuł potrząsające nim gwałtownie ręce, zmuszające do odzyskania przytomności. Krzyk wyrwał się boleśnie z jego gardła, stłumiony zdławionym dźwiękiem, kiedy tylko otworzyły się jego oczy. Na jego poduszce i bluzce widniały ślady krwi, czoło paliło żywym ogniem. Zevi i Tom znajdowali się najbliżej niego.
Zamrugał, starając się stłumić wzrastające nudności. Rajd śmierciożerców. Wojna zaczęła się oficjalnie – publicznie. Wszyscy Ślizgoni gapili się na niego.
- Dzięki bogu – odetchnął Alphard. – Staramy się obudzić cię od ostatnich pięciu minut.
Naprawdę? Jęknął cicho, czując zawroty głowy. Wyczuł docierające aż do jego duszy spojrzenie Toma. Zerwał się, natychmiast, starając zignorować sposób, w jaki świat wydawał się wymykać i przesuwać pod jego stopami. Szybko jak błyskawica, Tom stanął przed nim, trzymając go mocno.
- Harry? – zapytał. Oczy Pottera wystrzeliły w górę. – Co jest? – Jego głos był napięty. – Normalnie nie krwawisz.
- To nie był normalny rajd śmierciożerców – odpowiedział tak spokojnie, na ile tylko było go stać.
Na zewnątrz brzmiał na spokojnego, ale wewnątrz jego skóra szarpała się i drgała, mięśnie ściskały się i jego umysł nie był w stanie tego powstrzymać. Usłyszał jak wszyscy w pokoju wstrzymują oddech i ukrył westchnienie. Nudności pojawiły się ponownie, kiedy obrazy krwi i krzyków znów zabłysły przed jego oczami. Musiał coś zrobić. Po prostu musiał – nie mógł tak bezczynnie sobie tutaj siedzieć.
- Jest rajd, teraz? – upewnił się Draco bez absolutnie żadnej arogancji w głosie. Harry czuł w swoim żołądku pierwsze oznaki żalu.
- Czyż Halloween nie jest urocze? – powiedział. Chciał to wycedzić, sarkastycznie i ze spokojem, ale jego głos brzmiał zbyt cicho i niepewnie. Boże. Nienawidził tego. Jego wzrok przesunął się gorączkowo po pokoju, zatrzymując się na drzwiach. – Nie czekajcie. – Tym razem udało mu się wycedzić. Odsunął się, ponownie przełykając nudności, kiedy świat zakołysał się i zaczął wirować mu pod powiekami tak jak wtedy, kiedy się obudził.
- Och nie, nigdzie nie idziesz – warknął Tom, w kilka sekund wyciągając różdżkę. Śmieszne było to, że ktoś ubrany w piżamę mógł wyglądać tak niebezpiecznie. Zesztywniał.
- Ludzie umierają – splunął. – Nie spodziewam się po tobie, abyś się tym przejmował, ale ja to robię!
- Nie twoim zadaniem jest powstrzymywanie w środku nocy rajdu śmierciożerców. – W tonie głosu Toma słychać było wymuszony spokój. – Wracaj do łóżka.
- To bez znaczenia. Skończę tam czy chcę, czy nie chcę, mam racę? – odparł, wskazując palcem na bliznę. – Pamiętaj, że mam w głowie walkie-talkie!
- Zabawne, pamiętam o tym – zadrwił Tom. – Biorąc pod uwagę, że znajduję się na jednym z jego końców. Powiedz mi, w jaki sposób dokładnie zamierzasz pomóc „niewinnym", kiedy nie możesz nawet zbliżyć się do walki bez upadania pod wpływem umysłu mojego przyszłego odpowiednika? – zapytał delikatnie. Harry zamrugał.
- Znajdę sposób – warknął. Aura Toma zaczęła wzrastać, z każdą sekundą wyraźnie coraz bardziej ciemniejąc. – Przepraszam – powiedział chłodno. Tom uśmiechnął się szyderczo.
- Wiesz, że nie wytrzymasz długo z dala od mojej magii? – odparł. – Paradoks jest jedyną rzeczą, która w tej chwili utrzymuje cię przed upadkiem z wrzaskiem na podłogę.
- Tom… - zaczął Abraxas, bezsilnie. Dziedzic Slytherina zignorował blondyna, jednym pchnięciem otwierając drzwi z tym samym drwiącym wyrazem na twarzy.
- Ale jak tam sobie chcesz, bohaterze – kontynuował Tom, a jego oczy mieniły się jakimiś nieczytelnymi emocjami. Wyskoczył, wściekły i rozdrażniony. Jego głowa bolała, tak samo jak mięśnie od używanych przez Voldemorta torturujących klątw (i do jasnej cholery, dlaczego musiał czuć ich działanie nawet kiedy nie były na niego skierowane!?) więc naprawdę NIE miał ochoty na kłopotanie się w tym momencie z gównianym młodym Czarnym Panem.
- Świetnie – warknął. Stłumił głębokie westchnienie, kiedy poczuł jak Tom gwałtownie wycofuje swoją magię, gdy skierował się do wyjścia z dormitorium. Auć, bogowie. To bolało. Z powodu bólu zamknął na chwilę oczy, ale tak czy owak kontynuował swoją drogę. Nie chciał dać Riddle'owi, temu sukinsynowi, satysfakcji z widzenia go cierpiącego.
Był w połowie drogi do Pokoju Wspólnego, kiedy poczuł jak jego myśli zaczynają się rozmywać, a bitewne lamentowanie i krzyki jeszcze głośniej rozbrzmiały w jego głowie. Otrzymywał przebłyski od Voldemorta. Kolejne ciało uderzyło o ziemię w towarzystwie kolorowych błysków, iskrzących się niemal z wdziękiem. Zaraz zwymiotuje. Czuł, że drży jak we febrze. NIENAWIDZIŁ HALLOWEEN. Był naiwny, zbyt optymistyczny, myśląc, że mógłby przeżyć ten dzień bez śmierci klinicznej albo czegoś równie okropnego. Wszystko sczerniało mu przed oczami i czuł, jak jego wnętrzności skręcają się z rozpaczy i wstrętu do samego siebie.
Musiał coś zrobić, dlaczego musiał być tak słaby i nieudolny, że nie mógł nawet pomóc? Był bezużyteczny. Pokój Wspólny Slytherinu kręcił się i chwiał obrzydliwie wokół niego. Jego głowa pulsowała. A później nie było już nic prócz śmierci i krwi, i zniszczenia.
(Punkt widzenia Toma)
Patrzył jak Harry upada gdzieś w pobliżu drzwi, zgnieciony jak szmaciana lalka. Czuł błagalne spojrzenie Zeviego palące jego plecy i skrzywił się.
- Co? – zapytał powoli. Zevi, z poczuciem winy za złapanie go na gorącym uczynku, odwrócił wzrok i spojrzał w ciszy na swoje bose stopy. Pozwolił swoim oczom spocząć na nim z reprymendą, po czym przeszedł przez pokój do miejsca, gdzie Harry w agonii zwinięty był na podłodze.
Cholera jasna, Potter. Co za uparty, szalony, szlachetny idiota. Pozwolił ponownie na wymknięcie się swojej magii, obserwując beznamiętnie jak paradoksalne skutki jej obecności wykonywały swoją robotę. Po chwili zielone oczy jeszcze raz się otworzyły, nawiedzone i ostrożne, pełne bólu.
- Tak uparty – zganił go, ale jego głos był łagodniejszy niż pierwotnie planował. Jego złość wydawała się zniknąć – gniew na Harry'ego za to, że zawsze śpieszy, aby wcielić się w rolę supermena, jego wiecznego wroga. I przyjaciela, cichy głosik niepewnie dodał w jego głowie. Zignorował go, jak zwykle. Był psychopatą, i to w klinicznym znaczeniu tego słowa – nie opiekował się i nie dzielił, a ilość posiadanej przez niego empatii czy sumienia była znacznie poniżej normy. Ale miał jej trochę – jakkolwiek pokrętna czy mała ona była. Po prostu normalnie o tym nie mówił ani nie myślał. Nieważne.
Harry zamrugał na niego, a w jego spojrzeniu mieszało się mnóstwo emocji – Tom był w stanie wyczuć to tak wyraźnie, jak czuł umysł swojego przyszłego ja. Wina. Wstręt do samego siebie, tak wiele wstrętu. Bezradność. Furia. Wszystkie tak silne, że mógł niemal poczuć je na swoim języku. Żal. Żałował każdego utraconego w tej wojnie życia. Salazarze, co za męczennik. Miał zamiar sam się zabić.
- Muszę coś zrobić – nalegał Harry, jego oczy były matowe i utracone. Tom czuł, jak coś ściska się w jego klatce piersiowej, ale nie było to serce. Nie. Nie miał go. Prawdopodobnie po prostu źle spał albo zjadł coś złego, albo… coś.
- Wiem – powiedział cicho i naprawdę to robił. Wiedział, jak bardzo Harry chciał pomóc.
- Nienawidzę Halloween. – Jego głos był gorzki. Tom poczuł uśmieszek skręcający nieznacznie jego wargi, nie sympatycznie, ale czymś w tym rodzaju.
- Wiem – powtórzył. Harry spojrzał w dół na podłogę, po czym ponownie do góry, ze swoją starą determinacją i ze stalowym postanowieniem. Mógł zgadnąć co chce Harry powiedzieć, zanim ten jeszcze otworzył usta, aby to zrobić.
- Chcesz, abym nauczył cię oklumencji – stwierdził cicho. Och, możliwości. Harry podniósł na niego wzrok.
- Wiem – naśladował. Tom prawie się uśmiechnął.
- Porozmawiamy o tym jutro – oznajmił, przywołując wiadro. Harry był nieco zielony.
To będzie długa noc.
