Tym razem rozdział betowany, oczywiście przez 100-ki. Yakou. no. Ou. - należą jej się wielkie ukłony za to, jak bardzo się poświęca i kombinuje, by tylko być w stanie sprawdzić rozdział.
Z całego, całego serca dziękuję wam za komentarze. Nie wiecie jak niezwykła i cenna jest dla mnie świadomość, że ktoś docenia wykonywaną przeze mnie pracę. Koma, wczoraj był Tom w roli dużego brata, dzisiaj będzie w trochę innej (nic nie zdradzam!) - no widzisz, jak on się potrafi zmieniać? No powiedz, oczekiwałaś tego? ) Osobiście uważam, że poświęcenie dla Pottera jest słodkie (ale ciii, nikomu o tym nie mów :)). Veniti, gry, niestety, nie kojarzę, ale z twojego opisu jestem w stanie wywnioskować, na czym to polega i o co ci chodzi. Rozumiem cię, bo sama z przerażającą częstotliwością zerkam na zakończenie czytanych przeze mnie tekstów tłumaczonych - co jest, bardzo, bardzo złym nawykiem, chociaż, niestety, niemożliwym do opanowywania. I rozumiem też, co masz na myśli mówiąc o "perspektywach", bo, przyznam się, że dopiero przy tłumaczeniu tego ficka zobaczyłam, jak wiele posiada on nawiązań. I tak, myślę, że byłoby bardzo, bardzo źle. Chociaż od siebie dodam i poradzę, byś poczekała na plany. Nic więcej na ten temat nie powiem, ale kiedy w tym opowiadaniu pojawią się plany, myślę, że będzie to moment, od którego zakończenie byłoby chociaż trochę jasne dla osoby nieczytającej całości. A co części twojego komentarza na temat rozdziału - tak, mina pani Pomfrey musiała być zabójcza. A twoje porównanie do skarżenia się mamie - bezcenne! Skomentowałabym relację Harry/Tom, ale znając siebie, coś bym wykrakała, więc lepiej się powstrzymam. Co do długości twojego komentarza, to powiem, że nie mam nic a nic przeciwko. Przeciwnie, bardzo się z tego cieszę! Och, a pogoda u mnie podobna, chociaż - niestety - więcej pada. Ariana, :). Wiesz, jestem bardzo ciekawa, jak ci się spodoba dzisiejszy rozdział, naprawdę ciekawa... Mahakao, z tym rosołem to jest niezła myśl! Opatentuj to, pomyśl, ile by ci przyszło z tego kasy! Lekarstwo na wszystko (bo Toma, niestety, nie mamy w zasięgu ręki) ;). I wiesz, zupełnie mnie rozłożyłaś tym obrazem Toma wcinającego rosół... Och, moja głowa! :) Cookies. Alice, w takim razie proszę, podziel się później informacją, czy twoje przypuszczenia były prawdziwe, czy nie, bo jestem tego szalenie ciekawa :). I powiem tylko, że w tym ficku... raczej nie można być niczego stuprocentowo pewnym :). MsJill, co do braku slashu, to cóż, niestety nic na to nie poradzę, ale... jestem ciekawa, co powiesz o dzisiejszym rozdziale, wiesz? Bo mnie wydaje się on... interesujący. A to na "p", to chodzi ci o Prequel (wydarzenia, które działy się przed wydarzeniami opisywanymi w tym ficku)? A może Sequel (wydarzenia, które dzieją się po wydarzeniach pisywanych w tym ficku)? A może o jeszcze coś innego? Chociaż na pytanie mogę odpowiedzieć - bo dotyczy moich planów tłumaczeniowych. Otóż po pierwsze, to planuję skończyć Ulubieńca, a jego rozdziałów jeszcze trochę mi zostało. A później - później, to zależy od was. Chociaż chciałabym wziąć się jeszcze zarówno za prequel ("Past's Player"), sequel ("Tomorrow's Triumph"), jak i zbiór miniaturek ("Destiny's Darling"). :) Ale, cóż, na razie nic nie obiecuję.
Z przyjemnością zapraszam na kolejny rozdział. I przypominam - tylko tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś o tym zapomniał - że to wciąż nie jest i nigdy nie będzie slash.
Ulubieniec Losu
Rozdział czterdziesty
Kiedy Harry obudził się następnego ranka, ogarnęło go dziwne uczucie.
Kilka chwil zajęło mu zrozumienie, co było jego powodem, po czym uśmiechnął się. Spał. Nic go nie bolało i naprawdę przespał całą noc. Oczywiście, nie wszystkie jego noce były spokojne, kiedy nie miał koszmarów czy wizji, ale… był całkowicie pewien, że spędził przynajmniej kilka godzin głęboko, spokojnie śpiąc.
Czuł się teraz nieswojo pobudzony i żywy. To niesamowite.
Zamrugał, pozbawiając powieki resztek snu, a następnie usiadł i zaklęciem sprawdził, która była godzina. Dziewiąta. Nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatnim razem obudził się po szóstej! Lekcje oklumencji wydawały się być teraz bardziej do przyjęcia, mimo nieco ich burzliwego początku. I, o boże… była dziewiąta! Zaspał! Łał, to był niesamowicie miły problem… ale mimo wszystko problem.
Wypadł z łóżka, przeklinając, gdy uderzył się w mały palec u nogi, i ubrał w pośpiechu. Kilka minut później podniósł swoją torbę i pobiegł na swoją pierwszą lekcję – Obronę przed Czarną Magią. Nienawidził poniedziałkowych poranków, chociaż ten wydawał się on mu mniej ponury niż wcześniejsze. Wpadł do klasy, zauważając, że Carrow zaczęła już lekcję, i stłumił jęk.
- Panie Potter. – Uśmiechnęła się. – Spóźniłeś się.
- Przepraszam – powiedział, ale wcale nie czuł się winny. – Zaspałem.
- Przestań się uśmiechać – rozkazała nauczycielka. – I usiądź. Dwadzieścia punktów od Gryffindoru.
Jego Gryfońscy koledzy wydali okrzyk oburzenia, mrucząc cicho „niesprawiedliwe" i również „tylko kilka minut". Opadł na puste miejsce obok Toma. Z pewną irytacją zdał sobie sprawę, że Ron i Hermiona w czasie jego nieobecności wycofali się na drugi koniec Gryfońskiej strony pokoju, zamiast zachować swoje miejsce w pobliżu granicy – co pozwalało mu siedzieć zarówno z Ślizgonami, jak i Gryfonami.
Carrow kontynuowała swój wykład ze zmarszczonym z dezaprobaty nosem i zmrużonymi oczyma.
- Dlaczego mnie nie obudziłeś? – syknął, po czym przerwał, zauważając coś innego. – Wyglądasz jak gówno.
- Dzięki, Potter, to jest dokładnie to, co ludzie chcą usłyszeć – mruknął Tom, zerkając na niego. Skrzywił się.
- Wszystko z tobą w porządku? – zapytał.
- To brzmi niemal jak troska, Złoty Chłopcze – wyśmiał go dziedzic Slytherina. Harry spojrzał na niego.
- Nic mi nie jest – oznajmił po chwili Tom. – Czuję się dobrze, aczkolwiek nie mogę usłyszeć wykładu.
- Tak, bo to nie tak, że nie musisz uczęszczać na zajęcia, z których dostałeś „W", czy coś – zauważył, przewracając oczami na wymówkę swojego towarzysza, chociaż niechętnie dostosował się do wysłanego mu spojrzenia „zamknij się".
Klasa wypełniła się dźwiękiem piór skrzypiących od zapisywania notatek i niskim głosem Carrow, kiedy ta mówiła im o wielu zastosowaniach zaklęć podpalających. Minęła godzina.
Tom wyszedł bardzo szybko po tym, jak lekcja się skończyła, pozwalając reszcie tylko za sobą podążać.
Ron i Hermiona zaczęli kierować się w jego stronę. Potrącił ramię Zeviego.
- Co się dzieje z Tomem? – dopytywał się. – Wiesz? – Prince wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia. Czy to nie my powinniśmy zadać ci to pytanie? Jesteś jego ulubieńcem.
Harry skrzywił się nieznacznie.
- Nie, nie jestem – odrzekł. Alphard roześmiał się, najwyraźniej podsłuchując ich rozmowę.
- Ależ tak, naprawdę nim jesteś. Bezwstydnie faworyzowany. Mogłoby ci ujść na sucho nawet zamordowanie nas, zwykłych zwolenników. – Pomimo tego, że to między innymi siebie miał na myśli, mówiąc o „zwykłych zwolennikach", Alphard wydawał się być z tego powodu dość zadowolony. Zevi zauważył wyraz jego twarzy.
- Nie bądź taki zaskoczony, Harry – skarcił go.
- Ja… jesteście jego przyjaciółmi – odparł. Brzmiał żałośnie, nawet dla samego siebie. Tom tak naprawdę nie troszczył się o związki z innymi ludźmi, bez względu na to, jakie stwarzał pozory. Zevi wydawał się myśleć tak samo jak on, chociaż uśmiechnął się łagodnie.
- Tak czy inaczej, jeśli ty nic o tym nie wiesz, to my tym bardziej… chyba że jesteś po prostu nieświadomy, a zazwyczaj, kiedy tak jest, to właśnie ty zrobiłeś coś, co go wkurzyło… więc nie wiem, czy rzeczywiście jesteś obojętny, czy po prostu zgrywasz głupka.
Twarz Harry'ego pozostała bez wyrazu, nawet wtedy, kiedy przechylili głowę, przyglądając się mu. Alphard złamał ciszę.
- Więc pójdź z nim porozmawiać i wróć ze sprawozdaniem – dobrze, bohaterze?
Harry skrzywił się.
- Szczerze, Alphardzie – wycedził Abraxas, odzywając się po raz pierwszy. Wyglądało na to, że WSZYSCY się im przysłuchiwali - pomyślał z westchnieniem Harry. Powinien zacząć się już tego spodziewać. – Wiesz, że tylko Tom może wołać na Harry'ego jego małymi przezwiskami – zobacz, sprawiłeś, że krzywi się teraz jak suka.
Harry zadrwił w milczeniu na beztrosko uśmiechającego się Malfoya, nawet jeszcze wtedy, kiedy Ron i Hermiona dogonili go pod drzwiami.
- Mamy Transmutację – zauważyła Hermiona, zarówno w celu przypomnienia, jak i rozpoczęcia rozmowy. Skinął głową.
- Do zobaczenia później – powiedział, kierując się w przeciwnym kierunku co Ślizgoni, którzy mieli teraz Zielarstwo z Krukonami.
- Pamiętaj, aby znaleźć Toma! – krzyknął za nim Alphard.
Zignorował Blacka.
Mimo wcześniejszego braku chęci, nieco później tego dnia zajął się szukaniem Toma. Nie dlatego, że był zmartwiony, bo nie był. Dziedzic Slytherina tylko zwracał na siebie uwagę. Harry był po prostu… ciekawy. Taak. Był po prostu ciekawy, jak zawsze.
Tom unikał go przez cały dzień. Nie żeby w ogóle zwracał uwagę na obecność Toma, naprawdę, to było po prostu zastanawiające.
Znalazł go w Wieży Astronomicznej, pochylającego się przez okno i obserwującego latające nad jeziorem testrale.
- Harry – powitał go młody Czarny Pan, nie odwracając się. Podszedł do niego i milczał przez chwilę, także obserwując testrale, starając się wymyślić, w jaki sposób zacząć rozmowę.
- Co się z tobą dzisiaj dzieje? – Kiedy tylko wyszło to z jego ust, skrzywił się nieznacznie na bezceremonialność swojego pytania. Usta Toma wykrzywiły się w szczery uśmiech.
- Czasami zastanawiam się, jakim cudem przetrwałeś wśród Ślizgońskich zawiłości – skomentował.
- Dzięki swojej naturalnej zręczności i niesamowitości – odparł automatycznie. Tom odwrócił się od okna, patrząc na niego wyczekująco. – Co? – zapytał.
- Jak głowa?
- Dobrze – powiedział szczerze. – Dzięki. – W odpowiedzi Tom tylko na niego spojrzał. – Więc… - domagał się odpowiedzi. – Co się stało? Przeraziłeś swoich sługusów.
- Zawsze przerażam swoich sługusów – Tom uśmiechnął się, okrutnie. Harry zacisnął zęby.
- Czy, ostatniej nocy… - przerwał. – To nie…
- Daj spokój, wypluj to – wycedził Tom. Teraz już zirytowany Potter po prostu wyrzucił z siebie słowa:
- Czy ostatniej nocy zraniłem cię, albo coś? – zapytał. – Wyczerpałem cię, o to chodzi?
Rozbawienie zniknęło z twarzy Toma.
- Już ci powiedziałem: nic mi nie jest. Chciałeś czegoś jeszcze? – Wszedł w niebezpieczną strefę, postawa Riddle'a krzyczała z ostrzeżenia, mówiąc tak wiele. Dla własnego dobra naprawdę powinien porzucić ten temat.
- Nie wszystko z tobą dobrze – uparcie sprzeciwił się. – Zniknąłeś na cały dzień… ale jeśli to nie o to chodzi, to co się dzieje?
Tom wpatrywał się w niego z zamyśleniem, a następnie jego maski opadły, kiedy westchnął.
- Jestem… zdezorientowany – przyznał przyszły Czarny Pan. Harry zmarszczył brwi.
- Z jakiego powodu? – zapytał. Tom zrobił krok do przodu i Harry zamarł, kiedy smukła ręka podniosła się, głaszcząc jego twarz.
- Przez te uczucia. Nie rozumiem ich. – Tom wyglądał teraz na bardzo zdecydowanego, jego twarz była nieprzyjemnie blisko. Harry czuł absolutną panikę ściskającą jego brzuch.
- Ha, śmieszne, Tom – powiedział nerwowo. Kiedy cofnął się, starając odzyskać choćby pozory przestrzeni osobistej, Riddle zrobił krok w jego kierunku.
- To nie jest śmieszne! – warknął dziedzic Slytherina, teraz już wściekły. – Co to, do cholery, jest? Co ty ze mną robisz? Nigdy wcześniej… myślę tylko o nim w twojej głowie zamiast o sobie.
Teraz w jego oczach czaił się raczej drapieżny błysk. Harry z trudem przełknął ślinę.
Zevi powiedział, że Tom był heteroseksualny… był, prawda? Kurwa. Kurwa.
Jego plecy uderzyły w parapet. Tom pochylił się bliżej, ich usta prawie się dotykały.
- Powiedz, że też mnie kochasz, Harry…
- Dobra, możesz przestać w tej chwili? – zapytał, a jego głos był może o ułamek zbyt wysoki.
- Ale mi nie odpowiedziałeś – mruknął Tom.
Harry ponownie przełknął ślinę, odchrząkując. Jego serce waliło. Zaczął sięgać po różdżkę, ale ręka Toma wystrzeliła, zatrzymując jego ruch w boleśnie mocnym uścisku. Dreszcz przebiegł szybko po jego kręgosłupie.
To było dla niego zbyt wiele.
- Tom, to nie jest śmieszne – warknął, przypominając sobie wcześniejsze oświadczenie Toma… Przerażasz mnie. Ale nie powiedział tego głośno, jego duma obecnie mu na to nie pozwalała. Jeśli ten dureń chociażby spróbowały coś… Salazarze, jak się w to, do diabła, wpakował? – Przestań.
- Ale myślałem, że chciałeś rozmawiać o uczuciach – odpowiedział Tom, złośliwie. Zbyt blisko. Jeszcze trochę, a by się dotykali. Dłoń będąca na jego twarzy opadła na krawat, kręcąc nim bezczynnie. Chciało mu się wymiotować. Oczy Toma spojrzały ostro na jego twarz. – Nie? – dopytywał się delikatnie. – W takim razie spadaj.
Jego krawat natychmiast został puszczony, a jego dłonie uwolnione. Tom odwrócił się od niego, wracając do swojej wcześniejszej pozycji obserwowania testrali – których teraz już nie było. Serce Harry'ego ponownie się uspokoiło. Dobra, Tom żartował, prawda?
- Ja po prostu… pójdę w takim razie – stwierdził, lekko przerażony.
- Czy to znaczy, że w takim razie jesteś moim sługą? – zapytał Tom. Zatrzymał się, marszcząc brwi. Przerażam wszystkich swoich sługusów… Harry wyraźnie poczuł wypełniającą go irytację. Sadystyczny sukinsyn.
- Wiesz, jeśli nie chciałeś rozmawiać, mogłeś mi to po prostu powiedzieć – warknął.
Bez słowa wypadł jak burza z Wieży Astronomicznej, słysząc pobrzmiewający za nim zimny śmiech:
- Tyle że reagujesz tak czarująco! Myślałem, że chciałeś mnie rozweselić…
Ugh. Nienawidził psychopatów. To było jak interakcja z dwubiegunowym schizofrenikiem. Nie doceniał umiejętności Toma do uchylenia się od odpowiedzi. To Alphard będzie tym, który następnym razem spróbuje pomóc Tomowi.
Nigdy. Więcej.
Chociaż o co w tym wszystkim, do diabła, chodziło?
