Rozdział na razie nie jest betowany, pewnie tak jak wczoraj rozdział sprawdzony czujnym okiem bety wrzucony zostanie nieco później. I przy okazji chciałabym, byście wybrali – wolicie rozdziały niezbetowane publikowane między godziną 17 a 19 (oczywiście w późniejszym czasie zamieniane na betowane), czy rozdział zbetowany od razu, ale wrzucony później tego dnia?
Veniti, aż się speszyłam. Zazwyczaj swoje pisane przez was uwagi brałam bardzo na luzie, a teraz przez ciebie będę się stresować, czy nie napiszę jakiejś głupoty ;). I nie, nie pisałaś jeszcze, że lubisz fakt, że odpisuję na wasze komentarze, ale bardzo miło jest mi to słyszeć. Ja po prostu zakładam… cóż, nie oszukujmy się, komentarze skierowane są do mnie i to głównie mi sprawiają przyjemność. A wy musicie męczyć się pisząc je, bym tą przyjemność odczuła. Tak więc dlaczego sama miałabym wam nie odpisywać? A przy okazji mogę lepiej was poznać, rozwiać wszelkie wasze wątpliwości dotyczące tekstu i zrobić wiele, wiele różnych rzeczy, które niemożliwe byłyby bez tego kontaktu z wami. No i nie wiem, czy mogłabym znaleźć lepszy sposób, by wam za komentarze podziękować – dlatego robie to tak, jak najlepiej potrafię :). Co do „złej Hermiony", to mnie kojarzy się jedynie „Faith" Dragongirl16 (tłumaczone przez formice jako „Wiara"). Ale, racja, kanoniczna Hermiona słucha i rozwiązuje problemy, zamiast strzelać focha :). I obserwuje – w końcu ma być genialna, prawda? ;) Nie będę mówiła co zrobi Tom, bo to będzie dzisiaj (i jutro), tak więc sama się o tym przekonasz. I mówisz, że się zbłaźnisz – tylko przed kim? Przede mną? No coś ty. Ba! może jakoś zweryfikuję twoje podejrzenia. :) U mnie pogoda – dzisiaj – straszna, wolę nawet nie patrzeć za okno. I tak, też jestem chora… MsJill, cieszę się, że przynajmniej co drugi :). Zresztą nikt nie powiedział, że codzienne komentowanie jest jakąś zasadą – tak, jest miłe, ale cieszy mnie każdy komentarz, bez względu na to, jak często jego autor coś naskrobie :). I mówisz, że chcesz akcji? A co mi tam, zdradzę. Ten rozdział i następny posiadają akcję – jaką, sama się przekonasz. Następnie jest kilka rozdziałów spokojniejszych, chociaż w jednym z nich pojawiają się odpowiedzi na pytania (no i kolejne pytania…). Następnie pod koniec rozdziału 48 rozpoczyna się bardzo ważny wątek, który ciągnąć się będzie aż do końca i będzie… cóż, nie chcę nic zdradzać, ale istotny. Czy taki opis ci wystarczy? :) A co do romansu to… nie liczyłabym na niego. Sequel jest – ponoć, przez innych – uważany za zbędny i mniej ciekawy od prequelu. Tak tylko nawiasem mówiąc :). Cookies. Alice, bardzo się z tego powodu cieszę :). I cóż, mam nadzieję, że masz rację i że naprawdę znajdzie się jakaś garstka osób, której spodoba się ta specyficzna relacja :). A co do zaspokojenia ciekawości – postaram się… Koma, tak, taki niespodziewany nawał uczuć może być niezwykle przytłaczający. On ich po prostu nie rozpoznaje i… cóż, sama uważałabym to na jego miejscu za niezwykle frustrujące… I, wiesz, jestem niezwykle (pozytywnie) zaskoczona tym, jak potrafisz rozgryźć już możliwe reakcje Toma – naprawdę czujesz jego postać! Ariano, przekonasz się dzisiaj! I jutro! Cieszę się, że wszystkie rozdziały uważasz za interesujące – miło to słyszeć! :) W sprawie twojej niewiedzy jedyne, co mogę zrobić, to wrzucić rozdziały i, cóż, to właśnie robię, więc… :) Gościu (cholera, powinnam was już zacząć rozpoznawać po stylu wypowiedzi!), przynajmniej Tom znalazł sposób na to, jak go uciszyć ;). Zresztą według mnie śmieszne jest to, iż to bardziej Harry'emu przeszkadza mówienie o emocjach niż psychopatycznemu Tomowi… A odwyk jak to odwyk – skończy się czymś burzliwym :).
Dziękuję, dziękuję i jeszcze raz dziękuję za komentarze. Kłaniam się do stóp każdej osobie, która postanowiła skomentować ten fick, to niesamowicie miłe dla mnie czytać wasze komentarze. I niesamowicie motywujące. I wiele, wiele innych pozytywnych jeszcze u czuć we mnie wywołuje – po prostu wam dziękuję.
Nie przedłużając – miłego czytania.
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział czterdziesty drugi
Harry odwrócił się, słysząc znajomy, ale nieoczekiwany głos. Malfoy. Junior.
- Draco? – zapytał, marszcząc nieznacznie brwi.
I w taki oto sposób szlag trafił jego plan udawania snu.
Nie wiedział, dlaczego nazwał drugiego chłopca po imieniu, a nie, jak to robił wcześniej, „Malfoyem" – może to dlatego, że blondyn nazwał go „Harrym", może dlatego, że dał mu przypominajkę, a może dlatego, że w jego głosie pobrzmiewało ledwo zauważalne przerażenie. W każdym razie, nie miało to znaczenia.
- Co ty…
- Riddle powiedział, że mam przekonać cię do zejścia na dół – obojętnie udzielił odpowiedzi Malfoy.
- Ty? – zakwestionował z niedowierzaniem. Draco przesunął się niezręcznie, po raz pierwszy spotykając jego wzrok.
- Najwyraźniej dlatego, że znam cię najdłużej i wydajemy się być… przyjaciółmi.
- Wydajemy się być… - Harry zbladł. – Nie sądzisz chyba, że wie, iż dałeś mi sam-wiesz-co, prawda? Nawiasem mówiąc, dzięki.
- Nie wiem. Ale nie podobał mi się sposób, w jaki na mnie patrzył.
- Cholera. Ja nic mu nie mówiłem! Przysięgam. Nie mogę powiedzieć, że cię lubię, ale… Salazarze, nawet ja nie jestem tak okrutny.
- Uspokój się – pouczył go sucho Draco. Skrzywił się.
- Wybacz. Chyba po prostu mamy paranoję; nie istnieje żaden logiczny powód, dla którego mielibyśmy przypuszczać, że on o tym wie. – Nastąpiła chwila ciszy. – Nie zejdę na dół. Niech Tom się wypcha tą swoją troską.
Draco wyglądał na zaniepokojonego, kiedy mówił:
- Nie, nie ma cholernej mowy o tym, abym zszedł tam sam – nie mogę! Poćwiartuje mnie i użyje jako składniki do eliksirów! Musisz pójść, Potter, na litość boską!
- Powiedz mu, że śpię – zaproponował Harry.
- Nie będę dla ciebie kłamać Czarnemu Panu – zadrwił Draco.
Harry mimowolnie był boleśnie świadom niepokoju, który nadal czaił się w najciemniejszych zakątkach twarzy najmłodszego Malfoya. Zaczął przeklinać się za swój kompleks bohatera.
- Dlaczego, do diabła, nagle tak bardzo nalega, abym przyszedł i usiadł w Pokoju Wspólnym? – mruknął ze złością. Dobra, był całkowicie pewien, że wie DLACZEGO, ale… psiakrew. Był zbyt zmęczony, aby brać udział w potyczkach o władzę Toma i jego pokręconych, umysłowych gierkach. I to nie znaczyło, że był zmęczony w kategoriach snu. Riddle chciał, aby tam był, bo Harry był tak bardzo nieugięcie temu przeciwny – chciał pokazać tym swoją dominację. Czasami Harry marzył o powrocie do łatwiejszych, Gryfońskich dni.
Zejście na dół nie było zgodne z jego zasadami, było równoznaczne z poddaniem się. Kompleks bohatera zamruczał w głębi jego umysłu, kiedy ponownie zobaczył nerwowy wyraz twarzy Draco. Dlaczego musiało mu się teraz przypomnieć, że zawdzięcza coś temu blondynowi?
- Możesz po prostu zostać tutaj. – Wzruszył ramionami. – Nie iść z powrotem na dół.
Draco gapił się na niego, jakby całkowicie oszalał.
- Nie słyszałeś tego kawałka o nim ćwiartującym mnie na składniki eliksirów? Potter, Harry… jeśli chodzi o twoją głupią dumę…
- Dobrze! – warknął, wstając.
Rozejrzał się, zastanawiając nad tym, czy poczytać znalezioną przez siebie książkę o Poziomach Mocy i Aurach, po czym zdecydował, że nie jest to dobry pomysł, gdyż nie chce dać dziedzicowi Slytherina satysfakcji ze swojej ciekawości. Złapał jakiś pergamin i pióro, decydując się napisać list do Syriusza i Remusa, po czym przeszedł obok Malfoya i wpadł do Pokoju Wspólnego.
Kiedy tylko wyszedł z dormitorium z Draco depczącym mu po piętach, poczuł spojrzenia kierowane w jego kierunku, ale zignorował je. A w szczególności ignorował pewien konkretny, bystry wzrok, który palił jego skórę jak rozżarzone do białości żelazo. Podszedł spokojnie do odległego zakamarka, z dala od Toma lub innych Ślizgonów, usiadł i zaczął wpatrywać się w przyniesiony przez siebie pergamin.
Cisza była przytłaczająca; dusząca.
Zejście na dół było jedynym ustępstwem, jakie zamierzał dać temu megalomanicznemu, pokręconemu sukinsynowi. Nie przywitał się z nim, nie spojrzał na niego. O ile o niego chodziło, Tom Riddle w ogóle nie istniał teraz w pobliżu jego osoby.
Powoli ponownie rozbrzmiały rozmowy, mamrotania… i co jakiś czas czuł zimny dreszcz przebiegający mu po kręgosłupie, kiedy ostra para oczu przyszpilała jego postać.
Zignorował je.
Mimo tego, że nie chciał zwracać uwagi na to, co dzieje się w otaczającym go świecie, z niechęcią zdawał sobie sprawę z obecności innych ludzi w pokoju. Gardził sobą za umiejętność stwierdzenia tego, co dokładnie robi Tom, mimo że aktualnie postanowił nie zauważać jego obecności w pomieszczeniu.
Reszta Ślizgonów doskonale dawała mu o wszystkim znać za pomocą atmosfery. Dlatego właśnie wiedział, że powinien uważać, kiedy pokój na zaledwie ułamek sekundy ucichł, po czym rozmowy stały się bardziej wyciszone niż były wcześniej. Mógł wyczuć zbliżającą się coraz bliżej magię, chociaż nie okazał żadnego sygnału tej świadomości.
- Do kogo piszesz? – zapytał Tom. Nie odpowiedział, ponownie przeczesując wzrokiem napisany przez siebie list. Nawet nie mrugnął. Był niemal pewien, że Ślizgoni nadstawiają uszu, próbując ich podsłuchać. – Postanowiłeś się teraz do mnie nie odzywać? Jak dojrzale z twojej strony.
Przekreślił ostatnią linijkę, pisząc ją od nowa.
Bardzo nam brak naszego największego przyjaciela.*
Mógł stwierdzić, że młody Czarny Pan zaczyna się na niego irytować, kiedy niedbało dał mu do zrozumienia, że nie interesuje się jego obecnością. Ale Tom tego nie wygra.
Harry wolałby raczej wydrapać sobie oczy tępą i zardzewiałą łyżką niż na to pozwolić.
Poza tym, Tom ignorował go przez cały dzień. Po prostu zmuszał wszystkich, aby nie zawracali mu głowy. Wyglądało na to, że pewnym osobom brakowało kurtuazji i nie wiedzieli, kiedy nie byli mile widziani.
Musiał skończyć list, wtedy będzie miał realistyczny pretekst do opuszczenia pomieszczenia, ponieważ miał niejasne podejrzenia, że Tom nie miał teraz zamiaru grać fair. Nigdy nie miał. To był powód, dla którego Tom odnosił więcej zwycięstw niż on - Harry nadal miał odrobinę honoru.
Oczekuję na wiadomość od ciebie, muszę powiedzieć, że tęsknie za zdrowym psychicznie – cóż, względnie, znam cię, Syriuszu! – towarzystwem i rozmowami. Z miłością – Zatrzymał się, wahając, czy użyć tego słowa. Czy to było dopuszczalne? Hermiona zawsze umieszczała na końcu swoich listów do rodziny i przyjaciół wyrazy miłości, ale Hermiona była dziewczyną, więc zauważył, że obowiązujące ją zasady różniły się nieco od tych, którymi on sam się musiał martwić.
Może wszystkiego najlepszego? Z poważaniem? Pozdrawiam? Przechylił głowę w zamyśleniu, a jakaś mała część jego umysłu pytała się go, dlaczego właściwie w ogóle zamartwiał się takim jednym, marnym, leksykalnym wyborem, nawet jeśli był on potencjalnie niepewnym zwrotem „z miłością". Zignorował tą część swojego mózgu.
Osobiście Harry uważał, że stał się bardzo dobry w ignorowaniu tych hałaśliwych głosików w swojej głowie.
Pozostanie przy „z miłością", dlaczego nie? Syriusz napisał tak wcześniej na końcu swojego listu, więc oznaczało to, że nie było w tym niczego złego, prawda?
Wyciągnął rękę, aby ponownie umoczyć swoje pióro w kałamarzu, po czym zdał sobie sprawę, że zniknął on z miejsca, w którym się wcześniej znajdował. Nie chciał jednak podnosić wzroku, aby zobaczyć, gdzie się podział. Prawdopodobnie nie musiał tego robić. Rzucił przywołujące zaklęcie i uczucie zadowolonego z siebie poczucia triumfu wypełniło go, kiedy kałamarz przywędrował do jego ręki bez potrzeby podnoszenia jego wzroku. Nie, wcale nie był dziecinny. Albo uparty.
Z miłością, Harry.
- Harry, nie ignoruj mnie. – Głos Toma był niebezpieczny, śmiertelny.
Czekał przez chwilę, aż atrament wyschnie, aby go nie rozmazać, po czym złożył list i poruszył się, by wstać. Wciąż nie patrzył w górę.
Palce owinęły się wokół jego nadgarstka w miażdżącym uścisku, zmuszając jego ruch do gwałtownego zatrzymania się. Jeden : jeden. Tom złamał jego fasadę beztroskiego niereagowania. To było coś, co robił w towarzystwie swoich sług.
Harry uważał na to, aby nie okazać chociażby cienia uśmieszku na swojej twarzy. Uważał też na to, aby się nie skrzywić, uścisk drugiego chłopca był wystarczająco mocny, aby pozostawić po osobie siniaki. Jeśli ścisnąłby chociaż trochę mocniej, Harry był całkowicie pewien, że niektóre z maleńkich, kruchych kości w jego ręce złamałyby się.
Wpatrywał się mocno w podłogę, opierając pokusie wyrwania albo wstrzymania oddechu. Nie zamierzał zareagować.
A Tom nie zamierzał grać czysto.
Korzystając z faktu, że odmówił reagowania lub odpowiadania w jakikolwiek sposób, Riddle użył jego braku walki, aby pociągnąć go w stronę kanapy, na której wcześniej siedział. Kurwa. Walczyć, nie walczyć? Walka jest reakcją.
- Och, znalazłeś w końcu sposób, aby go zamknąć? – zapytał Lestrange. Harry słyszał kpinę w jego głosie. Zignorował go. Z trudem.
- Mm – mruknął Tom swoim lekkim tonem – chociaż Harry był w stanie zarejestrować w nim najmniejszą formę napięcia, stresu. Poważnie zalazł mu za skórę. Powinien robić to częściej. – Musiałem go dobrze wyszkolić… czyż nie, pupilku?
Albo jednak nie. Nie reagować. Nie reagować. Nawet na niego nie patrz. Tego właśnie chce. Harry powtarzał to jak mantrę w swojej głowie. Z doświadczenia wiedział, że złamanie się i walka nie było najbardziej efektywnym sposobem na zwycięstwo, więc spróbował czegoś trochę bardziej nieortodoksyjnego. Czegoś nieoczekiwanego.
Jego wzrok wciąż utkwiony był w podłodze. Jako jednemu z najniższych chłopaków na roku było to dla niego łatwiejsze niż próbowanie trzymać wzrok nad czyimś ramieniem albo nad czyjąś głową, ignorując jego istnienie.
- Nie masz nic do powiedzenia, Harry? – syknął Tom blisko jego ucha. Nie wzdrygnął się.
Brutalnie został posadzony, ręka Toma owinęła się pewnie wokół jego ramion.
- Nic nie szkodzi, mam całą noc.
Harry zdecydował, że nienawidzi psychopatów. Bardziej niż wcześniej. Nawet on był w stanie wyczuć bardzo niezręczną atmosferę, która panowała w powietrzu.
Zardzewiała łyżeczka wydała się nagle bardzo interesującym pomysłem.
* fragment książki „Harry Potter i Zakon Feniksa" autorstwa JK Rowling i tłumaczenia Andrzeja Polkowskiego
