Rozdział betowała cheroine - dziękuję!
Koma, taak, Tom z całą pewnością nie jeden raz miał ochotę zamordować Pottera ;). I zgadzam się też z określeniem obsesja - jest ono jak najbardziej trafne. I pragnę zauważyć, że skoro - jak mówisz - Tom Harry'ego kocha, jak i nienawidzi, to ogarniają go dwa niesamowicie intensywne uczucia. A jest on psychopatą. O Dumbledore'u nic nie będę mówiła, bo cokolwiek bym nie rzekła, zapewnie wygadałabym coś ważnego, więc... ;). Ariano, zemsta Toma będzie słodka, tyle mogę powiedzieć. Chociaż nie jestem pewna, czy na pewno pasuje tutaj słowo "zemsta"... W każdym razie po części dowiesz się w następnym rozdziale :). A co do Ślizgonów bojących się Harry'ego - myślę, że będzie o tym "dlaczego" pod koniec ficka i w jego prequelu. Na razie mamy namiastkę. Popielatte, dziękuję, cieszę się, że ci się podoba. To moje pierwsze tłumaczenie i chociaż dochodzimy już powoli do połowy, to i tak nie jestem do końca pewna tego, czy tłumaczę dobrze. Ale staram się i cieszę się, że to widać :). Sama nie mogłam wytrzymać faktu, że tego opowiadania nie ma w języku polskim i tak zabierałam się i zabierałam za to tłumaczenie... aż w końcu pojawił się katalizator i jakoś tak poszło :). Co do pisania czegoś samemu, a nie tłumaczenia, to... nie wiem, czy tego spróbuję. Na razie nie czuję się na siłach, by sama napisać coś znośnego, wolę poczytać, potłumaczyć i jeszcze się pouczyć. Poza tym wolę zająć się jednym tekstem na raz, tak więc o tym, co będzie dalej, pomyślę dopiero, kiedy to tłumaczenie zbliżać się będzie do końca :). Cookies. Alice, Hermiona w ogóle jakoś lubi dawać w twarz - pomyślmy o Draconie ;). Dodam, że horkruksy to dość istotny wątek, szczególnie, że jest - co mogę już przyznać - całkowicie zgodny z kanonem. Ich umiejscowienie jest całkowicie zgodne z kanonem - zresztą dzisiaj się o tym przekonasz :). Cieszę się, że sposób dodawania rozdziałów ci nie przeszkadza - wydaje mi się, że jest najlepszą z możliwych opcji. I najbardziej konkretną. O ile dobrze policzyłam, to w taki oto sposób ostatni rozdział pojawić się by miał gdzieś w kwietniu. Nie jest źle :). Veniti, tak, Hermiona jest jedną z tych postaci, które niemal zawsze pozostają wspaniałe. A tutaj to jej uderzenie ;). Wiem, że rozdział krótki, ale nic nie mogę na to poradzić - chociaż naprawdę pocieszam, że później będą one trochę dłuższe :). Tylko, że to zacznie się w większej ilości dopiero po setce ^^. I naprawdę pozostało jeszcze całych 299 dni? Och... OCH!
Bardzo wam dziękuję za komentarze, które dodają mi sił w dzień przed rozpoczęciem roku szkolnego. I tutaj na pocieszenie dla wszystkich którzy, tak jak ja, muszą się z nim męczyć - pamiętajcie, ten rok będzie łatwiejszy od następnego! Wykorzystajcie to!
Nie wiem, czy wiecie, ale do końca tej historii zostało nam równo 100 rozdziałów. A na razie zapraszam was z wielką przyjemnością na rozdział 49 :).
Ulubieniec Losu
Rozdział czterdziesty dziewiąty
Harry powoli opadł na swoje miejsce, w reakcji na wyjaśnienie Dumbledore'a.
Horkruksy. Cząstki duszy uwięzione w obiekcie, stwarzające pseudonieśmiertelność.
O bogowie, to wszystko miało straszliwy sens. Czyż Tom nie powiedział kiedyś czegoś o byciu „oryginalną" duszą? Jak mógł nie zwrócić na to uwagi? Głupi!
To by wyjaśniało, dlaczego i jak Tom zmienił się z Toma, w, no cóż, Voldemorta. Obecnie na pewno były podobieństwa między nimi dwoma, niepokojące podobieństwa, które zawsze niezawodnie posyłały dreszcze tańczące jak diabełki po jego kręgosłupie, ale były także zauważalne różnice. Nie tylko w wyglądzie. Salazarze.
- Więc uważa pan, że Voldemort stworzył… horkruksa? Jest nieśmiertelny? – dopytywał się, starając nie pozwolić swojemu głosowi zadrżeć.
To było przerażające. Po prostu zbyt straszne, by to sobie choćby wyobrazić. Dumbledore może nazywać to Czarną Magią, ale było coś więcej. Ta magia była stara i mroczna, absolutnie zbrukana. Żeby rozedrzeć duszę… to było złe. Naprawdę, prawdziwie złe. Czuł mdłości.
Dumbledore wydawał się poważny, kiedy pochylił się nad biurkiem, by po chwili wyciągnąć dosyć znajomy dziennik.
- Wierzę, że stworzył kilka – oznajmił dyrektor. Kilka? – Już w chwili, kiedy mi to przyniosłeś, wiedziałem, że był to inny rodzaj magii, bardzo Czarnej, bardzo potężnej.
- Kilka? – powtórzył. Dumbledore skinął głową.
- Potrzebuję więcej dowodów, ale myślę, że tak.
Harry zamrugał.
- Na cmentarzu powiedział, że posunął się dalej, eksperymentował więcej niż jakikolwiek inny czarodziej… albo coś w tym stylu. Mógł mówić o horkruksach.
Siedzieli w ciszy.
- Więc, jeśli zniszczymy horkruksy, zniszczymy Voldemorta… - urwał. Mdłości zaatakowały jego gardło z potworną siłą. – Jak można… stwierdzić, że coś jest horkruksem? Czy to musi być martwy przedmiot? – Dumbledore spojrzał na niego z zaskoczeniem. Harry zamknął oczy. Kurwa. O kurwa! – To jest powód, dla którego ja muszę to zrobić, profesorze? Bo jestem horkruksem? Tylko Voldemort może zniszczyć swoje horkruksy? I ja… profesorze, jestem wężousty.
Poczuł suchość w ustach. Głowa Dumbledore'a przechyliła się, wydawało się, jakby gorączkowo o czymś myślał. A Harry chciał po prostu natychmiastowego zaprzeczenia. Czuł się bardzo brudny.
- Tak, to jest powód. – Dumbledore pochylił się do przodu, a jego oczy płonęły smutkiem. – Rozumiesz, dlaczego nie chciałem ci o tym mówić, mój drogi chłopcze… jesteś taki młody. – Harry z trudem przełknął ślinę. I co? Zabije horkruksy, a potem samego siebie?
Nie był nawet cholernym żołnierzykiem, był ofiarą. Musiał porozmawiać z Tomem. Chwila, nie, nie mógł tego zrobić! A co jeśli to ta rozmowa dałaby mu pomysł stworzenia horkruksów? Jak miałby w ogóle rozpocząć taką rozmowę?
- Ja… ja potrzebuję czasu do namysłu – stwierdził cały odrętwiały, podnosząc się. Dumbledore napisał mu zwolnienie z zajęć, które opuścił. Drzwi znów były otwarte.
- Harry – Dumbledore odezwał się cicho. Zatrzymał się przed drzwiami. – To nie Voldemort jest tym, który zaczął tworzyć horkruksy. To Tom.
Milczał przez chwilę.
- Do widzenia, profesorze.
Wszedł na zajęcia Obrony przed Czarną Magią w połowie wykładu. Carrow uśmiechnęła się szyderczo.
- Mam zwolnienie od dyrektora – powiedział stanowczo, uprzedzając jej niewątpliwie drwiącą uwagę.
Jej usta zacisnęły się, odebrała notatkę, przeczytała ją, po czym gniewnie zmiażdżyła w swojej dłoni. Cała klasa nagle wypełniła się szeptami i ukradkowymi spojrzeniami rzucanymi w jego kierunku. Nie patrząc na nikogo, po prostu opadł na puste miejsce przy pustym stole w tylnym rogu pomieszczenia.
W tej chwili naprawdę nie miał ochoty na przeciskanie się i robienie przedstawienia, jakie na pewno spowodowałby, gdyby torował sobie drogę, aby usiąść obok Toma albo Rona i Hermiony. Byłoby to zbyt oczywistą deklaracją tego, po której stronie bardziej stoi, a on naprawdę STARAŁ SIĘ być szary.
Jego lewe ramię pulsowało, wąż wił się żywo i syczał do niego pytania. Nie zawracał sobie głowy tym, aby na nie odpowiedzieć albo spojrzeć w górę.
Cierpko, Carrow ponownie zwróciła uwagę na przednią część swojej klasy i swój wykład na temat defensywnego i ofensywnego wykorzystywania zaklęć zamrażających.
Automatycznie wyjął pergamin i pióro, ale nie poruszył się, aby cokolwiek zanotować, wpatrując się tępo w stół. Czuł, że Ron i Hermiona co jakiś czas próbują złapać jego spojrzenie, ale udawał, że tego nie dostrzega. Pulsowanie jego ramienia stało się zdecydowanie bardziej bolesne, kiedy wciąż ignorował także i ten fakt. Zanim jeszcze zadzwonił dzwonek, jego rzeczy ponownie były spakowane.
Gwar rozbrzmiał wokół niego, a on poczuł, że w tym momencie zaczyna się hiperwentylować i tracić swój humor. Jego wnętrzności ścisnęły się. Od czasu do czasu łapał się na tym, że maniakalnie wbija sobie paznokcie w dłoń, boleśnie naznaczając ją purpurowymi kropkami.
Ruszył do drzwi. W następnej sekundzie poczuł, jakby wpadł na ścianę – albo przynajmniej jego ramię wpadło. Zupełnie jakby zacisnęło się wokół niego imadło, uniemożliwiając mu odejście.
Właściwie nie wiedział, czy naprawdę był paranoikiem, ale mógł przysiąść, że czuł malutką smycz… jak szarpniecie, które kazało mu wracać. Ślizgoni dotarli do niego w tym samym czasie, co Ron i Hermiona. Mógł niemalże wyczuć rozdrażnienie Toma z tego powodu. O niebiosa, czuł go. Horkruksa. Ponownie wbił w siebie paznokcie.
- Harry! – zawołała strapiona Hermiona. Jej ręka zacisnęła się na jego dłoni, rozprostowując mu palce. Ślady paznokci, niesamowicie podobne do tych, które ukrywały węża Toma na jego ramieniu, jarzyły się na jego bladej skórze. – Co się stało? – wypytywała. – Co ci powiedział profesor Dumbledore?
- Nic mi nie jest. To nic takiego… - odparł. Jego słowa brzmiały nieprzekonująco nawet dla niego samego, i snapeowate podniesienie brwi Zeviego tylko bardziej go w tym upewniło.
Próbował kontynuować swoją ewakuację, ale zauważył, że jego ramię wciąż było unieruchomione.
Spojrzał na Toma, rozwścieczony. Ten jednak w żaden sposób na to nie zareagował, jego wyraz twarzy w ogóle się nie zmienił, choć Harry w jakiś sposób był w stanie wyczuć w powietrzu kpinę, wyzwanie. Normalnie Tom poddałby się w tym momencie, kiedy już udowodnił, że może ciągnąć za sobą Harry'ego jak szmacianą lalkę po sznurkach i zmusić go do zrobienia czegoś, jeśli tylko by chciał.
Tym razem nacisk nie zniknął. Tym razem Tom był szczególnie zaciekawiony (i dlaczego wcześniej tak bardzo uważał to za coś dobrego?) i nieszczególnie z niego zadowolony. Tym razem Tom nie miał żadnych skrupułów przed narzuceniem mu swojej dominacji, swojej kontroli.
Chciał powiedzieć Tomowi, aby go puścił, ale oznaczałoby to przyznanie się do posiadania znaku, a nie powiedział o nim nikomu. Oczywiście, zawsze mógł powiedzieć to w wężomowie, ale… horkruks. Właśnie przez niego mógł mówić w wężomowie. Prawdopodobnie właśnie z jego powodu był dość dobry w Czarnej Magii. Do diabła, jak mógł rozpoznać, co jeszcze było nim, a co już Voldemortem? Jego palce zwinęły się i Hermiona wzmocniła swój uścisk na jego ramieniu.
- Harry, wszystko ci, do cholery, jest! – powiedział Ron jednocześnie ze złością i z niepokojem. Wszystko wydawało się skumulować w tej jednej chwili, poziom stresu gwałtownie podniósł się do niebezpiecznej wysokości. Pieprzona nieświadomość.
- Później – powiedział Tomowi. – Nie będziemy o tym teraz mówić. – Tom z trudem ustąpił, nie miał w zwyczaju tego robić. Jednakże, jeśli chodziło o Harry'ego, był zazwyczaj skłonny do kompromisów, więc zgodzi się na później, prawda? To był kompromis. Właśnie w taki sposób załatwiali między sobą sprawy. Tom stawiał na swoim (chyba że Harry'emu naprawdę niezwykle zależało, bo wtedy był skłonny zgodzić się na wszystko), ale Harry otrzymywał „mniej więcej" ustępstwa. Oczy Toma stwardniały.
- Och, ależ tak, będziemy – odparował. Harry z ledwością powstrzymał cisnące mu się na usta przekleństwa. Taak, Tom był naprawdę w okropnym, upartym nastroju. Problemem było to, że nie używał swojej „dwubiegunowości", a więc Harry nie mógł wykorzystać tego jako wymówki. Oko za oko.
Kiedy w żaden sposób mu nie odpowiedział, Tom tylko się uśmiechnął i ruszył w stronę drzwi. Harry czuł, jak jego znak ożywia się, parząc. Jeśli Tom odejdzie jeszcze dalej, a on się nie ruszy, skończy się to na tym, że będzie za nim psychicznie wleczony. Pieprzony sukinsyn. Miał nadzieję, że chłopak nie oczekuje od niego, że przyjmie to wszystko z anielskim spokojem.
- Chodźmy, Złoty Chłopcze – zawołał do niego przez ramię Riddle. Harry zacisnął pięści.
- Zobaczymy się później – oznajmił stanowczo Ronowi i Hermionie. – Będziecie po mojej stronie, jeśli zostanę posądzony o jego morderstwo, prawda? – Zaczęli coś mówić, ale on nadrabiał już odległość, jaka dzieliła go od Toma. – Wyluzuj, dupku, za chwilę rozerwiesz mi rękę – syknął.
- Do środka. – Tom otworzył drzwi pustej klasy.
To był niesprawiedliwie okropny dzień. A to nawet nie było Halloween.
