Rozdział betowała cheroine - której bardzo za to dziękuję.

Veniti, taak, a ja już czuję się zmęczona. Cóż, życie, prawda? ;) Dzisiaj się jednak mimo wszystko postarałam wrzucić wcześniej rozdział, w końcu nie wszyscy będą mieli jutro rano czas na to, by tu zajrzeć ;). I wiesz... nawiązałaś do bardzo ciekawej sprawy w swoim komentarzu, zauważyłaś, co Tom mógł pomyśleć i jak zareagować, jednak... tak jakby w połowie przerwałaś jego przemyślenia. Zauważyłaś je, ale nie doszłaś do tego, do czego on z czasem dojdzie. Nie mogę powiedzieć nic więcej, ale po prostu polecam ci przeczytanie jeszcze raz swojego komentarza i jeżeli... uda ci się dojść do tego wniosku, to myślę, że będzie to moment, o który kiedyś pytałaś, a w którym możesz spróbować wziąć się - jeżeli wciąż tego chcesz - za końcówkę. Wcześniej cię od tego odmawiałam, ale jeżeli wciąż o tym myślisz, to sądzę, że gdyby udało ci się to "coś" wykombinować, to byłby to moment, od którego nie straciłabyś tak niesamowicie wiele jak wcześniej po zerknięciu na to, jak to wszystko się skończy :). Tylko mówię, bo - jeżeli dobrze pamiętam - obiecałam ci, że cię poinformuję, kiedy taki moment nadejdzie ;). I chcesz do Hogwatu? Możemy go razem poszukać, jeżeli chcesz :). Koma, też mam taką nadzieję, chociaż szczerze wierzę, że ci się uda :). Mam nadzieję, że kolejne rozdziały bardziej ci się spodobają. Dzisiejszy może nie, ale kolejne... :). I tak, Tom na pewno będzie próbował trzymać go blisko. Mahakao, na pewno będę w takim razie trzymała kciuki, masz we mnie poparcie :). Cóż, ja mam na jutro wiele, naprawdę wiele roboty, a jeszcze nic nie zrobiłam, więęęc... No, rozumiem :). A Harry'emu nie zawsze się mimo wszystko udaje... Tom jest zbyt sprytny. Czasem wygrywa jeden, czasem drugi. Twój obraz Toma po słowach Harry'ego po prostu zwalił mnie z nóg - och, Boże, to byłoby wspaniałe! Niestety "mój horkruksie" nie będzie zbyt często powtarzane... niemniej jednak zgadzam się, że można się rozpłynąć. To takie zaborcze :).

Dziękuję za komentarze, są bardzo motywujące i dają mi kopa, abym brała się za siebie mimo roboty, jaką teraz mam. Dzisiaj rozdział, tak jak mówiłam, wcześniej. Nie wiem, jak wiele będziecie musieli czekać na kolejny, chociaż bardzo możliwe, że pojawi się on wcześniej niż w piątek :).

Miłego czytania :).


Ulubieniec Losu

Rozdział pięćdziesiąty drugi

Hermiona przez całą Transmutację wysyłała mu spojrzenia pełne dezaprobaty.

McGonagall zabrała mu dwadzieścia punktów za spóźnienie. Przypuszczał, że jedynym powodem, dla którego nie dała mu szlabanu był fakt, że było jej żal jego samego oraz jego oczywistej depresji i desperacji. Nie był pewien, czy to dobrze, czy źle. Nie chciał ani nie potrzebował litości. Ale z pewnością wcale nie chciał też szlabanu.

Tak jak nie był nawet w najmniejszym stopniu zaskoczony, kiedy jego przyjaciółka, zwyczajowo wraz z Ronem (który wyglądał na rozdartego między niepokojem a zmieszaniem), odciągnęła go na bok, kiedy tylko skończyły się zajęcia. Naprawdę, miał już dość bycia ciągniętym przez ludzi, którzy chcieli z nim porozmawiać.

Następne mieli Zielarstwo, więc przynajmniej załatwią to szybko… była to, mimo wszystko, Hermiona. Tom bardzo poważnie podchodził do nauki, tak jak jego przyjaciółka, ale nie zwracał takiej uwagi na zasady i to, czego się od niego oczekuje. A zatem Hermiona będzie uczestniczyła w lekcji, niezależnie od wielkości swojej własnej ciekawości względem Pottera, podczas gdy Tom będzie wskazywać różdżką w jego klatkę piersiową i nie pozwoli mu wrócić na zajęcia dopóki jego własne, samolubne pragnienia nie zostaną zaspokojone. Wolał metody Hermiony. Lepiej na nich kończył; miał nadzieję, że będzie w stanie uporać się z tym, zanim dotrą do szklarni. Czekał obojętnie, aż dziewczyna zacznie.

- Co się z tobą dzieje? – zapytała. – Co się dzieje, Harry?

W zamyśleniu zastanawiał się, czy powinien jej powiedzieć, po czym zdał sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie rozmyślał nad tym, czy zachować coś w tajemnicy przed swoimi najlepszymi przyjaciółmi. Nie naprawdę, nie, kiedy pytali tak bezpośrednio. Czasami martwił się, że spędza zbyt wiele czasu wśród węży. Kiedy twarze zarówno Rona, jak i Hermiony spochmurniały, zamknęły się na niego, zdał sobie sprawę, że zbyt długo milczał.

- To Riddle – powiedział Ron z niesmakiem. To nie było pytanie.

Harry stłumił westchnienie, otwierając usta, aby powiedzieć „częściowo, ale nie wyłącznie", ale Ron kontynuował, zanim miał do tego okazję.

- Nie widzisz, co robi? – To sprawiło, że Harry podniósł brwi… nie widział, ale szczerze był za to wdzięczny. Czy nie zauważał czegoś oczywistego? Groźne spojrzenie Rona stało się bardziej intensywne.

- Nie – odpowiedział w końcu. – Nie widzę. Ale, jak najbardziej, uświadom mnie.

Usta Hermiony zacisnęły się z rozdrażnieniem. To musiało być naprawdę oczywiste.

- On cię od nas odciąga! – wypalił Ron. Harry zamrugał raz… drugi. To było… rozczarowujące i niezadawalające. Roześmiał się z niedowierzaniem.

- To nie ma sensu! Jestem teraz z wami! – zauważył Harry. Hermiona wymieniła z Ronem spojrzenie.

- A ile czasu byłeś z nami wcześniej? Spędzasz więcej czasu z nim i wężami niż z nami – oskarżył go rudzielec. Harry miał niejasne wrażenie, że ta sprawa nie zostanie do końca rozwiązana w czasie drogi na Zielarstwo.

- I ty się z tym zgadzasz? – zapytał Hermionę z odrobiną irytacji w głosie. Przygryzła wargę, kiwając głową. Zgadzała się. – Ale parę dni temu wydawałaś się nie mieć z tym problemów! – Umilkł. – A może to wtedy, kiedy opuściłem lekcję zdecydowaliście, że to problem? – Jej policzki poczerwieniały. Harry natychmiast poczuł wyrzuty sumienia. – Hermiona… - zaczął bezradnie.

- Nie widzisz, jak bardzo się zmieniłeś? Kiedyś myślałam, że to dla ciebie dobrze… wydawałeś się szczęśliwy… ale teraz nie jestem tego pewna! – wyrzucała z siebie gwałtownie. – Masz obsesję, Harry! Ostatnio większość czasu, który ze mną spędziłeś, mówiłeś o nim. Wyglądasz na zupełnie nieszczęśliwego i zamknąłeś się na wszystkich swoich przyjaciół… – Wzięła uspokajający oddech. – Nie rozumiem, co w nich widzisz, co widzisz w nim. – Harry odwrócił się, przyśpieszając kroku.

- Nie rozumiecie – stwierdził.

- W takim razie nam wyjaśnij – rzuciła wyzywająco. Harry zacisnął szczękę.

- Nie jestem, ja… - zaczął i zaraz zamarł, jak się wydawało, na nieskończoność.

- Wypluj to z siebie – wymamrotał Ron.

- Staram się go uratować! – pożałował tych słów, jak tylko je wypowiedział. Na twarzy Rona pojawiło się znużenie, a Hermiony – litość.

- Och, Harry… - zaczęła dziewczyna. Zmrużył oczy.

Przerwała niepewnie, patrząc na niego, jakby był dla niej obcy. Zupełnie niespodziewanie poczuł, jak gdyby tak właśnie było. Gorączkowo próbował sobie przypomnieć, kiedy tak bardzo się od siebie oddalili. Kiedyś byli w stanie wyjaśnić i omówić ze sobą wszystko. Dziewczyna wydawała się zebrać w sobie i zacząć myśleć logicznie.

- A jakie są jego intencje? – zapytała, mocno przełykając ślinę. – Ponieważ nie sądzę, aby był tak honorowy. Jest psychopatą, Harry, skąd wiesz, że nie będzie po prostu udawał zmian, które wie, że chciałbyś zobaczyć, wciągając cię mocniej w to bagno? Skąd wiesz, że akurat teraz się z tobą nie bawi? Bo… - zawahała się – z mojego punktu widzenia, stałeś się szary, ale on sam nie odwrócił się od mroku. On… on cię zmienia i po prostu czasami nie jestem całkowicie pewna, czy podoba mi się ten nowy Harry.

Harry westchnął, a jego gniew zniknął. Jak mógł być zły, skoro po prostu wypowiedzieli na głos obawy już wcześniej wirujące w jego głowie? Wydawała się to zauważyć i kontynuowała.

- On cię izoluje, ucina twoje więzi z Jasną Stroną… jeśli coś pójdzie nie tak, on będzie miał armię, a ty nie będziesz miał nikogo.

- I co – odparł ostrożnie, odnosząc się do ich obu – chcecie bym zrobił? Nie mogę się poddać. Nie mogę po prostu siedzieć i patrzeć, jak staje się… on nie jest Voldemortem. Nie jest.

Hermina ponownie przełknęła ślinę, zagryzając wargi. Ron wyglądał na zawziętego, ale zaniepokojonego. Zbliżali się do cieplarni.

Dzisiaj pracowali z Urolkami*. Profesor Sprout wymachiwała nimi wesoło w czasie lekcji, coraz bardziej rozmazując brud na swojej rozpromienionej postaci.

- Wiecie co – zaczął Harry. – Mówicie, że spędzam z nimi zbyt wiele czasu, cóż, nadchodzący weekend jest weekendem z Hogsmeade, czyż nie? – Nie był pewny, miał wiele na głowie.

- Taak – powiedział Ron. – Chociaż odbywa się też nabór na stanowisko Obrońcy.

- W takim razie, po naborze, spędzę resztę dnia i cały następny z waszą dwójką. Nie rozmawiając o wojnie, Tomie albo czymkolwiek w tym rodzaju. Okej?

Nagły, promienny uśmiech Hermiony i niezgrabny, ale szczęśliwy uśmieszek Rona sprawiły, że to wszystko wydawało mu się warte oczywistych następstw ignorowania Toma przez dwa dni.

W każdym razie, przerwa od chłopaka i tak zrobi mu dobrze. Potrzebował trochę dystansu, aby móc prawidłowo ocenić sytuację…

Horkruksy…


- Tom – zaczął kilka dni później, noc przed weekendem w Hogsmeade.

Chłopak spojrzał na niego, podnosząc pytająco brwi. Tak jak Harry podejrzewał, Tom zrobił się przytłaczający. Harry miał teraz zaledwie chwilę dla siebie i robiło się to męczące. Nie wspominając o tym, że jeżeli Tom był wcześniej zaborczy i dziwnie ochronny, to teraz był po prostu koszmarem.

Prawie pozbawił Abraxasa głowy, kiedy Malfoy przypadkowo wpadł na niego w przeludnionym korytarzu, zmuszając go do lekkiego upadku.

- Myślisz, że staniesz się nim? - Teraz, kiedy zaczął go obserwować, zauważył malusieńki cień zaskoczenia na jego twarzy.

- Skąd to nagłe pytanie? – zapytał Tom, ponownie wracając wzrokiem do swojej książki, jak gdyby odrzucając od siebie absurdalność tego pytania. Harry nie dał się oszukać. Uwaga Toma wciąż była intensywnie na niego zwrócona, jakkolwiek mógł tego nie okazywać.

- Ciekawość – odparł nonszalancko. To spojrzenie ponownie na chwilę podniosło się na niego.

- Masz jutro testy na Obrońcę, czyż nie? Idziesz później do Hogsmeade?

- Taak, ale spędzę ten weekend z Ronem i Hermioną, więc pójdę z nimi i być może z drużyną quidditcha… Myślę, że Angelina chciałaby wziąć nas gdzieś razem na jakieś „zajęcia integracyjne" albo coś w tym stylu, aby zobaczyć, jak się dogadujemy… - odpowiedział.

Palce Toma pobielały, ściskając jego książkę.

- Na własną rękę?

- Nie – powiedział z uśmiechem. – Z moimi przyjaciółmi. Ale i tak, nie odpowiedziałeś na pytanie?

- Nie sądzę, że to zrobię – oznajmił Tom, nawet nie zadając sobie trudu, aby ponownie zacząć czytać. – Uczę się na własnych błędach.

- Przypominajka sugeruje coś innego – odparował, nie mogąc się powstrzymać. – Czy to nie twoja teoria? – Oczy Toma pociemniały i dreszcz przebiegł po jego lewym ramieniu.

- I ja wyraźnie sobie przypominam, że dość dosadnie wytykałeś, że to jedynie teoria – zripostował dziedzic Slytherina.

- I ja wyraźnie sobie przypominam twój sceptycyzm, tak więc się tak zastanawiałem… - Wzruszył ramionami. Tom milczał, przyglądając mu się uważnie.

- Ci Gryfoni mają na ciebie zły wpływ. Sprawiają, że stajesz się paranoiczny.

Jakaś złowroga nutka brzmiała w jego tonie.

To nie był koniec. Wszystko dopiero miało się zacząć.


* Urolek – mały troll o dziwnie uroczych rysach.