Rozdział betował mój osobisty bohater – cheroine. Dziękuję! :)

Gościu (?), oczywiście, że jest skromny! :) Masz rację, przedstawienie odegrane zostało bardzo dobrze, chociaż musiało takie być, w końcu próbowali wyprowadzić w pole samego Czarnego Pana ;). Rozdziały powoli zaczynają kończyć się w coraz to lepszych momentach, niektóre zaczynają być trochę dłuższe i taka właśnie będzie ich tendencja – co jest niesamowicie różne od tego, jak przedstawiały się pierwsze rozdziały. A co do czasu przeszłego – pamiętaj, jaki jest kanoniczny Ron. Wszystko wyolbrzymia. Jest zazdrosny… Ariano, taak, to bardzo niezwykłe u tego rudzielca. Chociaż ma rację – zna Harry'ego tak długo, że już wyczuwa, jakie mniej więcej powinny być jego reakcje :). I masz rację, wyglądają jak para – i jeszcze się dziwią, że wszyscy myślą, iż nią są ^^. Doprawdy… CaffeLatte, proszę bardzo, wprawdzie rozdział miałam wstawić dopiero jutro pod wieczór, ale… proszę :). Dla ciebie. I tak, znajomość języka jest dość przydatna, chociaż i tak zawsze sobie ulubione rozdziały tłumaczę na język polski, by mieć je ładnie napisane w języku ojczystym – zresztą cztery ulubione rozdziały i tego opowiadania miałam już przetłumaczone nawet jeszcze zanim zdecydowałam, że to przetłumaczę. Ale jeszcze czekają cierpliwie, będziecie musieli na nie trochę poczekać :).

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy skomentowali ostatni rozdział. Już mogę wam powiedzieć, że kolejny pojawi się znowu gdzieś w sobotę, ale raczej pod wieczór (w nocy?), w każdym razie na pewno nie rano – od piątku rana do sobotniego popołudnia nie będzie mnie w ogóle w domu, tak więc na pewno nie będę miała czasu na zajmowanie się rozdziałem. Ale wieczorem – jak najbardziej :).

Dzisiaj rozdział spokojniejszy, ale nie martwcie się. Pozwólcie Harry'emu na kilka względnie spokojnych dni, bo niedługo biedaczka znów coś spotka. Niech i on ma coś z życia ;).

Miłego czytania, moi drodzy.


Ulubieniec Losu

Rozdział sześćdziesiąty drugi

Jakiś czas później Harry powoli wszedł z powrotem do Pokoju Wspólnego Ślizgonów.

Sądząc po spojrzeniach, jakie otrzymywał od Gryfonów (nie wliczając Ginny), wkrótce ponownie będzie mile widziany w jaskini lwa, szczególnie, że mówiono, jakoby ponownie „pokonał" Voldemorta.

Jednakże, w pewnym sensie, na samą myśl o powrocie do Wieży czuł się dziwnie, mimo silnego sentymentu, jaki miał do tego miejsca. Za bardzo przyzwyczaił się już do Slytherinu, jego mroku i podgrzewanych, kamiennych podłóg. Przyzwyczaił się do potyczek o władzę i zmieniającej się ciągle atmosfery, pokręconych i zakręconych oddziaływań.

Nagle, przerażająco, niewytłumaczalnie, otwartość twarzy i odwaga Gryfonów wydała się mu zniechęcająca. Nie był pewien, jak poradziłby sobie z bezpośrednim zagrożeniem lub czy nie byłby paranoikiem i nie szukał w Gryfonach czegoś, czego w nich nie było. Chciał tam wrócić, naprawdę, ale był… nie mógł znieść tego, że niektórzy członkowie jego domu całkowicie odwrócili się od niego, kiedy rozpoczął swoją współpracę z wężami.

Cały ten weekend, cóż, właściwie to już nie ten weekend, weekend w Hogsmeade, dla wszystkich był już przeszłością, wszędzie spychany do odległych zakamarków umysłów, tylko jemu działo się jakoś zupełnie odwrotnie.

Pomimo swojego wesołego, stosunkowo radosnego nastroju, w głębi siebie czuł się niesamowicie zagubiony. Na dodatek był przerażony, kiedy pozwalał sobie na powrócenie myślami do swoich wcześniejszych działań.

Igranie z Voldemortem było zabawne, ale miało swoje konsekwencje. Niebezpieczne i bolesne. Voldemort będzie wściekły, kiedy dowie się, że sobie z nim pogrywał… Voldemort. To było prawdziwe pranie mózgu, o ile w ogóle wiedział, co to jest. Co sobie Czarny Pan myślał, tak nagle nadchodząc i odchodząc? To nie miało żadnego sensu, wydawało się przypadkowe… a jednak. Coś w wypowiedzi Mrocznego Lorda sprawiło, że jego skóra cierpła. Rozumiesz, jak wiele to zmienia, Harry. To niczego nie zmienia! Voldemort wciąż chciał jego śmierci, a on wciąż chciał śmierci Voldemorta. To niczego nie zmieniało, to nie byłoby możliwe.

Więc dlaczego zachowywał się w taki sposób?

Jeśli kiedykolwiek chciałbyś porozmawiać o tym… wydarzeniu, wiesz, gdzie mnie znaleźć. Nie rozumiał. Voldemort powiedział Tomowi, że, w gruncie rzeczy, miał gdzieś to, że Harry był jego horkruksem, ponieważ miał lepsze… więc dlaczego zachowywał się w taki sposób? Prawdopodobnie po prostu próbował namącić Harry'emu w głowie albo coś w tym stylu. To nie działało.

Opadł na fotel, wyciągając ogromny stos zaniedbanych zadań domowych z czasu, który spędził w Skrzydle Szpitalnym, patrząc na niego, jakby ten miał go zaraz ugryźć.

Spróbował się skoncentrować, ale uznał, że nie jest w stanie, zwłaszcza, iż czuł skierowane na siebie oczy. Wpatrywały się w niego w zadumie. Podniósł wzrok. Tom nieznacznie skinął głową w kierunku drzwi Pokoju Wspólnego i Harry wstał.

Była godzina policyjna, ale czy kiedykolwiek się tym przejmował? Dość łatwo było uniknąć nauczycieli, większość z nich sama zajęta była spaniem. Jasne, miał pracę domową… ale… Jeśli Hermiona by tu była, spojrzałaby na niego groźnie.

Ślizgoni spojrzeli w górę, kiedy ich dwoje wychodziło, wzrokiem odprowadzając ich aż do drzwi. Pewnie myśleli, że „wyślizgują się" na jakąś sekretną, pełną obściskiwania schadzkę albo coś w tym rodzaju. Nie był gorzki albo ironiczny… no, może troszeczkę. To było męczące, zwłaszcza, że większość ludzi uważało, iż Tom faworyzuje go jedynie z tego powodu. Wprawdzie nie miało to znaczenia, ale było ciut obraźliwe. Nie wspominając o tym, że poniżające. To całe zamieszanie bawiło także i jego, ale tak jak każdy żart, i ten już się zestarzał.

Bawiło go, kiedy Tom igrał z tym pomysłem, ale denerwowało, kiedy robił to ktoś inny. Nie miał zamiaru tego psychoanalizować.

Kiedy szli, przyglądał się ostrożnie Riddle'owi, zastanawiając się, czego ten od niego chciał. Zatrzymali się przed Pokojem Życzeń, Tom przeszedł przed ścianą trzykrotnie, po czym wszedł, pozostawiając drzwi otwarte. Harry wślizgnął się do pokoju.

Był to dla Harry'ego jeden z jego ulubionych pokoi, jakie przywoływał Ślizgon, kiedy Tom nie kopiował Pokoju Wspólnego Slytherinu (jak robił to w dziewięćdziesięciu procentach, ponieważ to Riddle go kontrolował).

Spojrzał na chłopaka z ciekawością.

Pokój był przestronny i jasny, otwarty na niebo tak jak Wielka Sala. Wydobył z siebie zadowolone westchnienie, po czym wszedł dalej. Uwielbiał patrzeć na gołe niebo, a dziś wieczorem było ono bardzo gwiaździste.

Tom opadł na kanapę, wyciągając się na niej elegancko, z lekkim rozbawieniem obserwując jego wyczyny. Złoty Chłopiec ponownie tylko wzruszył ramionami; lubił niebo. Riddle uniósł brwi, nieznacznie się uśmiechając, jak gdyby chciał powiedzieć „wiem" w bardziej niż sarkastyczny sposób. Harry przewrócił oczami, kierując się w stronę kominka i siadając przed nim na podłodze.

Lubił ciepło płomieni, sposób, w jaki migotały, ciągle się zmieniając… i nigdy nie mógł tak po prostu siedzieć naprzeciwko ognia w Pokoju Wspólnym Ślizgonów, bo gdyby tak zrobił, ludzie podświadomie odebraliby to jako komunikat „posiadam niższy status". Z tego powodu zaczął zastanawiać się, dlaczego w takim razie czuje się komfortowo robiąc tak przed Tomem – po czym doszedł do wniosku, iż to prawdopodobnie dlatego, że cholernie doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że dziedzic Slytherina uważał, iż każdy jest od niego gorszy, tak więc nie robiło mu to żadnej różnicy.

Poza tym, Tom również się zrelaksował, nigdy nie rozkładał się na całej kanapie w Slytherinie, nawet kiedy nikogo już tam nie było.

To horkruks. Jakimś cudem po prostu czuł się spokojniejszy w towarzystwie Toma. Przez chwilę zastanawiał się, czy działało to w obie strony.

Przez chwilę siedzieli w zaskakująco komfortowej ciszy, kiedy czekał, aż przyszły Czarny Pan zacznie mówić.

Kiedy Tom wciąż się nie odzywał, w końcu rozejrzał się ponownie. Głowa chłopca opierała się o ramię kanapy, przechylił ją do tyłu i jego oczy patrzyły na gwiazdy, jak gdyby mogły one ujawnić jakieś tajemnice. Nagle złe wydało mu się zapytanie się, czy miał jakiś powód, aby zwołać to improwizowane spotkanie, nawet jeśli jakiś był. Niemniej jednak, wciąż przyglądał się drugiemu chłopcu, po czym w końcu zrozumiał.

Tom wcale nie był tak zrelaksowany, jak wskazywałaby na to ta jego zrelaksowana postawa… cóż, był zrelaksowany… ale był również zamyślony. I…

- Jesteś zmartwiony – powiedział, zaskoczony tą myślą, po czym skrzywił się wewnętrznie, kiedy zdał sobie sprawę, że właśnie z taktem godnym tępego młota wyciągnął na wierzch coś, z czym Tom próbował się pogodzić sam.

Nie było to w ogóle zauważalne, po prostu podejrzenia zaczęły rodzić się w tylnej części jego umysłu. Oczy Toma przeniosły się na niego.

- Hmm? Co mówiłeś?

- Jesteś zmartwiony – powtórzył ostrożnie. Riddle wpatrywał się w niego przez chwilę.

- Tak jak ty. – Było wszystkim, co odpowiedział. Harry niemal się roześmiał; Tom za pomocą trzech słów był w stanie przenieść rozmowę z siebie na kogoś innego.

- Co jest? – zapytał zamiast tego.

- Nic mi nie jest – uciął Tom, tym razem nieco ostrzej. Harry przechylił głowę, zastanawiając się, czy powinien zmierzać za swoim przeczuciem. Nie, nie można tego było nazwać nawet przeczuciem. Nawet jeśli miał rację, nie mógł tego tak po prostu powiedzieć, Tom uznałby wszelkie pocieszenie i oferowane wsparcie jako wyraz słabości i odepchnął je z powrotem. I to o to chodziło.

Słabość, coś, czego Tom tak bardzo nienawidził i czego tak bardzo się bał. Wzruszył ramionami, odwracając się do kominka, udając, że się poddaje. Tylko jak do tego podejść? Och…

- Tom… - zaczął niepewnie. – Znasz Voldemorta?

- Co z nim? – Wzrok Riddle'a znowu przeniósł się na niego, a jego ciało poruszyło się, w ułamku sekundy zmieniając swoją pozycję.

- Wiesz o co chodziło z tym całym „nic się nie zmieniło"? W twoim wspomnieniu za bardzo się tym nie przejmował…

- Co, uważasz, że pokazałem ci nieprawdziwe wspomnienie? – zapytał Tom, co sprawiło, że natychmiast pokręcił głową. Coś takiego nawet nie przyszło mu do głowy. Oczy dziedzica Slytherina wydawały się prześwietlać jego duszę, kiedy kontynuował. – A może mi nie ufasz?

- Oczywiście, że ci nie ufam – odpowiedział natychmiast Harry, zauważając, jak Tom zaciska szczękę, zanim uśmiechnął się lekko. – Nigdy nie ufaj Mrocznemu Lordowi, ale nie, nie myślę, że manipulowałeś tym wspomnieniem, nie bądź śmieszny, rzuciłbym się na ciebie, gdybym uważał, że tak zrobiłeś. Jestem po prostu ciekawy, czy masz jakąś teorię na temat tego, w co on gra. Znaczy, to było nieco dziwne, nie uważasz? Z drugiej strony, to Voldemort… wszystko, co mówi, to jakieś kompletne głupoty – ciągnął Harry, przyglądając się Tomowi tak uważnie, jak tylko mógł, nie zostając na tym przyłapanym.

- Zastanawiam się, czy nie powinienem się za to obrazić – stwierdził łagodnie Tom. – Z jakimi głupotami wyskoczył? Bo jeśli zamierzasz przeprowadzić kolejny ze swoich świętoszkowatych wykładów o moralności, powinieneś wiedzieć, że nie jestem teraz w nastoju na twoje dowcipy.

Łał, był to, właściwie rzecz biorąc, najbardziej bezpośredni sposób przyznania przez Toma, że coś było nie tak. Był na dobrej drodze. Miał nadzieję.

- Cóż. – Harry niedbale wzruszył ramionami. – To wszystko rozchodzi się o bycie żałosnym i słabym, ale daj spokój, obaj wiemy, że taki nie jesteś. – Mógł przysiąc, że Riddle przestał oddychać.

- Tak, Harry, nie martw się o to, że ma on całą armię na swoje rozkazy… ja mam moc – powiedział drwiąco Tom, uśmiechając się, jak gdyby cała ta rozmowa nic dla niego nie znaczyła. Harry wiedział jednak lepiej.

- Tym lepiej dla drania, ma się czym zasłaniać – odparł, uśmiechając się, jak gdyby sam taki pomysł go rozbawił. – A tak na poważnie, jest całkowitym tchórzem, twoje groźby sprawiły, że uciekł z podkulonym ogonem. Jest tobą przerażony.

Harry przywołał na swoją twarz wyraz zamyślenia.

- Jak myślisz, dlaczego ci uwłaszcza? Stara się poczuć lepiej? Mimo wszystko jest ledwie cieniem tego, kim ty jesteś.

- Uważaj – odpowiedział spokojnie Tom – gdybyś go jednocześnie nie znieważał, mógłbym pomyśleć, że prawisz mi komplementy.

- Nigdy – zapewnił go uroczyście Harry. – Jest, mimo wszystko, moim obowiązkiem upewnienie się, że twoje ego nie urośnie jeszcze bardziej. Lestrange nie pomaga. Pochlebca. Wiesz, naprawdę uważam, że doceniłby psie herbatniki na Boże Narodzenie, prawdopodobnie miałby z nich nawet uciechę…

- A mówią, że to ja jestem okrutny – skomentował sucho Tom.

- Inny powód tego, że Voldemort jest żałosny – rozmyślał Harry. – Ty masz mnie, więc, oczywiście, masz moc wzbudzającą trwogę na samo wspomnienie.

- I skromność, co? – Tom uśmiechnął się, chociaż Harry zauważył, że uśmiech ten był mniej wymuszony niż poprzednim razem i zmarszczył brwi.

- Nie bądź śmieszny, nie masz ani krztyny skromności. Jesteś aroganckim palantem – odparł.

Wyraz twarzy Toma był uosobieniem niewinności.

- Serio, Harry, kiedy tylko zacząłem myśleć, że uda nam się przeprowadzić miłą rozmowę, podczas której nie będziesz mnie obrażał, ty wyskoczyłeś i powiedziałeś coś takiego…

- Taak, cóż, mógłbyś pomyśleć, że ktoś mnie wielosokował. Musiałem się upewnić, że wiesz, iż wciąż rozmawiasz ze mną, a tak poza tym, mówiłem samą prawdę…

- Dupek.

Nastąpiła chwila ciszy, tym razem wypełniona poczuciem osiągniętego celu. Tom nie odrzucił tego, co powiedział i on sam nie uważał, że był zbyt bezpośredni.

- Obawia się też ciebie, wiesz? – powiedział Tom, tym razem cicho, odkładając żarty na bok. Harry wpatrywał się w ogień, a jego szczęka nagle zacisnęła się. – Myślę, że to dlatego próbuje namącić ci w głowie… boi się, że go pokonasz, coś sprawia, że wierzy, iż to potrafisz. – Przerwał na chwilę. – Nie mam pojęcia, co dokładnie, przecież to ty – dodał szyderczo Tom. – Ale czarodziejski świat także wydaje się w to wierzyć.

Harry z trudem przełknął ślinę. Ta rozmowa zmierzała w niebezpiecznym kierunku.

- Czarodziejski świat wierzy w wiele rzeczy, tak jak powiedziałeś – odparł.

- Ale jednak… - Tom patrzył na niego z widoczną fascynacją, kiedy udawał, że ponownie błądzi myślami, po czym uśmiechnął się olśniewająco, a Harry zaczął czuć się bardzo niezręcznie z powodu tak skupionej na nim uwagi. – Powinniśmy wrócić do Pokoju Wspólnego. Myślę, że czeka tam na ciebie duży, przyjazny stos zadań domowych.

Tom wstał z gracją, po czym skierował się ku drzwiom. Harry jęknął, przypominając sobie o tym, nie ruszając się z miejsca.

- Wiesz, gdyby ktoś pomógł mi z tymi zadaniami… - zaczął.

- Nie zrobię za ciebie twojej pracy domowej – odpowiedział natychmiast Tom. – Nie bądź leniwy.

- Tego są tony. Będę miał zaległości. I wszystko zepsuję. To będzie twoja wina.

- Jestem pewien, że moje sumienie będzie płakać nad tym każdej nocy – oznajmił Riddle. – Naprawdę.

Harry warknął, ale wstał po chwili, ostatni raz spoglądając na zaczarowane niebo – teraz niestety pełne chmur – po czym skierował się z powrotem do Pokoju Wspólnego.

Za kilka tygodni było Boże Narodzenie.