Za zbetowanie rozdziału bardzo dziękuję cheroine.
Niezrównoważona, bardzo ci dziękuję za miłe słowa :). I tak, Lestrange zakochał się w Tomie, biedaczek… Na zabój, taak, myślę, że do doskonałe określenie – bardzo pasuje do całej sytuacji :). Czy tłumaczenie potrzebuje zdolności pisarskich – szczerze trudno mi powiedzieć. Całą robotę odwala, że tak powiem, autorka. Z całą pewnością sama nie potrafiłabym napisać czegoś takiego, więc myślę, że mimo wszystko tłumaczenie jest o wiele, wiele prostsze – tylko może trochę bardziej czasochłonne :). Cookies. Alice, przepraszam :). Little Hangleton i dlaczego Tom chce tam pójść, to wszystko zostanie niedługo wyjaśnione. :) Na razie nawet Harry nie wie, do czego zmierza Riddle. Cygnus jest jedną z najbardziej złych postaci w tym ficku, jest szalenie zazdrosny, a zazdrość może uczynić naprawdę wiele złego (i ciekawego dla czytelnika :)).
Bardzo, ale to bardzo dziękuję za wasze komentarze :). Do czwartku pojawi się kolejny rozdział, ale jeszcze nie wiem, w jaki dokładnie będzie to dzień – myślę, że to zależy od was :).
Mam nadzieję, że rozdział – mimo tego, jaki dziwny jest – wam się spodoba. Życzę wam wszystkim miłego czytania i cierpliwości w czekaniu na kolejny rozdział :).
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział sześćdziesiąty czwarty
To było dziwne, oczekiwał niemal natychmiastowej konfrontacji z Lestrange'em, ale ta nie nadeszła.
Głupotą z jego strony było wypatrywanie zmian w zachowaniu drugiego chłopca tylko z powodu tego, że odbył tę rozmowę z Tomem, bo Lestrange oczywiście nie był jej świadomy, tak więc nie było żadnego prawdziwego powodu, dla którego miałby nagle i drastycznie wymusić walkę. Ale jednak było to niepokojące.
Zgodził się pójść z Tomem do Little Hangleton, chociaż myśl o tym przerażała go o wiele bardziej, niż sam się do tego przyznawał. Nie spodziewał się nigdy, że wróci tam po wydarzeniach na czwartym roku, nie chciał tego, wciąż nie był szczególnie zachwycony tym pomysłem. A mimo tego tam szedł. Musiało to coś dla Toma znaczyć, skoro tak bezpośrednio poprosił o coś takiego, dając mu możliwość odrzucenia tej propozycji.
Na lekcji wróżbiarstwa siedział z Ronem, żaden z jego… z przeszłych Ślizgonów nie uczęszczał na te zajęcia, ale Draco też tu był, po drugiej stronie sali.
Po tej całej sprawie z przypominajką lepiej dogadywał się z najmłodszym Malfoyem.
Ron nie.
Nic nie mógł na to poradzić, ale pamiętał, że pod tą swoją czystokrwistą maską blondyn wyglądał na nieszczęśliwego. Harry też byłby nieszczęśliwy, gdyby jedynym jego towarzystwem byli Crabbe i Goyle.
Jego głowa pulsowała. Naprawdę pulsowała.
Mocny zapach kadzidła roztaczający się po pokoju był przytłaczający, duszący, a woń Sherry ciągnąca się za kręcącą się pomiędzy nimi Trelawney nie pomagała.
Nie mógł się skoncentrować.
Ron patrzył na niego z niepokojem, ale on skupił się na powstrzymaniu mdłości, na zebraniu otoczonych mgłą myśli. Trelawney trajkotała nad pracą Parvati, jej głos brzmiał ostro i dzwonił mu w uszach. Dalej się osuwał. Och boże, jego głowa…
Jeśli to była sprawka Toma, miał zamiar zabić drania.
- Harry, wszystko w porządku, stary? – zapytał nisko Ron, pochylając się nad kryształową kulą, która zajmowała ich stolik. – Trochę pozieleniałeś.
- Nic mi nie jest – powiedział słabo, wysyłając mu uśmiech.
Ron nie wyglądał na ani trochę przekonanego.
W następnej sekundzie ból eksplodował do imponujących rozmiarów, jak gdyby ktoś po prostu walnął młotem w jego czaszkę.
Jęk uciekł z jego ust, palce ścisnęły gwałtownie jego włosy, szarpiąc nimi, zdesperowane, by jakoś złagodzić to uczucie.
Po chwili zblakło ono, pozostawiając go bez tchu z poczuciem ulgi, tylko po to, by rozpocząć się od nowa, jak fala. Wtedy uświadomił sobie, co się dzieje.
Voldemort atakował mentalnie osłony oklumencyjne, które Tom tak dawno temu ustawił w jego głowie.
Panika uciskała jego klatkę piersiową; nie był na to gotowy, jego oklumencja była do dupy. Nie mógł zrobić nic, prócz próbowania go powstrzymać. Następny atak niemal sprawił, że zemdlał. Wstał chwiejnie. Musiał wyjść z klasy, kiedy jeszcze był w stanie to zrobić.
- Potter. - To był Malfoy, którego twarz pobladła ze strachu, a głos załamał się.
- Nie teraz – wychrypiał, kładąc ręce na głowę, zataczając się. Była gorąca i lepka, szarpnął je z powrotem, aby zobaczyć, że jego palce pomazane były purpurą.
O kurwa. Jego blizna krwawiła. Dlatego Malfoy panikował.
Zmysłami wyczuwał, jak uczniowie zaczynają szeptać, głupkowato podekscytowani, słyszał ciężki oddech Trelawney oraz przeklinającego głośno Rona.
- Hej, wracajcie do pracy – rozkazał szorstko jego najlepszy przyjaciel.
W następnej sekundzie ktoś – dwie osoby – chwyciły go pod ramię, utrzymując w pozycji pionowej. Ledwo mógł coś zobaczyć, zaślepiony agonią.
Wiedział, że dopiero się zaczęło. Voldemort był wściekły. Wiedział już, że go ograli. Gdzieś w głębi siebie Harry poczuł ulgę, że ta konfrontacja wkrótce się skończy i zniechęcenie tym, że Voldemortowi nie zabrało dużo czasu zdanie sobie sprawy z tego, co zrobili. Oczekiwał zbyt wiele. Voldemort wciąż pochodził od Toma, a Tom był geniuszem.
Spojrzał na ludzi, którzy go podtrzymywali – Ron i… Draco? Gdyby był w bardziej zdolnym do logicznego myślenia stanie, skomentowałby to pewnie stwierdzeniem, że cuda się jednak zdarzają, jak teraz, kiedy dwaj śmiertelni wrogowie starali się ze sobą współpracować.
Jednak chwilowo bardziej był zajęty skupianiem się na tym, aby przesuwać swoje stopy do przodu, starając się nie poddać i nie ugiąć pod wpływem umysłu Voldemorta, bo ten mógłby całkowicie zniszczyć otaczającą jego umysł barierę. Kruszyła się, a co ważniejsze, kruszyła się szybko. Następna fala ugięła jego kolana, tak, że zatoczył się, aby oprzeć się o ścianę.
- Harry? – Głos Rona był wysoki z paniki.
- Jest dobrze – wymamrotał. – Je-achhh… - Powstrzymał przekleństwo cisnące mu się na język. Miedź pojawiła się w jego ustach.
Przez kilka sekund wszystkim, czego był świadomy, był chłód zbierający się wokół niego i nacierający na jego ciało. Teraz już leżał na podłodze, nie pamiętając, co dokładnie się wydarzyło, ale nie przeszkadzało mu to. Podłoga była tak przyjemnie zimna w porównaniu z jego ciałem.
- Co mamy robić? – powtarzał ciągle Draco. – Potter… Harry… co chcesz, abyśmy zrobili?
Jęknął, zwijając się, nie odpowiadając.
Słyszał krzyk, udręczony krzyk, odbijający się echem po korytarzu i chwilę później zdał sobie sprawę, że należał do niego. Łza wypłynęła upokarzająco z jego oka, ale on śmiał się szaleńczo. Bariery wciąż się trzymały, prawie, a Voldemort był wściekły. Drażniło go to.
- Harry, proszę – powiedział Ron, potrząsając nim lekko. – Musimy zanieść cię do pani Pomfrey, co się dzieje? Czy to on?
- Na Salazara, nie trzęś nim – i tak już go boli… - zauważył ostro Draco.
- Wiem, że go cholernie boli, ty dupku – odwarknął Ron. – Co proponujesz, byśmy w takim razie zrobili, skoro jesteś taki mądry?! – Harry skrzywił się na ten głośny dźwięk. Tom. Potrzebował Toma.
- Co to było? – W następnej chwili Ron pochylił się bliżej, niemal stykając się z jego twarzą. – Riddle? Do czego go, do cholery, potrzebujesz? Jeśli to on ci to zrobił… - zaczął Ron niebezpiecznie, ochronnie.
- Oczywiście, że tego nie zrobił – sarknął Draco. – Serio, czy w ogóle nie widziałeś ich razem? Wiesz, jakie ma teraz zajęcia… Harry?
Więcej bólu, tak intensywnego, że nie mógł się na niczym skupić.
Jeszcze wyraźniej wyczuł teraz Mroczną obecność. Tom był dobry w oklumencji… ale jego, znaczy się Voldemorta, legilimencja była jeszcze silniejsza. Pęknięcia zaczęły pojawiać się w jego osłonie, małe szczeliny, które poszerzał najeżdżający na niego umysł, tworząc z nich otwory, przez które mógłby wejść. Czuł się, jakby jego umysł był rozdzierany wewnętrznie. Był rozdarty wewnętrznie.
Nie mógł myśleć… On… Nie wiedział, ile czasu minęło… On… Nie myślał, żeby dobrym pomysłem było wołanie Toma. Jeśli nie było paradoksu, nie mógł nic zrobić, po prostu byłoby to jeszcze bardziej upokarzające… i jeszcze…
- Harry? – Nowy głos. Znajomy głos i stare głosy – Rona? – wyniosły się mu z drogi i wymieniły z nim. Ten nowy głos był łagodny, łagodnie litościwy i spokojny, ale tak niesamowicie głośny.
Tom. To był Tom. Naprawdę przyszedł. Harry nie rozumiał… Tom czuł jego emocje. Bycie tak blisko bolało go, chociaż może nie tak bardzo, jak ból, w którym był Harry.
Riddle zaklął.
Gdzieś zadzwonił dzwonek, a może to nie dzwonek, nie mógł zbyt wiele o niczym powiedzieć. Kroki łomoczące pod jego głową… a może było to bicie jego serca.
Palce, zimne palce otoczyły jego, zabierając je z dala od głowy. Walczył przeciwko temu… mocny uścisk pomógł trochę, coś fizycznego odciągało jego uwagę od psychicznej inwazji.
- Harry… Harry, pozwól mi zobaczyć. – Głos był władczy, nieustępliwy, a on od razu go usłuchał, odsuwając palce. Usłyszał gdzieś dźwięk przerażenia, ale wiedział, że nie wydała go postać znajdująca się przed nim.
Kto to był… och… no tak. To był Tom. Dlaczego Tom był tutaj? To raniło także i jego.
- Masz szczęście, że nie jestem wrażliwy – zauważył dziedzic Slytherina, ręce na jego twarzy stały się uporczywe… nie pozwalając mu ponownie pogrążyć się w spokojnej ciemności. – Okej, spójrz na mnie, Harry, no dalej, pozwól mi zobaczyć te oślepiające zielone oczy… - Z trudem otworzył lekko jedno oko, świat wirował wokół niego.
- Oto właśnie chodziło… - oznajmił Tom, brzmiąc jedynie odrobinę protekcjonalnie.
Harry chciał powiedzieć, że nie jest dzieckiem, ale nie mógł znaleźć słów.
- Jeśli nie jest to twoja granica wytrzymałości, to nie wiem, co nią jest… Skup się na mnie, okej? Skup się na blokowaniu go, naciskaj, walcz, cokolwiek, co uważasz za naturalne, ale nie pozwól mu wejść, robisz to? – żądał od niego głos.
Kto? Tom. To wciąż był Tom. Co się działo?
Och, tak, siłą stworzył sobie drogę do umysłu Pottera, tego bezczelnego dzieciaka. Jak śmiał robić głupca z Wielkiego Lorda Voldemorta? Prawdziwy horkruks. Wyglądało na to, że Tom, jedno wielkie utrapienie, zostawił kilka śladów swojej obecności, ale nie było to nic, czego on nie mógłby pokonać. Był silniejszy niż ten nastolatek kiedykolwiek będzie… Nie.
To nie była prawda.
Był Harrym, prawda? Furia i uczucia szalały w jego krwioobiegu. Tom nadal blokował jego umysł… ha ha… Tom Riddle, mentalny stróż. Zabawne.
- Tom? – wymamrotał.
- Kto inny? – odparł oschle Tom. Odpowiedziałby mu, gdyby ból znów nie osiągnął punktu kulminacyjnego.
Jego dłonie wystrzeliły w kierunku głowy, ale ktoś je chwycił i przyciągnął do jego boku, walczył z tym, ale nie mógł się ruszać, otoczony przez coś… ramiona… kołyszące nim lekko. Zimny głos w jego głowie.
Tak słaby. Tak żałosny. Nie może ochronić nawet swojego własnego umysłu… bezczelny… zabij kogoś. Nie, nie chciał nikogo zabić.
- Harry, Harry proszę, musisz z nim walczyć. – Hermiona też tam była.
Kiedy Hermiona się tutaj znalazła? Była zbyt głośna, krzyczała, czy ona krzyczała? Czy ktoś krzyczał?
Och. To on. Kto jeszcze był tutaj? Kto go trzymał? Tom. Kiedy Tom się tutaj znalazł?
Ha… Tom naprawdę niemal go przytulał.
- Pieprz się – zasyczał głos blisko jego ucha, a jego oddech załaskotał go. – Próbujesz tam chociaż? Włóż w to trochę wysiłku, ty leniwy nierobie. Rujnujesz tutaj moją reputację… Prawdopodobnie wyglądam całkowicie śmiesznie… i zakrwawiłeś całą moją koszulę… wisisz mi teraz dwie koszule, nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę…
Harry roześmiał się na to. Zimny głos wyblakł nieznacznie.
- Hej, przestał krzyczeć! – zauważył ktoś z podnieceniem.
Przestał krzyczeć? Tak więc radość była dobra? Bycie szczęśliwym oznaczało mniej bólu. Musiał być szczęśliwy. Co… co było szczęśliwe? Był taki zmęczony.
- Hej, hej, zatrzymaj się – wrócił natarczywy głos. – Nie powiedziałem, że możesz zrobić sobie przerwę… nie waż się stracić na mnie przytomności. Pomyśl o tych wszystkich plotkach, które pojawiłyby się, gdybyś zemdlał na mnie, nie chcesz tego, prawda?
Nie, nie chciał. Choć byłoby to całkiem zabawne. Czuł śmiech wymykający się mu z klatki piersiowej.
Ludzie wydawali się strasznie chcieć myśleć, że był gejem. Chociaż nie był… lubił Cho. Cho była ładna. Cho także dużo płakała. Z powodu Cedrica.
Szczęście… dlaczego miał być szczęśliwy, skoro zabił Cedrica? Głos w jego głowie ponownie był coraz silniejszy, wspinając się po jego wspomnieniach jak po drabince.
Ból. Ale nie psychiczny ból. Inny ból. Jego ramię. Jego lewe ramię. Płonęło. Płonęło jak ogień. Jak ostre papryczki chili. Ale one niczego nie paliły. Może z wyjątkiem ust.
Ból w głowie cofał się, uciekając od ciepła… chyba że to nie było naprawdę ciepło.
To była… ciemność.
Dlaczego to zawsze musiał być on?
