Rozdział betowała wspaniała cheroine :).

Cookies. Alice, także uwielbiam ten paring i także całym sercem za nim jestem :). Cieszę się, że rozdział sprawił ci przyjemność. Nie wiem, czy Little Hangleton was zaskoczy, ale mam wielką, wielką nadzieję, że tak się stanie - jest z nim związanych kilka scen, które wyjątkowo lubię :). Niezrównoważona, zerknęłam na razie na bloga, którego mi wysłałaś, niestety nie miałam zbytnio czasu, aby się w niego wczytać. Początek jednak jak najbardziej mi się podoba ;). Więcej napiszę, kiedy dojdę do końca ;). Cieszę się, że twoje wrażenia wciąż są jak najbardziej pozytywne. Drugiego Oblicza nie czytałam, jeżeli znajdę trochę czasu, to i za to mogę się wziąć :). NigrumLotus, miło mi znów cię widzieć :). Jeszcze dużo przed nami, więc mam nadzieję, że zaspokoją one twój głód ;). I zgadzam się, jakkolwiek jest to dziwne, to ta dwójka naprawdę jest urocza... Cieszę się, że wciąż ci się podoba i że tutaj wrócisz, bo jest to niesamowicie motywujące ;). Koma, cóż, seksu tutaj nie będzie, łóżko - i owszem. :) CaffeLatte, taak, na pewno nie idą tam bez powodów - Tom już swoje ma. ;) Co do twojego pytania, czy Tom i Harry kiedyś będą razem - powiem tylko, że to nie jest i nie będzie nigdy slash. Przykro mi... Toka, cieszę się, że ci się podobał :). No i mam nadzieję, że nie zawiedzie cię wycieczka do Little Hangleton... Myślę, że nie powinnaś się nią zawieść... ;)

Dziękuję za wszystkie komentarze, czytało mi się je z niesłychaną przyjemnością i wywołały one u mnie takie przyjemne ukłucie w sercu :). Mam nadzieję, że dzisiejszy rozdział się wam spodoba – życzę wam jak najbardziej miłego czytania! :)


Ulubieniec Losu

Rozdział sześćdziesiąty szósty

Około tydzień przed Bożym Narodzeniem Harry i Tom wyślizgnęli się z zamku, aby udać się do Little Hangleton.

Harry w końcu zdecydował się na ofiarowanie Hermionie naszyjnika oplecionego wieloma ochronnymi urokami, również takimi, które sam do niego dodał. Mógł tylko mieć nadzieję, że jej się spodoba.

Był kłębkiem nerwów, ponieważ zdawał sobie sprawę z tego, że nie mógł ani uciec, ani się wycofać bez względu na to, jak bardzo by się o to starał. Wspomnienie o Little Hangleton wciąż zmrażało mu krew w żyłach do postaci okruszynek lodu. Tom także wydawał się przygaszony, jego oczy wwiercały się w ciemność. Ich kłótnie zblakły, osłabły, wygasły.

- Więc jak się tam dostaniemy? - zapytał cicho Harry.

- Zorganizowałem świstoklik – oświadczył Tom.

Harry nieznacznie przełknął ślinę. No tak. Świstoklik. Bo przecież to w ogóle nie było podobne do ostatniego razu. Nie odpowiedział, nie ufając swojemu głosowi, jedynie kiwając głową w potwierdzeniu. Jego serce waliło.

- Lepiej niech to nie będzie cholerny puchar – spróbował w końcu słabo, jakkolwiek, byle tylko przełamać ciszę. Usta Toma wygięły się odrobinę, ale chłopak nie odpowiedział.

Harry zacisnął palce wokół różdżki, ale pochylił się, by dotknąć świstoklika, którego wyciągnął Tom. Była to paczka mugolskich kart do gry. Poczuli szarpnięcie w okolicy pępka i zniknęli w wirze kolorów.

Harry wylądował z łoskotem, z rozrzuconymi na ziemi rękami i nogami, intensywny zapach trawy zaatakował jego nozdrza. Bał się spojrzeć w górę, irracjonalnie przerażony tym, że będą na cmentarzu.

- Wstawaj, wyglądasz jak idiota – mruknął Tom. Harry zamknął na chwilę oczy, starając się mentalnie zebrać w sobie, tak jak to robił przez cały tydzień. Nie działało.

Zbierając resztki swojej Gryfońskiej odwagi, otworzył oczy, unosząc głowę.

To był pieprzony cmentarz.

Czy Tom robił to celowo?

Jego mięśnie napięły się.

- Wybrałeś urocze miejsce – skomentował, podnosząc się ostrożnie na nogi.

- To jedyne miejsce, w którym nie zostalibyśmy zauważeni przez mieszkańców, gdyby ktoś akurat patrzył – odpowiedział Tom bezbarwnym tonem, choć te oczy przyglądały mu się bezlitośnie, jak gdyby wyciągając z jego głowy wszystkie sekrety. – Tak czy owak, przyszlibyśmy tutaj.

Harry oddychał z trudem, a jego ręce włożone były głęboko do kieszeni, aby ukryć zaciskające się i otwierające bez przerwy pięści. Drżał. Jego szczęka była zaciśnięta, gorączkowo wodził wzrokiem po otoczeniu.

Uważając na różnice. Szukając różnic. Potrzebując ich. A znajdował jedynie podobieństwa.

Co on tutaj robił? Dlaczego sam się na to zgodził? Mdłości podnosiły się w jego żołądku. Wiedział dlaczego. Tom. To zawsze był Tom. Oczywiście, że robił to dla niego. Sukinsyna.

Wydając się usatysfakcjonowanym, że nie ma zamiaru zasłabnąć albo coś w tym stylu, Tom oderwał od niego wzrok i zaczął stawiać ostrożne kroki, rozglądając się po cmentarzu.

Harry poczuł, jak jego wnętrzności zaciskają się.

To była Dolina Godryka Toma. To było miejsce, gdzie zostali pochowani jego rodzice… rodzice, których będąc starszy zamordował.

Harry podążał za nim w ciszy, rozpaczliwie zastanawiając się, dlaczego tutaj był.

Dlaczego Tom poprosił go, aby tu przyszedł?

Zatrzymali się naprzeciwko grobu Toma Riddle'a Seniora. Harry odwrócił wzrok, doskonale pamiętając, jak był do niego przywiązany… kociołek naprzeciwko niego, jego noga bolała, jego ramię szczypało. Tom był sadystą, skoro przyprowadził go tutaj. Wiedział… o boże.

Tom nie wiedział. Riddle wiedział, że był to cmentarz, ale Harry unikał zawsze zagłębiania się w szczegóły. Nie wiedział, że był to ten cmentarz. Cholera.

Walczył o to, aby nie wpaść w panikę, starał się powstrzymać hiperwentylację. Nie miał zamiaru rozpaść się. Nie teraz. Nigdy nie powiedział o tym Tomowi, bo rozmawiali o tym na samym początku, w czasach, kiedy nie był pewny Toma, a jedynie miał świadomość, że być może nie jest tak całkowicie zły.

Oczywiście nie powierzał mu wszystkich swoich problemów. To przyszło później, ale z innymi rzeczami, nigdy tą konkretną. Ta rana zawsze była zbyt świeża. Mówił o cmentarzu, ale w swojej paranoi nigdy nie zagłębił się w szczegóły dotyczące rytuału, tak więc Tom nie wiedział, że to właśnie ten cmentarz.

Widział go przez przebłyski we wspomnieniach Harry'ego i Potter wiedział, że Tom w sekundę mógłby poskładać wszystkie fragmenty tej układanki, gdyby tylko o tym pomyślał.

Ale Tom… Tom był rozproszony przez własne demony.

Harry był tutaj tylko dla towarzystwa, dla… nie wiedział… moralnego wsparcia albo coś w tym rodzaju.

Nie miał zamiaru schrzanić niezwykle rzadkiego przejawu zaufania i słabości, albo wyraźnego postępu u chłopaka poprzez zwymiotowanie na jego buty, czy coś w tym stylu. Żółć paliła mu gardło… a Tom mówił.

- Zawsze planowałem go zabić, chyba to zrobiłem… zrobię – powiedział cicho młody Czarny Pan. Harry zwrócił na niego uwagę. Tom spojrzał na niego, po czym jego wzrok ponownie skierował się na kamień. – Zamiast tego przybyłem tutaj, do tych czasów…

Zdawał się mówić bardziej do siebie niż do Harry'ego, mamrocząc cicho, zadumany. Uśmiechnął się nieznacznie, zagubiony w myślach.

Potter nie mógł nic na to poradzić, ale czuł się rozdarty między odrazą a fascynacją.

Trudno było usłyszeć Toma mówiącego tak otwarcie o swojej przeszłości, zawsze, kiedy Potter już go poznał, robił jedynie aluzje, odniesienia, nic wielkiego.

W pewnym sensie to było dziwne, że Tom wiedział tak wiele o jego życiu, a on o Riddle'a tak niewiele… i jeszcze… czuł się, jakby znał Toma niezależnie od tego, osobę, którą teraz był, bez względu na tajemniczą historię. Może po prostu za dużo z niego czytał.

Ale jednocześnie… Tom mówił mu o tym teraz, nie wiążąc z tym szantażu. Powinien coś powiedzieć. Pragnął tylko, by Tom nie mówił mu tego tutaj.

- Naprawdę go nienawidzisz, prawda, swojego ojca? – zapytał Harry.

- Tak – oświadczył Tom, jego głos był niesamowicie zimny. – Nienawidzę. – Tym razem, kiedy się odezwał, jego głos znów był łagodniejszy. – Kiedy byłem dzieckiem marzyłem, że przyjdzie i zabierze mnie z sierocińca. Że będzie jak ja, że jest tam ktokolwiek taki jak ja. To było głupie z mojej strony, naprawdę.

Harry pokręcił głową, uważając, aby koncentrować się na Tomie, a nie miejscu, w którym byli.

- To nie jest głupie – odpowiedział. Oczy Toma przesunęły się na niego, w jego spojrzeniu było coś desperackiego. – Kiedyś mocno pragnąłem, żeby jakiś mój krewny przyszedł i wziął mnie z dala od Dursleyów… Spędzałem wszystkie noce modląc się o to, próbując wyobrazić sobie jacy by byli… albo jak to by było mieć prawdziwą rodzinę… - urwał, czując się niezręcznie.

- A to nigdy się nie stało – zakończył gorzko Tom, jego magia wyrwała się gwałtownie, uderzając wściekle o znajdujący się przed nim nagrobek. – On był rozczarowaniem. Mugolem. Zostawił moją matkę od razu, kiedy dowiedział się czym była, nigdy nie obejrzał się za siebie, nigdy nawet nie kłopotał się szukaniem swojego syna.

Tom spojrzał na niego, cienie niemal namacalnie otoczyły jego postać.

- Chciałbym rozerwać jego serce – zdeklarował dziedzic Slytherina. Harry zmusił się do tego, aby nie odwrócić wzroku, niemal wstrzymując oddech. – Mugole, odrażające stworzenia – mruknął Tom ostro, uwalniając swoje emocje. – Są żałośni, wielu z nich, nie mogą znieść myśli, że ktoś może być chociaż trochę inny.

- Nie wszyscy – powiedział Harry, złość po raz pierwszy słyszalna była w jego głosie. Wiedział, że powinien dłużej czekać z tym komentarzem, ale… mimo swoich najlepszych starań, to miejsce miało na niego wpływ, wygryzając jego tolerancję, z każdą sekundą zwiększając poziom stresu.

Tom nie wyglądał, jakby mu to przeszkadzało, po prostu spojrzał na niego litościwie. Następnie, Harry nie mógł nic na to poradzić, ale zastanawiał się, dlaczego Tom poprosił go, aby udał się z nim na tę wycieczkę.

Chwilę później Tom ponownie na niego spojrzał, tym razem uważnie, przechylając lekko głowę, jakby dopiero teraz dobrze go zauważył.

Harry oparł się nagłej chęci zamarcia w bezruchu… przyciągnięcie uwagi Toma, zwłaszcza kiedy był tak roztargniony, nie było czymś, co planował zrobić.

Liczył, że tego uniknie. W tej chwili był to jedyny sposób, by mógł przetrwać tę noc.

Tom przyglądał się mu, co sprawiło, że był bardziej zestresowany niż normalnie, zanim rozejrzał się po cmentarzu, jakby w poszukiwaniu wskazówek.

Moneta wznosi się w powietrze.

Harry mógł poczuć małe zdezorientowanie, a następnie rozpoznanie, zrozumienie, szok.

Spojrzenie Toma znów skierowało się na niego, żądając odpowiedzi.

Moneta upada.