Rozdział zbetowany czujnym okiem cheroine ;).
Dziękuję wszystkim komentującym za wspierające i dodające sił komentarze oraz wszystkim czytającym za podnoszenie na duchu.
Cookies. Alice, przepraszam, przepraszam, proszę nie bić! :) Wiem, że rozdział był zakończony w naprawdę okropnym momencie, ale cóż na to poradzić... W każdym razie mam nadzieję, że przez to przyjemniej się czekało na rozdział dzisiejszy :). CaffeLatte, och, to bardzo, bardzo przepraszam, że rozdział tak późno... Cieszę się, że ci się podobało i mam nadzieję, że się tym opowiadaniem nigdy nie zawiedziesz ;). Ariano, wymowne ;).
Nie przedłużając, bo późno już (wybaczcie!) - miłego czytania. :)
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział sześćdziesiąty siódmy
- To jest cmentarz – stwierdził stanowczo Tom. Harry spojrzał na niego niewinnie, starając się uśmiechnąć.
- Tak, Einsteinie – odpowiedział pogodnie. – To jest cmentarz. Brawo, w końcu zauważyłeś to po…
- Nie graj ze mną w głupka, Harry, to do ciebie nie pasuje – oświadczył niebezpiecznie dziedzic Slytherina, jego oczy zalśniły, kiedy ruszył do przodu. Bez zastanowienia Harry zaczął się cofać, próbując zachować między nimi wolną przestrzeń. – Doskonale wiesz, o co mi chodzi.
Harry milczał, mdłości ścisnęły bezlitośnie jego żołądek. Starał się nawet utrzymać spokojny oddech, ale to nie zdało egzaminu, kiedy droga jego ucieczki została zablokowana przez inny nagrobek i zanim zdążył go ominąć oraz ponowić swój odwrót, Tom znalazł się tuż przed nim.
Od razu spojrzał w ziemię, na ich znajdujące się blisko siebie stopy, jak gdyby były one niezwykle fascynujące.
- To jest cmentarz – powtórzył cicho Tom.
- Odsuń się, Tom – ostrzegł. – Jestem tu, prawda? Czego więcej... – zatrzymał się w pół słowa, kiedy palce Toma pociągnęły jego brodę w górę, wymuszając kontakt wzrokowy.
- To jest ten cmentarz.
- Tak, to jest ten cmentarz – warknął Harry. – Naprawdę potrzebowałeś moich słów, aby to potwierdzić?
Próbował wyszarpnąć swoją brodę, czując się klaustrofobicznie, osaczony, ale młody Czarny Pan tylko wzmocnił uścisk, zanim ją wypuścił.
Harry wiedział, że wróciłby on, jeśli próbowałby albo fizycznie zwiać, albo unikać rozmowy, gdyby jego uwaga się rozproszyła.
Tak jakby mogło to się stać.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś? – domagał się Tom. Harry wzruszył ramionami.
- Nie pytałeś – odpalił. – Jak gdyby to miało znaczenie… - zaczął.
- Znaczenie? Oczywiście, że to ma znaczenie – splunął Tom. – Spójrz na siebie. Wyglądasz, jakbyś miał zasłabnąć albo zwymiotować.
- Więc lepiej, byś się w takim razie odsunął, nie sądzisz? – odgryzł się. Obrazy przemknęły przed jego oczami. – Właściwie to nawet nie jest żart, zwymiotuję na ciebie, jeśli się nie cofniesz.
Miał zawroty głowy, świat rozmazał mu się przed oczami. Dłoń pojawiła się na jego klatce piersiowej, na sercu i spojrzał w dół, czując ciepło palców Toma promieniujące przez cienki materiał jego koszulki.
- Twoje serce wali – mamrotał Tom, łapiąc jego wzrok. – Źrenice są rozszerzone…
- To dlatego, że się w tobie durzę – powiedział spokojnie Harry, przechodząc do tematu, który mógłby kontrolować, powodując, że Tom spojrzał na niego ostro, po czym wyraz jego twarzy nieznacznie złagodniał.
- Uparty – mruknął. – Zawsze tak bardzo uparty. Dlaczego w ogóle tutaj jesteś? – Harry podniósł pytająco brwi, zdezorientowany.
Co za głupie pytanie; może to presja, która nie zniknęła do końca po ataku jego paniki sprawiła, że przegapił to, o co naprawdę pytał Tom. Albo to może Tom był nietypowo głupi i pytał o coś tak cholernie oczywistego. Miał zamiar później się tym zająć.
- Poprosiłeś, abym poszedł – oznajmił. – A co, chcesz, bym cię teraz znowu zostawił w spokoju?
Tom spojrzał na niego. Potter nie był pewny czy zupełne oszołomienie, które czuł, należało do niego, Toma czy do nich obu, łącząc się w jeden wielki stan dezorientacji. W końcu stwierdził, że czuje oszołomienie z obu źródeł.
- Nie… Wiem, że prosiłem, abyś poszedł, na Salazara, nie jestem idiotą – miałem na myśli, dlaczego się zgodziłeś? Skoro wiedziałeś… - Palce Toma szturchnęły jego klatkę piersiową, tworząc coś w rodzaju gestu machnięcia, jak gdyby miało to coś wyjaśnić - …na co będziesz narażony. Panikujesz.
Oh. OH. Harry poczuł się nagle bardzo niezręcznie. Nie spanikował jako tak. On… nieważne, przeszedł do drugiej części tego zdania.
Jak miał wyjaśnić to psychopacie? Nawet jeśli był on tak dobrze zorientowany w działaniu, emocjach i udawaniu kogoś ludzkiego jak Tom? Co ciekawe, ta sytuacja sprawiła, że czuł nieco mniejsze mdłości. Przypuszczał, że to niedowierzanie je wstrzymało, czy coś w tym rodzaju.
Pieprzyć to.
Nie miał zamiaru wyjaśniać tego, że być może czasem i troszczył się o Toma. Szczególnie nie Tomowi. Nigdy by tego nie skończył. A młody Czarny Pan miałby to gdzieś.
Pogubił się. W swoich własnych myślach. To stawało się coraz śmieszniejsze.
- Pomyśl o tym – powiedział w końcu. – Jeśli nie wiesz, nie mam zamiaru ci powiedzieć.
Tom zmarszczył brwi na jego odpowiedź, jego głowa pochyliła się w bok z kocią płynnością. Harry mógł stwierdzić, że chłopak nie rozumiał. Naprawdę nie miał zamiaru mu tego wyjaśniać.
- Możesz teraz przestać przyszpilać mnie do nagrobka? – mruknął niespokojnie. – Wspomnienia nie należą do najprzyjemniejszych.
Wzrok dziedzica Slythernia skierował się na dłoń, którą wciąż przykładał do serca Harry'ego, zmniejszając odległość między nimi. Wyglądał na zdziwionego tym, że wciąż tam była.
- W takim razie udziel stosownej odpowiedzi – odparł po chwili Tom. Harry stłumił westchnienie.
- Zapytaj Lestrange'a… albo nie, nie Lestrange'a, mógłby pokręcić wszystko w swojej kopniętej głowie i opacznie to zrozumieć… zapytaj Zeviego, dlaczego tylko dlatego, że mnie o to poprosiłeś, poszedłem z tobą do miejsca, które nie wywołuje u mnie zbyt miłych wspomnień.
- Mógłbym po prostu przeczytać twoje myśli – zauważył Riddle, przyglądając mu się. Harry przewrócił oczami.
- Albo mógłbyś po prostu zapytać Zeviego. Albo Hermiony… nie, nie Hermiony. Zapytaj kogoś, kogokolwiek, kto nie myśli, że się kochamy, a ci powie.
- Dlaczego ty nie możesz? – zapytał Tom, zaczynając być podejrzliwym.
- Bo jestem facetem – wymamrotał.
- Co twoja płeć ma z tym wszystkim wspólnego? Chyba że… - Zrozumienie pojawiło się na twarzy chłopca. – …dotyczy to czegoś stereotypowo kobiecego, takiego jak emocje. – Tom wyglądał teraz na całkowicie zafascynowanego. To nie tak, że ten głupek nie wiedział nic o zachowaniu społeczności, miał tej wiedzy na pęczki i mógł z niej korzystać, jeśli tylko chciał.
- Jest tu jeszcze jakieś miejsce, które chcesz odwiedzić? – zapytał Harry, wracając do starej taktyki ignorowania problemów i posiadania nadziei, że znikną, kiedy nie będzie zwracał na nie uwagi.
Odsunął dłoń Toma, mając zamiar minąć chłopca, ale Riddle tylko chwycił jego ramię, aby go zatrzymać.
- Nie durzysz się we mnie naprawdę, co nie? – ostrożnie zagadał Tom.
Gdyby ta sytuacja nie była dla niego tak cholernie niezręczna, Potter roześmiałby się.
- Nie – warknął. – Na litość Merlina, otrząśnij się! Właśnie powiedziałem, abyś nie pytał nikogo, kto myśli, że… dlaczego w ogóle… Cholera jasna. – Machnął z frustracją ramionami, chyba już po raz trzeci tego wieczoru wyrywając się z uścisku Toma. – Uważam cię za jednego z moich przyjaciół, okej? A ty poprosiłeś, abym z tobą poszedł. O to w tym wszystkim chodzi. Salazarze. Miałeś być geniuszem.
Tom zastygnął w zupełnym bezruchu, słysząc tą odpowiedź.
Zamarł.
Te intensywnie ciemnie oczy utkwione były nieruchomo w twarzy Harry'ego. Potter oparł się pokusie odchrząknięcia. Albo rzucenia jakiejś uwagi o pogodzie.
Stało się to oficjalne. Nienawidził tego cmentarza.
Tom nie reagował.
W ogóle.
To było niepokojące.
Chciał uciec, ale to Tom miał świstoklik. Do kurwy nędzy. Czuł się, jakby znów pytał Cho, czy pójdzie z nim na bal… i nie była to zbyt trafna analogia.
- Okej – zaczął, udając stanowczość. – Będę na wzgórzu za cmentarzem. Przyjdź po mnie, kiedy będziemy wracać.
Ruszył między nagrobkami, ponownie czując podnoszące się mdłości, skupiając swoją uwagę na wszystkim prócz tego, gdzie był.
Był przy bramie, kiedy usłyszał za sobą kroki i wyczuł wyprzedzającą go iskierkę magii, która zamknęła wrota, zanim mógłby się przez nie prześlizgnąć.
Ponownie się odwrócił, starając się nie zmienić wyrazu swojej twarzy.
- Już idziemy? – zapytał automatycznie.
- To już drugi raz, kiedy nazwałeś nas przyjaciółmi – stwierdził Tom.
Och, radośniutka rozmowa z mizantropijnym psychopatą…
- Szczerze mówiąc, nie liczyłem – odparł.
- Za pierwszym razem myślałem, że po prostu chciałeś wiedzieć, co było w przypominajce – kontynuował Tom, posyłając mu badawcze spojrzenie. – Ale… przyjaźń… obustronne uczucie zaufania i sympatii oraz zachowanie charakteryzujące relację między przyjaciółmi… - Tom brzmiał na głęboko zamyślonego.
- Brzmi jak słownikowa definicja – zauważył Harry, drażniąc się z nim, starając się przywrócić normalne relacje. Cóż, normalne dla nich. Ta sytuacja była bardzo nienormalna.
- Jest nią – oświadczył lekceważąco dziedzic Slythernia, wciąż mu się przypatrując. W odpowiedzi Harry uniósł brwi. Riddle skrzyżował ręce.
- Sądzę, że możemy być przyjaciółmi – oznajmił w końcu Tom. – Obaj mamy niski poziom zaufania i dajesz się lubić, kiedy nie jesteś irytujący.
Harry zamrugał.
- Ja… co? – wyjąkał.
- Tak, możemy być przyjaciółmi, w pewnym sensie – powiedział Riddle, brzmiąc jakby dawał Harry'emu jakiś zaszczyt.
Tymczasem Harry był całkowicie pewien, że w trakcie trwania rozmowy naprawdę nie zapytał Toma: „będziesz moim przyjacielem?" albo coś w tym stylu. Czy już wcześniej nie byli przyjaciółmi? „W pewnym sensie".
- Och – wykrztusił, z roztargnieniem zdając sobie sprawę, że powinien dać bardziej elokwentną odpowiedź. – Okej. Świetnie.
Co się właściwie stało?
Tom patrzył na niego przez chwilę, po czym odwrócił się gwałtownie i skierował z powrotem na cmentarz.
- To nie znaczy, że cię złapię, jeśli zemdlejesz z nadmiaru złych emocji – rzucił przez ramię. – Trzymaj się z daleka i zrób coś pożytecznego – idź do wioski i przynieś mi kawę.
Harry gapił się w jego plecy, zanim szybko odwrócił wzrok, zauważywszy nagrobki.
Wioska naprawdę brzmiała teraz bardzo kusząco.
Chociaż Tom sam mógł przynieść sobie pieprzoną kawę.
