Rozdział zbetowała wspaniała cheroine. :)

CaffeLatte, rozumiem, doskonale rozumiem, emocje ;). Chociaż powinnaś się już przyzwyczaić, że autorka ma w zwyczaju kończyć w przerażająco okropnych momentach ;). Zgodzę się, że spotkanie z Tomem mogłoby być szalenie interesujące… Mahakao, rozumiem, niestety też mnie teraz niesamowicie cisną i oddech mniej więcej złapać mogę jedynie w weekendy. Ale cieszę się, że o tym opowiadaniu pamiętasz i że do niego wracasz :). Ja tam się cieszę wszystkim, co wkurza Voldemorta (zresztą Toma też, kiedy jest zdenerwowany, to robi się ciekawy ;)). I dokładnie, świetnie powiedziane: „niby nie są razem, ale są, ale jednak nie"! Istne podsumowanie ich relacji! :) Cookies. Alice, to chyba dobrze, że coś się dzieje, co? ;) Zdradzę, że „kochanie" i „skarbie" będzie coraz więcej, tak więc będzie się nad czym rozpływać. Co do twojego pytania – w Ulubieńcu Losu kanonicznie występują te wydarzenia z serii, na których występowanie nie ma wpływu przybycie Toma. Albo które swoje istnienie zawdzięczają czemuś, co stało się wcześniej. Jak horkruksy – zostały stworzone dawno, dawno temu. Pan Weasley został zaatakowany, bo żadne z działań Harry'ego nie wywołały niczego, co by to powstrzymało. Harry miał też sny o drzwiach. Tak więc: tak, przepowiednia kiedyś również się pojawi, gdyż została ona wygłoszona przed narodzinami Harry'ego, a co za tym idzie, przyjazd Toma do czasów Harry'ego nie ma na nią żadnego wpływu :). Mam nadzieję, że wyjaśniłam wystarczająco jasno… :) Tak, punkt widzenia Toma już jutro – wiem, wiele osób się ucieszy ;).

Dziękuję z całego serca za wasze komentarze – czytając je mam ochotę mentalnie was wyściskać, ponieważ są ta niesamowicie miłe, że aż ciepło robi się na duszy :).

Nie przedłużając – smacznego rozdziału. :)


Ulubieniec Losu

Rozdział sześćdziesiąty dziewiąty

Serce Harry'ego zatrzymało się, strach ścisnął jego żołądek.

Chwilę zajęło mu zrozumienie słów Hermiony, po czym zbyt wstrząśnięty, aby cokolwiek powiedzieć, spojrzał pytająco na nauczycieli.

Nie powinien już o tym wiedzieć? Z powodu połączenia? To był wąż, więc musiała być to sprawka Voldemorta.

Obserwowali go ze współczuciem, chociaż twarz Snape'a, jak zawsze, była nieczytelna.

Przełknął gulę w gardle, spoglądając na Toma, nie będąc pewnym, czego szukał w zakamarkach jego twarzy. Odwrócił się w stronę McGonagall.

- A-ale wszystko z nim będzie dobrze, prawda? – wyjąkał. – Mam na myśli… jak to się stało? Kiedy? Czy z Weasleyami wszystko w porządku? Mogę ich zobaczyć?

- Harry… - zaczęła delikatnie McGonagall.

- Weasleyowie życzyli sobie trochę czasu, aby opłakiwać go w samotności – wyjaśnił spokojnie Snape.

Czasu, aby… kurwa. Nie. Nie. Nie. To nie mógł być… Pan Weasley nie mógł być… Hermiona znów zalała się łzami. McGonagall wysłała Snape'owi oburzone spojrzenie, spowodowane prawdopodobnie tym, że przekazał wiadomość w taki sposób.

- On nie żyje? – wychrypiał Harry. – Ale on nie może być… Musiała zajść jakaś pomyłka… Kiedy? – zażądał.

- Wcześniej, tej nocy – poinformowała cicho nauczycielka. – Panie Potter, przykro mi… - zaczęła.

Harry zacisnął powieki. To nie mogło się dziać. To nie mogło się dziać. Powinien być w stanie temu zapobiec, jakkolwiek, przynajmniej to zobaczyć. Spojrzał na Snape'a, wiedząc, że ten srogi człowiek da mu jednoznaczną odpowiedź.

- Żyłby, gdyby ktoś wiedział o ataku i podzielił się wcześniej tą wiedzą? Przypuszczam, że zajęło wam trochę czasu znalezienie go?

Nienawidził tego, jak bezdusznie brzmiał jego głos, jak gdyby pozbawiony był wszystkiego.

W spojrzeniu Snape'a zaiskrzyło coś nieokreślonego, po czym Mistrz Eliksirów skinął głową. Harry stanowczo odwzajemnił te gest, wdzięczny za szczerość.

- Być może powinieneś iść teraz wytrzeźwieć, panie Potter – poradził Snape. – Panie Riddle.

Ponownie skinął głową i McGonagall ścisnęła jego ramię. Hermiona nadal szlochała i tuliła się do niego niezręcznie.

Nie wiedział jak ją pocieszyć, co powiedzieć, jak sprawić, by poczuła się lepiej. To była jego wina. Wszystko jego cholerna wina. Musiał poprosić Toma o to, by zdjął barierę, paradoks już i tak osłabił ją do stanu, w którym Voldemort mógł przemknąć się przez nią, kiedy tylko chciał lub kiedy Harry spał. Nie mógł pozwolić sobie na to, aby nie wiedzieć o takich rzeczach. Pan Weasley nie żył… a on siedział w restauracji, świetnie się bawiąc.

Wino niebezpiecznie podchodziło mu do gardła.

Chwilę później skierował się z powrotem do Pokoju Wspólnego Ślizgonów, chcąc tylko zwinąć się w kłębek i umrzeć.

Podróż minęła w ciszy, chociaż czuł na sobie ostry jak brzytwa wzrok Toma. Lochy były puste, wszyscy poszli już do łóżka.

Nie mógł zmusić się do tego, by pójść ich śladem. Nie zasługiwał na to, aby spać. Nie chciał spać. Bolałoby bardziej, gdyby bariera została usunięta, ale byłaby to jego pokuta.

- Chcę, abyś zdjął bariery oklumencyjne – oznajmił cicho, wyrażając głośno swoje myśli, wpatrując się w ogień. – I przerywam lekcję Sztuki Umysłu. Boże, to wszystko moja wina!

- Co, bo umarł zdrajca krwi? – zapytał beznamiętnie Tom. Harry obrócił się na pięcie, by na niego spojrzeć, podczas gdy ten uniósł brew.

- On nie jest zdrajcą krwi – warknął Harry. – Artur Weasley był wielkim człowiekiem!

- Nie zmienia to faktu, że był zdrajcą krwi i kochankiem mugoli ani tego, że jest martwy – Tom wzruszył ramionami. – Wręcz przeciwnie, jeśli nie mógł nawet uchronić się przed wężem…

Harry nie myślał, rzucił się do ataku, wykrzywiając usta w niemal dziki sposób. Upadli na podłogę Pokoju Wspólnego, walcząc i bijąc się, i przeklinając i… został przygnieciony do ziemi, Tom siedział na nim z nieczytelnym wyrazem twarzy, jego oczy lśniły.

- Fizycznie i emocjonalnie wykończony, a także pijany… to nie jest dobre połączenie, kochanie – zauważył Tom.

- Złaź ze mnie – splunął Harry. – Przysięgam na boga, lepiej abyś…

- Właściwie, dopóki się nie uspokoisz, to myślę, że będzie mi tutaj bardzo dobrze – przerwał mu Riddle, patrząc na niego, jakby był jakimś szczególnie interesującym okazem w laboratorium.

- Uspokoję? – Harry odetchnął wściekle, starając się ponownie go uderzyć. – Właśnie dowiedziałem się, że jest… - urwał w pół słowa, zamykając na chwilę oczy.

- Martwy? – zaproponował Tom pomocnym tonem. Harry wzdrygnął się.

- Przestań – rozkazał rozpaczliwie.

- Albo co? – powiedział Riddle, uśmiechając się lekko. – Gdybyś nie zauważył, to ja jestem tym, który kontroluje sytuację.

- Nie możesz dać sobie spokoju?! – wybuchnął Harry, a jego głos załamał się nieznacznie. – Nie obchodzi mnie to, dobra? On nie żyje i to moja wina…

- Jak na kogoś, kto tak bardzo wierzy w sprawiedliwość – dumał Tom – jesteś dość arogancki. – Harry parsknął, zamierając, nie będąc pewnym, czy dobrze usłyszał. Otumanione alkoholem myślenie nie było już tak przyjemne jak wcześniej.

- Że co proszę? – zażądał. Ta rozmowa przyprawiała go o ból głowy.

- Jak na kogoś, kto tak bardzo wierzy w sprawiedliwość – powtórzył młody Czarny Pan – jesteś dość arogancki. Serio, co u licha daje ci prawo do przypisywania sobie działań Voldemorta?

Harry patrzył na dziedzica Slytherina z szeroko otwartymi oczami.

- Ja… - zaczął, wiedząc, że prawdopodobnie brzmiał śmiesznie. – Ale powinienem móc to powstrzymać – stwierdził.

Tom przechylił głowę, wyglądając jak istne uosobienie sceptycyzmu.

- Wszystko to, jak sądzę, nie mając świadomości, że to się dzieje.

- Powinienem był wiedzieć! – zripostował rozeźlony Harry. Tom po prostu tego nie rozumiał! – Mam cholerne połączenie umysłu z tym-mmmph. – Jego słowa urwały się w połowie, kiedy Tom zacisnął dłoń na jego ustach, prawdopodobnie w celu uciszenia go. Spojrzał ze zdziwieniem. Co do diabła?

- Więc możesz w takim razie powiedzieć, co ja teraz myślę? – zapytał Tom.

Na zewnątrz wciąż wydawał się rozbawiony, ale Harry szybko zauważył, że to całe bawienie się sytuacją, które okazywał Tom, odkąd weszli do Pokoju Wspólnego, było za bardzo uzewnętrznione.

Dzięki temu uświadomił sobie, że sam Riddle nie był całkowicie trzeźwy.

To nie skończy się dobrze.

Tom uwolnił jego usta, zamiast tego zaciskając palce na jego włosach. Harry westchnął.

- Nie mam zamiaru prowadzić teraz z tobą tej rozmowy – poinformował go, gorączkowo starając się być rozsądnym, zamiast ulec pragnieniu dania upustu wściekłości, i krzyku, i klęcia na cały świat. Na Toma. – Za dużo wypiłem i jestem… - zamarł. Zrozpaczony. W szoku. Coś. Nie wiedział. Wiedział tylko, że ma zamiar wyżyć się na osobie, która znajdzie się najbliżej, a w tym momencie był to Tom.

Tom był geniuszem. Musiał to wiedzieć. Musiał… och.

- Dlaczego starasz się sprawić, abym cię pobił? – zapytał Harry. – I pomiń tę część z zagadkami, bo jestem zbyt zmęczony, by sobie z nią poradzić.

- Bo jestem sadystą i cieszy mnie patrzenie na to, jak cierpisz – odparł leniwie Tom. – Twoje reakcje są bardzo zabawne. – Harry zmrużył oczy. Tom westchnął, brzmiąc cierpiętniczo, przechylając głowę do tyłu. – Jestem pijany, Potter. Za jednym razem wypiłem przynajmniej pół butelki wina i, szczerze mówiąc, obaj doskonale wiemy, że ty, kiedy naprawdę myślisz spójnie, to zamykasz się w sobie jak niema małża i wszystko w sobie dusisz, dopóki to cię nie zabije… i chociaż oglądanie ciebie rozpadającego się na milion małych kawałków byłoby interesujące, jeszcze nie skończyłem z tobą grać. Usatysfakcjonowany taką odpowiedzią?

Harry zamrugał.

O to, co stało się potem, obwiniał alkohol i odrętwiałe zaprzeczenie, buzujące w jego żyłach.