Rozdział, mimo trudności, zbetowała cheroine, za co należą jej się wielkie brawa.

Mahakao, ojej, rozdział nie zając, nie ucieknie, nie ma co zarywać nocy ;). Chociaż doskonale cie rozumiem, bo kiedy sama śledzę jakiś fick, to także, kiedy widzę, że tylko pojawił się jakiś rozdział, robię wszystko, by go przeczytać ;). I taak, zgadzam się, Tom trafia w sedno sprawy – tym swoim brakiem zahamowań i mówieniem wszystkiego, co tylko mu przyjdzie na język :). Co do ucieszenia pocałunkiem, a może raczej w ogóle całowania, to nic nie będę mówiła, bo nie chcę zdradzać dosłownie niczego – tak więc nie potwierdzam, nie zaprzeczam, a jedynie przypomnę, że to nie jest nigdy nie będzie slash ;). I cieszę się, że podoba ci się „zamykanie w sobie jak niema małża", bo nieźle kombinowałam, by napisać to w sposób, który nie byłby zupełnie beznadziejny :). A co się stało potem – tego dowiesz się dzisiaj! :) Cookies. Alice, jeżeli chcesz, kiedyś można zrobić petycję do autorki, by kończyła w mniej bezczelnych momentach – chociaż przyznam, że później trochę się z tego wyleczyła :). Co się stało, tego się dzisiaj dowiesz i mam nadzieję, że spełni to twoje oczekiwania :). Miyuki, tak to już jest, że trzeba chwilkę poczekać na to, aż załaduje się komentarz. Ale nic nie szkodzi, że są dwa, każdy zawiera jakąś ciekawą informację :). Co do tego, jak różny charakter mają dwa poprzednie rozdziały – o to właśnie chodziło! Niespodziewane i złe rzeczy zawsze dzieją się w najbardziej niespodziewanym i złym momencie ;). Bo któż by się tego spodziewał!? Cieszę się, że takie mieszanie książek i wyobraźni autorki ci się podoba, bo zdradzę, że będzie tego więcej :). Co do braku czasu, to doskonale rozumiem o czym mówisz – jest dopiero początek roku, a ja już siedzę całymi nocami w nosem w książkach. To koszmarne… Taak, też nie mogę się doczekać Świąt…

Za komentarze wam oczywiście dziękuję najbardziej jak mogę – są fantastyczne i sprawiają, że wykonywana przeze mnie praca ma jakiś sens :).

To, kiedy pojawi się kolejny rozdział będzie zależało – całkowicie dosłownie – od ilości komentarzy, ponieważ chyba po raz pierwszy od dłuższego czasu mam gotowy rozdział do przodu :). A na razie życzę wam wszystkim jak najmilej spędzonego dnia – i jak najprzyjemniej przeczytanego rozdziału. ;)


Słowniczek: wężomowa


Ulubieniec Losu

Rozdział siedemdziesiąty

(Punkt widzenia Toma)

Harry był zagadką.

Może to właśnie to w nim lubił, sam nie był do końca pewny, czym to tak naprawdę było.

Łatwo było zrzucić winę za jego fascynację na horkurksa, aby zracjonalizować i uzasadnić tym wszystko, co sprawiało, że Harry był dla niego tak ważny… no, w każdym razie, kiedy był z dala od chłopca.

Kiedy był blisko niego, wszystko się zmieniało i nie mógł nawet wyobrazić sobie odrzucenia od siebie tego pseudogryfona w taki sposób, jak odrzucał swoich zwolenników.

To nie było w jego stylu.

Był obsesyjny, od zawsze, i lubił zbierać trofea. Harry był tylko trofeum, cennym, niewytłumaczalnym, doprowadzającym do szału trofeum, ostatnią obsesją.

Nie licząc sytuacji, kiedy nie był.

Czasy, kiedy nie zaczął jeszcze miewać pragnienia, żeby rozszarpać go gołymi pazurami cal po cholernym calu, czasy, kiedy był tylko zwierzątkiem, zabawką, skończyły się. Nigdy nie podejrzewał, że to wszystko zmierzy w takim kierunku i być może wciąż mógłby rzucić to wszystko… tyle że nie był już w stanie tego zrobić.

Jedynym sposobem, którym Harry mógłby się od niego uwolnić, było odejście siłą, a Tom nie zamierzał w najbliższym czasie mu na to pozwolić. Złamałby mu nogi, aby temu zapobiec.

- Płaczesz – mruknął, mając niepokojące uczucie déjà vu, kiedy słowa opuściły jego usta, po czym dotarła do niego prawdziwość tego oświadczenia.

Oczy koloru morderczego zaklęcia zatrzymały się na nim, zaskoczone, po czym ręka szarpnęła się w jego uścisku, kiedy Harry próbował ruszyć się, aby strząsnąć tak uparcie trzymające się jego rzęs kropelki smutku.

Głowa Toma przechyliła się w bok. To było dziwne, jak ktoś tak kruchy mógł być jednocześnie tak silny, a Harry był silny, był najsilniejszą osobą, jaką Riddle znał… a mimo wszystko, tak łatwą do złamania.

Tak łatwo mógł złamać i rozszarpać chłopca, to było coś, w czym był dobry, więc dlaczego tak często sprzeciwiał się swojej naturze i zamiast tego próbował ich ze sobą złączyć? Eksperymentował, bawił się i drażnił wady Harry'ego, jak gdyby były strunami skrzypiec w jego muzyce prowadzącej do tragedii, ale zawsze zatrzymywał się na krawędzi zniszczenia Harry'ego całkowicie.

Ostrożnie wzmocnił uścisk.

Stłumił bezgłośnie westchnięcie pod jedną ze swoich wiecznych masek spokoju, poruszając Harrym, ciągnąc go do pozycji siedzącej, w jakiej sam się znajdował, ponownie przyciągając go, aby oparł się o niego.

Nie przytulał go, to byłoby zbyt bzdurne, ale robił coś w tym stylu. Harry natychmiast zesztywniał, zażenowany, próbując się odsunąć, ale w odpowiedzi wzmocnił tylko uścisk.

Być może to i niewłaściwe być rozbawionym w takiej sytuacji, ale on był. Emocjonalne poplątanie Harry'ego było zabawne i, och, jakże ciekawe. Jak jedna osoba mogła czuć tak wiele?

- Nie, nie, puść mnie – panikował Harry. – Tom, puść mnie, nie powinieneś…

- …pocieszać cię? – zaproponował, podnosząc brwi mimo tego, że chłopiec nie mógł tego zobaczyć. – Bo zabiłeś zdrajcę krwi i chciałeś rozwodzić się nad bohaterskimi obawami?

Ukrył uśmieszek we włosach Harry'ego, kiedy ten zadrżał. Okej, więc może i nie był jakiś perfekcyjny w tym całym zszywaniu ludzi znowu w jedną całość, ale z drugiej strony igła z nitką przekłuwająca twoją skórę i przemykająca po niej lub pod nią tam i powrotem z pewnością musiała przecież boleć. Nie chciałby nawet próbować, gdyby nie czerpał z tego żmudnego procesu żadnej satysfakcji.

Ścisnął mocniej ramiona, pochylając się do ucha Harry'ego, aby szepnąć do niego z pobłażliwością, jaką mogło stworzyć jedynie upojenie alkoholowe.

- Nie zorientowałeś się jeszcze, że nigdy nie pozwolę ci odejść? – syknął. Harry wciąż był w jego ramionach, całkowicie nieruchomy, zanim rozluźnił się, akceptując to.

- Jesteś dziwnie uczuciowy, kiedy jesteś narąbany – oznajmił Harry, ponuro wpatrując się w ogień. Głupi… to nie przez alkohol, to przez Harry'ego.

- I łatwiej mnie obrazić, jeśli myślisz o kontynuowaniu tego toku myślowego.

Harry wydobył z siebie słaby, zdławiony śmiech.

- Jesteś draniem – mruknął. – Czasami zastanawiam się, dlaczego cię lubię. - Wyglądało na to, że nie był jedyną osobą w tym pokoju z brakiem słownych zahamowań.

Milczał, raczej ciekawy tego, co dalej powie chłopiec.

Znał reakcje Harry'ego jak własną kieszeń, wiedział, za które dokładnie struny pociągnąć, kiedy tego potrzebował, które guziki nacisnąć, ale nie mógł całkowicie szczerze powiedzieć, że rozumie dlaczego Harry był taki, jaki był. Mógł tylko z największą starannością zapamiętywać wszystkie szczegóły. Mógł stwierdzić, kiedy umysł Harry'ego dogonił własny język, bo Wybraniec ponownie napiął mięśnie.

- Ale nie w ten sposób. Jako przyjaciela. Bo jesteśmy przyjaciółmi. Mówię chaotycznie… Zamknij się! Przypomnij mi, bym nigdy więcej z tobą nie pił… Powinienem pójść do łóżka. Czy mógłbyś proszę zdjąć mentalne osłony?

Uparty. Zawsze taki uparty, nawet kiedy był pijany.

- Wybacz, kochanie – odpowiedział, nie brzmiąc ani trochę przepraszająco. – Jesteś emocjonalnym wrakiem, a co za tym idzie, nie zamierzam brać niczego, co powiesz, na poważnie.

Harry milczał, jego głowa ponownie opadła na ramię Riddle'a, włosy łaskotały szyję. Nawet nie drgnął. Wciąż czekał, i Harry zbierał się w sobie na to, by się odezwać, na co nigdy by się nie zgodził, gdyby w jego głowie nie było kompletnego bałaganu, wyczerpania i więcej niż niewielkiej nietrzeźwości.

To nie była przewaga, to było korzystanie z naturalnych umiejętności.

- Zawsze jestem emocjonalnym wrakiem w twoim towarzystwie, więc po prostu powinieneś to zrobić – odparł Harry, po czym ponownie urwał.

Tom ponownie poczuł uśmieszek na ustach. Co tym razem?

Harry ponownie próbował się rozplątać, ale po raz kolejny poprzestał na próbach.

- Tom… - zaczął, bezradnie, po czym ucichł. – Naprawdę chcesz rozmawiać teraz o panu… nim?

W końcu.

- Tak – mruknął. – Dobrze ci to zrobi.

I oto właśnie mu chodziło, był poważny, kiedy mówił, że duszenie wszystkiego w sobie w końcu zabije Harry'ego… a nikt prócz niego nie miał prawa zabić Harry'ego.

Nie żeby naprawdę mu zależało… cóż, może trochę… i znowu, Harry coś w sobie miał.

Harry sprawiał, że stawał się lepszy.

Gdzieś po drodze głupiemu durniowi naprawdę udało się coś w nim zmienić. To nie było nic widocznego, nie naprawdę, ale to była zmiana. Taka malutka, maciupeńka zmiana. Nienawidził jej.

Harry westchnął, bawiąc się bezmyślnie palcami, które go więziły. Oczy Toma rozszerzyły się nieco na to doznanie. Zazwyczaj to on inicjował fizyczny kontakt, chociaż był raczej mniej niepewny niż Gryfona.

- Po prostu nie mogę uwierzyć, że odszedł – powiedział w końcu Harry. – I nie wiem… czuję się taki winny… boże, brzmię jakbym leżał na kanapie u psychiatry.

Usta Toma drgnęły nieznacznie.

- Jeśli to ci pocieszy, to wiedz, że nie robię notatek.

Nie pisemnych, w każdym razie.

- Nie pisemnych, masz na myśli – odparł natychmiast Harry, zmuszając go do zamrugania, zanim udzielił odpowiedzi.

- Możesz próbować uniknąć tej rozmowy, tak samo jak innych, jeśli tego chcesz, ale kiedyś na pewno je przeprowadzimy – oznajmił, nie do końca pewny, czy jego słowa były stwierdzeniem czy ostrzeżeniem.

Oboma. Zawsze oboma, z Harrym nic nigdy nie było tak czarno-białe jak chciałby, żeby było.

- To brzmi złowrogo – mruknął Potter, niemal zatapiając się w niego. Alkohol pozbawiał energii już i tak wykończonego pół węża, pół lwa. – Ale możemy nie mieć jej teraz – proszę? – ja nie mogę… ja… to dla mnie za dużo… - Harry zamilkł.

Przez chwilę przyglądał się chłopakowi, zauważając błagalną nutę w tonie Harry'ego. Zaniepokoiła go, chociaż nie ukazał tego na zewnątrz.

Harry robił wiele rzeczy, aby uchylić się i w ogóle uniknąć rzeczy, których nie lubił; podpuszczał, uciekał, odciągał uwagę i proponował kompromisy albo po prostu milczał uparcie, czasami nawet w pewnym sensie flirtował, ale nigdy nie błagał.

Czy Harry'emu naprawdę tak bardzo zależało na tym człowieku? To żałosne. Absolutnie żałosne.

Jednak przypuszczał, że mógł pozwolić chłopcu na jedną wyrozumiałość. W końcu poszedł z nim do Little Hangleton, a on nagradzał lojalność… a Harry był lojalny, po prostu nie w tradycjonalnym znaczeniu tego słowa.

Chłopiec byłby strasznym śmierciożercą, to był powód, dla którego powstrzymał się przed tym, żeby wymóc umieszczenie Mrocznego Znaku na ramieniu Harry'ego. Jego palce z roztargnieniem przesunęły się po ramieniu, a jego magia zamigotała w reakcji na łagodny pomruk mocy i swojej własności pod palcami.

Ślady pozostawione przez łzy wyschły na twarzy Gryfona i Tom przesunął po nich palcami. Nie za bardzo lubił płacz, ale Harry płakał cicho… to było na swój sposób fascynujące.

- W takim razie wisisz mi przysługę – oświadczył, obserwując z radością, jak Harry skinął w potwierdzeniu głową, nie uchylając się przed jego badawczym dotykiem. – Okej, zatem powołuję się na to i nie zrezygnujesz ze swojej nauki Magii Umysłu.

Harry przymierzył się do ponownego skinięcia, na wpół śpiąc, po czym jego oczy otworzyły się szeroko.

- Czekaj… co? Tom! Nie… - zaczął.

Tom zdusił śmiech, ponownie zaciskając dłonią usta Harry'ego. To wydawało się dość skutecznie uciszać nastolatka.

- Wystarczy, nie ma sensu protestować. Zgodziłeś się. Wstawaj.

Wciąż jęczał swoje protesty, które Tom ignorował z wyćwiczoną łatwością, kiedy podnosił ich obu niepewnie na nogi. Ruszyli, być może tylko troszeczkę się chwiejąc, w stronę dormitorium Ślizgonów.

Och. No tak. Łóżko. Zevi. Cholera. Naprawdę musiał stworzyć Harry'emu własne łóżko. Nie mógł uwierzyć, że żaden z nauczycieli tego nie zrobił.

Spojrzał na swoją różdżkę, a następnie psychicznie sprawdził swój poziom logicznego myślenia, po czym westchnął.

Salazarze. Ledwie się trzymał. Harry także wydawał się dostrzec ten dylemat, zatrzymując się na progu.

- Och… ja, um, prześpię się na kana…

- Bzdura – przerwał mu żywo. O co mu chodziło? – Rozbierz się, przebierz i idź do łóżka. I, do cholery jasnej, nie uświń mi pościeli – rozkazał.

Harry utkwił wzrok w wielkim łóżku.

- Ale już teraz ludzie myślą, że jesteśmy parą – zauważył tępo Harry.

- Cóż, spałeś ze mną wcześniej. – Uśmiechnął się. Wzrok Pottera przeniósł się na niego, przechodząc z desperacji do normalności.

- Tak, dosłownie! Nie zrobiliśmy nic więcej! – stwierdził chłopiec, wyraźnie wkładając bardzo dużo wysiłku w to, aby nie myśleć o niczym poza ich obecną rozmową.

- Nie ma potrzeby, byś był tak speszony. A teraz rusz się – rozkazał, popychając młodszego chłopca do działania.

- Będę miał atak paniki, jeśli rano nie będę pamiętał jak to się stało… - wymamrotał Harry, zapewne tonem, który miał być mamrotaniem pod nosem.

Zdusił w sobie śmiech. Harry naprawdę nie powinien podsuwać mu pomysłów.