Nad betowaniem rozdziału męczyła się cheroine - za co jej bardzo dziękuję :).
Mahakao, to dobrze :). Weasleyowie będą, będzie ich reakcja, sama się niedługo przekonasz, czy masz rację, czy nie :). Niezrównoważona, och, ale ja naprawdę z wielką przyjemnością czytam różne nowości. Cóż mi szkodzi? Chociaż sama na Mirriel niczego nie publikuję, nie czuję się na siłach ;). Dziękuję za miłe słowa, staramy się jak możemy - mam nadzieję, że tego tempa nie stracimy już aż do końca :). Cookies. Alice, przepraszam, nie będę :). Tylko po prostu czasem jest mi trudno się powstrzymać - a że nie mogę niczego zdradzić, to wychodzi jak wychodzi :). Co się stanie na Grimmauld, to zobaczysz, chociaż twoje wrażenie może - podkreślam, może - być trafne. I, cóż, mnie także podkreślają się Potterowskie słowa i także mnie to frustruje - to już chyba normalne ;). Ariano, oto kolejny rozdział, mam nadzieję, że się cieszysz :). Wybacz, że tak późno, ale naprawdę mam wiele na głowie - nie zawsze mogę wstawiać wcześniej, chociaż naprawdę staram się to robić, uwierz mi ;). Miyuki, erm, cóż... będziesz musiała przetrwać kilka następnych rozdziałów - ale naprawdę tylko kilka, obiecuję! Nie należą one także do moich ulubionych, ale nie mogę ich usunąć, więc będzie trzeba je przetrwać... Najgorszy będzie rozdział następny, a potem... potem już będzie lepiej :). Och, też mam ochotę wpakować się teraz przez ciebie pod koc - tak samo jak ty spędziłam dzisiaj praktycznie cały dzień na dworze i jak dotąd mam dość. Lubię śnieg. Mniej więcej. Ale nie w październiku :)...
Za komentarze wam, oczywiście, z całego serca dziękuję, bo wszystkie są takie miłe, takie motywujące, taka absolutnie pozytywne, że po prostu nie można nie uśmiechać się, kiedy się je czyta. Dziękuję, że wywołujecie u mnie tak niesamowite emocje. :)
Nie przedłużając, to zapraszam was po prostu na kolejny rozdział - może nie należy on do najlepszych, ale mam nadzieję, że i tak znajdziecie w nim coś dla siebie :).
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział siedemdziesiąty drugi
Pokoje w domu przy Grimmauld Place wyglądały dokładnie tak, jak Harry zapamiętał je ze swojego pobytu w domu Syriusza podczas lata; były mroczne, przygnębiające i idealnie pasowały do jego parszywego nastroju.
Usłyszał, jak urwała się szeptana rozmowa w salonie. Zawahał się, zamierając w miejscu, zanim nogi same, bez jego świadomej zgody, poprowadziły go do przodu.
Byli tam oni – Weasleyowie. Czarne ubrania kłóciły się z płomiennorudymi włosami na szczycie każdej z głów, za wyjątkiem trzech: czarnej, piaszczystej i brązowej.
Syriusza. Remusa. Hermiony.
Czuł, jak jego gardło zaciska się na ten widok.
Nikt w pokoju nie płakał, ale panowała w nim okropna, zimna, śmiertelna cisza, a ślady smutku widoczne były na każdym kroku. Surowe, białe twarze, czerwone, opuchnięte oczy, usta zaciśnięte w twardą, cienką linię i drżące ramiona. Oraz aura.
Dom przesiąknął smutkiem, ciężkim i przytłaczającym, wpychającym swoje lodowate palce w każdą szczelinę oraz odcieniami bólu i rozpaczy, a także złości. Odniósł wrażenie, że zauważyli jego przybycie, ale przez chwilę nikt się nie odzywał.
Ginny minęła go natychmiast, z grymasem na twarzy, bez słowa zatrzaskując za sobą drzwi. Wzdrygnięcie Harry'ego było niemal zauważalne.
- Tak bardzo przykro mi z powodu waszej straty – odezwał się cicho. – Jest coś, co mógłbym zrobić?
Pani Weasley natychmiast pojawiła się obok niego, miażdżąc go w uścisku.
- Och, Harry, dzięki bogu, że nic ci nie jest, ostatniej nocy nie było po tobie śladu – powiedziała. Harry natychmiast poczuł się milion razy gorzej. Po chwili puściła go ze łzami w oczach. – Byłby szczęśliwy, że wszystko z tobą w porządku – oznajmiła drżącym głosem, po czym wybuchnęła płaczem. – P-przepraszam – wyjąkała.
- Niech się pani tym nie przejmuje – odpowiedział cicho Harry. – W porządku… Rozumiem… Jest pani pogrążona w smutku – jąkał się bezradnie.
Co on tutaj robił? Nie wiedział, co uczynić, żeby pomóc, nie potrafił też znaleźć żadnych sensownych słów, które mógłby wypowiedzieć. Był bezsilny. Nie wiedział, jak poradzić sobie z tymi emocjami, jak przekroczyć przepaść między nimi albo sprawić, by poczuli się lepiej, czy choćby ich pocieszyć… szczerze mówiąc, nigdy nikogo nie pocieszał, zwłaszcza nie po takim przeżyciu.
Był wcześniej pocieszany, ale właściwie czuł się niezręcznie, jeśli nie robił tego Tom. Emocjonalnie okaleczony. Całe jego doświadczenie w tego typu sprawach pochodziło z pijackiej konwersacji z psychopatą… a to prawdopodobnie nie był najlepszy przykład do naśladowania. Boże.
Ron patrzył na niego z nietypowo pustym wyrazem twarzy. Harry oparł się nagłemu pragnieniu tego, by się skulić.
- Jestem zaskoczony, że kłopotałeś się, aby przyjść – przywitał go rudzielec, oferując mu tak niesamowicie NIE-ciepły uśmiech, że właściwie nie można go było nazwać nawet uśmiechem.
- Ron, daj sobie spokój – mruknął starszy rudowłosy, który, jak przypuszczał, był Billem albo Charliem. – To nie czas na walkę.
- Oczywiście, że przyszedłem – powiedział ostrożnie Potter. – Jesteś moim najlepszym przyjacielem.
Z tylnej części gardła Rona wydobył się dziwny dźwięk.
- Jestem? Bo, wiesz, ostatnio odnoszę raczej wrażenie, że twoim najlepszym przyjacielem jest Riddle.
Harry stłumił westchnienie.
- Nie, nie rób tego – ostrzegł cicho. – Nie wplątuj Toma w to, że jesteś na mnie zły. On nie ma z tym nic…
- On nie ma z tym nic wspólnego? – Głos Rona poniósł się, zarówno w tonie, jak i głośności, i słychać w nim było niedowierzanie. – On ma z tym wszystko wspólnego! Może gdyby przez cały czas nie wyciągał cię gdzieś w nocy, mój ojciec nie byłby martwy!
Nastała zszokowana cisza, tak ciężka, że niemal krzyczała.
- Właściwie to Tom nigdzie mnie nie wyciągnął. Poszedłem z własnej woli – poprawił go Harry, głosem zadziwiająco cichym w porównaniu ze wrzaskami Rona. – Tak samo jak poszedłbym, gdybyś poprosił mnie o to ty albo Hermiona. Przykro mi z powodu twojego taty, ale to nie była wina Toma. Tylko moja. Zdecydowałem się pójść, nie miałem wizji…
Nie miał szansy, aby dokończyć swoją wypowiedź, bo Ron wyszedł tak samo, jak wcześniej zrobiła to jego siostra. Hermiona wyglądała na rozdartą.
- Idź za nim – poradził jej. Ron potrzebował teraz przyjaciela bardziej niż on. Granger uśmiechnęła się słabo, mocno go przytuliła, po czym popędziła za Ronem. Między pozostałymi w salonie osobami nastała niezręczna cisza.
- Powinnam zrobić jakiś obiad – wymamrotała pani Weasley, wychodząc pośpiesznie, próbując dyskretnie wytrzeć łzy. – Musicie być wszyscy bardzo głodni… – kontynuowała, zamykając za sobą drzwi.
Wyraźnie starała się udawać wesołość i przywrócić swoje stare zwyczaje, rozpaczliwie usiłując znaleźć w nich oparcie i odzyskać kontrolę nad sytuacją, próbując pozostać silną, dla swoich dzieci.
- Cóż – powiedział słabo Syriusz, przerywając ciszę, która ponownie wśród nich zapanowała – dobrze cię widzieć, Rogasiu*.
- Ciebie też – mruknął.
Znacznie później, kiedy już się rozpakował (Z powodu nagłego napływu gości spał z Syriuszem i Remusem w starym pokoju Blacka. W Kwaterze wciąż nie było tylu pokoi, aby każdy mógł mieć własny, zwłaszcza, że znaczna ich część wciąż nie była zdatna do użytku przez te wszystkie niebezpieczne przedmioty, które się w nich znajdowały. Rozumiał obawy dorosłych, zwłaszcza wtedy, kiedy wyobraził sobie przebywających w nich bliźniaków oraz Rona), otworzyły się drzwi.
Weszli Fred i George.
Wyprostował się natychmiast, sztywniejąc, kiedy zamknęli za sobą drzwi i rzucili wyciszające zaklęcie. Czy byli tak pełni jadu jak ich młodszy brat - który wypluwał insynuacje i obelgi za każdym razem, kiedy widział Harry'ego, podczas gdy ten ze wszystkich sił starał się go uniknąć?
Jego gardło ścisnęło się. W paranoicznym geście zacisnął rękę wokół rączki swojej różdżki, ale bliźniacy po prostu przeszli przez pokój, gestem nakazując, by usiadł między nimi. Obaj też schowali swoje różdżki.
Harry wypuścił powietrze, wzdychając cicho z ulgą, czując się winny, że w ogóle był wstanie pomyśleć, iż Fred i George mogliby go zaatakować. Ten dom wprawiał go w zbyt nerwowy nastrój. Nie wiedział dlaczego, ale przez cały dzień czuł z jego powodu dziwny niepokój.
- Ignoruj Rona… - zaczął George.
- …ten palant po prostu nurza się w smutku… - kontynuował Fred.
- …naprawdę nie myśli o tobie tego, co teraz mówi, jest po prostu zły na cały świat – skończyli razem, patrząc na niego z oczekiwaniem. Harry jedynie skinął głową, nie wiedząc, co powiedzieć, ale wtedy słowa wymknęły się z jego ust, zanim mógłby ugryźć się w język i cofnąć je z powrotem do gardła.
- Tyle że wy, chłopaki, nie wydajecie się być na mnie źli – zauważył, spoglądając na nich. Dlaczego nie byli?
Posłali mu identyczne, zmęczone uśmiechy.
- To dlatego, że jesteśmy wspaniali – oznajmili.
Harry mimowolnie, nieznacznie się do nich uśmiechnął.
- Dzięki – powiedział, nie precyzując za co dokładnie był wdzięczny.
Oni jednak zrozumieli, ściskając go za ramiona, przy których siedzieli, po czym wstali i wyszli.
- Och, i mama mówi, że obiad będzie za pół godziny – zawołał jeden z nich, kiedy zamykali za sobą drzwi.
Harry bezmyślnie gapił się przez chwilę w miejsce, w którym zniknęli, słuchając jak ich kroki zanikają w głębi korytarza. Czuł się poruszony tym, że zawracali sobie głowę, aby pocieszyć go choćby w tak mały, pozornie nieistotny sposób, bez wypowiadania słów, mimo tego że byli w samym środku swojej własnej żałoby.
Tacy (w większości) byli po prostu synowie wychowywani przez pana Weasleya.
Przez chwilę siedział drętwo, zagubiony w myślach i wspomnieniach, po czym z nowo odzyskanym zapałem kontynuował swoje rozpakowywanie się, zdesperowany, aby nie zostać sam na sam z cieniami w swoim umyśle.
Trzepał właśnie koszulę (pogrzeb miał odbyć się w czasie tygodnia, jak powiedziała pani Weasley, odprawiony bardzo szybko ze względu na to, że Zakon nie chciał zwracać uwagi na miejsce, w którym umarł pan Weasley), kiedy zauważył pognieciony kawałek papieru, przyklejony do niewielkiej rzeczy, której z całą pewnością nie pakował.
Zerwał go, beznamiętnie mu się przyglądając, po czym jego usta drgnęły niechętnie.
To była książka o pięciu etapach żałoby.
Czy to normalne czuć złość? Uczucie porzucenia… winy… trudnej akceptacji… było tam tak wiele rzeczy.
Nie będąc pewnym, czy powinien się na to denerwować, czy czuć coś innego, ukrył książkę w stosie swoich koszulek, po czym przeniósł wzrok na załączoną notatkę:
Nie rozpadaj się na kawałki i wiń Zeviego o tę bzdurną książkę.
* ang. Prongslet wyraźnie nawiązuje do Rogacza – Prongs – którym był ojciec Harry'ego. Prongslet jest w pewnym sensie zdrobnieniem przezwiska Rogacz. Nie występuje w oryginale, a także tłumacze ficków nie stworzyli dla tej nazwy żadnego polskiego odpowiednika – o ile dobrze się orientuję zawsze mają z nią problem – tak więc postanowiłam w swoim tłumaczeniu przetłumaczyć to po prostu jako Rogaś. Jeżeli ma ktoś jakieś inne propozycje, chętnie je wysłucham.
