Betowała cheroine - brawa dla niej! :)

Dzisiaj, wybaczcie, bez odpowiedzi, bo jest już późno, jutro muszę wcześnie wstać i po prostu nie ma na to czasu. Niemniej bardzo dziękuję Cookies. Alice, CaffeLatte, Mahakao oraz Miyuki za komentarze, jak najbardziej zostały one przeczytane i nie mniej niż wcześniejsze wywołały przyjemny ucisk w sercu. Odpowiem na nie jutro, kiedy tylko będę miała trochę więcej czasu. :)

Dobranoc :).


Słowniczek: wężomowa


Ulubieniec Losu

Rozdział siedemdziesiąty ósmy

Tylko kilka godzin pozostało do pogrzebu pana Weasleya i chociaż Harry wiedział, że prawdopodobnie powinien być teraz z rudzielcami, siedział razem z Tomem przy wychodzącym na Londyn oknie.

Wydawało się to ulubionym miejscem Toma w tym domu.

Czarny garnitur Pottera był sztywny i klaustrofobiczny, krawat go dusił. Tom także był cichy, przygaszony jeszcze po odbytej dwie noce wcześniej rozmowie z Horkruksem.

Żaden z nich nie nosił od jej czasu medalionu, chociaż wciąż trzymali go w zasięgu ręki.

- Tom, wiesz, że możemy zobaczyć, co jest w przypominajce, jeśli tego chcesz – powiedział, nie będąc świadom, że słowa te chcą wymknąć się z jego ust, dopóki nie zawisły pomiędzy nimi.

Głowa Riddle'a pochyliła się w jego kierunku, sprawiając, że Harry szybko kontynuował.

- Możemy rozwiązać to razem, czymkolwiek ta „tragedia" by nie była – oznajmił.

Kąciki ust Toma uniosły się nieznacznie, ale jego spojrzenie było intensywne i Harry miał wrażenie, że chłopak czegoś w nim poszukuje. Nie poruszył się, w odpowiedzi spoglądając na niego z ciekawością, cholera wzięła wszystkie normy społeczne już dawno temu.

- Uparty – mruknął Tom, patrząc na niego. Harry uśmiechnął się, tylko nieznacznie.

- Już to wcześniej mówiłeś – odparł. Tom przez chwilę zachował ciszę.

- Wierzysz w Alternatywne Wszechświaty? – zapytał nagle.

Harry zmarszczył brwi, któryś z jego instynktów ostrzegł go przed tą rozmową, chociaż jego umysł ledwie był w stanie pojąć, z jakiego to niby powodu.

- T… - zaczął, by automatycznie dać mu odpowiedź twierdzącą, w końcu jeśli podróż w czasie była możliwa, to musiały istnieć Alternatywne Wszechświaty… ale potem zatrzymał się. Wrócił pamięcią do swojego trzeciego roku, zmieniacza czasu i wszystkiego innego, co się w jego trakcie wydarzyło. Wskazywało to, że istniał tylko jeden strumień czasowy.

Złe przeczucie zaczęło kiełkować się w jego klatce piersiowej.

- Ja nie wierzę – poinformował cicho Tom, jak gdyby wyczuwając „nie" w jego milczeniu. – Istnieje tylko jeden strumień czasowy, to dlatego zawsze mówi się, że tak niebezpieczne jest mieszanie się w sprawy czasu… może się to skończyć tym, że ty i twój świat przestaniecie istnieć.

Harry przełknął ślinę. Próbował na dużą skalę zmienić przeszłość, próbował powstrzymać Voldemorta. Spojrzał na Toma ostro. Jego towarzysz pochylił się nieznacznie do przodu, wydając się jakimś cudem wiedzieć, kiedy doszedł do tego wniosku.

- Jeśli Voldemort nigdy by się nie narodził, cały ten świat, cały twój świat, przestałby istnieć – kontynuował Tom. – Wszystko by zniknęło. Weasleyowie, Ślizgoni, śmierciożercy… wszystko zmieniłoby się w coś nowego. Umarłbyś.

Teraz w głosie Toma słychać było zawziętość, niebezpieczne zaniepokojenie, które zmusiło Harry'ego, by uważał.

- Nic z tego nigdy by się nie wydarzyło. Nigdy, tak jak teraz, byśmy się nie spotkali.

Harry przygryzł wargę, odważnie napotykając spojrzenie Toma.

- Więc niech tak będzie – powiedział słabo – jeśli ten nowy świat będzie lepszy – to nie tak, że byłbym w stanie zauważyć różnicę, co nie? – Zaśmiał się nerwowo.

- Nie – zgodził się cicho Tom – ale ja byłbym.

Harry nie mógł odwrócić od niego wzroku, nawet gdyby od tego zależało jego życie, był całkowicie sparaliżowany.

- Tom… - zaczął bezradnie.

- Zaprzeczasz, że ja i Voldemort moglibyśmy być jedną osobą - kontynuował bezlitośnie Tom - bo nie możesz znieść myśli, że ja i on moglibyśmy kiedykolwiek być tacy sami, że wszystko, co się tutaj dzieje poszłoby na marne, że nie byłbym w stanie pamiętać czegokolwiek, co się teraz dzieje, podczas gdy ty pamiętałbyś wszystko z niezwykłą dokładnością, i to cię rani, a zaprzeczasz, bo musisz.

Harry zacisnął pięści i szczękę, oddychając płytko.

- Nie możesz pozwolić całemu krajowi pogrążyć się w magicznej wojnie domowej tylko po to, aby zatrzymać… - zaczął.

- Prędzej pozwolę całemu światu się spalić, niż z chęcią odejść tobie i twoim wspomnieniom – stwierdził Tom całkowicie bezbarwnym głosem, jedynie z mrocznym spojrzeniem wlepionym w niego ze śmiertelną intensywnością. – Możesz mieć na tyle duży kompleks bohatera, aby zniszczyć samego siebie, ale ja, że tak to ujmę, mam mniejszą skłonność do bycia bezinteresownym… Jestem psychopatą.

Myśli Harry'ego wróciły do definicji wypowiedzianej przez Toma i jego słów, pokręconych na tysiące różnych sposobów i wariantów, wskazujących zasadniczo na jeden jedyny wspólny, mrożący krew w żyłach fakt, że Tom zawsze stawia siebie ponad wszystkich innych. Jego oddech zamarł w gardle, kiedy Riddle uśmiechnął się bez radości.

- Jestem najbardziej samolubną osobą, jaką kiedykolwiek spotkasz, Harry, nie oszukuj się, wierząc, że kiedykolwiek zniszczyłbym Voldemorta, gdyby jednocześnie miało to zniszczyć i ciebie, nawet jeżeli w innym przypadku mógłbym pozwolić na odrzucenie tego wizerunku, jeślibyś mnie o to poprosił.

- Uważaj – mruknął Harry, szukając sposobu na to, aby złagodzić duszące napięcie między nimi. – Mógłbym odnieść wrażenie, że jesteś we mnie zakochany albo coś w tym stylu, biorąc pod uwagę te wszystkie namiętne deklaracje.

- Nie – odpowiedział stanowczo Tom. – Ja jedynie mam obsesyjną osobowość i nie zamierzam pozwolić jedynemu przyjacielowi, jakiego kiedykolwiek miałem, nie tylko popełnić samobójstwo, ale także zatrzeć ślady swojej obecności do całkowitego zapomnienia, jak gdyby nigdy nie istniał.

- A ja nigdy nie mógłbym patrzeć na to, jak stajesz się Voldemortem – warknął Harry. - Zwłaszcza, gdyby stało się tak z mojego powodu. Nienawidzę go! Wiesz o tym! Nigdy bym ci nie wybaczył.

- Co, mój drogi – powiedział Tom cierpko, gorzko – jest właśnie powodem, dla którego jest to tragedią.

Harry czuł mdłości wzbierające się w jego żołądku i buzujące jak jeden z bardziej katastrofogennych eliksirów Neville'a. Odwrócił wzrok, nie będąc w stanie dłużej utrzymać go na tych nieustępliwych oczach, pozwalając swojej głowie skryć się obronnie w dłoniach.

- Więc co, cofniesz się w czasie, aby stać się Voldemortem, bo to jedyny sposób na to, żebym istniał, tak? W przypadku, gdybyś tego do cholery nie zauważył, on… ty… i tak próbujesz mnie zabić i masz to w cholernej… - Harry z frustracją oderwał dłonie od swoich włosów, patrząc na Toma. – Zapomnij o tym. Nie pozwolę ci. Zabraniam ci. Nie zrobisz tego. Wolałbym raczej umrzeć.

Tom wpatrywał się w niego niewzruszony.

- I wracamy do tego, że w przeciwieństwie do ciebie, ja jestem wystarczająco samolubny, żeby pozwolić całemu światu pójść za to do diabła, czymkolwiek to jest, bo prawdę mówiąc, świat i tak jest do dupy, i naprawdę nie zrobi mi to większej różnicy, a szczerze powiedziawszy, w końcu to nie tak, że jestem jakoś bardzo przeciwny poglądom Voldemorta.

- Ty nie jesteś - warknął Harry - ale ja jestem! Cholera to wszystko, Tom, NIE będziesz o tym za mnie decydował! Ja się, do kurwy nędzy, zastrzelę…

- A jeśli będziesz śmiał to zrobić, ja zrobię wszystko po swojemu tylko po to, by cię wkurzyć – oznajmił Tom, tym razem z rozdrażnieniem. – Jesteś wściekłym hipokrytą, starasz się pozbyć swojego poczucia winy i życia, by upewnić się, że Voldemort nigdy nie zostanie stworzony, ale masz mi za złe robienie tego samego.

- Nie robię tego z powodu poczucia winy! – krzyknął Harry, jego temperament ponownie osiągnął punkt krytyczny. – Robię to, bo nie chcę patrzeć, jak ktoś, na kim mi zależy, zamienia się w żałosnego potwora bez serca!

Tom wpatrywał się w niego, zamierając w bezruchu, po czym przemówił, a cała surowość zniknęła z jego twarzy, zastąpiona przez coś o wiele bardziej bolesnego: czułość.

To nietypowe uczucie wykrzykiwało różnicę między Voldemortem a Tomem.

- Zawsze bohater, Harry. Myślałem, że przynajmniej trochę, choć w jakimś stopniu docenisz fakt, że ratuję twoje życie, nawet więcej, twój świat, a także życia twoich przyjaciół… ale przypuszczam, że niezmiennie będziesz dążył do autodestrukcji.

- A ja myślałem… – oznajmił Potter, modląc się o to, aby jego głos nie załamał się albo nie zrobił czegoś równie śmiesznego - …że miałeś wystarczająco instynktu samozachowawczego, aby nie robić czegoś tak „głupio sentymentalnego", jak poświęcenie siebie dla świata znajdującego się na krawędzi wojny, podczas której ja i wiele innych osób tak czy siak zostanie zabitych spod twojej różdżki.

Tom przez chwilę przyglądał się mu spokojnie.

- Dobrze się składa, że pozostaję w tym czasie co najmniej do końca tego roku, mam czas, by przekonać cię do konieczności tego rozwiązania.

- Dobrze się składa, będę miał czas, aby przekonać cię do zmiany zdania. Ta historia nie zakończy się w ten sposób.

Tom westchnął, ściskając jego ramię, kiedy przechodził obok.

- Idź znaleźć swoich przyjaciół, Harry. Mam pewne sprawy do załatwienia, możemy porozmawiać o tym później.