Nad rozdziałem zbetowała się cheroine.
Dzisiaj odpowiadam wam zarówno na komentarze do rozdziału 77 i 78 - jeszcze raz dziękuję wam za je wszystkie i jeszcze raz przepraszam za to, że nie byłam w stanie zrobić tego ostatnio.
Cookies. Alice, przepraszam, że jestem tajemnicza, to już chyba jest w mojej naturze :). A na twoje pytania w pewien sposób w końcu odpowiem - wstawię kolejne rozdziały :). Tylko będzie to sposób bardzo rozciągnięty w czasie. Niemniej poznasz odpowiedzi na swoje pytania. Szkoda, że sprawdził się jeden z twoich czarnych scenariuszy, ale w pewnym sensie musiało coś takiego się stać - Voldemort nie pamięta Harry'ego i czasu, jaki spędził wraz z nim w tych czasach, tak więc musi być tego jakiś powód - w końcu jest przyszłym odpowiednikiem Toma. Coś musiało to spowodować. :) Kto postawi na swoim, to niestety dowiesz się dopiero na samym końcu, i do samego końca nie będzie tego do końca wiadomo - będą podejrzenia, zapewne całkowicie odmienne, ale nie będzie można powiedzieć niczego na 100%. Niestety nic nie jest takie proste, Tom nie może po prostu stwierdzić, że nie zostanie Voldemortem, bo wtedy Voldemort by nie istniał, a zatem Harry, którego znamy, także przestałby istnieć. I masz racje, nie pozostaje nic innego jak czekać :). CaffeLatte, zapamiętam twój głos :). Myślę, że łatwiej będzie ostrzegać, kiedy koniec nie będzie w złym momencie - bo zazwyczaj kończy się w momentach najbardziej dramatycznych ;). Mahakao, proszę bardzo ;). Tak, proszący Tom nie był czymś normalnym, ale to wspaniale przez to ukazuje wszystkie jego emocje - emocje do tego wszystkiego, co dzieje się wokół niego. Tego, do czego zmierzy ta historia. Bo myśli Toma można poznać właśnie poprzez takie ciche i pozornie nieznaczące nic uczynki. A co do uczuć Toma - och, będzie ich jeszcze wiele! :) Twój pomysł na to, jak powinien działać Tom jest genialny, ale w żaden sposób go nie skomentuję, bo musiałabym wtedy powiedzieć, czy któryś element twojej wypowiedzi nie ma w sobie chociaż ziarenka prawdy, a to równałoby się ze spojlerami :). Miyuki, to dobrze, że zrozumiałaś mnie mimo moich zupełnie poplątanych myśli, już zaczęłam wątpić w swoją możliwość wysławiania się :). Tak, możliwości jest dużo... ale przez to wszystko jest tylko ciekawsze, czyż nie? Nie zazdroszczę bolących nóg, sama kiedyś też jeździłam konno, ale to było dawno, naprawdę dawno temu :). I masz rację, to wszystko to błędne koło - wszystko sprowadza się do wspomnianej wcześniej tragedii. Voldemort nie pamięta, aby podróżował w czasie, nie pamięta Harry'ego, racja, ale Voldemort jest odpowiednikiem Toma, tak więc można - bardzo przymykając na wszystko oko - stwierdzić, że Riddle nie pamięta Harry'ego. Albo raczej nie będzie pamiętał. Zaufanie Harry'emu jest bardzo dobrym pomysłem, ale... Harry jest bohaterem. A bohaterowie często miewają nieco... destrukcyjne pomysły. Nic więcej nie zdradzę - i tak już powiedziałam zbyt wiele. Evolution, ponieważ przyszłość jest poważna - maluje się w bardzo ponurych barwach, trudno więc patrzeć na nią z uśmiechem. Bardzo dobrze zrozumiałaś wszystko, o to właśnie chodziło. I zgadzam się, obaj mają niezwykle ciężki problem. Złoty środek byłby wspaniały, tylko... sama powiedz, czy taki istnieje? Nie powiem, czy oni go znajdą czy nie, tylko pytam się, czy sama potrafisz taki ujrzeć? Ponieważ, właściwie, znamy już wszystkie fakty. Nie znamy poszczególnych planów każdej z postaci, ale wiemy, na jakich faktach będą się one opierać. Co ty byś zrobiła na ich miejscu? ;) Masz racje, to paradoks. To wszystko to jeden wielki paradoks... Aldera, wiem, że dużo, ale wierzę, że dasz radę to przeczytać :). W każdym razie cieszę się, że ci się podoba.
Cóż więcej mówić? Kolejne rozdziały powinny pojawić się dość wcześnie, a nie w weekend, tak jak w tym tygodniu. W każdym razie życzę wam wszystkim miłego dnia i - do zobaczenia! :)
Ulubieniec Losu
Rozdział siedemdziesiąty dziewiąty
Na pogrzebie siedział w drugim rzędzie, tuż obok Syriusza i Remusa. Była to cicha, mała ceremonia, w dużej mierze ograniczona do Weasleyów i członków Zakonu.
Dumbledore też tu był. Harry'emu wydawało się, że krawat zaciskał się zbyt blisko jego szyi, coraz mocniej i mocniej, aż w końcu czuł, że nie mógł oddychać, jego głowa wirowała, kiedy obserwował ludzi wygłaszających swoje przemowy ze łzami w oczach i stoicką sztywnością. To krawat czy gula w gardle blokowała jego drogi oddechowe?
Ręka Syriusza spoczywała na jego ramieniu – była jedyną rzeczą, która przytrzymywała go przy ziemi.
Mój ojciec był wielkim, lojalnym człowiekiem…
Słowa Weasleyów rozmywały się w jego uszach, brzmiąc jak gdyby wszyscy znajdowali się pod wodą. Czuł wzrastające mdłości, głowa pulsowała coraz bliżej nasilenia, w którym mogłaby wybuchnąć, przez co trudno było mu się skoncentrować. Był odrętwiały.
I wiem, że nigdy o nim nie zapomnimy, w sposób, który ma znaczenie…
Tak, zawsze będzie pamiętał pana Weasleya i to, jak z zupełną powagą zadawał przypadkowe entuzjastyczne pytania o samoloty i przeznaczenie gumowych kaczek. W jaki sposób pokazał Harry'emu, jak to jest mieć rodzinę, w jaki sposób traktował Harry'ego – jak gdyby był jego własnym synem.
NIGDY tego nie zapomni.
Ponieważ był odważny i umarł w najbardziej honorowy, najszlachetniejszy ze sposobów…
Przez atak węża… co było honorowego w ataku węża? Było oczywiste, że Zakon zachował to dla siebie, ale Harry czuł mdłości, choćby rozważając teraz zastanawianie się nad tym dlaczego.
Wpatrywał się tępo przed siebie, ale nie widział nic, łkanie Molly wbijało się w jego klatkę piersiową jak krótki hak, drążąc w jego sercu dziurę. Jego palce zacisnęły się w pięści, ciało zesztywniało od powstrzymywanego drżenia z powodu tych wszystkich emocji, które walczyły w jego wnętrzu o dominację… tak wiele emocji, a nawet pomimo nich był tak niesamowicie odrętwiały. Zdawało mu się, że zranieni wokół niego ludzie znajdują się niesamowicie daleko, oddzielni od jego własnego bólu, a szalejące w swoim wnętrzu tsunami trzymał w ryzach dzięki kruchym zasłonom spokoju.
Zginął, broniąc tego, w co wierzył.
Harry nie wiedział już, w co wierzyć.
Po pogrzebie – kremacji - wrócili z powrotem na Grimmauld Place, bo Weasleyowie na nic więcej nie mogli sobie pozwolić… Harry zaoferował, że sam zapłaci za koszty przygotowań, ale nikt mu na to nie pozwolił.
Kremacja, jak Harry podejrzewał, była również sposobem na to, aby uniknąć możliwości wskrzeszenia zmarłego przez Voldemorta jako inferiusa, ale Potter w żaden sposób tego nie skomentował.
Fred i George nie śmiali się, a Molly ściskała pustą urnę tak mocno, że Harry obawiał się, iż ta zaraz się roztrzaska. Ginny była tulona miażdżąco przez wynędzniałą, zrzędliwie wyglądającą starą babę, na którą, jak słyszał Harry, wołano „Wielka Ciotka Muriel". Ron był blady, bez życia i garnął się do Hermiony.
Kiedy weszli, Harry zatrzymał się, widząc rozgrywającą się przed sobą scenę.
Moody był wściekły, mamrotał przekleństwa, przykładając chusteczkę do swojego krwawiącego nosa. Dumbledore natychmiast wyszedł do przodu, a jego oczy lśniły.
- Alastorze, stary przyjacielu, co się stało? Gdzie pan Riddle?
Jeśli to było tym, czym myślał, że było, to Harry był pewien, że jego słaba teraz samokontrola załamie się. Ten tydzień był jednym wielkim gównem, a jego cierpliwość była na wyczerpaniu.
- Ten mały sukinsyn mnie przeklął – warknął Moody. – Zabiję go, zabiję go, kiedy wróci…
- Wyszedł? – domagał się odpowiedzi Dumbledore. – Gdzie? Kiedy?
Wszystko wskazywało na to, że to było to, co Harry myślał i wypełniła go lodowato zimna furia, łamiąc bariery i ujawniając jego Ciemną Stronę, której tak rzadko pozwalał przejąć nad sobą kontrolę, odkąd wrócił do tego czasu – za bardzo martwił się tym, aby utrzymać swoją więź z Jasną Stroną.
- Och? – zakwestionował chłodno. – Nie zdawałem sobie sprawy z waszego zainteresowania. Jest więc więźniem, skoro nie wolno mu przychodzić i odchodzić, kiedy tylko mu się to żywnie spodoba?
- Harry… - zaczął Dumbledore swoim dziadkowatym głosem z odrobiną frustracji.
- Wiesz – przerwał mu Harry milutkim, zamyślonym tonem - jestem zaskoczony, że złamał ci tylko nos, kiedy próbowałeś uniemożliwić mu wyjście… bo tak właśnie było, prawda?
- On jest Mrocznym Lordem, Potter – warknął Moody. – Oczywiście, że nie zamierzamy pozwolić mu przemieszczać się na własną rękę i tak po prostu puszczać go, by wchodził i wychodził sobie z Kwatery Głównej. STAŁA CZUJNOŚĆ.
- Cóż, zabrzmiało to tak, jakby nie miał możliwości, aby stać się kimś innym – odwarknął Harry, równie wściekły.
Przed chwilą był na pogrzebie – czy wszechświat naprawdę nie może dać mu chwili przerwy? Bez nieustannego planowania, jak rzucić mu pod nogi kolejne gówno? Wyglądało na to, że nie.
- On nie jest głupi - kontynuował spokojnie - i bez względu na swoją psychopatyczną naturę bez problemu może powiedzieć, co o nim sądzicie. Nie zmieni się, jeśli mu na to nie pozwolicie.
- On i tak się nie zmieni! – warknął Moody, robiąc ku niemu duży krok, zaczynając wyżej podnosić różdżkę.
Harry zauważył, że Weasleyowie, nawet trwając w swoim przygnębieniu, zaczęli sprawiać wrażenie niesamowicie zdezorientowanych. Moody zatrzymał się nagle, patrząc mu przez ramię.
Potter poczuł magię jeszcze zanim się odwrócił, ale i tak to zrobił, zauważając, że Tom rzeczywiście wrócił z załatwiania tych swoich „spraw" i opierał się o drzwi, jakby od niechcenia stukając różdżką o udo.
Miał naprawdę oszałamiające wyczucie czasu. Harry często zastanawiał się, czy nie miał przypadkiem jakiegoś urządzenia, które mówiło mu, kiedy jest najbardziej dramatyczny moment na przybycie.
Ciemne oczy w ułamek sekundy omiotły całą sytuację, płonąc dostrzeżonymi możliwościami. Tom posłał Moody'emu krzywe spojrzenie, uśmiechając się leniwie.
- Niezła twarz – skomentował dziedzic Slytherina. Auror zjeżył się, mając na ustach prawdopodobnie całkiem niebezpieczne zaklęcie i Harry automatycznie się poruszył.
Dopiero kiedy zauważył, że wszyscy się na niego gapią, zdał sobie sprawę, że poruszył się, aby stanąć między różdżką Szalonookiego a Tomem.
Nie mógł zmusić się do tego, żeby się tym przejmować; był zbyt wściekły, zbyt zmęczony.
- Niech chociaż jeden z was spróbuje się, do cholery, ruszyć, a go zabiję – powiedział niebezpiecznie, samemu nie będąc nawet pewnym, na ile poważnie to mówi. – W tym tygodniu było już wystarczająco dużo śmierci, nie potrzebuję dodać do niego jeszcze was dwóch, wdających się w pierdoloną rywalizację między sobą.
Brwi Toma uniosły się nieco na jego dobór słów, ale jego cisowa różdżka z piórem feniksa nie obniżyła się. Tak samo jak Moody'ego. Aura Harry'ego zaiskrzyła się.
- W tej chwili odłóżcie różdżki – syknął.
- Nie będziesz mi mówił, co mam robić, Evans – warknął Moody, kierując różdżkę na jego serce.
- Alastorze – przerwał ostro Dumbledore. – Dość. To wystarczy. Pan Potter ma rację, teraz nie jest na to czas.
Dyrektor spojrzał kątem oka na wciąż przygnębionych i w większości pozbawionych energii Weasleyów oraz Syriusza i Remusa, którzy wydawali się gotowi do wybuchnięcia, kiedy Auror wskazał różdżką na Harry'ego.
Nastąpiła chwila napiętej ciszy, a następnie Szalonooki opuścił różdżkę, magiczne oko wpatrywało się wściekle w jego oczy, po czym ze śmiertelną intensywnością zatrzymało się na Tomie.
- Będę miał cię na oku, chłopcze – ostrzegł Moody, odchodząc z furią, kulawo.
Na twarzy Toma pojawił się uśmieszek, pozornie nonszalancki, kiedy zawołał przez ramię do opuszczającego pomieszczenie Aurora.
- Mam nadzieję, że nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli nie odwdzięczę się w tej przyjemności… Wolę coś bardziej estetycznego.
W odpowiedzi drzwi zatrzasnęły się gwałtownie, powodując wzdrygnięcie Ginny, która natychmiast została przyciągnięta bliżej przez… to był Charlie, prawda?
- Mogę prosić na słówko, panie Potter? – zapytał chłodno Dumbledore.
Dyrektor nie czekał na odpowiedź, przechodząc obok niego i z zaskakującą siłą chwytając jego ramię, ciągnąc go do salonu. Czuł, jak wzrok Toma wypala mu dziurę w plecach i posłał mu w odpowiedzi spojrzenie pod tytułem: „niczego nie rób".
Jej. Co za wspaniały tydzień.
