Rozdział zbetowany został przez cheroine - dziękuję!

Cookies. Alice, cóż, tutaj, jak pewnie sama zauważyłaś, jest raczej zachowana zgodność z kanonem - przynajmniej pod względem historii. O Tomie, zdradzę, będzie więcej, ale nie powiem w jakim sensie i od kogo te informacje uzyskamy. W każdym razie myślę, że nie powinnaś się zawieść :). Alishacet, pytasz się o paradoks, tak? Cóż... abym mogła na to odpowiedzieć, musiałabyś uściślić pytanie. Paradoks między Tomem, Harrym i Voldemortem... naprawdę trudno mi to krótko wytłumaczyć słowami. Chodzi o całą sytuację, to, do czego to wszystko zmierza. Brak odnalezienia jakiegokolwiek rozwiązania, niemożność wręcz zrobienia tego, a mimo wszystko bardzo uporczywe starania wszystkich bohaterów o zmienienie rzeczywistości i zrealizowanie swoich planów. Tak mniej więcej i w bardzo, bardzo dużym uproszczeniu :). Cieszę się, że znalazł się kolejny fragment, który ci się spodobał. Co do potyczki Voldemorta i Toma, to tym razem chyba będziesz zawiedziona, chociaż nie przejmuj się, jeszcze ona nadejdzie ;). I widzę, że również i ty, tak jak Harry, zaczynasz dostrzegać uczucia Toma w jego najmniejszych gestach ;). Evolution, proszę bardzo, cieszę się, że sprawiłam przyjemność :). I masz rację - Tom zdecydowanie zbyt łatwo zauważa kłamstwa Harry'ego (na całe szczęście, bo co by Potter zrobił, gdyby tak nie było?). Tak jak sama powiedziałaś, będziesz musiała poczekać i sama sie przekonać, ale na szczęście naprawdę nie musisz długo czekać, aby znaleźć odpowiedź na to pytanie. :) Cieszę się bardzo, że podoba ci się ten kontakt, który staram się z wami utrzymać - miło słyszeć, że ktoś to docenia. Wyjaśnianie różnych niedomówień to dla mnie czysta przyjemność, tak więc nie widzę powodu, dla którego miałabym tego nie robić ;). No i, oczywiście, dziękuje za tak piękne życzenia. :) Mangha, cieszę się, że prezent ci się spodobał. I chcę powiedzieć, że bycie na twojej liście jest dla mnie zaszczytem :). Co do podsłuchiwania Toma i Harry'ego, to nie jest to takie proste, bo Tom ma naprawdę bardzo nieciekawą reputację - wszyscy wiedzą, że jest niebezpieczny. Ślizgoni, nawet jak coś przez przypadek zauważą, to siedzą cicho i udają, że nic nie widzieli. Cieszę się, że nie znalazłaś żadnych błędów, wraz z betą bardzo staramy się o to, aby takowych nie było. Pochwały jak najbardziej mobilizują, bo uświadamiają, jak wielka spoczywa na nas odpowiedzialność - szczególnie jeżeli chodzi o wyrobienie się z rozdziałem... I, cóż mogę powiedzieć, cieszę się, że ktoś pożałował Severusa - to taka biedna postać! :) Tosia, doskonale wszystko wywnioskowałaś! O to właśnie, między innymi, chodziło - tylko po prostu trzeba było zauważyć to pomiędzy tymi wszystkimi zawiłościami, co nie jest takie proste ;). Brawo! Co do nauki... cóż, może nie interesować się nauką. Właściwie bardziej po prostu skupiam się na niej, jeżeli to, czego się uczę, jest ważne bądź ciekawe. W tym przypadku miałam chemię, którą wprost uwielbiam i która jest dla mnie ważna, tak więc dlatego "pochłonęła mnie nauka". Miałam po prostu wielką porcję materiału do ogarnięcia i chciałam (chociaż na chęciach pozostało...) wyrobić się przed północą... Alison, oczywiście, że pamiętam! Jak możesz w to wątpić? ;) Cieszę się, że podobał ci się rozdział i tak pozytywnie jesteś nastawiona do tego tłumaczenia :). mad, cóż, czuję w sercu, że muszę bronić Harry'ego. Musimy pamiętać, że wychowywał się w domu, w którym nie nauczono go prosić o pomoc - oczekiwano, że sam sobie ze swoimi problemami poradzi. Do tego stara się być niezależny, szczególnie przy tak wielkiej osobowości jak Tom. Owszem, jego zachowanie nie było mądre, ale w pewnym sensie nieco zrozumiałe... W każdym razie cieszę się, że tak bardzo lubisz postać Toma, bo jest on tego wart :). Masz rację, cała ta sytuacja wymaga od Toma naprawdę wielkiego poświęcenia, ale to urocze... Toma łatwo (i trudno) kochać... Keti, mam nadzieję, że mimo wszystko jest to plus a nie minus ;).

Dziękuję za wasze komentarze, ponownie sprawiły one, że w tak ciężkim dla mnie dniu na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Jesteście po prostu niezwykli :). Miłego, jak najmilszego czytania!


Ulubieniec Losu

Rozdział osiemdziesiąty siódmy

Tom nie pojawił się na śniadaniu; nie było go w łóżku również wtedy, kiedy Harry się obudził.

Zaniepokojonemu Harry'emu mimowolnie krążyło po umyśle pytanie, czy Riddle poprzedniej nocy w ogóle poszedł spać, czy może po prostu pobiegł załatwić swoje… sprawy.

Nie wiedział, co myśleć o tej bardzo prawdopodobnej możliwości.

Normalnie usiadłby z Ronem i Hermioną, gdyby z jakiegoś powodu Toma nie było przy stole Slytherinu, ale teraz opadł na miejsce pomiędzy Draco Malfoyem (siedzącym obok Abraxasa) a Blaisem Zabinim. Draco spojrzał na niego z ukrytym zaniepokojeniem.

- Co ty wyprawiasz? – syknął, krztusząc się kęsem jajecznicy.

Wszyscy przeszli Ślizgoni także się na niego gapili… tak samo jak większość Sali, jak stwierdził, kiedy się rozejrzał. Ron posyłał mu spojrzenie wyraźnie mówiące: „co do cholery!". Ups.

- Próbujesz wpakować nas w kłopoty? – zażądał Draco.

Harry skrzyżował ręce, biorąc łyk swojej kawy, po czym przemówił przyciszonym głosem.

- Co chcieliście powiedzieć, kiedy przyszedł Tom? Wczoraj – zapytał.

Blaise wydobył ze swojego gardła dziwny dźwięk, brzmiący trochę jak mieszanka rozbawienia i czegoś jeszcze.

- Salazarze, ale jesteś dociekliwy – mruknął Włoch*. Harry w odpowiedzi jedynie uniósł brew, uparcie się w nich wpatrując.

- Blaise… – zaczął Nott nerwowo, jakby ostrzegawczo. Zabini przyglądał mu się uważnie.

- Nie ma niczego do powiedzenia, prawda, Zabini? – oświadczył z naciskiem Draco. Harry zmarszczył czoło.

- Brzmi, jakby to „nic" znaczyło całkiem sporo. Chłopaki, wyglądacie, jakbyście mieli zsikać się ze strachu albo coś w tym stylu.

- Nie zamierzam ponownie zajść Riddle'owi za skórę – oznajmił Draco głośno i stanowczo.

Abraxas posłał mu mały, aprobujący uśmieszek, który spowodował, że Draco uśmiechnął się słabo.

Harry zmrużył oczy na starszego (przeszłego) Malfoya, który na chwilę z powagą nawiązał z nim kontakt wzrokowy, po czym powiódł spojrzeniem gdzieś indziej.

Zaczynał mieć po dziurki w nosie tych wszystkich ludzi, którzy uchylali się od odpowiedzi na jego pytania.

Zaczynał rozumieć, dlaczego Tom preferował zwyczajne wdzieranie się do umysłu, kiedy chciał się czegoś dowiedzieć… a to, że tak myślał, wcale nie było dobrym znakiem.

Czy nie było w Slytherinie nikogo, kto mógłby mu powiedzieć, co się, do cholery, działo? Głęboko zamyślony wpatrywał się w swoją kawę.

- Masz pierwszą Obronę, prawda? – zapytał głos.

Spojrzał w górę, po kilku sekundach zdając sobie sprawę, że pytanie zostało skierowane do niego. Przez Pansy Parkinson. Jasna cholera. Co z nią było nie tak?

Uśmiechnęła się do niego w sposób, który z całą pewnością wydawał jej się atrakcyjny. Atrakcyjny. Próbowała z nim flirtować? Być może czegoś od niego potrzebowała albo coś od niego chciała? Bingo, jeśli tak było.

- Yhym, taak, mam – odpowiedział, spokojnie odwzajemniając jej uśmiech, jakkolwiek bolesne było dla niego zmuszenie ust do ułożenia się wedle jego woli.

Oczy Draco zwęziły się, a Zabini stał się nagle o wiele bardziej skupiony.

- Oczywiście, że ma – warknął Nott. – W końcu miał z nami te zajęcia przez ostatnie pięć lat. Głupie pytanie.

- Chciałam po prostu zacząć rozmowę – fuknęła Parkinson, spoglądając na niego, jakby szukała potwierdzenia.

Musiał ten nieśmiały, pełen nadziei uśmieszek przybić gwoździami, aby zapobiec jego całkowitemu spłynięciu z warg.

- Cóż, być może w takim razie muszę zaprowadzić cię do klasy, aby upewnić się, że zapamiętasz moją twarz – zaproponował, wymiotując gdzieś na tyłach swojego umysłu.

Był pewien, że mógłby w tym czasie wszystko z niej wyciągnąć. Twarz Parkinson w odpowiedzi dziwnie drgnęła. Być może próbowała wyglądać na nieśmiałą. Nie chciał tego wiedzieć.

- Harry – zaczął Zevi, nie będąc w stanie powstrzymać się od podsłuchiwania. Oderwał swój wzrok od Parkinson, udając, że z jakiegoś dziwacznego powodu przychodzi mu to z trudem, spoglądając na Prince'a.

- Zevi? – zapytał, poświęcając mu jedynie odrobinę swojej uwagi. Zevi wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale jego wzrok automatycznie zatrzymał się na czymś znajdującym się ponad ramieniem Harry'ego.

Harry nie musiał obracać się, aby zrozumieć, że Tom zbliżał się do stołu, zresztą chwilę później dziedzic Slytherina opadł na swoje zwykłe miejsce i przyciągnął do siebie miskę owsianki, jak gdyby w ogóle nie zwracał uwagi na to, że pojawił się zaledwie dziesięć minut przed rozpoczęciem zajęć.

Lestrange odezwał się natychmiast.

- Wiesz o Harrym i Parkinson, Tom? – Roześmiał się, starając się sprawiać wrażenie, że robi to od niechcenia. – Wydaje się między nimi trochę iskrzyć po drugiej stronie stołu.

Harry zauważył, jak Draco blednie, wyglądając jakby miał zaraz zemdleć, a Pansy zaczyna puszyć się jak paw. Wzrok Toma podniósł się, kierując się o kilka miejsc dalej aż do jego twarzy.

- Och, tak? – zapytał lekko, brzmiąc, jak gdyby odpowiadał na pytanie Lestrange'a, ale jego wzrok się nie poruszył.

W odpowiedzi na to uważne przyglądanie się Harry uniósł brwi, a głowa Toma przechyliła się, po czym odwrócił wzrok, zaczynając rozmowę z Alphardem.

Draco wypuścił powietrze.


McGonagall zatrzymała go pod koniec zajęć, przed obiadem, głosem z dziwną nutką jakiejś mieszanki poirytowania, surowości i litościwego zrozumienia.

- Przez najbliższe dwa tygodnie każdego wieczoru będziesz odbywał szlaban, począwszy od jutra… dyrektor pragnie się również z tobą jutro zobaczyć. Hasło to eksplodujące cukierki – poinformowała go.

No tak. Szlaban za wykradanie się ze szkoły i upijanie z Tomem. Z powodu wszystkiego, co się potem wydarzyło, zupełnie o nim zapomniał.

- Co będę robić na szlabanie? – zapytał bezbarwnie. Jej usta zacisnęły się, nie wiedział, czy z dezaprobaty, czy z czegoś innego.

- Będziesz pracować nad składnikami do eliksirów dla profesora Snape'a – odparła.

Fantastycznie.

Nie będąc pewnym, czy uda mu się powstrzymać od przeklęcia lub powiedzenia czegoś zjadliwego, po prostu skinął głową i bez słowa odwrócił się w stronę drzwi.

Nie miał w końcu okazji porozmawiać z Parkinson. Reszta ludzi praktycznie przyczepiła się do niego, sprawiając, że z trudem udawało mu się zdobyć chwilę dla siebie po to, by spokojnie pomyśleć, nie mówiąc już o przekopywaniu się przez całą tą rozległą sieć, która budowała imperium Toma.

Oczywiście, miał pewne pojęcie co do tego, jak pracowała ta skomplikowana pajęczyna pełna pułapek i pokus, tkwił w niej bezradnie, wisząc tak jak Frodo, kiedy Szeloba zbliżała się, by go pożreć… i sabotował ją.

Tom nie doceniał tego, jak wiele jego pracy szło na efektywny sabotaż… Chodziło mu o to, by miał sznurki, za które mógłby pociągać, gdy potrzebowałby informacji. Znał najsłabszy i najsilniejszy punkt całej struktury. Pansy była słabym, bo miał już coś, czego chciała. Nie wiedział jeszcze, co spowodowało to jej nagłe zainteresowanie jego osobą, ale mógł z niego skorzystać.

Nie było jej na zewnątrz; bezczelnie zasugerowała wcześniej, że na niego poczeka. Zamiast niej stał Tom.

Dziedzic Slytherina opierał się o ścianę korytarza i McGonagall zamarła, kiedy wyszła z klasy, aby skierować się na obiad. Tym razem jej spojrzenie było pełne wyraźnej dezaprobaty.

- Panie Riddle – przywitała się sztywnym tonem, szybko koło niego przechodząc i odwracając wzrok.

- Minerwo. – Tom pochylił w odpowiedzi głowę, okrutnie, z szyderczym błyskiem w oczach. Jej krok przyspieszył, po czym zniknęła z jego pola widzenia.

Tom spojrzał z powrotem na niego, przez kilka sekund przyglądając się mu, po czym wykonał rozkazujący gest, wskazując, że Harry powinien podążyć za nim… w stronę przeciwną do Wielkiej Sali. Harry przypuszczał, że chodziło mu o kuchnię.

Zastanowił się chwilę, a następnie udał się tam wraz z nim.

Niewygodna prawda była taka, że zaczynał tracić możliwości wyboru w sprawie oddalania się od Toma.

- Pan Harry Potter, sir! – zapiszczał radośnie Zgredek, kiedy weszli, chociaż natychmiast uspokoił się na widok dziedzica Slytherina. Harry zauważył z pewnym rozbawieniem, że plecy Zgredka wyprostowały się sztywno, podczas gdy wszystkie inne skrzaty kłaniały się.

Tom badał skrzata spojrzeniem, jakby nie będąc pewnym, co o nim myśleć. Trzeba było przyznać, Zgredek miał raczej entuzjastyczne nastawienie do dowolności w doborze ubrań… chociaż ten kontemplacyjny wyraz twarzy Toma nigdy dla nikogo nie znaczył nic dobrego.


Usiedli w Pokoju Życzeń, nad gołym niebem i przy kominku… chociaż Tom zrobił kolejny krok i posunął się do pozbycia się ścian oraz stworzenia słonecznej, usianej trawą polany.

To było dziwne, sprawiało wrażenie sponiewieranej przez żywioły wsi, w której przetrwały podłoga, kominek (magiczny, gdyż nie został do niczego podłączony) i kanapa… ale było miło. Wyglądało na to, że poprosił pokój, by naśladował inną pogodę od tej posępnej, szarej, panującej teraz na zewnątrz – słoneczną. Było spokojnie.

Harry mimowolnie zrobił się podejrzliwy, chociaż zarazem poczuł, jak jego nakładane na co dzień maski automatycznie opadają szczęśliwie, zwabione wolnością i otwartą przestrzenią.

Wątpił, żeby ściany naprawdę otworzyły się na łąki, ale magia sprawiała, że wyglądało to bardzo rzeczywiście. Kochał magię.

- Czy istnieje jakiś szczególny powód, dla którego tu jesteś, zamiast egzekwować sprawne funkcjonowanie swojego imperium? – zapytał w końcu Harry, przerywając ciszę, mając nadzieję, że dziedzic Slytherina nie planował wrócić do spraw, których nie dokończyli zeszłej nocy. – A tak w ogóle, to gdzie byłeś tego ranka?

Głowa Toma odwróciła się w jego kierunku, jak gdyby wyrwał go z jakiegoś zamyślenia, w którym się pogrążył.

- Sprawiłem Voldemortowi wstrząs mózgu – stwierdził spokojnie Tom. Harry przewrócił oczami.

- Dobra, nie mów mi – powiedział.

Szczerze mówiąc, nie był już nawet jakoś bardzo zdziwiony. Kiedy Tom się nie odezwał, spojrzał na niego, zamierając. Zamrugał.

- Czekaj… naprawdę byłeś…? – zaczął. Riddle nie wymówił ani słowa, biorąc łyk soku z dyni, niedbale odchylając się do tyłu na rękach. – Ten wystrój jest inny od tego, który normalnie wybierasz – spróbował ponownie Harry. – Jasny. W zasięgu wzroku nie ma nic ponuro mrocznego… za wyjątkiem mebli. Wyglądają, jakby zostały sprowadzone prosto ze starożytnego domu rodowego. – Nic, żadnej odpowiedzi za wyjątkiem małego uśmiechu. – Francuskiego – dodał.

Riddle uniósł na to brwi, rzucając mu jabłko. Złapał je automatycznie, zastanawiając się, czy to był sposób Toma na danie mu do zrozumienia, że ma się zamknąć.

- Pomyślałem, że ci się spodoba. – Było wszystkim, co młody Czarny Pan powiedział.

Harry tymczasem poddał się, odchylając do tyłu na łokciach, ostrożnie przypatrując jabłku, zanim, tak dla zabawy, dokładnie wygryzł na nim uśmiechniętą buźkę. Miał nieodpartą chęć obrócenia jej w stronę twarzy Toma i zaczarowania tak, aby powiedziała „cześć".

To by go przynajmniej rozbawiło… wyczuwając, że jest obserwowany, spojrzał w górę. Oczy Toma przesuwały się, kierując to na niego, to na jabłkową twarz. Harry wzruszył ramionami, starając się nie wyglądać na zmieszanego, odgryzając twarz z dziwnym poczuciem winy.

Tom uśmiechnął się, potrząsając nieznacznie głową, po czym jego twarz ponownie stała się poważna, zamyślona.

Harry oparł się pokusie przesunięcia, kiedy nastrój stał się bardziej poważny i próbował nie spiąć się w odpowiedzi, biorąc kolejny kęs swojego jabłka, po czym opadł na plecy, wpatrując się w zaczarowane niebo.

Tom, w przeciwieństwie do jego obniżonej pozycji, podniósł się bardziej do siadu, opierając przedramiona na swoich kolanach.

- Zdajesz sobie sprawę, że wiesz o mnie więcej niż ktokolwiek inny, prawda? – zapytał. Harry zamrugał, pozwalając sobie jedynie na taką reakcję. Czegokolwiek by nie oczekiwał, na pewno nie czegoś takiego.

- Mogę powiedzieć to samo na temat twojej wiedzy o moim życiu – odpowiedział ostrożnie. – Więc, naprawdę, to kwestia sporna.

Tom milczał, przyglądając mu się tym znajomo ciężkim wzrokiem, ostro palącym jego skórę.

- I to… ci przeszkadza? – zapytał Tom. Harry zerknął w górę, nie mogąc się powstrzymać.

- Postaw się na moim miejscu – odpowiedział. – I spróbuj dowiedzieć się, jak zachowywać się w towarzystwie kogoś, kto wie o tobie wszystko, podczas gdy ty o nim prawie że nic, za wyjątkiem tego, co jest podane do wiadomości publicznej.

Ku zdziwieniu Harry'ego, Tom roześmiał się cicho.

- Och, masz na myśli kogoś w stylu tajemniczego ucznia z wymiany, który z nieznanych ci powodów nienawidzi cię i znikąd na tobie ląduje, znając twoje nazwisko, czemu następnie zaprzecza… Mówisz o takim rodzaju uczucia?

Harry skrzywił się w odpowiedzi.

- Tak, chociaż wolałbym myśleć, że w swojej ciekawości byłem od ciebie bardziej cywilizowany i cierpliwy, jako że nie wlałem ci siłą do gardła Veritaserum – powiedział dobitnie.

Tom uśmiechnął się złośliwie, elegancko wzruszając ramionami.

- Chciałbym zobaczyć, jak próbujesz. – Było wszystkim, co powiedział. Ale wciąż przyglądał mu się oceniająco. – Nie przywykłem do dzielenia się z nikim moim życiem – dodał po chwili milczenia, niemal z nutką ostrożności w głosie.

- Ja też nie - oświadczył po prostu Harry. – Ale nie pozostawiłeś mi możliwości, nie mogłem dokonać wyboru, czy ci zaufać, czy nie.

Tom spojrzał na niego ostro, rozkładając się na kanapie.

- To twoja wina, że jesteś tak interesujący – odparł. Harry prychnął.

- Wiesz, naprawdę bardzo starałem się pozostać niezauważony.

- Och tak? Jak to się mogło nie udać? – zakwestionował Tom, ale coś w jego oczach sugerowało kolejne pytanie, głębsze, bardziej osobiste. Harry uśmiechnął się.

- Cóż, kopiąc i krzycząc, zostałem wyciągnięty siłą i zmuszony do zostania przyjacielem pewnego totalnego sukinsyna. Naprawdę, powinieneś go zobaczyć… niewiarygodnie zadowolony z siebie i arogancki. To obrzydliwe.

- Brzmi jak urocza osobowość – rzucił Tom, przyglądając mu się z nieczytelnym wyrazem twarzy, tylko odrobinkę zdradzającą jego rozbawienie.

- Przypuszczam, że ma swoje momenty… kiedy nie jest zbyt zajęty byciem całkowitym dupkiem.

Usta Toma odrobinę drgnęły w górę, ale nie odpowiedział, wyciszając się.

- Kiedy byłem dzieckiem… zanim naprawdę stałem się świadomy swojej magii, mniej więcej w wieku czterech czy pięciu lat, jak sądzę… chciałem być pilotem.

Harry zamrugał, po czym przewrócił się na bok, aby popatrzeć na swojego towarzysza, zafascynowany.

- Zanim chciałeś zostać Czarnym Panem, masz na myśli – powiedział.

- Tak… to się zaczęło dopiero, kiedy miałem siedem.

Zajęło mu moment zdanie sobie sprawy z tego, że Tom drażni się z nim w sprawie marzenia o zawodzie Czarnego Pana i bezzwłocznie rzucił w niego ogryzkiem swojego jabłka. Po chwili Harry przechylił głowę.

- Nie wydajesz się zbytnio lubić duże wysokości… Mam na myśli – wyjaśniał pospiesznie – nigdy nawet nie widziałem cię na miotle.

- Nie lubię polegać na innych ludziach czy też rzeczach, gdy chodzi o moje własne bezpieczeństwo – odpowiedział Tom.

- Ale jednak wciąż chciałeś spędzić swoje życie latając samolotem?

- Kiedyś – poprawił go Tom. – Dawno temu.

- Co się zmieniło? – zapytał Harry, przyglądając się twarzy Riddle'a, ledwie ośmielając się wierzyć w to, że Tom naprawdę choć raz mówi o sobie. To nie było wiele… ale to był dopiero początek. Miał nadzieję. – Pomijając aspirację zostania Czarnym Panem, mam na myśli…

Tom przez chwilę patrzył na niego bez wyrazu.

- Kilka mugolskich dzieciaków z sierocińca zepchnęło mnie z klifu, żeby zobaczyć, czy dziwaki mogą latać.

Słowa te wypowiedziane zostały tak nonszalancko, bez żadnego załamania, że kilka sekund zajęło Harry'emu, aby je zrozumieć i zauważyć nagły cień w oczach Toma. Przełknął ślinę.

- Taak, wyobrażam sobie, że mogło to zniechęcić cię do wysokości – powiedział cicho. Tom przyglądał mu się badawczo przez dłuższą chwilę, szukając czegoś, chociaż Harry nie był pewien czego. – Przykro mi – mruknął Harry cicho, bez litości.

Tom uśmiechnął się nagle, niespodziewanie, przerażająco.

- Nie musi. Odwdzięczyłem się im za to.


* nie wiem, czy w kanonie było coś o włoskim pochodzeniu Blaise Zabiniego. W każdym razie tutaj autorka najwyraźniej założyła, że takiego właśnie jest pochodzenia – być może ze względu na nazwisko.