Dziękuję wam wszystkim i każdemu z osoba za komentarze, które z takim zapałem rozświetlają moją codzienność :). Proszę bardzo, byście wybaczyli, że rozdział pojawia się tak późno. Miałam nadzieję, że uda mi się uzyskać zbetowany rozdział i wrzucić go wam w jak najbardziej idealnej i zdatnej do użycia formie, jednak okazało się, że siła wyższa zmogła bezwzględnie moją betę. Nie chcąc już dłużej czekać na rozdział zbetowany publikuję go wam dzisiaj w nieco mniej idealnej formie i mam nadzieję, że przymkniecie na to oko – kiedy tylko dojdzie do mnie rozdział zbetowany, poprawię wszystkie błędy. / Nieaktualne. Betowała Himitsu - której bardzo, bardzo za to dziękuję.
Cookies. Alice, mam nadzieję, że zaskoczyłam jak najbardziej miło :). Co do Toma - nie, nie powinno być tak do końca opowiadania. Będziemy mieli do czynienia z kochanym Tomem. I bezwzględnym. Troskliwym. Obsesyjnym. Upartym. Tak jak powiedziałaś, Tom nie może być prosty. Dlatego emocje względem niego także takie nie są ;). Mangha, nie zazdroszczę przeziębienia, ale absolutnie podziwiam przeczytanie tego wszystkiego po raz trzeci - chociaż przyznam, że sama kilkakrotnie czytałam swoje ulubione rozdziały ;). Cieszę się, że rozdział tak bardzo ci się podobał. Dodam, że Tom z całą pewnością jeszcze cię zaskoczy, ja w każdym razie w pewnym momencie historii, kiedy po raz pierwszy to czytałam, po prostu nie mogłam uwierzyć w działania Toma. Tak więc myślę, że powinno cię to zachowanie (później, znacznie później...) zaskoczyć. No chyba, że wykażesz się większą spostrzegawczością niż ja i wcześniej na nie wpadniesz... Wspomniałaś o dyrektorze, ale wybacz, nie wypowiem się na jego temat, bo zbyt wiele się jeszcze wydarzy w czasie tego ficka, bym go mogła teraz ocenić nie bojąc się, że coś zdradzę. Co do Lestrange'a - nigdy nie spoglądałam na ten fragment z tej perspektywy i myślę, że raczej chodzi o coś, co wydarzy się (wywoła sytuację?) w dzisiejszym rozdziale. Niemniej jednak musiałabym bardziej się nad tym zastanowić, by powiedzieć to na pewno. I, och, jestem tylko ciekawa, który rozdział zajmuje pierwsze miejsce wśród twoich ulubionych? :) Co do twoich pytań: w sprawie Ginny musisz być cierpliwa. Powiem tylko, że zostanie ona w jakiś sposób rozwiązana i ten wątek nie zostanie urwany w połowie. Drugie pytanie - tak, slashowe zakończenie jest raczej po prostu miniaturką i znajduje się w Destiny's Darling. Od siebie dodam jeszcze, że miniaturki te na pewno przetłumaczę. Na pewno. Z kolei trzecie pytanie jest trochę... trudniejsze. Na początku chcę zaznaczyć, że pisanie "Boga" z małej litery jest przeze mnie całkowicie przemyślane i celowe. Aby zrozumieć mój sposób myślenia trzeba zdać sobie sprawę, że jestem osobą wierzącą. Słowo "Bóg" ma dla mnie z tego powodu dość duże znaczenie. Kiedy zaczynałam tłumaczyć ten fick przyznam, że nieco się nad tym zastanawiałam. Słowo "Boże" występuje w nim bardziej jako wtrącenie niż odniesienie do jakiegokolwiek Boga osobowego. Coś mniej więcej w tym stylu co wykrzykiwanie "o mój boże" przez ateistów, kiedy przestraszą się czegoś, coś im się stanie (rozumiesz, o co mi chodzi, prawda?). Zresztą udowadniają to nieco słowa Harry'ego w rozdziale 74 - Harry nie wierzy w Boga, jest z nim zaznajomiony, ale nigdy nie czuł się z nim utożsamiony. Kiedy więc doszłam do wniosku, że pojawiający się w ficku "Bóg" nie ma żadnego związku z jakimkolwiek aspektem religijnym, to stwierdziłam, że nieodpowiednie z mojej strony (i to są właśnie uczucia, o których wcześniej mówiłam) byłby zapisywanie go z dużej litery. Po prostu założyłam, że Harry - czy inna postać - nie ma na myśli żadnego Boga. Tyle, mam nadzieję, że wszystko wytłumaczyłam :). Evolution, pikanteria może być, w każdym razie myślę, że wiem, o co ci chodziło :). Tak też myślałam, że spodoba ci się potyczka w Pokoju Wspólnym na oczach innych - na pewno jest warta zapamiętania ;). Co do Pansy, to dowiesz się niedługo, w każdym razie ta postać raz na jakiś czas będzie się jeszcze pojawiać - tyle zdradzę. :) Cieszę się też, że tak bardzo spodobało si cię "Coś" Harry'ego - ten facet naprawdę ma problemy z nazywaniem swoich uczuć ;). Miło, że potrafię tak pozytywnie sprawić, że na czyjej twarzy pojawi się uśmiech - niczego więcej mi nie trzeba :). Ariano, to świetnie, że ci się podobało. Myślę, że to mogło chodzić właśnie o tą rozmowę - i ogólnie o to, jaką atmosferę miał rozdział :). Nie masz za co przepraszać, bardzo się cieszę, kiedy komentarze się pojawiają i zadawalają mnie w takiej formie, w jakiej są :). Keti, chyba lubię rozpieszczać ludzi - do takiego w każdym razie wniosku doszłam, kiedy przeczytałam twój komentarz. Oj, źle ze mną... I, tak, Harry'emu należy współczuć - namęczy się chłopak, namęczy... mad, nie ma sprawy, po prostu cieszę się, że skomentowałaś, kiedy tylko znalazłaś na to czas. :) Nie mam zamiaru nikogo zabijać - chyba mam bardziej harrowate niż tomowate usposobienie ;). Toma można poznać i myślę, że jest to możliwe wraz z rozwojem opowiadania - nie jestem do końca pewna, czy już teraz, ale z całą pewnością później tak, będziemy go znali (szczególnie, że zbliżają nam się kolejne punkty widzenia :)). Oczywiście jeszcze nie raz zaskoczy, ale myślę, że będziesz w stanie zrozumieć powody jego postępowania :). Co do tłumaczenia - bardzo dziękuje za miłe słowa i cieszę się, że tłumaczenie ci odpowiada. Niestety nie jestem w stanie ustosunkować się do tłumaczenia z polskiego na angielski, bo nigdy się tym nie zajmowałam... Co do szacunku - gdzie tam! Jest naprawdę wiele, wiele osób, które na szacunek zasługują i ja z całą pewnością nie jestem jedną z nich :).
Malutkie ogłoszenie - od rozdziału dzisiejszego punkt widzenia będzie zapisywany nieco inaczej. Wcześniej, jak pewnie pamiętacie, był nawias, w którym była zapisana osoba, np. (Punkt widzenia Harry'ego). Teraz tak nie będzie - będą punkty widzenia tak jak wcześniej, ale różnica będzie polegała na tym, że nie będzie zapisywane z czyjej perspektywy odgrywa się dana scena. Będziecie musieli wywnioskować to z tekstu. Zresztą - sami się dzisiaj przekonacie jak to działa... :)
W rozdziale użyte zostały fragmenty z książki „Harry Potter i Książę Półkrwi" autorstwa JK Rowling i tłumaczenia Andrzeja Polkowskiego.
Ulubieniec Losu
Rozdział osiemdziesiąty dziewiąty
Zevi spojrzał ze skupieniem na podłogę, bojąc się zwrócić uwagę na Toma.
Jakkolwiek często Harry i Tom się spierali, jakkolwiek często się podpuszczali, prowokowali i walczyli o dominację niemal każdego dnia… to tak naprawdę nigdy nie walczyli na serio na oczach innych ludzi.
Może to z powodu bycia sławnym, ale Harry robił wszystko, co w jego mocy, by tylko utrzymać swoje życie prywatne dokładnie takie jak powinno być – prywatne. Tak więc Harry musiał być raczej wkurzony na Toma za to, że ten wygłosił tę tyradę na środku Pokoju Wspólnego… i nie tylko wkurzony, ale też zestresowany, wyczerpany i coś jeszcze, Tom musiał trafić gdzieś w jego czuły punkt, o którym nawet sam Harry nie miał pojęcia.
Tom… Tom był wstrząsająco pobłażliwy dla chłopca. Oczywiście to, że nie zareagował natychmiast nic nie znaczyło, Tom miał także tendencję do tego, by radzić sobie z Harrym prywatnie, zawsze tak było, ponieważ jeśli sytuacja między nimi dwoma była publiczna, szybko się nasilała.
To był ten sam stary wzorzec - Harry prowokował Toma, Tom udowadniał swoją dominację i Harry atakował, by odzyskać swoją kontrolę i niezależność… i to kręciło się tak w kółko, aż w końcu o tym nie porozmawiali.
Zasugerowałby nie-małżeńskie porady małżeńskie, gdyby myślał, że to by w czymś pomogło. Ale by nie pomogło, po pierwsze dlatego, że żaden z nich nigdy nie otworzyłby się przed kimkolwiek przypominającym psychiatrę albo terapeutę, po drugie dlatego, że urwaliby mu głowę za choćby zasugerowanie tego i w końcu dlatego, że żaden doradca, jakiegokolwiek rodzaju, zbyt długo nie byłby w stanie znieść ich pokręconej i skomplikowanej relacji, ponieważ mimo tego, że byli bez wątpienia najbardziej fascynującym przypadkiem, jaki kiedykolwiek mógłby się im trafić, to mieli też tendencję do sprawiania, że ludzie wychodzili z siebie z powodu jej intensywności. Każdy terapeuta dostałby migreny, próbując poznać te wszystkie ich węzły i uderzenia, i blizny.
Ale… one działały. Nie mógł temu zaprzeczyć. Działały między nimi dwoma. W dziwny sposób, Harry i Tom byli absolutnie idealni dla siebie nawzajem.
To nie powstrzymało go jednak od schowania głowy w piasek i próbowania nie wpaść w sam środek tego wszystkiego.
Odważył się spojrzeć w górę, zauważając, że minutę po tym, jak Harry odszedł, Tom pozornie niedbale wrócił z powrotem do swojego tekstu. Nie był niedbały.
To było w oczach – oszroniony fiolet w samym środku zimy, tak zimny, że mógłby ochłodzić wszystko wokół siebie jak dotyk dementora.
Przełknął nieznacznie ślinę, pospiesznie ponownie odwracając wzrok. Patrzenie na niego zbyt długo było jak kuszenie złego Losu – to było jak spoglądanie na zamrożone słońce, przepiękne, wspaniale jasne, ale mogące wypalić ci oczy. Nie, to była historia do usłyszenia i poczucia, nie bezpośredniego zaobserwowania…
Draco przełknął ślinę, spoglądając na swojego dziadka z rozpaczliwą nadzieją, że ten zapewni mu jakiś rodzaj wsparcia lub pokaże gest mówiący mu, co powinien zrobić.
Ale on nie spojrzał w jego stronę, a jego oczy koloru rtęci były wydarte ze wszystkich emocji i zwracały uwagę jedynie na Riddle'a oraz niuanse jego nastroju. Chociaż był zawiedzony, w najmniejszy sposób nie miał Abraxasowi tego za złe.
Odwrócenie wzroku od najbardziej niebezpiecznej osoby w pokoju choćby na sekundę byłoby czystą głupotą, ponieważ wiedział, że dziedzic Slytherina prawdopodobnie mógłby wtedy zabić.
Tyle że Riddle wydawał się całkowicie spokojny, tak więc naprawdę nie rozumiał, dlaczego wszyscy jego przeszli towarzysze byli tak całkowicie napięci… z wyjątkiem tego, że… Riddle po prostu promieniował teraz niebezpieczeństwem, jak gdyby w każdej chwili, bez choćby ostrzeżenia lub słowa, mógł rzucić na kogoś klątwę. To było… niepokojące.
Naprawdę nie wiedział, jak Harry Potter mógł go tak drażnić i ryzykować bycie po złej stronie tego temperamentu. Cóż, zwykła głupota połączona z umyślną przekorą i prawdopodobnie przekonaniem o własnej moralności, ale to nie miało związku z tematem. Riddle nie był kimś, z kim chciałbyś zadrzeć.
- Tom – zaczął uspokajający głos i tym razem Draco odczuł potrzebę zamarcia w miejscu. Cholera jasna, Lestrange.
Z każdą sekundą, w której tracił on przychylność Riddle'a, jego pozycja wśród Ślizgonów pogarszała się niczym papier na deszczu, ale to tylko czyniło go coraz bardziej zdesperowanym. Czepiał się każdej nadarzającej się okazji, co powodowało, że Riddle odsuwał go z jeszcze większym obrzydzeniem i brakiem zainteresowania.
Oczywiście, Lestrange był właściwy pomimo swoich początkowych przekonań, tak więc Riddle mógł mieć gwałtowny wybuch „zainteresowania" skierowany na niego, zwłaszcza gdy Pottera nie było w pobliżu, ale właśnie o to chodziło – o wybuchy, kpiny, okrutne przypomnienie tego, co mogło być, a co zostało zakazane, o kolejną grę na czyichś emocjach.
Lestrange nie dostrzegał tej części, a nawet jeśli dostrzegał, to i tak w czystej nienawiści kierował swoje emocje związane z nią prosto na Pottera. Kiedy Potter był w pobliżu, Lestrange nie miał tendencji do tak częstego zerkania na dziedzica Slytherina… i Cygnus ryzykował, myśląc, że mógłby teraz zapoczątkować intymność lub faworyzowanie, skoro jego towarzysze z takim zaangażowaniem patrzyli na cokolwiek, co nie było ich Panem, zapewne nie bez powodu. Jasne, Riddle wyglądał na spokojnego, ale… jego dziadek wydawał się być bardziej niż tylko troszeczkę ostrożny.
Oczy Riddle'a podniosły się w górę na twarz Lestrange'a, ale to była jego jedyna reakcja. Lestrange musiał wciąć to za dobry znak, bo kontynuował z większą śmiałością:
- Po prostu ignoruj Pottera. Jest niemającą szacunku osobą marnującą miejsce. I tak nie powinieneś go słuchać… nie jest wart twojego czasu.
Głowa Riddle'a przechyliła się lekko na bok z nieczytelnym wyrazem twarzy.
- Jak przypuszczam, wierzysz, że jesteś bardziej wart mojego czasu, Cygnusie?
Lestrange niemal zadrżał z podniecenia i Draco poczuł dziwne ukłucie zazdrości. W obecnych czasach, im bardziej faworyzowany byłeś przez dziedzica Slytherina, tym więcej miałeś w Slytherinie władzy i tym więcej zwolenników, gdyż zadawanie się z Riddle'em stwarzało możliwość, że związek ten przyniesie ci jakąś osobistą korzyść, kiedy będziesz znany jako jedna z osób, która poprzez podążanie za jego rozkazami ma wpływy… i jeśli podążysz za nim wszędzie, bo wtedy twój „patron", z braku lepszego słowa, który początkowo wspomniał o tobie dziedzicowi Slytherina, mógłby skorzystać z twojego długu i zyskałbyś naśladowcę, a do tego władzę.
Lestrange był jeszcze bliżej Riddle'a niż on, chociaż Draco był prawdopodobnie najbliżej niego ze wszystkich aktualnych Ślizgonów (prócz Pottera, ale on się nie liczył) ze względu na pozycję swojego dziadka i niby-faworyzację Pottera od czasu tego całego incydentu z przypominajką. Riddle nie za bardzo go lubił i spojrzenia, jakie mu wysyłał powodowały u niego dreszcz, ale to, że Riddle miał na niego oko, jedynie polepszało jego pozycję, sugerując, że miał w pewnym sensie jakieś znaczenie.
- Z całym szacunkiem, tak – powiedział Lestrange z zadowolonym z siebie, chociaż nerwowym błyskiem w oczach.
Riddle uśmiechnął się, wykrzywiając swoje usta i kładąc książkę na kolanach, ze zwiększoną uwagą przyglądając się chłopcu. Lestrange wyglądał, jakby zaraz miał zemdleć z radości.
- Z całym szacunkiem… - mruknął z zamyśleniem Riddle.
Draco rozejrzał się po pokoju; Abraxas patrzył na wszystko obojętnie, ale gdyby bliżej przyjrzeć się jego kłykciom, można by zauważyć, że zbladły na i tak już jasnej skórze Malfoya. Zevi Prince wciąż siedział jak kamień, z nieczytelnym wyrazem twarzy zastygłej w koncentracji raczej zbyt ostentacyjnej, by była spowodowana trzymanym w jego dłoniach esejem na eliksiry, a w spojrzeniu Blacka i jego dziwacznym podniesieniu brwi widoczna była pogarda i żądza krwi.
Draco poczuł okropnie nieprzyjemne uczucie ściskania się jego wnętrzności i mógł się tylko zastanawiać, jak Lestrange był zdolny do pozostania tak zupełnie spokojnym, przesuwając się do przodu i jak gdyby pocieszająco umieszczając rękę na ramieniu dziedzica Slytherina.
Jego palce ścisnęły się kurczowo na kolanach, powstrzymując przed chęcią wzdrygnięcia.
W następnej sekundzie Lestrange został odrzucony i dłoń Riddle'a powędrowała do jego gardła, zaciskając się z niedbałą bezdusznością.
- Przekraczasz swoje granice, Cygnus – wyrzucił z siebie szyderczo Riddle.
- J-ja nie m-mogę… - Ręce Lestrange'a zadrżały z chęci złapania powietrza, jego oczy wytrzeszczyły się, a usta zaczęły barwić się na niebiesko.
- Oddychać? – zakończył obojętnie Riddle. – A jednak wciąż się nie zamknąłeś. Och jej, może szybkie pozbawienie tlenu będzie w stanie polepszyć możliwości twojego mózgu.
Riddle z zaskakującą siłą w swoich smukłych palcach trzymał uścisk przez kolejnych kilka sekund, uważnie przyglądając się chłopcu, po czym po prostu go upuścił. Lestrange zwinął się u stóp dziedzica Slytherina, łapiąc powietrze z wytrzeszczonymi oczami. Drżał cały, skulony.
- Idź znaleźć Parkinson, Cygnusie. Ta biedna dziewczyna wyglądała, jakby potrzebowała jakiegoś towarzystwa – oznajmił lekceważąco Riddle.
Draco mimowolnie zastanawiał się, czy to naprawdę wolność ofiarowywana była Lestrange'owi… bez względu na dosłowne znaczenie słów.
Miał wrażenie, że ta scena nigdy by się nie wydarzyła, gdyby Harry tutaj był.
- Profesorze – przywitał się neutralnie Harry, ukradkiem rozglądając się wokół siebie i szukając jakiejkolwiek wskazówki na to, o czym mogłoby być te „lekcje". Nie zostało zrobione żadne miejsce na pojedynkowanie się.
- Dobry wieczór, Harry… usiądź. Cytrynowego dropsa? – Harry pokręcił głową, nie ufając sobie, by pozwolić na bardziej zajadliwą odpowiedź. – Początkowo planowałem przekazać ci to wszystko w innej kolejności – zaczął Dumbledore, chociaż jego łagodny uśmiech załamał się na chwilę. – Jednak z powodu nieoczekiwanego rozwoju sytuacji nastąpiła zmiana planu.
- Co dokładnie będą… pociągać za sobą te lekcje… proszę pana? – zapytał Harry, mimowolnie czując nieznaczną ciekawość. Spojrzał nieufnie na myślodsiewnię. – Co z tym?
- Nie za bardzo lubisz myślodświenie? – zakwestionował Dumbledore, uśmiechając się lekko. – Osobiście uważam, że są dość przydatnymi obiektami.
Harry nic nie powiedział. Jego reakcja prawdopodobnie mówiła sama za siebie. Miał po dziurki w nosie wspomnień, zagubionych czy odnalezionych.
- Nie martw się – kontynuował wesoło Dumbledore, błędnie interpretując jego odrazę. – Tym razem wejdziesz tam ze mną, a co jeszcze bardziej niezwykłe, za moim pozwoleniem.
- Do czyjego wspomnienia będziemy zaglądać? – zapytał. – I czego będzie ono dotyczyło?
Dumbledore tylko wskazał mu, aby podszedł do misy. Przez kilka sekund patrzył na dyrektora, po czym zanurzył w niej twarz i zaczął spadać poprzez ciemność, tylko po to, by sekundę później wylądować twardo na tętniącej życiem, staromodnej ulicy Londynu.
O radości, dwóch Dumbledore'ów – a do tego poznał osobiście obu, zarówno tego z kasztanową brodą i włosami, jak i tego ze srebrnymi, stojącego tuż obok niego. I do tego był on ubrany w najbardziej… obrzydliwy garnitur z krzykliwego śliwkowego aksamitu.
- Niezły garnitur – powiedział oschle Harry, ale Dumbledore jedynie zachichotał, podążając za swoim młodszym wspomnieniem.
Wkrótce doszli do ponurego, czworokątnego budynku, jak więzienie otoczonego wysokim ogrodzeniem. Sierociniec. Harry poczuł nagle okropne, gwałtowne uczucie w brzuchu. Czy to był…?
- Dobry wieczór. Jestem umówiony z panią Cole, która, jak mniemam, jest tu przełożoną, prawda?
Był. Sierociniec Toma. Niech to, cholera, szlag.
Spojrzał wściekle na starszego Dumbledore'a.
- Nie – oświadczył stanowczo. – Niech mnie pan zabierze z tego wspomnienia. To nie jest w porządku.
Dumbledore spojrzał na niego z pewnym zdziwieniem.
- Myślałem, że chciałeś pomóc Jasnej Stronie? – zakwestionował dyrektor. Harry zacisnął pięści, ignorując wirującą wokół nich pamięć.
- Co niby życie domowe Toma ma wspólnego z pomocą Jasnej Stronie? – warknął. – To nawet nie do pana należy opowiedzenie mi o tym. Jeśli chce pan coś zrobić, niech nauczy mnie jak rzucać zaklęcie Szatańskiej Pożogi albo kupi mi fiolkę jadu bazyliszka.
Dumbledore przyglądał mu się ze spokojem.
- To dla Większego Dobra. Zaufaj mi.
- Zaufać panu? – wyśmiał Harry, unosząc brwi. – Nie jestem na tyle głupi.
W niebieskich oczach zamigotała iskierka bólu i rozczarowania, ale była widoczna na zaledwie kilka sekund, a scena wokół nich zmieniła się, kiedy młodszy Dumbledore odszedł, zamazując się, po czym skupiając ponownie w starym gabinecie, przypuszczalnie w samym sierocińcu.
Tym razem była tam chuda, wymęczona kobieta o ostrych rysach twarzy, która na pierwszy rzut oka wydawała się raczej bardziej troskliwa niż nieżyczliwa. Harry wciągnął gniewnie oddech.
- Chcę wyjść z tej pamięci. Nie możesz zmusić mnie do oglądania tego! Nie zrobię tego!
Starszy Dumbledore tylko obserwował przebiegającą przed ich oczami scenę, nie zostawiając Harry'emu zbyt wielkiego wyboru. Potter cicho obiecał sobie nigdy ponownie nie wejść do myślodsiewni Dumbledore'a.
- …czy mogłaby mi pani opowiedzieć o Tomie Riddle'u? Pewnie urodził się tutaj, w sierocińcu? – zapytał młodszy Dumbledore. Harry zacisnął zęby.
- Zgadza się – przytaknęła pani Cole, dolewając sobie czegoś, co wyglądało jak gin, chociaż jej wzrok stał się twardszy. – Pamiętam to jak dziś, bo właśnie zaczęłam tutaj pracować. To była wigilia Nowego Roku, zimnica, śnieg. Okropna noc. I ta dziewczyna, niewiele starsza ode mnie, przywlokła się pod nasze drzwi. No, nie ona pierwsza. Zabraliśmy ją do środka i nie minęła godzina, jak urodziła. A nie minęła druga, jak umarła.
Chryste. Pani Cole pokiwała głową, jak gdyby była to jakaś imponująca plotka, a nie matka małego chłopca, po czym wzięła kolejny łyk ginu.
- Powiedziała coś, zanim umarła? – zapytał Dumbledore. – Coś o ojcu chłopca na przykład?
- Teraz, jak sobie pomyślę, to chyba tak – powiedziała pani Cole. Harry ponownie spojrzał na starszego Dumbledore'a. Jego oczy błyszczały.
- Jaki jest tego cel? – zakwestionował chłodno. – Wiedziałem już, że Tom jest półkrwi, jeśli miał pan nadzieję, że wyskoczę z jakimś zrywem gniewu w związku z jego hipokryzją… bo, wie pan, byłem tam, zrobiłem to.
Dumbledore zasygnalizował mu, by słuchał, ale jego cierpliwość wydawała się teraz zmaleć. Harry fuknął, ale jego uszy usłyszały słowa:
- …inne dzieci boją się go.
- Co, znęca się nad nimi?
- Chyba tak. – Pani Cole skrzywiła się. - Ale bardzo trudno go na tym przyłapać. Były pewne incydenty… paskudne sprawy…
Cóż, to wyjaśnia tajemnicę. Ponownie odwrócił się do Dumbledore'a.
- Próbuje mi pan pokazać, jakim to on jest złym chłopczykiem, prawda? Całkowicie niereformowalnym? Czyż nie? – domagał się wściekle Harry. – Jak na mój gust to te dzieciaki pewnie sobie na to zasłużyły. Nie ma pan zielonego pojęcia, jak to jest – pewnie miał pan fantastyczne dzieciństwo! Dzieci są okrutne.
- …ale ten królik nie mógł się przecież sam powiesić na krokwi, prawda?
- Sadystyczne tortury zwierząt – powiedział mu cicho starszy Dumbledore. – W tym przypadku królika, to bardzo czytelne wczesne objawy psychopatii.
- Wiedziałem już, że jest psychopatą – oznajmił uparcie Harry, nawet jeśli sprawa królika spowodowała, że jego żołądek zacisnął się mocno.
Czy ten Billy Stubbs był jednym z dzieciaków, które znęcały się nad Tomem?
- Spróbuj jeszcze raz – rozkazał chłodno Potter.
- …Amy Benson i Dennis Bishop… dzieciaki do tej pory są wystraszone, nie mogą przyjść do siebie, ale nigdy nam się nie udało wyciągnąć z nich więcej prócz tego, że poszły z Riddle'em zwiedzić jakąś jaskinię. Przysięgał, że tylką ją sobie zwiedzali, ale jestem pewna, że COŚ tam się wydarzyło...
Reszta wspomnienia nie była ani trochę lepsza.
Kiedy powrócili, Harry był wściekły i nie czekał na to, aż Dumbledore coś powie, tylko wypadł z jego biura.
Pieprzyć te lekcje – skoro były związane z anty-Tomową kampanią, to ich nie chciał.
Oczywiście, Tom był cholernie przerażającym dzieckiem, ale, szczerze mówiąc, jako nastolatek nie był ani trochę mniej psychopatyczny. Boże, zauważył, że ta cała Cole zupełnie lekceważyła jakiekolwiek wzmianki o ranieniu Toma przez inne dzieci, a Dumbledore… och, no jasne, świetny sposób na to, by wprowadzić dziecko w świat magii, przerazić je swoją mocą, bo przecież to z całą pewnością nie sprawi, że będzie się ono czuło, jakby wkraczało na pole bitwy.
- Panie Potter… - zawołał za nim Dumbledore z nutką zniecierpliwienia w głosie. Zignorował go.
To było złe. Chciał dowiedzieć się więcej o Tomie i przeszłości Toma, ale nie chciał, by opowiedział mu o tym ktokolwiek, kto nie był Tomem! Nikt inny nie posiadał prawa do tego, aby decydować czy zasłużył, czy nie, by się o tym dowiedzieć albo czy powinien o tym wiedzieć.
Do diabła, jeśli Tom miał świadomość tego, że Dumbledore weźmie go na szaloną przejażdżkę po jego przeszłości, to jakiekolwiek zaufanie, jakie z trudem między sobą zbudowali, rozpadłoby się brutalnie na małe kawałeczki. Nie chciał tego. Może gdyby był Harrym Potterem to byłoby okej… ale… Tom był jego przyjacielem. Nie mógł w taki sposób, bez dobrego powodu, zdradzić jego zaufania wraz z Dumbledore'em.
Okej, może i starał się prowadzić przez Parkinson dochodzenie, ale to było co innego! Tam chodziło o nich! A to było… tu w grę wchodzili inni ludzie.
Nie. To był błąd.
Merlinie, miał mętlik w głowie.
Wszedł do Pokoju Wspólnego, wyczerpany psychicznie i fizycznie, zatrzymując się na widok znajdującej się obok kominka postaci.
Kto inny jak nie Tom? Dziedzic Slythernia najprawdopodobniej czekał na niego. Stanął w progu, po czym wziął głęboki oddech i wszedł do pomieszczenia, opadając na drugi koniec kanapy. Nie wiedział dlaczego – to nie tak, żeby niemal każdy inny fotel o nocnej porze nie był wolny, to tak naprawdę był bardziej nawyk niż cokolwiek innego.
- Dobrze się bawiłeś, załatwiając te swoje sprawy Jasnej Strony? – zapytał gładko Tom.
- Nie za bardzo – poinformował stanowczo Harry, nadal czując się lekko podirytowany sposobem, w jaki Tom z takim zbędnym okrucieństwem potraktował Parkinson. Tom uśmiechnął się krótko, zerkając na niego kątem oka.
- Ciemna Strona jest o wiele bardziej zabawna. Dobrze byś się w niej bawił. Obiecuję.
- Wierzę na słowo – powiedział Harry, uśmiechając się mimowolnie. W zamyśleniu wpatrywał się w Toma, powodując, że ten podniósł na niego brwi. – Wydajesz się dziwnie spokojny, zważywszy na to, że nakrzyczałem na ciebie przed twoimi zwolennikami – zauważył ostrożnie.
- Mam nienaganną samokontrolę – odpowiedział Tom, tym razem nieco ciemniejszym tonem – i prawdopodobnie żałowałbym tego rano, gdybym zaczął cię teraz rozczłonkowywać.
- Zastanawiam się, czy powinienem czuć się urażony tym „prawdopodobnie" – odparł sucho Harry.
Tom uśmiechnął się do niego, tym razem nieco mniej przyjaźnie i bardziej jak rekin. Nastąpiła chwila ciszy.
- Więc czego chciał starzec?
Harry otworzył usta, by odpowiedzieć, ale potem przechylił głowę i zmarszczył brwi.
- Czy to podchwytliwe? – zakwestionował z mieszanką nonszalancji i ostrożności.
- Mądry chłopiec – skomentował Tom, a jego oczy świeciły się bardziej niż troszeczkę zagrożeniem i czymś tam jeszcze. Rozbawieniem? Czułością? Merlin jeden wiedział. – Chociaż ktoś mógłby pomyśleć, że to zmusi cię do odejścia.
- Groziłeś mi już wiele razy wcześniej. – Harry wzruszył niezręcznie ramionami. – I zwichnąłeś mi palce, między innymi.
- Co jest jeszcze większym powodem, dla którego większość ludzi oczekiwałaby, że w tej chwili powinieneś zacząć zwiewać.
Harry przełknął ślinę, lecz nie odwrócił wzroku.
- Czy to aluzja? – zapytał. – Bo jestem zbyt zmęczony, by w tej chwili przewidywać twoje działania.
Ku jego zdumieniu Tom roześmiał się.
- Nie, to nie aluzja… po prostu próbuję wybić ci to wszystko z głowy – mruknął Tom.
Umysł Harry'ego natychmiast przypomniał sobie Voldemorta.
- Co, abyś mógł odejść i nie musieć sobie z tym wszystkim radzić? – zapytał, po czym jego umysł dogonił jego słowa. Tom spojrzał na niego ostro. Errr. Kurwa. – To źle zabrzmiało… - spróbował, po czym wstał nagle. – Po prostu pójdę do łóżka.
- Harry…
- Dobranoc, Tom.
Nie… on wcale nie zwiewał.
Musi jutro porozmawiać z Pansy.
Usiadł ze znużeniem na łóżku, na wpół przekonany, że Tom podąży za nim i przeciągnie go do Pokoju Wspólnego na mała pogawędkę. To wszystko było tak niesamowicie dezorientujące.
Nie myśląc o tym, podniósł w swojej dłoni medalion z horkruksem, szukając pocieszenia w obracającym się płynnie w jego rękach złocie.
Działało to na niego uspokajająco. Czy Tom na serio rozwiązał problem wizji? Naprawdę, tym razem? Przynajmniej na miesiąc?
Zamknął oczy, zasypiając. Łańcuch prześlizgnął się przez jego palce, zamykając w jego dłoniach.
Jutro… jutro będzie szukać odpowiedzi.
