Rozdział ponownie niebetowany - mam nadzieję, że błędy nie będą wyjątkowo rażące i uda wam się przetrwać ten niezbetowany rozdział. / Nieaktualne. Za zbetowanie podziękowania należą się Himitsu.
Dziękuję za wszystkie komentarze, jakie się pojawiły - szczególnie, że tak bezczelnie w ostatnim tygodniu wrzuciłam wam jedynie jeden rozdział. Jak widzicie, nie chcę, aby stało się tak również i tym razem, a wasze komentarze niezwykle motywują mnie do działania - dlatego doceniam każdą, nawet najmniejszą opinię.
Cookies. Alice, nie zazdroszczę czkawki, chociaż przyznam, że wizja, jaka wytworzyła się w mojej wyobraźni na wspomnienie o tej czkawce była niezwykle zabawna i całkowicie pozytywnie poprawiła mi humor :). Masz rację, reakcja Toma i Harry'ego na jakiegokolwiek specjalistę mogłaby być niezwykle komiczna - albo przerażająca, w zależności od tego, oczami której postaci byśmy na nią spoglądali :). Cygnus jest śmieszny, zgadzam się, ale jest też szalenie, szalenie niebezpieczny - i jeszcze, zdradzę, wprowadzi naszego Harry'ego w kłopoty... Evolution, cieszę się, że podobały ci się te punkty widzenia, będzie się ich robiło coraz więcej (i tak, będzie też Toma ;)). Co do Lestrange'a, to jest on niezwykle ślepy na Toma. Zgadzam się, iż jest on żałosną postacią, co nie znaczy, że nie może być niebezpieczny - przeciwnie, swoja głupotą stanowi jeszcze większe zagrożenie. Jeszcze nie raz cię niesamowicie zirytuje... Co do Toma, to nie sądzę, by postąpił tak samo - raczej chwyciłby nadarzającą się okazję i wykorzystał ją całkowicie. I chociaż zgadzam się, że Riddle wie niesamowicie wiele o Harrym, to nie powiedziałabym, że wszystko - facet zupełnie nie rozumie jego sposobu myślenia, co zresztą zostanie o wiele bardziej rozwinięte później i o czym na razie nie będę się zbytnio wypowiadała... Twoje pytania ani trochę mi nie przeszkadzają, wyznaję zasadę, że "kto pyta nie błądzi", a skoro mogę udzielić odpowiedzi na twoje pytania, to robię to z wielką przyjemnością :). Gdyby Tom wiedział, czego miały dotyczyć te lekcje, mogłoby się rozpaść zaufanie między nim a Harrym. Tom nie chce, by ktokolwiek wiedział o jego przeszłości - szczególnie bez jego zgody - i gdyby Harry zgodził się przystać na te lekcje, a Tom później dowiedziałby się jaki mają charakter, mogłoby to zniszczyć wszystko. Poza tym... gdyby Tom wiedział wcześniej to, o czym są te lekcje i zaplanował podzielenie się z Harrym częścią swojej przeszłości (klif i zrzucające go z niego dzieci, przypominam) to zaufanie, jakie okazałby Harry'emu zdradzając takie informacje byłoby całkowicie sztuczne. To o to chodzi. Co do Parkinson - Harry próbował przekonać ją, by podzieliła sie znim ukrywanymi przed nim informacjami na temat tego, co wyprawia Tom. Pomógł mu go "sabotażować". Robiąc to, w pewnym sensie inicjował walkę, potyczkę między nim a Tomem. Chodziło tylko o nich dwóch. Natomiast w sprawie z pokazywaniem przez Dumbledore'a dzieciństwa Toma w grę wchodził właśnie dyrektor. Wtedy Harry nie rywalizował z Tomem jawnie i samodzielnie, tylko współpracował skrycie ze starcem. Dlatego chodziło o "innych". Co do przytoczonego przez ciebie cytatu, to ma on związek ze wcześniejszym zachowaniem Voldemorta i wysyłaniem mu przez niego snów. Oraz wcześniejszym zachowaniem Toma, kiedy ten wycofał się po takim pokazie uczuć, jakim było podzielenie się częścią informacji o sowim dzieciństwie. Kiedy wróci moja beta, postaram się z nią skonfrontować ten kawałek tekstu i sprawić, by był nieco bardziej jasny - naprawdę trudno mi to wszystko wytłumaczyć :). Cieszę się, że błędów nie zauważyłaś, mam nadzieję, że będzie tak i tym razem :). Ariano, taak, ja także uwielbiam te kłótnie. Przyznam, że twój komentarz i prośba popchnęła mnie do szybszego wrzucenia rozdziału (początkowo z powodu dość małej ilości komentarzy miałam to zamiar zrobić w piątek, a jako, że zazwyczaj wracam w ten dzień dość późno, to sama rozumiesz, nie pojawiłby się on zbyt wcześnie...). Niestety wczoraj było ju za późno, bym to zrobiła, ale mam nadzieję, że i dzisiaj może być... Mangha, jeszcze niecałe pół tysiące komentarzy, chociaż prawda, jest już bardzo, bardzo blisko. Korci mnie, aby coś powiedzieć, ale nie chcę nic zdradzić, więc będę siedziała cicho... :) Cieszę się, że zadowoliłam cię swoimi odpowiedziami, starałam się sformułować je jak najbardziej dokładnie (i przy okazji tak, by nie były długości połowy rozdziału ^^). Co do rękoczynów - cóż, myślę, że masz rację, jest ich niesamowicie dużo, ale w porównaniu z ilością intryg, jakie w tym domu istnieją, to właściwie nie jest ich aż tak bardzo dużo. Tom - bo racja, to on jest głównym prowokatorem - podkreśla nimi swoją pozycje, nie pozwala im zapomnieć, że jest niebezpieczny. Co do Dumbledore'a - cóż, próbuje manipulować ludźmi i całkiem dobrze mu się to udaje, ale nie należy zapomnieć, że mimo wszystko nie jest Ślizgonem. Poza tym nie rozumie on relacji między Harrym a Tomem, a co za tym idzie, nie ma możliwości, by przewidzieć możliwe reakcje Harry'ego. Co do twojego pytania na temat długości - masz rację, poprzedni rozdział był długi. Kolejne, szczególnie po minięciu setki, staną się nieco dłuższe niż te do tej pory, chociaż nie oczekiwałabym po nich aż takiej długości - będą pojawiały się rozdziały krótkie i długie, po prostu będzie nieco więcej tych długich :).
Miłego czytania :).
Ulubieniec Losu
Rozdział dziewięćdziesiąty
Harry odciągnął Parkinson na bok, zatrzymując ją jakiś czas po śniadaniu, ignorując wwiercające się jego plecy spojrzenie.
I tak mieli wolne okienko na pierwszej godzinie.
Dziewczyna nie chciała na niego spojrzeć. Jej policzki zabarwiły się ze wstydu na różowo, a jej wzrok był opuszczony, odmawiając spojrzenia w jego oczy. Wzdychając, usiadł na parapecie, wpatrując się w dziedziniec.
- Przepraszam za wczoraj – zaczął spokojnie, powodując, że jej głowa nieznacznie się uniosła. – W imieniu własnym, jak i również Toma, ponieważ nigdy nie uda ci się wyciągnąć z niego przeprosin, bez względu na to, jak bardzo by się mylił. To uparty sukinsyn.
Z zadowoleniem zauważył, że usta słyszącej te słowa Pansy drgnęły odrobinę z rozbawieniem.
- Poważnie jednak mówiąc - kontynuował - nie powinnaś brać sobie do serca tego, co mówił… on jest sadystą, cieszy się z zadawania ludziom bólu.
Spojrzała na niego z prawdziwą nieśmiałością, która wyglądała o niebo lepiej od tej, którą na siłę próbowała bezskutecznie wywołać kilka dni wcześniej.
- Jednak ma rację – wymamrotała. – Nie jestem za ładna. To dlatego ja… - Przełknęła ślinę. – Czy kiedykolwiek byś się ze mną umówił?
Och nie. Nie potrafił sobie radzić z takimi… dziewczęcymi… sprawami.
- Um – zaczął bezradnie. – Może. Gdyby okoliczności były inne. – Prawdopodobnie nie. Nie.
- Inne okoliczności, czyli na przykład gdybym była ładna, tak jak Greengrass albo ta Chang. – Uśmiechnęła się gorzko. Harry zmarszczył brwi. Miał, do cholery, zamiar zabić Toma. Nietaktowny psychopata!
- Nie – powiedział stanowczo. – Inne okoliczności, czyli takie jak nie posiadanie na karku Czarnego Pana, który za cel wyznaczył sobie zabicie mnie albo kogokolwiek, kto jest blisko mnie. Inne okoliczności, czyli na przykład gdyby któremukolwiek z nas zależało na sobie nawzajem… mam na myśli, tak naprawdę nie, errr, podobam ci się? – zapytał niepewnie. – To wszystko było raczej niespodziewane. Więc, dlaczego ty, um…
- Flirtowałam z tobą? – zakończyła tępo, chociaż w jej przepełnionych niezręcznością oczach zabłyszczała iskierka rozbawienia. – Próbowałam cię wykorzystać?
- Dokładnie – powiedział Harry. Dziewczyna przyjrzała mu się z powagą.
- Jak dużo wiesz o tym, w jaki sposób działa hierarchia Slytherinu? – zapytała.
- Nie tak dużo jak powinienem – przyznał śmiało Harry.
- Cóż, najprościej mówiąc, im bliżej jest się przywódcy Ślizgonów – im bardziej jest się przez niego faworyzowanym – tym samemu ma się większą władzę i możliwości do przekabacenia na swoją stronę innych Ślizgonów… o wyższym statusie. Istnieje też wiele innych czynników, ale nie będę się w nie teraz wgłębiać.
- Więc chciałaś zbliżyć się do mnie i, używając mnie jako pełnomocnika, do Toma? – wywnioskował Harry, zastanawiając się, czy powinien czuć się z tego powodu urażony, czy nie. – Dlaczego w takim razie nie poszłaś po prostu do Abraxasa albo Zeviego?
- Riddle nie ma w zwyczaju ranić tych, którzy są ci bliscy – stwierdziła Pansy. – A do tego jesteś drugi w hierarchii Slytherinu… i prawdopodobnie pierwszy w szkolnej, kiedy opinia publiczna jest po twojej stronie.
Harry zmarszczył brwi.
- Jak to możliwe w takim razie, że jesteś pierwszą osoba, która tego próbuje? – zapytał nagle.
- Bo jesteś ryzykowny – oznajmiła. – Po pierwsze dlatego, że w ogóle nie zwracasz uwagi na nasz system, a tym samym w ogóle nie ma się gwarancji powodzenia, a po drugie dlatego, że Riddle jest względem ciebie niezwykle zaborczy i jest w stanie rzucić się na każdego, kto by tego spróbował, gdybyś nie wykonał kroku w celu zapobiegnięciu temu, co, jak dobrze wiesz, działa przeciwko twoim zapewnieniom, że nie jest twoim kochankiem.
- On nie jest… - zaczął Harry.
- Zaborczy wobec ciebie? – dokończyła za niego Parkinson, podnosząc brwi. – Tak, jest.
- Ale nie jest moim kochankiem – dodał Harry, nieco rozdrażniony. Pansy machnęła lekceważąco ręką, jak gdyby prawdziwość tego stwierdzenia nie miała żadnego znaczenia. W pewnym sensie tak było – jeśli ludzie myśleli, że ze sobą chodzą, to musieli, w takim razie, tak się właśnie zachowywać, bez względu na jego gorliwe zaprzeczenia.
Harry przygryzł wargę.
- Mówisz bardzo otwarcie na ten temat – zauważył z nieznaczną podejrzliwością.
- Nie mam niczego do stracenia w byciu szczerą – odpowiedziała, nieznacznie wysuwając do przodu brodę. – Potrzebuję twojej… ochrony, a przy twojej obrzydliwie Gryfońskiej wrażliwości oraz niewątpliwie Ślizgońskim zrozumieniu wydarzeń nie mogę do końca uciekać się do kłamstw.
- Ochrony? – zakwestionował Harry, a jego wnętrzności ścisnęły się z niepokojem, zanim szybko się otrząsnął. To nie był odpowiedni moment. – A jeśli dam ci swoją ochronę, czego będzie ona dotyczyć i jaką odniosę z tego korzyść?
Gapiła się na niego przez chwilę, po czym jej twarz przybrała dziwny wyraz, jak gdyby chciała się roześmiać.
- Bezceremonialny, co?
- Dorastałem w stadzie lwów. – Harry uśmiechnął się.
- I pracowałeś w wężowisku*? – zripostowała, po czym jej postawa stała się niepokojąco biznesowa, a wrażliwość zniknęła z jej oczu. – Stań w mojej obronie, jeśli inni zaczną ze mnie kpić… wywołaj mnie, by raz na jakiś czas ze mną porozmawiać. Nie musimy nawet udawać, że się spotykamy. W zamian będę… - Wzięła głęboki oddech. – Będę mówić ci o wężowych sprawach Riddle'a, o których ten ci nie mówi… wyjaśniać rzeczy, które nikt inny wyjaśniać ci nie będzie. Riddle wydaje się sądzić, że chciałeś informacji.
Harry przyglądał się jej przez chwilę badawczo. Jeszcze raz uderzyła w niego dziwaczność polityki Slytherinu, jej kombinacja emocjonalności i stoicyzmu.
A jednak… czy to nie był ten rzadki scenariusz, w którym oboje odnosili korzyści, to, co chcieli pierwotnie osiągnąć, kiedy próbowali dojść do tego drogą Ślizgońskich subtelności i udawaniem flirtu?
- Okej – zgodził się, po czym spojrzał na zegarek. – Mamy eliksiry – zauważył niepotrzebnie.
Skinęła głową, wyglądając na lekko zdenerwowaną. Współczucie ponownie ukuło jego serce.
- Chodź, możemy pójść tam razem. I… errr… Pansy? Naprawdę przepraszam za to, że Tom jest takim dupkiem. Nie jesteś brzydka, jesteś po prostu… - Masz twarz mopsa. – …nie taką seks-bombą, jesteś inna.
Wysłała mu oszałamiający uśmiech, który w jakiś sposób sprawił, że wyglądała bardziej jak dziewczyna.
I to ładna.
Przez cały czas na eliksirach czuł na sobie wzrok Toma, ale nie skomentował tego i nie dał żadnego znaku, że był tego świadom.
Snape także mu się przyglądał. Nie był zaskoczony, kiedy Mistrz Eliksirów kazał mu zostać pod koniec lekcji, kiedy tylko próbował wymknąć się przez drzwi.
Wzdychając, skierował się z powrotem do biurka, na którym Snape męczył się ze stosem prac trzeciorocznych.
Harry skrzywił się na duże O, wypisane jaskrawym czerwonym atramentem na górze jednej z prac wraz ze słowami „Absolutnie przerażające. Pająk który wypełzł z kałamarza byłby w stanie napisać pracę domową lepiej niż ty. Musisz więcej czasu spędzić na analizie – a liścia Tentakuli NIE można stosować zamiennie z korzeniem Jadowitej Tentakuli."
Spojrzał w górę, kiedy Snape przemówił.
- Nie będziesz dłużej odbywał ze mną szlabanu, panie Potter. Zgłoś się do gabinetu dyrektora o siódmej.
Usta Harry'ego prawie opadły ze zdziwienia, ale siłą zatrzymał je zamknięte.
- Przepraszam... um, sir? – dodał pośpiesznie. – Chce mi pan zasugerować, że Dumbledore wziął na siebie wszystkie moje szlabany?
- Profesor Dumbledore, Potter – warknął Snape, ale, co ciekawe, w jego głosie nie było zagrożenia. – I nic nie próbuję ci zasugerować, ty głupi dzieciaku. Dyrektor przejmuje twoje szlabany w najbliższej przyszłości i zgłosisz się do jego gabinetu, kiedy zegar wybije siódmą.
To było niewiarygodne.
- Nie – oświadczył stanowczo. – Potrójcie moje szlabany i pozwólcie Filchowi nakazać mi polować w Zakazanym Lesie na jaja akromantuli, ale nie zgadzam się mieć ich z profesorem Dumbledore'em.
Snape przyglądał mu się ponuro z zaciśniętymi wargami.
- O siódmej. Gabinet dyrektora – powtórzył oślizgły nietoperz. – A teraz opuść moją klasę. Już wystarczająco złe jest to, że musiałem znosić twoją obecność przez całą godzinę.
Harry skinął mocno głową, a następnie odwrócił się na pięcie i wypadł z klasy, z czystej mściwości zatrzaskując za sobą drzwi.
Co za czelność! Dumbledore'a, nie Snape'a tym razem. Nie pójdzie. Mogą przydzielić mu nawet roczny szlaban, ale on i tak nie spędzi choćby sekundy w obecności starca.
Tak, chciał Większego Dobra, ale w tej chwili Harry miał w dupie Większe Dobro, skupiał się na swoim własnym pieprzonym życiu i zdrowiu psychicznym, jakkolwiek szokujące mogłoby to dla kogoś być.
Dopiero kiedy jego ręka szarpnęła się, zmuszając go do nagłego zatrzymania, zdał sobie sprawę, że w swojej furii minął Toma, zbyt pochłonięty własnymi myślami, by go zauważyć. Dziedzic Slytherinu podniósł brwi.
- Zły dzień, skarbie?
- Tom – przywitał się, opanowując swoją lodowatą wściekłość na tyle długo, by zabrzmieć neutralnie, prawie ciepło zamiast zgryźliwie. – Coś w tym stylu. Przepraszam, jeśli cię zignorowałem. Nie zauważyłem cię.
- Bo to nie jest prawie tak obraźliwe jak ignorowanie mnie – odpowiedział sucho Tom, przyglądając mu się intensywnie. – Czego chciał profesor Snape?
- Poinformować mnie o zmianie planów w sprawie mojego szlabanu – powiedział Harry głosem powściągliwym od gniewu, jaki rozpalił się w nim ponownie na przypomnienie tego, co zaszło.
- Za co masz szlaban? – zapytał Tom, marszcząc brwi.
- Za opuszczenie terenu szkoły i upicie się z tobą – fuknął gniewnie. – Dlaczego ty nie masz szlabanu?
- Ponieważ w tym okresie czasu moja dokumentacja mówi, że jestem absolwentem, więc nie jestem tak bardzo jak ty zobowiązany do przestrzegania szkolnych zasad i mogę przychodzić oraz odchodzić, kiedy mi się to żywnie spodoba, bez wpakowywania się w zbyt duże kłopoty, gdyż nie chcą powodować zakłóceń w systemie. Wszyscy możemy.
- To takie niesprawiedliwe! – jęknął Harry. Tom uśmiechnął się, głaszcząc szyderczo jego ramię.
- Widziałem, jak tego ranka wychodzisz z Parkinson – powiedział Riddle po chwili ciszy. Harry oparł się pokusie przewrócenia oczami, ponownie ruszając.
- Taak. Świetnie spędziliśmy czas. Nie wiedziałem, że szafki na miotły są takie pojemne – wycedził.
Tom wysłał mu ostre spojrzenie. Uśmiechnął się w odpowiedzi z udawaną promienną radością.
Riddle jeszcze raz zmusił go do zatrzymania się kilka metrów za dziedzińcem, w stronę którego podążał, by spotkać się z Ronem i Hermioną. Harry skrzyżował ręce, czekając na to, aż Tom zacznie mówić.
Ku jego zdziwieniu młody Czarny Pan jedynie przyglądał mu się przez chwilę oceniająco, po czym zaczął niskim, wyważonym tonem:
- Powinieneś uważać, Złoty Chłopcze, jeśli planujesz zacząć grać w moją grę. Znam ją o wiele lepiej niż ty.
Harry po raz kolejny zaczął zastanawiać się, jak wiele Tom wiedział o jego ciągłych ruchach i w jego umyśle pojawił się nagle cichy, paranoiczny głosik syczący mu, że Tom miał Pansy na własność. Chwilę później go uciszył.
- Nie sprzeciwiasz się? Biorąc pod uwagę awanturę, jaką zrobiłeś Parkinson w Pokoju Wspólnym? – zapytał.
Tom wzruszył beztrosko ramionami, mając w oczach paskudny błysk.
- Cóż, nie sądzę, abyś dokądkolwiek doszedł… ale wiem, że będę miał niezłą zabawę, oglądając, jak borykasz się, aby sobie z tym poradzić.
Bo to było tak bardzo pocieszające.
Około godziny siódmej Harry wydawał się siedzieć jak na szpilkach, a wraz z mijającym czasem stawał się coraz bardziej napięty… siódma trzydzieści, ósma, ósma trzydzieści… Osobiście tego nie rozumiał.
Chociaż jeśli Abraxas miałby być ze sobą brutalnie szczery (i normalnie był, po prostu nie lubił być szczery z nikim innym) to w Harrym było naprawdę wiele rzeczy, których nie rozumiał – a główną z nich była ta interakcja Harry'ego z jego Panem.
Ta dwójka była fascynująca do badania jako indywidualności, ale jeszcze bardziej pod względem relacji do siebie nawzajem, chociaż to nie było badanie, które przynosiłoby za sobą wiele odpowiedzi.
Przeciwnie, bazowało jedynie na wyrazach ich emocji i ukradkowym zapamiętywaniu ich, szkarłatnych i srebrnych wątkach nici, złotych i szmaragdowych, zszywanych w ich historię, uprzędzonych w delikatne, ale poplątane opowieści o Losie splatającym ich historię, której żaden z nich nie mógł całkowicie pojąć.
To było zbyt skomplikowane, by być w pełni zrozumiane, zbyt bełkotliwe i zbyt zniekształcone przez fasady, a zarazem tak prawdziwe, że to bolało i pociągało za strunę tak mocno, że twoja własna dusza wydawała się drżeć w przewidywaniu ich ulotności.
Oczy Toma od czasu do czasu zatrzymywały się oceniająco na młodszym chłopcu, nigdy nie pozostając tam długo, ale świadomie… podświadomie, i Harry robił to samo, obserwował. Przez większość czasu robili to w różnym momencie, ale raz na jakiś czas ich spojrzenia kolidowały ze sobą jak odłamek uchwyconej błyskawicy, mówiąc o ich relacji bardziej otwarcie i bardziej ostrożnie, niż kiedykolwiek zrobiłyby to ich słowa.
Ani Tom, ani Harry nie należeli do osób, którym mógłbyś przypisać określenie „współzależne", ale w tym przypadku to właśnie ono przychodziło do głowy – poprzedzone ściśle przez słowo „toksycznie".
Mieli oni całkowitą obsesję na swoim punkcie - ich nastroje zależały od nastroju drugiego, zaniedbywali innych, kiedy byli razem, nie radzili sobie dobrze, będąc na dłuższy czas od siebie rozdzieleni i nieustannie manipulowali sobą nawzajem oraz walczyli o dominację.
To naprawdę nie było zdrowe… i jeszcze… wydawali się być w znacznym stopniu z tego powodu szczęśliwi. Obawiał się psychologicznych konsekwencji próbowania na siłę obniżenia temperatury ich relacji chociaż o jeden stopień albo zmuszenia ich do zrobienia sobie trochę miejsca.
Jako tako Abraxas (i wiedział, że jego Pan również) był jednym z niewielu ludzi obserwujących Harry'ego wystarczająco dokładnie, aby dostrzec sposób, w jaki jego wzrok kierował się także w stronę drzwi albo w jaki jego mięśnie napinały się, kiedy się one otwierały.
To było intrygujące i wiedział, że Tom myślał tak samo, jego nadzór nad chłopakiem stał się mniej sporadyczny niż krótkie kierowanie uwagi, a zamienił bardziej w ciągłe badanie, jak gdyby miał przed swoimi oczami zagadkę albo trudne równanie numerologiczne.
Był jednak zaskoczony, kiedy Albus Dumbledore wszedł do ich Pokoju Wspólnego, skutecznie uciszając wszystkie rozmowy, bacznie śledziony przez ich obecną głowę domu.
Zauważył, jak Zevi przesunął się zrzędliwie, unikając wzroku Mistrza Eliksirów. Salazarze, tak się cieszył, że ma Draco zamiast Mieszkającego W Lochach Nietoperza. Blondyn był dobrym dzieciakiem, kiedy udało im się już pozbyć pierwszej niezręczności.
Głowa Harry'ego wystrzeliła w górę, a magia Toma zaczęła buzować, kiedy dyrektor podszedł do nich.
Wymienił spojrzenia ze swoim wnukiem, bezgłośnie nakazując mu pozostać na miejscu i nie zwracać na siebie uwagi. To był dobry dzieciak… ale nie należał do najbardziej subtelnych. Miał wiele na swoich ramionach…
- Być może myślisz, że jesteś ponad zasadami, panie Potter – powiedział chłodno Dumbledore – ale kiedy członek kadry nauczycielskiej przypisuje ci szlaban, masz obowiązek uczestniczenia w nim.
Ciało Harry'ego cofnęło się odrobinę, defensywnie, natomiast Toma przesunęło do najbardziej wygodnej na atak pozycji i w każdym momencie był on gotowy do ofensywnego wybuchu.
- Być może - odpowiedział Harry, a jego głos był lodowaty - chciałbym, proszę pana, abyś przypisał mi tradycjonalny szlaban, a nie jakąś sztuczkę wymuszającą niechciane spotkanie.
- Uczeń nie może wybrać swojej kary, sprawiłoby to, że stałaby się ona nieskuteczna.
- Dyrektor nie może nadużywać swojej pozycji przez wzgląd na poczucie swojej ślepej słuszności! – odwarknął natychmiast Harry. – Proszę bardzo, niech da mi pan szlaban, z radością go odrobię, ale niech nie oczekuje pan, że odrobię go z panem… i czy to nie jest wbrew szkolnym prawom, sir? Nie wierzę, by do zadań dyrektora należało nadzorowanie ucznia podczas szlabanu wywołanego czymś tak trywialnym, jak wykradnięcie się z terenu szkoły i upicie z przyjacielem.
Harry uśmiechnął się, zupełnie bez ciepła.
- Nie chciałby pan zostać oskarżony o faworyzowanie.
Dumbledore rozejrzał się po wypełnionym ciszą Pokoju Wspólnym. Jego niebieskie oczy przesunęły się po wszystkich i oceniły sytuację w przeciągu kilku sekund.
- Proszę wyjść na zewnątrz, panie Potter, to nie jest miejsce na taką rozmowę – polecił krótko Dumbledore. Harry nawet nie drgnął, spoglądając na dyrektora z nieukrywaną wściekłością.
- Myślę, że zostanę tutaj, dziękuję – oznajmił okropnie, nietypowo uprzejmie.
- To nie podlega dyskusji – uciął Dumbledore.
W odpowiedzi Harry zatopił się głębiej w kanapę, z wyzywającym lekceważeniem grzebiąc w swojej torbie. Dyrektor zrobił krok do przodu i Snape drgnął, tak jakby się przesuwając, tylko po to, by po chwili jeszcze raz zastygnąć w bezruchu, jak gdyby nic się nie stało.
- W takim razie dobrze, panie Potter. – Dumbledore uśmiechnął się nagle, powodując, że wzrok Harry'ego stał się ostrożny. – Jeśli chcesz, możemy dyskutować o szkolnych prawach tutaj. Mamy wiele zasad, a jedną z nich jest to, że uczniowie powinni pozostać w swoich Pokojach Wspólnych… Jak wierzę, Tiara Przydziału umieściła cię w Gryffindorze?
- Jak wierzę, umieściła go także w Slytherinie – powiedział lodowato Tom, odzywając się po raz pierwszy. – Więc jak najbardziej ma on prawo do zostania tutaj.
- Och, ale nie chciałbym zostać oskarżony o faworyzowanie – oznajmił radośnie Dumbledore. – Nie wydaje się sprawiedliwe pozwolić panu Potterowi zmieniać domy, podczas gdy inni uczniowie nie mają takiej możliwości. Z tego też powodu musi wrócić do domu, który został mu początkowo wybrany.
Usta Harry'ego były prawie białe z furii, pięści zaciśnięte, a oczy Toma błyszczały niczym innym jak tylko nienawiścią i pogardą.
- A jednak… podejmujesz tę decyzję tak długo po tym, jak doszło do pierwszego przeniesienia? Dlaczego? Jeśli ktoś chciałby poszukać rzeczy niekorzystnych w twojej dość… ekscentrycznej… kadencji, mogłoby wywołać to podejrzenia o ukryte motywy – odpowiedział płynnie i bez wahania Tom.
Oczy Dumbledore'a zwęziły się.
- To nie do ucznia należy, mój drogi chłopcze, kwestionowanie szkolnych praw albo osądzanie osób wyżej mu postawionych – powiedział miło. Ałć.
- Nie – oznajmił po chwili Tom, cicho, zabójczo. – Ale ja jestem dziedzicem Slytherina, a on jest dziedzicem Gryffindora, tak więc można by się sprzeczać, czy to w tym wypadku ponad naszą prerogatywę. Został przydzielony do Slytherinu i jest mile widziany w moim dworze tak długo, jak zechce.
- Myślałem, że byłeś za zjednoczeniem domów, profesorze? – dodał niewinnie Harry.
Dumbledore przez kilka chwil przypatrywał się im obu w strasznej ciszy. Następnie wyszedł równie szybko jak wszedł i Harry wyraźnie odetchnął z ulgą, patrząc na drzwi z dziwnym wyrazem twarzy.
Spojrzenie Toma powędrowało z powrotem na młodszego chłopca, tym razem nie ukrywając się z tą obserwacją.
W Pokoju Wspólnym wciąż wisiała krzycząca cisza.
Harry przeniósł swój wzrok z powrotem na dziedzica Slytherina, najwyraźniej czując ciężar tego intensywnego, palącego spojrzenia. Abraxas był pewien, że nawet on, urodzony i wychowany jako Malfoy, zwinąłby się pod takim naciskiem w kłębek, ale Harry tylko wzruszył ramionami, aczkolwiek niezręcznie.
- Nie chcesz wiedzieć – mruknął.
- Och – odpowiedział niebezpiecznie Tom. – Naprawdę myślę, że chcę, skarbie.
* ang. snake pit. To połączenie wyrazów oznacza właśnie miejsce życia węży – wężowisko – ale także potocznie mówi się tak na dom wariatów. Dlatego właśnie pojawia się tam słowo „pracowałeś", które nawiązuje do tego potocznego znaczenia tego słowa. Postanowiłam zostawić wężowisko, bo odnosi się do węży – „Ślizgonów" – w odpowiedzi na wcześniejsze słowa Pottera o lwach – Gryfonach. Niewytłumaczalna gra słów.
