Wiadomości od cheroine dalej brak, jest więc może ktoś, kto podjąłby się - przynajmniej chwilowo, reszta okaże się, kiedy uda mi się nawiązać z nią kontakt - zadania betowania „Ulubieńca Losu"? Jeżeli tak – och, mam nadzieję, że ktoś się znajdzie! – to bardzo, bardzo proszę o kontakt poprzez prywatną wiadomość albo na maila: panna_mi (małpa) interia. pl (bez spacji, oczywiście :)).
Dziękuję wszystkim za komentarze, za życzenia świąteczne – za każdy gest z waszej strony, który powoduje, że wiem, iż są osoby, dla których naprawdę warto tłumaczyć tego ficka.
Ariano, nie zazdroszczę choroby, mam nadzieję, że już ci chociaż trochę przeszła :). Nie przejmuj się, nie przeszkadza mi to, że mówisz o problemach, człowiek naprawdę czasem musi się wgadać, a jeżeli tylko samym wysłuchaniem mogę pomóc, to nie widzę powodu, dla którego miałabym tego nie zrobić ;). Bardzo się cieszę, że rozdział poprawił ci nastrój, nie przejmuj się niczym, głowa do góry i staw czoła wszystkim problemom :). Cookies. Alice, Cygnus jeszcze kilkakrotnie zalezie nam za skórę. Dobrze obstawiałaś, że nie zdradzę w jakich konkretnie sytuacjach, chociaż myślę, że bez wyrzutów sumienia mogę powiedzieć, że jeden z jego wybryków doprowadzi do sytuacji, która zostanie przedstawiona w moim chyba ulubionym rozdziale :) Co do tego, jak postrzegałaś przemyślenia Abraxasa, to myślę, że masz rację. W pewnym sensie tak jest – ta dwójka nie potrafi żyć bez siebie. Co do postaci Dumbledore'a, to aż do końca nie będę się o niej wypowiadała, chociaż z chęcią posłucham twoich przemyśleń Nawego temat :). Mangha, na pewno nie byłoby tak źle i dałabyś radę :). Tom mógłby rzucić Dumbledore'a kilkoma klątwami, ale myślę, że chyba raczej zdecydowałby się na jakieś bardziej Ślizgońskie podejście ;). Co do Dumbledore'a to zgadzam się, że poddał się nieco zbyt łatwo, ale taka była wizja autorki i nic nie mogę z tym zrobić… Co do punktów widzenia, to Abraxas i Alphard dalej pozostaną tymi mniej charakterystycznymi postaciami (szczególnie Alphard) chociaż myślę, że nieco ich poznamy. Sprawę Cygnusa na razie przemilczę :). Cieszę się, że podobało ci się tłumaczenie i dziękuję za życzenia :). Evolution, bardzo przepraszam, chociaż myślę, że człowieka od obowiązków odciąga wszystko – jeżeli nie rozdział, to coś innego ;). Tak przynajmniej jest w moim przypadku… Bardzo się cieszę, że tak bardzo ci się spodobał ten rozdział. Szczerość Harry'ego jest powalająca, masz rację, ale czym byłby Gryfon bez szczerości ;)? Co do metafory, o której wspomniałaś, to myślałam, że padnę, kiedy ją tłumaczyłam. Tym bardziej cieszę się, że udało mi się zebrać ją tak, że ci się spodobała :). Dialog, racja, był wspaniały, szczególnie, że widać było w nim opiekuńczość Toma :)… Rozdział przed świętami jeszcze jeden, jak już wcześniej mówiłam, zawsze znajdzie się coś, co odciągnie człowieka od obowiązków :). Ale i tak dziękuję za życzenia i również życzę ci Wesołych Świąt :).
Przyznam, że jest to chyba ostatni rozdział przed świętami – no, chyba, że bardzo zaskoczycie mnie komentarzami, bo wtedy naprawdę nie będę miała serca zostawić was do czwartku bez rozdziału. Demoralizujecie mnie, przez was zamiast sprzątać, to zajmuję się kolejnym rozdziałem ;). W każdym razie nie wiem jak będzie, tak więc już teraz życzę wam wszystkim wesołych, spędzonych z rodziną świąt. Aby na waszym stole nie zabrakło potraw, abyście jedli je bez wyrzutów sumienia i abyście w przyszłości cały ten czas bardzo, bardzo miło wspominali. :)
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział dziewięćdziesiąty pierwszy
Harry odwrócił się, z niewytłumaczalnych powodów czując zakłopotanie.
Powody jego sprzeczki były zbyt Gryfońskie… zbyt… wyraziste w swojej intencji. No jasne, dbał o Toma i nie tolerował tego, że Dumbledore robi z niego czyste zło, ale nie chciał, aby Tom wiedział, że to w jego imieniu kłócił się z Białym Panem.
To było zbyt… zbyt coś, nie no, to było takie elokwentne! Czasami pragnął posiadać umiejętność Riddle'a do posługiwania się słowami.
Dziedzic Slytherina wciąż przyglądał mu się spojrzeniem wwiercającym się w jego skórę jak odłamki jakiegoś drogocennego klejnotu, przecinającym jego kości i mięśnie, jak gdyby próbowały dostrzec prawdę. Harry westchnął ciężko, krzyżując ramiona.
- Niech się poprawię – powiedział. – Ja nie chcę, abyś wiedział.
- A czy ja kiedykolwiek dbałem o to, czy ty chcesz mi powiedzieć coś, co ja chcę wiedzieć? – odpowiedział Tom z uśmieszkiem, chociaż jego oczy błyszczały powagą. Harry skrzywił się.
- Odszedłem od Dumbledore'a. Wkurzył się – oznajmił krótko. Zamiast wyglądać na uspokojonego, Tom wydawał się jeszcze bardziej zaciekawiony niż wcześniej, robiąc ku niemu krok i przechylając głowę, oceniając go krytycznie.
- Dlaczego od niego odszedłeś?
- Ze swoich własnych powodów – odpowiedział Harry, potrząsając głową. – Mam zadanie domowe do zrobienia.
Tom milczał, po czym raptownie wstał na nogi, kierując się w stronę dormitorium.
- Chodź.
Harry poczuł, jak jego ramię zostaje lekko szarpnięte i prawie warknął w irytacji oraz furii.
Podążył za nim, wiedząc, że wyglądałby jeszcze bardziej śmiesznie i bezradnie, gdyby był ciągnięty po podłodze, a następnie musiał wyjaśniać, jakim cudem Tom mógł to zrobić.
Cholerni Ślizgoni, którzy przypierają cię do muru.
Cholerni Czarni Panowie.
Zatrzasnął drzwi, słysząc za sobą mamroczące głosy:
- Nienawidzę, kiedy wycofują się z kłótni w taki sposób…
- Wiem – chciałbym usłyszeć, o czym oni rozmawiają!
- …pocałunek i makijaż?
Dumbledore chodził po swoim gabinecie, marszcząc lekko brwi, z palcami splecionymi za swoimi plecami.
Nie powinien w taki sposób stracić nad sobą panowania, nie powinien być tak nachalny, tak domagający… najwyraźniej bardziej subtelne maski Voldemorta były skuteczniejsze.
Musiał dać chłopakowi swobodę.
To po prostu było takie trudne, ledwie mógł znieść widok tej dwójki razem. Przywoływało to u niego zbyt wiele wspomnień, powodując, że jego żołądek zaciskał się, gdy rozdrapywane były rany przeszłości. Jego własnej historii.
Gellerta.
Historia miała niesamowicie straszny sposób powtarzania się.
Czy Harry nie widział, że to wszystko zmierzało do zguby? Że kiedy to wszystko dobiegnie końca, spędzi resztę swojego życia uwięziony we wspomnieniach momentów, które dzielili? Oczywiście, że tak będzie; ta dwójka miała absolutnego fioła na swoim punkcie, była opętana w swojej miłości… czy jakikolwiek tam Riddle miał odpowiednik tego uczucia.
Tak bardzo próbował powstrzymać Harry'ego od podążania tą zdradziecką ścieżką. Próbował usunąć wszelkie przeszkody, które mogłyby doprowadzić go do tej samej młodzieńczej arogancji, w jaką on sam popadł. Był tak niesamowicie arogancki, nigdy nie mając dość pochwał i wyróżnień, rozkoszując się nimi… podobnie jak Harry swoją sławą, wzrastający na sile dzięki swojej niezależności i samoświadomości.
Myślał, że umieszczenie go u Dursleyów, niezrozumiałego i być może nawet zaniedbywanego, będzie lepsze niż wychowanie go na podobieństwo swoje albo Voldemorta.
A jednak to i tak się stało, nieuchronnie – w momencie, w którym ta dwójka się spotkała.
Gellert Grindewald i Albus Dumbledore.
Tom Riddle i Harry Potter.
Czasami nie widział już młodego Harry'ego, widział po prostu samego siebie, zniekształcone migawki tego, czym mógł się stać lub był – i to wpływało na jego decyzje oraz działania w celu naprawienia tego, co się stało, na agresywność, której nie czuł od wielu lat i której nie chciał czuć.
Każdy błąd, jaki popełnił młody chłopak był jedynie odbiciem, echem jego własnego i to sprawiało, że jeszcze trudniej było mu oprzeć się pokucie rzucenia się, odbicia i przemocą rozszarpania całego tego lustrzanego obrazu jego przeszłości na kawałki, aby nie musiał na to wszystko dłużej spoglądać.
Po prostu nie mógł znieść patrzenia na to, jak wszystko wychodzi na jaw i po raz kolejny jest w rękach tego, który miał ich uratować.
Uratować ich wszystkich.
Voldemort był niczym, cała ta sytuacja wydawała się być niewiele więcej niż okrutną powtórką i zrządzeniem Losu.
A on musiał to naprawić. Bez względu na środki.
Czarodziejski Świat nie mógł popaść w Ciemność.
Wszyscy zostaliby zranieni – a przede wszystkim Harry.
Tom usiadł na swobodnie na swoim łóżku. Irytująco swobodnie.
- Wiesz, ta cała sprawa z ramieniem to naprawdę cios poniżej pasa – splunął Harry, być może jeszcze bardziej wściekły niż zwykle, bo siedzący naprzeciw niego nastolatek był powodem jego kłótni z niezwykle potężnym i wpływowym dyrektorem… który prawdopodobnie zrobi teraz z jego życia piekło, a po którego stronie Harry powinien być w wojnie przeciwko Voldemortowi.
I może też dlatego, że nie szanował on prawa Harry'ego do prywatności i ciszy, kiedy Harry popadł w taką skrajność, że go szanował.
Sama manipulacja znakiem była tylko niewielką niedogodnością i przykrym faktem w jego życiu, z którym pogodził się już do czasu, kiedy przeprowadzi badania na temat tego, jak samemu nim manipulować.
Odwrócił wzrok, zbyt wściekły, aby spojrzeć na twarz swojego towarzysza, ale doskonale wiedząc, że nie może wyjść tak, jak kiedyś mógł. Zamiast tego podszedł do swojego łóżka (wciąż był niesamowicie szczęśliwy, że naprawdę miał teraz własne łóżko!) przylegającego do Toma.
- Jesteś rozdrażniony – zauważył Tom.
- Świetne spostrzeżenie, geniuszu – odpowiedział matowym głosem, wciąż spoglądając gdzieś indziej.
Usłyszał upominający dźwięk i odgłos kroków, kiedy Tom podszedł, opierając się o jedną z kolumn jego łóżka, bezpośrednio na wprost linii jego wzroku.
- Wiesz, jeśli masz się zamiar o coś dąsać, to najpierw się na to nie zgadzaj.
- Nie dąsam się – fuknął Harry.
- Nie, ty tylko unikasz mojego wzroku, wiercisz się markotnie, wzdychasz ciężko i mówisz przez zaciśnięte zęby, aby poćwiczyć do nieistniejącego szkolnego przedstawienia, co? – odpowiedział sarkastycznie Tom.
- Nie byłeś na przesłuchaniu? Wszyscy są aktorami, kiedy cały świat to scena*.
- Przestań masakrować Shakespeare'a – powiedział kategorycznie Tom, po czym ponownie przesunął się na jego pole widzenia, tym razem bliżej, opierając dłonie po obu stronach nóg Harry'ego, z twarzą na wysokości jego własnej.
To by było tyle na temat przestrzeni osobistej.
Drgnął nieznacznie do tyłu, czując się emocjonalnie wyczerpany po konfrontacji z Dumbledore'em.
Starzec nie był zły, był po prostu prawy i nie potrafił pozbyć się swoich własnych przekonań, by spostrzec słuszność innych. Tylko dlatego, że metoda była inna nie znaczyło, że była ona zła albo miała przeciwne cele.
- Wiesz, nie mogę niczego zrobić, jeśli nie powiesz mi, co jest nie tak.
Harry uniósł wzrok na te słowa, zaskoczony, po czym odwrócił go, kiedy oczy Toma rozświetliły się jakąś emocją albo myślą o przypadkowej zdradzie. Z pewnym niepokojem czekał na kolejne słowa.
Ku jego ogromnemu zdziwieniu Tom tylko uśmiechnął się nieznacznie, po czym cofnął i ruszył z powrotem w stronę Pokoju Wspólnego. Harry zamrugał.
- Poddajesz się? – Słowa wyrwały się z jego ust, zanim mógłby je powstrzymać.
Twarz Toma nieznacznie przechyliła się w jego kierunku, a uśmiech zniknął, robiąc miejsce uśmieszkowi.
- Ja się nigdy nie poddaję, Harry. Powinieneś to już wiedzieć… skoro nie masz szlabanu dzisiejszej nocy, w takim razie będziesz miał kolejną lekcję oklumencji.
Harry zamarł.
- Tom…
- To nie podlega dyskusji. Dałeś mi słowo.
- A ty powiedziałeś, że nie będziesz wykorzystywać tych lekcji do niczego podstępnego – między innymi jako pretekstu do przeszukiwania mojego umysłu.
- Nie wiem, o czym mówisz – oświadczył niewinnie Tom, po czym jego uśmieszek zwiększył się. – Poza tym, gdybym naprawdę tego chciał, mógłbym legilimentować cię poza lekcjami oklumencji, doskonale o tym wiesz. Przynajmniej, skoro są to lekcje, coś z nich wyniesiesz… i obiecałeś w nich uczestniczyć. Chcesz złamać zaufanie, jakie pokładam w twoją przysięgę?
Bo to wcale nie pokonywało skutecznie każdego argumentu, jaki mógłby wymyśleć…
Cholera.
Lekcja oklumencji zbliżała się zdecydowanie zbyt szybko, pędząc, aby spotkać się z nim jak z ukochanym na lotnisku – chociaż nie tak przyjaźnie.
Harry miał straszne uczucie, że ta lekcja będzie przeciągała się w nieskończoność. Miał ochotę po prostu na nią nie pójść.
Ale… dał słowo, prawda? I być może będzie tego potrzebował przeciwko Tomowatemu rozumieniu słowa „zaufanie" w czymś bardziej ważnym niż jego zraniona duma i niechęć.
To właśnie w taki sposób skończył w Pokoju Życzeń o godzinie ósmej, siedząc na kanapie naprzeciwko Toma, spoglądając nieufnie i z napięciem na cisową różdżkę, zanim zaczęli.
Szczerze mówiąc, w pewnym stopniu spodziewał się, że Tom po prostu włamie się do jego umysłu w sekundzie, w której wejdzie do sali i to, że tego nie zrobił, było jeszcze tylko bardziej niepokojące.
- Okej – zaczął Tom. – Istnieją cztery różne typy barier oklumencyjnych i każda posiada indywidualne różnice dla każdej osoby – Emocjonalnie Ofensywna, Emocjonalnie Defensywna, Stoicko Ofensywna i Stoicko Defensywna. Na podstawie tego, co zrobiłeś Voldemortowi, zgadnij, którą masz?
Harry pogrążył się w zamyśleniu. Nie była to sytuacja, którą trudno by mu było sobie przypomnieć – jeżeli ktoś najeżdżał na twój umysł, było to raczej zapadające w pamięć doznanie. Koncentrował się na emocjach, tak więc…
- Jedną z tych Emocjonalnych – stwierdził.
Tom skinął głową - w akceptacji, zgodności czy potwierdzeniu jego odpowiedzi, tego nie wiedział.
- Wiesz, którą z nich?
- A ty wiesz? – zapytał Harry.
Tom pokręcił niemal niezauważalnie głową.
- Nie byłem wtedy w twoim umyśle – odpowiedział. Harry podniósł brwi.
- Ale masz teorię na temat tego, którą z nich mógłbym mieć – upierał się, pewien tego.
- Zawsze mam teorie – odparł Tom z malutkim uśmieszkiem. – A teraz odpowiedz na pytanie.
Harry zmarszczył brwi, przeglądając swój umysł.
- Co się stanie, jeśli nie jestem pewien…? – zakwestionował.
- Wtedy moja teoria się potwierdzi – oznajmił.
Harry skrzyżował ręce, ciekawy pomimo swojej niechęci, aby pozwolić Tomowi dostać się podczas lekcji do jego umysłu, szczególnie teraz, kiedy wiedział, że przebywając w nim, będzie się on kierował prosto do tego, co chce wiedzieć, aż do czasu, kiedy Harry będzie się mógł dokładnie i konsekwentnie przeciwko temu bronić.
- Zdradź ją.
- Myślę, że używasz obu – Emocjonalnie Defensywnej i Emocjonalnie Ofensywnej – wyjaśnił Tom. – To rzadkie… ale nie niespotykane, chociaż sprawia, że trudniejsze niż dla innych będzie dla ciebie opanowanie sztuki umysłu… co jest powodem, dla którego cały ten początkowy proces trwał tak długo.
- Czy twoje bariery też takie są? – zapytał podejrzliwie Harry, wiedząc, że jeśli Tom naprawdę odpowie na to pytanie, sam będzie miał większe szanse na przebicie się przez jego bariery, jeśli by tego chciał lub potrzebował… co prawdopodobnie oznaczało, że Tom nie da mu odpowiedzi.
- W pewnym sensie tak – oznajmił dziedzic Slytherina. – Chociaż w innym połączeniu; używam zarówno Emocjonalnych, jak i Stoickich, tyle że obu Ofensywnych.
Harry zamrugał. Okej… dostał odpowiedź… Próbował otrząsnąć się z zadowolonego szoku, po czym udało mu się uspokoić, by nie okazać tego na swojej twarzy. Chociaż wydawało się, że Tom i tak to zauważył.
- Zaskoczony, że to wyznałem? – zapytał z wszystkowiedzącą postawą, ale ta chwilę później zniknęła. – To ty jesteś tym, który powiedział, że powinienem bardziej ci zaufać.
- Wiem – odparł Harry, a jego gardło nagle stało się suche. Nastąpiła krótka przerwa. – Więc w jaki sposób one w takim razie działają, w grupach?
- Stoicko Defensywne polegają na stworzeniu muru wokół swojego umysłu, że tak powiem, bez żadnych emocji… oczyszczony umysł i głęboka koncentracja tworzą nicość. Opis przypadku – twój profesor Snape. Jedna z najtrudniejszych do wzniesienia, ale jeśli stosowana jest poprawnie, to jedna z najsilniejszych – wyjaśniał Tom. – Stoicko Ofensywna ponownie polega na nie okazywaniu żadnych emocji i zachowaniu spokoju, oczyszczeniu umysłu, ale w tym przypadku nie na koncentracji na obronie swojego umysłu, a ostrym zaatakowaniu umysłu intruza.
- Jak? – zapytał Harry, pochylając się do przodu.
- To zmienia się w zależności od osoby – niektórzy mogą wyobrażać sobie kolce otaczające ich umysł, inni po prostu uderzają i próbują zranić mentalną energią – odparł Tom. Harry trawił to przez chwilę. – Abraxas korzysta z tej formy – dodał mimochodem Riddle.
- Abraxas zna magię umysłu?
- Jest Malfoyem – odpowiedział Tom, jakby to wszystko wyjaśniało… cóż, w pewnym sensie tak było.
- Nie sądziłem, że pozwolisz komukolwiek wokół siebie mieć zdolność do blokowania cię. – Harry uśmiechnął się pod nosem.
- Nikt wokół mnie nie może tego zrobić. Moja legilimencja jest wyjątkowo silna, a ich umysł podporządkowuje się mojemu, kiedy tego pragnę.
- Znak? – Harry poczuł mdłości.
Tom skinął głową, z całkowitą łatwością. W takim razie miał kolejną rzecz do zbadania.
- Czy to działa na mnie?
- Zdradź mnie, a się dowiesz – oznajmił Tom z uprzejmością w głosie, wypełnionym rażącą groźbą tego komunikatu, spotykając na chwilę jego spojrzenie. Harry wytrzymał je spokojnie, po czym kontynuował:
- Więc jak w takim razie działają Emocjonalne?
- Przez użycie emocji, silnych emocji do stworzenia… mgły… uczuć albo czegoś podobnego, aby zatracić w niej intruza, zdezorientować go, wprowadzić w błąd tak, aby nigdy nie odnalazł twojego prawdziwego umysłu.
- To ta Defensywna?
- Tak – zgodził się Tom. – Ofensywna używa emocji, aby zaatakować intruza, zbombardować go całym odczuwanym bólem i negatywnymi emocjami, wszystkimi „odpychającymi" emocjami.
Hermiona pokochałaby całą tę teorię i już w tej chwili przekopywałaby książki. Harry uśmiechnął się nieznacznie na tę myśl.
- I te rzadkie?
Toma i jego własna? Riddle przez chwilę mu się przypatrywał.
- Emocjonalna i stoicka oznaczają, że unicestwiłbym każdego nieproszonego gościa w moim umyśle. Wyobraź sobie eksplozję albo bombę… twardość i „stoickość" na zewnątrz, a jeśli ktoś przełamie tą powierzchnię, jest natychmiast rozdarty na kawałki przez emocjonalne zmiażdżenie w środku stoicyzmu albo materiał wybuchowy wewnątrz bomby. To jest to, co rzucam w każdy umysł, który wchodzi w kontakt z moim.
- Ale intruz mógłby oszaleć – zauważył przerażony Harry. Tom uśmiechnął się chłodno.
- Taki jest ogólny zamiar. Tak czy inaczej, nie będzie próbował ponownie.
Harry oparł się pokusie wzdrygnięcia.
- A Defensywna i Ofensywna Emocjonalnie? – zapytał.
- Szczegóły zależą od ciebie – stwierdził Tom. – Nie mogę ci tego powiedzieć, to twój umysł… ale z tego, co udało mi się zebrać ze struktury, którą widziałem w twoim umyśle od czasu, kiedy użyłeś legilimencji na po-Voldemorcie… – Grimmauld. Kiedy po raz pierwszy się w nim spotkali. - …to masz emocjonalne bariery, w których zatracasz ludzi, formujące „mgłę" z braku lepszego wyrażenia. A następnie posiadasz również Ofensywne strony, zamiast po prostu pozwolić intruzowi błądzić po niej cały czas, rzucasz „mgłą" do ataku.
- Jeśli jest tam mgła, to w takim razie nie może on zauważyć, że nadchodzi atak – zauważył Harry. Oczy Toma zabłyszczały.
- Tylko dlatego, że zaprzeczasz swojemu okrutnemu pierwiastkowi nie znaczy, że go nie posiadasz, zwłaszcza w obliczu skuteczności. Obaj o tym wiemy.
Harry odwrócił wzrok, zmieszany, ale całkowicie zaintrygowany tym, co ujawnił jego umysł.
- Ale to tylko twoja teoria, prawda? – dopytał się. – Nie jesteś tego pewny.
- Nie, dopóki tego nie przetestujemy… przygotuj się… Legilimens!
* Harry próbuje – nieudolnie - zacytować słynny fragment Shakespeare'a z As You Like It (Jak wam się podoba) z aktu II sceny 5 : „All the world's stage, And all the men and women merely players; They have their exits and their entrances." („Cały świat to scena, A ludzie na nim to tylko aktorzy. Każdy z nich wchodzi na scenę i znika" – przekład Stefan Barańczyk).
