Betowała Himitsu, za co pięknie pragnę jej podziękować.
Raspodia, tak samo, jak ja - chociaż na to wygląda, że on po prostu był toporny i oba nasze odczucia były jak najbardziej uzasadnione :). Harry właściwie wiedział, w co się pakuje, tak więc może niekoniecznie potrzebne mu było ostrzeżenie - raczej porządne wbicie do głowy, że jego pomysł należy do tych złych ;). Cookies. Alice, trudno stwierdzić, czy będzie to coś dobrego, czy złego. Myślę, że niezwykle zależy to od punktu widzenia ;). Mam małe wyrzuty sumienia z powodu tego, że powoduję takie zadręczanie twojego umysłu... odpowiedzi na pytania powinny się znaleźć, tak więc przynajmniej o to nie za bardzo się martwię :). Co do Toma, to właściwie trudno stwierdzić, co dzieje się w jego umyśle - w każdym razie na pewno zauważa on naprawdę wiele, wiele rzeczy... To właśnie dlatego wiele osób zachowuje się tak nienaturalnie w towarzystwie Toma... Autorka naprawdę w różnych momentach zakończa - czasami w sposób spokojny, czasem dość gwałtownie. Ale, jak mi się zdaje, bardziej chyli się już ku zakończeniom spokojnym. Mangha, trudno powiedzieć, dlaczego to dokładnie robi i różne postaci będą to różnie interpretowały, ja jednak, tak jak ty, stawiam na to, że robi to przez wzgląd na młodszego odpowiednika Czarnego Pana :). Masz rację co do tego, że Harry związał się z horkruksem. Zevi będzie się właśnie w takich krótkich fragmentach pojawiał, chociaż fragmentów tych będzie dość sporo :). Szybki ślub? Oto ogłaszam was mężem i żoną! :) A tak w ogóle, to cieszę się, że tak bardzo ci się on spodobał... Czy masz rację - cóż... :). Evolution, właściwie nie wiem, czy cieszyć się, że zmobilizowałam cię do założenia konta, czy mieć z tego powodu wyrzuty sumienia ;)... Po tym tłumaczeniu, tak myślę, pojawią się i kolejne, jest kilka naprawdę świetnych ficków, które, być może, kiedyś również przetłumaczę ;). Emocje Harry'ego... cóż, on zawsze był emocjonalną postacią, a teraz przytłacza go cała zgraja różnych rzeczy, z którymi musi sobie poradzić i... myślę, że zwariowałabym na jego miejscu. Nie wyrobiła psychicznie. O tęsknocie nic się nie wypowiem, chociaż zdradzę jedynie, że nie należy za bardzo zawracać sobie nią głowy ;)... Chociaż Marvolo na pewno ma umiejętności manipulacyjne i bez względu na wszystko, potrafi ich użyć... Co do Harry'ego, to wiedział on, że podobna okazja może się już nie pojawić i po prostu chciał wybrać mniejsze zło... poza tym czuł niezwykłą presję związaną z czasem i słabnącą Ginny. Mam nadzieję, że jednak spałaś, jadłaś i piłaś, i że czekanie nie było takie straszne ;). Veritaseria, bardzo się cieszę, że tak pozytywnie myślisz :). Wiem, że rozdział nie był zbyt długi, tak więc absolutnie nie mam niczego za złe. ;) Ariano, nie zazdroszczę choroby - szczególnie mdłości i związanych z tym innych spraw. Cieszę sie, że udało mi sie w jakiś sposób poprawić ci humor, chociaż, oczywiście, wolałabym, by w ogóle nie trzeba było go poprawiać ;). Bycie świadkiem kłótni Toma i Harry'ego to prawdziwy zaszczyt - i prawdziwa przyjemność ;). A rozdział, jak sama widzisz, wrzucam - niestety dopiero dzisiaj znalazło się trochę czasu... Elva, tak, teraz rozdziały są nieco krótsze... ale niedługo nieco się zwiększą, nie ma co się martwić ;). Może nie jakoś spektakularnie, ale nie będą aż tak małe ;).Nanette, naprawdę miło mi to słyszeć. I taak, kompleks bohatera Harry'ego jest czymś, bez czego trudno jest sobie tą postać wyobrazić... Podróżników trudno jest nie kochać - są tak różnorodni, że każdy musi znaleźć wśród nich coś dla siebie ;). Co do stanu Harry'ego, to powiem, że będzie z nim różnie - Tom nie jest zbyt pomocny pod tym względem. Można uzależnić się do ludzi, więc masz rację, tak naprawdę życie Harry'ego całkowicie kręci się właśnie wokół Riddle'ów. Masz rację mówiąc również to, że działa to w obie strony - och! jak wielką masz rację! :) Harry czasami jest naprawdę bezmyślny, zupełnie nie zawraca sobie głowy konsekwencjami - a przynajmniej tym, jak wpłyną one na niego, liczą się tylko inni. Co może być męczące... Dziękuję za głos w ankiecie, zapisałam sobie go i z pewnością uwzględnię :). Avle, miniaturki idą, powoli, ale idą - nie wiem, czy usatysfakcjonuje cię przedstawiony w nich później slash, ale mam nadzieję, że tak będzie ;). Toma trudno rozgryźć, chociaż jest to możliwe - albo będzie, szczególnie teraz, kiedy zaczną się jego punkty widzenia ;). Podziwiam nie sięganie po oryginał, bo sama często nie daję sobie z tym rady - i cieszę się, że uważasz tłumaczenie za dobre. Naprawdę :). Tosia, oczywiście, że kojarzę! Jak możesz w to wątpić? ;) Nie masz za co przepraszać, bardzo cieszę się, że teraz napisałaś i to się dla mnie najbardziej liczy :). Rozdziały zaczną robić się nieco większe, obiecuję, to był po prostu jakiś kryzys ;). Ogólnie rozdziały bardzo krótkie powinny pojawiać się teraz dość rzadko, raczej będę takie wielkości tego, co dzisiaj. Wena, niestety, chyba gdzieś się ulotniła, zakładam, że to z powodu mrozu - może trzeba rozpocząć jakaś akcję poszukiwawczą? ;) Dziękuję za głos w ankiecie, oczywiście go sobie zapisałam i uwzględnię go w całej ankiecie :).
Dziękuję za wasze komentarze, mój dzisiejszy, niezwykle męczący dzień, rozjaśniły one na tyle, że udało mi się w końcu pozbyć uporczywego bólu głowy. Jestem za nie wdzięczna i gdybym tylko mogła, uściskałabym was wszystkich... Zwłaszcza, że, nie wiem, czy zwróciliście na to uwagę, tylko jeden komentarz dzieli nas do tej niezwykłej liczby 600!
Miłego czytania, moi drodzy!
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział sto drugi
Serce Harry'ego dziko waliło mu w piersi, jak wbijający gwoździe młotek, i jego palce zacisnęły się mocniej wokół złotego horkruksa.
- Coś w tym stylu – zgodził się ostrożnie. Tom zmrużył oczy, spokojnie i śmiertelnie wysuwając się do przodu. Harry cofnął się, okrążając go, mając nadzieję, że kierując się tym samym w stronę drzwi. Tom znów się zatrzymał i wyciągnął rękę.
- Daj mi to – rozkazał cicho dziedzic Slytherina. Harry pokręcił w milczeniu głową, a jego mięśnie napięły się w przygotowaniu do walki albo ucieczki. – W tej chwili.
- Przepraszam – mruknął Harry. – Ale nie możesz tego dostać. Potrzebuję go.
- Potrzebujesz go? – powtórzył subtelnie Tom. – Och, lepiej żebyś mi powiedział, czego od niego potrzebujesz?
Harry milczał uparcie. Wiedział, że Tom spodziewał się konfrontacji, prób uniknięcia przez niego całej tej sprawy w taki sposób, jak to zazwyczaj robił, ale bez względu na to, zasadniczo i zdecydowanie stawiał na swoim. Tom spojrzał na niego złowrogo.
- Harry – kontynuował Tom, a jego głos jakimś cudem stał się jeszcze bardziej niebezpieczny i nawet bardziej miękki. – Medalion namieszał ci w głowie… nie widzisz tego? Mój Harry nie byłby na tyle głupi, by nabrać się na tak oczywistą przynętę… wiedziałeś doskonale, że nie pozwolę na to, by spuścić medalion ze wzroku.
- Może po prostu nie znasz mnie tak dobrze, jak myślisz – zasugerował ostrożnie Harry, uważając na to, by nie przegapić swojej szansy na ucieczkę.
Tom spodziewał się, że będzie walczył…
- Oczywiście, że nie…
… tak więc uciekł.
Głowa Draco wystrzeliła w górę, kiedy drzwi do akademików przeznaczonych dla piątorocznych otworzyły się z hukiem, gwałtownie i wystrzeliła z nich rozmyta przez ruch postać, wysyłając za sobą machnięciem różdżki latające stoły i krzesła.
Harry gnał w kierunku drzwi.
Zaledwie sekundę później pojawiła się kolejna rozmyta postać, tym razem emanująca niebezpieczeństwem, która ścigała poprzednią ze śmiertelną gracją pantery, omijając lecące w jej stronę przedmioty.
Wszyscy zamarli, uciszając się natychmiast, kierując wzrok na wyjście z Pokoju Wspólnego, przy którym ożyły węże, gotowe zablokować każdego, kto chciałby z niego wyjść… i… i Harry przeskoczył nad nimi, wypadając na korytarz, nie oglądając się; coś złotego błysnęło w jego dłoni, a następnie uciekł.
Młody Czarny Pan nie poświęcił swojej oniemiałej publiczności choćby jednego rzutu oka, depcząc po piętach swojej ofierze.
Wszystko to wydarzyło się w przeciągu zaledwie kilku sekund.
Ale czuł się, jakby to trwało całe jego życie.
- O kurwa…
Harry czuł pobudzającą go adrenalinę.
Stukot dwóch par stóp pobrzmiewał w dziwnie cichym zamku, nagle tak obcego, pomimo swojej znajomości.
Jego oddech przyspieszył, kiedy wpadł na zakręcie w poślizg, nie ośmielając się spojrzeć za siebie, w pełni świadomy swojego ogona i wiedząc, że musi zrobić wszystko, aby go zgubić.
Nie mógł się ukryć, Tom był w stanie namierzyć go w ciągu kilku sekund – zwłaszcza teraz, kiedy miał ze sobą również Horkruksa – i chociaż był szybszy niż Tom, Riddle bynajmniej nie pozostał w tyle, i wciąż był w zasięgu wzroku.
Nie zatrzymał się, pędząc poprzez klasy, pragnąc szybko wydostać się z lochów, w których każdy wąż znajdujący się na ścianie był wrogo nastawiony i gotowy do tego, aby go pochwycić.
Był wężousty.
Tom był dziedzicem Slyterina.
Rzucił się do innego korytarza, ledwo unikając klątwy. Tom potrafił również oddawać śmiertelnie celne strzały; powinien grać jako pałkarz, gdyby nie uważał, że quidditch jest całkowitą stratą czasu.
Harry wpadł w poślizg, próbując uniknąć wpadnięcia na ścianę, gorączkowo manewrując w ciasnym, ciemnym korytarzu… i w następnej sekundzie dłonie zacisnęły się na jego ramionach, ale wyrwał się z ich uścisku, ponownie uciekając, zostawiając, dziko, Toma za swoimi plecami, nie zawracając sobie głowy tym, by zobaczyć, jakie szkody wyrządził, zanim ponownie uciekał… tylko po to, by wrzasnąć w agonii, kiedy jego prawe kolano ugięło się pod nim, wysyłając go na ziemię.
Szarpał się, ale tym razem uchwyt był nieustępliwy, a różdżka została boleśnie przyciśnięta do jego głowy. Poczuł oddech na swojej skórze, równie szorstki i z trudem łapiący powietrze, a następnie usłyszał wyszeptane słowa:
- Drętwota.
Kiedy Harry obudził się, jego noga pulsowała, a ramiona bolały… i, cholera jasna, nie mógł się ruszyć. Podniósł ostrożnie głowę z natychmiastową czujnością i zmrużył oczy, kiedy świat przed nim stał się wyraźny.
Tom wszedł w jego pole widzenia, stając naprzeciwko niego, szyderczo machając mu przed twarzą medalionem. W jego spojrzeniu nie było ani odrobiny szyderstwa. Harry rozejrzał się wokół siebie – na pierwszy rzut oka spostrzegł, że była to opuszczona klasa, otoczona ciężkimi barierami i…
- Przywiązałeś mnie do krzesła? – zauważył słabo, z niedowierzaniem.
- Uciekałeś – oświadczył niedbale Tom, przypatrując mu się, jakby był jakimś stworzeniem, na którym przeprowadzał eksperymenty. – Wolałbym raczej, byś nie próbował zrobić tego ponownie. – Harry przełknął ślinę.
- Rozwiąż mnie – rozkazał krótko, jego serce waliło, oczy skierowały się na medalion, wciąż wiszący kilka cali od jego dłoni.
- Cóż – stwierdził Tom, jego magia całkowicie pozbawiona była nonszalancji, z jaką mówił. – Mógłbym. Ale wiesz… to raczej zabawne widzieć cię tak całkowicie bezradnego. Ośmielam się powiedzieć, że to moje skłonności sadystyczne.
Harry gwałtownie wciągnął powietrze.
- Tom… - wymamrotał.
- Zacznij wyjaśniać – syknął rozkazująco Tom, kręcąc mu przed oczami zawiniętym pomiędzy palcami medalionem. Harry zacisnął szczękę, złoszcząc się z powodu własnych niedociągnięć i porażki.
Odwrócił lekceważąco wzrok, wiedząc, że dziedzic Slytherina zauważy ten zamierzony brak uwagi i będzie przez to wściekły. Silne palce zacisnęły się na jego szczęce i, Salazarze, Harry chciał móc się cofnąć… ale nie da sukinsynowi satysfakcji.
- Powiedz mi… – Głos Toma nazwać by można wszystkim za wyjątkiem mruknięcia. – …a pominiemy tę część, w której cię do tego zmuszam.
- Och, ależ nie chciałbym cię pozbawić możliwości odczuwania tych skłonności sadystycznych – odpowiedział słodko Harry.
Tom przyglądał mu się przez chwilę, po czym wzruszył ramionami, wyciągając różdżkę. Harry zesztywniał, mimowolnie, z napięcia, wyszarpując swoją głowę.
Tom postukał różdżką jego klatkę piersiową, niesamowicie lekko, ale zarazem niesamowicie groźnie. Mimowolnie zaczął modlić się o to, aby ktoś, ktokolwiek, nawet Snape, wszedł do klasy.
- Jak to w takim razie zrobimy? – mruczał młody Czarny Pan. – Mógłbym cię torturować, ale to by raczej nie działało… chociaż mogłoby być dość zabawne.
Harry wysunął do przodu wyzywająco brodę, wytrzymując spojrzenie Toma, nie mówiąc ani słowa. Riddle uśmiechnął się nieznacznie, ale nie był to miły uśmiech.
Końcówka różdżki bawiła się jego kołnierzem, przesuwając go i Harry wstrzymał oddech, nie będąc w stanie odwrócić teraz wzroku nawet, gdyby chciał. Wiedział, że Tom robi to po to, by go zdenerwować, ale to działało. A następnie, ku jego ogromnej uldze, różdżka powędrowała w górę przez jego usta i zatrzymała się na skroni.
- Albo – kontynuował Tom jedwabistym tonem, który zupełnie nie pasował do sytuacji – mógłbym złamać twój mały, buntowniczy umysł legilimencją. Co sądzisz o tej opcji, kochanie?
- Będziesz musiał to zrobić – warknął wyzywająco Harry, tak spokojnie, jak tylko był w stanie. Tom przyglądał mu się przez chwilę, a następnie przemówił, nie odwracając swojego wzroku:
- Otwórz się.
Czarny dym niemal natychmiast wydostał się z horkruksa, tworząc coraz bardziej znajomą postać. Marvolo. Czerwone oczy dokładnie przyglądały się zastałej scenie, analizując ją.
Zatrzymały się na Harrym, zauważając jego pozycję, po czym zabłyszczały, kiedy Marvolo zwrócił się do Toma z rozbawieniem w głosie:
- Czyż to nie piękny obrazek?
Harry zmrużył oczy, ale Tom po prostu wpatrywał się w Horkruksa beznamiętnie.
- Powiedz mi, co się dzieje między tobą a Harrym – polecił chłodno Tom. Marvolo milczał przez chwilę.
- I na tym miałaby się skończyć ta cała gra i zabawa z tobą, co? – zapytała sarkastycznie postać.
- To był rozkaz – oświadczył mocno Tom. Oczy Marvolo stały się w jakiś sposób twardsze, chociaż wciąż zachowały w sobie ten okrutny błysk.
- Propozycje biznesowe… zauważyłeś kiedykolwiek, że z naszym cennym Złotym Chłopcem to ciągła praca i brak zabawy?
Marvolo okrążył krzesło, sprawiając, że Harry czuł się rozdarty, zastanawiając się, na którym z nich powinien utrzymać swoją uwagę; zdecydował się na Marvolo, kiedy ten stanął za nim. Cieniste, ale niepokojąco solidne dłonie spoczęły na jego ramionach.
- Zawsze możemy się nim podzielić, mam wolne weekendy…
Harry poczuł, jak traci kontrolę nad swoim temperamentem, a jego aura zapłonęła, powodując, że Marvolo oderwał od niego swoje ręce, jak gdyby został porażony prądem, podczas gdy Tom jednocześnie warknął na Horkruksa:
- Zabieraj swoje łapska z dala od niego.
- Och, uspokój się – wycedziła postać. – Naprawdę cieszę się, że nie jestem już nastolatkiem, one wszystkie są tak obrzydliwie emocjonalne, a ty jesteś jednym z najgorszych, dzieciaku.
- Nie jestem emocjonalny – syknął Tom – i z całą pewnością nie jestem dzieckiem. A teraz mów albo spalę cię jakimś zaklęciem.
Oczy Harry'ego rozszerzyły się z przerażeniem i Marvolo zamarł niepewnie, chociaż jego oczy błyszczały mocno.
- Jak myślisz, co wywołuje u cudownego dziecka taką obsesję? – odparł lodowato. – Z pewnością nie ja, skromna dusza. – Tom wysłał mu ostre spojrzenie, które Harry po raz kolejny wytrzymał, pragnąc odzyskać swobodę swoich ruchów. Marvolo jeszcze raz go minął, stając koło Toma, przykładając widmowe ręce do jego ucha w scenicznym szepcie. – Próbuje zgrywać bohatera.
Tom zesztywniał, a Marvolo wciąż podskakiwał obok niego i gdyby Horkruks był do tego zdolny, Harry był pewny, że rechotałby. Tom ucichł na chwilę.
- Weasleyówna? – zakwestionował. Marvolo zaklaskał, powoli, drwiąco, ale Tom nawet na niego nie spojrzał. – Próbowałeś zawiązać umowę obiecującą, że uratujesz jej życie… jaką dokładnie umowę?
Tym razem ciemne oczy wbiły się w postać Marvolo, dając do zrozumienia, do kogo dokładnie Tom kierował to pytanie.
Postać Marvolo, jakkolwiek niewyraźna była, ledwie powstrzymywała swoją gwałtowność i wściekłość, wywołaną zmuszeniem do uległości instynktu przetrwania.
To Tom kontrolował ten pokój i zarówno Harry, jak i Marvolo byli tego świadomi, tak więc unikali tego, by ich spojrzenia się spotkały.
- Ja miałem powiedzieć mu, jak ją naprawić, a on miał pomóc mi wrócić do ciała.
Tom milczał, a następnie jego różdżka podniosła się – i Harry domyślił się, że zamierzał spalić horkruksa Szatańską Pożogą…
- Nie! – powiedział szybko. – Przestań. Porozmawiam z tobą. Tylko go nie zabijaj. Proszę.
Mógł poczuć, jak zarówno Marvolo i Tom kierują na niego swój wzrok.
- Skąd ta nagła akceptacja horkruksów? – zapytał Tom, wciąż tym niedbałym, śmiertelnym tonem.
- Wciąż go potrzebuję – stwierdził spokojnie Harry.
- Powiedz mu, jak naprawić dziewczynę – rozkazał z irytacją Tom.
Tym razem Marvolo nie odezwał się, tylko wpatrywał w Harry'ego – słowa zabłyszczały jasno w jego oczach. Był posłuszny Tomowi, ponieważ ten mógł zabić go, gdyby taki nie był, teraz natomiast nie miał więc obowiązku, by cokolwiek powiedzieć Harry'emu.
I taak, z Ginny byłoby wszystko w porządku… ale… wtedy nigdy nie byłby w stanie poskładać z powrotem Voldemorta, a nikt inny też nie mógłby tego zrobić… Marvolo nie mógł umrzeć.
Nie potrzebował Marvolo żywego po to, by uratować Ginny, ale by uratować Toma… a kompromis powodował, że Marvolo przeżyje i powie mu o niepowodującym śmierci sposobie uratowania Ginny.
- Obiecaj, że nie skrzywdzisz Marvolo – oznajmił Harry, nieprzyjemnie świadom, że to nie on był tym, który miał tutaj największą władzę.
- Marvolo? – powtórzył Tom. Harry spróbował wzruszyć ramionami, ale okazało się, że nie może tego zrobić z powodu owiniętych wokół jego ciała lin, które wżynały mu się w żyły.
- Cóż, nie jest tobą i nie jest też do końca Voldemortem, a ja potrzebowałem dla niego jakiejś nazwy…
Tom nie wyglądał na zadowolonego.
- I wybrałeś Marvolo?
- A jaki inny miałem wybór? – odparł sucho Harry. – Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać? To trochę trudnawe do wymówienia. W każdym razie, obiecaj, że go nie skrzywdzisz.
Tom położył rękę na jednym z ramion jego krzesła i Harry z trudem powstrzymał się od odsunięcia.
- A dlaczego miałbym to zrobić?
- Bo cię o to ładnie proszę…? – zaproponował Harry, uśmiechając się promiennie. – I przyjaciele robią sobie nawzajem miłe rzeczy.
- To musi być bardzo miłe z twojej strony pozwolić przywiązać się do krzesła dla mojego własnego rozbawienia – odparł Tom. Harry gapił się na niego zdezorientowany, całkowicie zdezorientowany.
Tom uśmiechnął się niebezpiecznie, po czym ten uśmieszek zniknął.
- Spróbuj jeszcze raz, bohaterze. – Harry przygryzł wargę, po czym znowu zaczął wpatrywać się w niego uważnie, starając się dyskretnie przekazać mu swoją wiadomość i mając nadzieję, że Tom zastosuje się do niej.
Tom zazwyczaj rozumiał go wystarczająco dobrze, chociaż jego szczęście pod tym względem zależało od sytuacji, w jakiej się znajdowali. Tom wyprostował się, wskazując różdżką na Marvolo - który w ciągu kilku sekund zniknął z powrotem w medalionie - i, wysyłając Harry'emu przenikliwe spojrzenie, wskazał różdżką w kierunku horkruksa, a Harry wzdrygnął się, chociaż zarazem nie był w stanie oderwać od niego wzroku.
Tom spojrzał na niego i po prostu rzucił w stronę medalionu więcej zaklęć – głównie blokujących i wyciszających. Harry prawie odetchnął z ulgi.
Tom skrzyżował ręce i tym razem nie było w jego postawie miejsca na kompromis czy wymówki. Żołądek Harry'ego zacisnął się.
- Nigdy nie zamierzałem poświęcić swojego życia do przywrócenia Marvolo – oświadczył cicho. – Bez względu na to, jakie masz o mnie zdanie, nie jestem całkowicie głupi czy lekkomyślny. Jeśli w umowie nie byłoby mowy o czasie, w jakim ma ona zostać spełniona, nie miałbym u niego żadnych natychmiastowych zobowiązań… i… potrzebuję go do tego, by z powrotem poskładać Voldemorta w jedną całość.
Oczy Toma zwęziły się.
- Słucham? – syknął.
Harry wyprostował się na tyle, na ile tylko mógł, pochylając się do przodu z zaangażowania.
- Horkruksy, jeżeli umieszczę je z powrotem w Voldemorcie, wtedy…
- Wtedy co? – zakwestionował ostro Tom. – Nie pozwolę ci tego zrobić.
- Dlaczego? – warknął Harry, wściekając się niespodziewanie. – Chcesz znaleźć rozwiązanie całej tej… tragedii… czy cokolwiek to jest, prawda? Bo twoja postawa sprawia czasami, że nie jestem tego pewien!
- Oczywiście, że chcę – splunął Tom. – Ale nie wierzę, by możliwe było znalezienie rozwiązania spełniającego moje kryteria, nawet przez ciebie.
- W takim razie dlaczego tu jesteś? – zażądał odpowiedzi Harry i Tom całkowicie umilkł, ledwo co wydając się w ogóle oddychać.
- Jeśli uważasz, że wszystko w naszej historii i naszym losie jest przesądzone, to dlaczego w ogóle zawracasz sobie tym głowę? Skłonności sadystyczne?
- Cholera jasna, Harry…
- Mógłbyś przynajmniej pomóc mi spróbować zrobić coś w tej sprawie, a nie tylko przyglądać się temu, jak gdyby cię to nawet nie obchodziło!
- Nie pozwolę ci tego zrobić, ponieważ mnie to obchodzi, jak to ująłeś, Potter – nie wytrzymał Tom. – Poskładanie Voldemorta z powrotem w całość, co nawet może nie być możliwe, ponieważ tak naprawdę nie posiadam tych całych wielkich umiejętności do odczuwania wyrzutów sumienia, mogłoby wiązać się z wyrwaniem horkruksa z twojej głowy… horkruksa, wokół którego od dzieciństwa rozwijał się twój umysł. – Tom zacisnął szczękę. – Zdajesz sobie sprawę, że usunięcie horkruksa mogłoby rozerwać go na strzępy? Skończyłbyś z umysłem jednorocznego dziecka, jeśli nie zostałoby to wykonane prawidłowo!
- W takim razie naucz mnie, jak wykonać to prawidłowo – wyzwał wściekle Harry. – Obaj wiemy, że nie jesteś tchórzem, który położy się do góry brzuchem i zaakceptuje to, kiedy ma możliwość zrobienia czegoś w tej sprawie!
- Kiedy mam możliwość zrobienia czegoś w tej sprawie – powtórzył Tom niesamowicie miękko. – Nie mam możliwości.
Nastąpił moment przytłaczającej ciszy, przerywanej jedynie odgłosem ich oddechów.
Tom zawiesił medalion wokół szyi Harry'ego, wskazując na niego różdżką i uwalniając od lin.
- Nie zrób czegoś głupiego. Dowiem się o tym i zabiję go – mruknął dziedzic Slytherina, po czym obrócił się i wymaszerował z pomieszczenia. Harry przełknął ślinę.
- Stać cię na więcej niż poddanie się, Tom…
