Za zbetowanie rozdziału bardzo dziękuję Himitsu.
Evolution, a najbardziej niezwykłe jest to, że to naprawdę przez czysty przypadek. Ten czas jakoś ta sam z siebie dopasowuje się do tego, co dzieje się w naszej rzeczywistości :). Bardzo cieszę się, że spodobała ci się scena z myślodsiewnią, ponieważ będzie jeszcze takich kilka i nie chciałabym, byś zanudziła się w czasie ich czytania. Dumbledore nie ma pojęcia o tym, jak Harry'emu idzie plan, po prostu zobowiązał się do tego, by pomóc mu, jeżeli ten go o coś poprosi. Tak więc nie, nie ma pojęcia o horkuksie :). Co do marnowania czasu, to Dumbledore nie ma na celu znalezienia horkruksów - pomaga Harry'emu w namierzeniu ich, kiedy ten go o to poprosi, ale w żadnym wypadku nie będzie sam się po nie wybierał :). To zawsze, nawet w książce, od początku miał być Harry... Cieszę się niezmiernie, że spodobał ci się zacytowany przez ciebie fragment :). Tak jak powiedziałaś, Tom ani trochę nie popiera planu Harry'ego - ale ma własne plany, którym być może pasuje fakt, że plany Harry'ego są takie a nie inne :). Połapałabyś się w ficku na pewno bez problemu, nawet bez moich odpowiedzi ;). Mangha, pozwól, że zacznę od samego końca twojego komentarza, tego dotyczącego ilości snu. Właściwie trudno mi coś powiedzieć na ten temat, bo sama sypiam średnio właśnie po 5/6h na dobę. Uwierz mi, bez problemu da się tak funkcjonować, ponadto organizm przyzwyczaja się po jakimś czasie :). Znudzenie początkiem rozdziału jest zrozumiane, gdyż właściwie w dużej części jest to powtórzenie tego, co znamy z kanonu - po prostu z innej perspektywy ;). Groźne pojedynki pojawią się raczej przy bardziej poważnych i niebezpiecznych dla planów sprawach. A do tego zachowanie Toma jakby specjalnie miało wytracić Harry'ego z równowagi... Jousette, nie wiem, czy cieszyć się z powodu tego, że tak bardzo spodobało ci się to opowiadanie, czy martwić, bo odciągam cię od obowiązków :). Myślę, że czytanie ficka jest z całą pewnością ciekawsze niż zmywanie, a to już wystarczy, by na chwilę porzucić robienie tego drugiego :). Tomem kieruje, jak sądze, pewna bardzo ciekawa, /być może/ związana z planem sprawa ;). Ale nic nie zdradzę - jestem zbyt ciekawa reakcji na plan Toma, by go teraz zdradzać ;). Mahakao, nigdy się z tym nie spotkałam, chociaż na pewno zapamiętam na przyszłość :). Już zostawię tak, jak to jest, ale gdybym znów spotkała się z takim połączeniem tego przysłowia, to z całą pewnością zastosuję wspomniane przez ciebie odbicie :). Dumbledore nie będzie zmierzał po horkruksy, on jedynie pomaga Harry'emu je znaleźć, natomiast z całą pewnością nie będzie sam narażał się na poszukiwanie ich :). Dlaczego Tom może dotykać medalionu - pod koniec ficka się okaże ;). Tak więc jeszcze trochę będziesz musiała pozostać w niewiedzy... Nie ma sprawy, cieszę się, że komentujesz chociaż raz na jakiś czas - ważne, że czytasz, bo już samo to sprawia mi niezwykłą radość. :)
Dziękuję wszystkim za komentarze, które tak motywują mnie do tłumaczenia kolejnych rozdziałów. Jestem niezwykle zmęczona ostatnimi tygodniami, a i ten nadchodzący nie zapowiada się zbyt spokojnie, ale dla chcącego nic trudnego, jak to mówią, prawda? ;)
Och, jako, że w zeszłym tygodniu nie pojawił się jeden z trzech rozdziałów, to w tym tygodniu, w niedzielę, pojawi się jeszcze jeden :).
Miłego czytania!
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział sto ósmy
- I dlaczego niby chcesz to zrobić? Gdybym, hipotetycznie, to właśnie robił? – zapytał Harry, ostrożnie modulując swoim głosem w taki sposób, by pozostał on spokojny.
- Mam swoje powody – odpowiedział wyzywająco Tom. Harry zmrużył oczy.
- A jakie są to powody?
- No cóż… - wycedził leniwie Tom, którego nonszalanckie zachowanie przeczyło sile jego spojrzenia. – Hipotetycznie, gdyby twój plan zawierał polowanie na nie, to musisz wiedzieć, że byłyby one bardzo dobrze strzeżone i tylko ja byłbym w stanie przeprowadzić cię przez nałożone na nie zabezpieczenia w taki sposób, że nie zabiłyby one przy tym nas obu. – Dziedzic Slytherina uśmiechnął się słodko. – Po prostu dbam o twoje zdrowie, Złoty Chłopcze.
- Jestem tego pewien – odparł spokojnie Harry. – Wzruszające, naprawę… ale, hipotetycznie, prawdopodobnie pracowałbym nad tym sam.
Odsunął nogi Toma ze swojej drogi, kierując się w stronę dormitorium, wcale nie dlatego, że ta rozmowa przestała go interesować, ale… jego ciało zatrzymało się na środku pokoju.
- Hipotetycznie, nie ma takiej opcji – stwierdził Tom nieco niższym tonem, bardziej niebezpiecznym. – Ale może dajmy sobie spokój z sytuacjami hipotetycznymi, bohaterze, skoro obaj doskonale wiemy, że nie mówimy tutaj o niczym hipotetycznym?
- Uważaj, Tom, ponownie ukazują się twoje tendencje do rządzenia innymi – powiedział stanowczo Harry.
Jego brzuch ścisnął się na ten wymuszony bezruch, przeczyło to jego naturalnym instynktom i wcale a wcale mu się to nie podobało.
W odpowiedzi Harry został pociągnięty do tyłu, a następnie odwrócony w taki sposób, że ponownie stał twarzą w twarz z Tomem.
Pragnął móc skrzyżować ramiona, ale skończył jedynie na wyzywającym wykrzywieniu brwi, domagająco.
Tom oparł się leniwie o kanapę, a w jego oczach, pomiędzy chłodniejszymi błyskami, znalazła się niewyraźna iskra zadowolenia z siebie.
- Możesz pójść ze mną – stwierdził Tom – albo nie iść w ogóle. Obaj wiemy, że mogę cię zatrzymać… Mogę po prostu uniemożliwić ci odchodzenie na więcej niż pięć metrów ode mnie, gdybym tylko szczególnie tego chciał… Tak więc pomińmy tą część, w której się dąsasz, walczysz, uchylasz albo oburzasz, okej?
- Dlaczego jesteś tak zdesperowany, by ze mną pójść? – zapytał Harry, ignorując „sugestię" Toma.
- Ponieważ – odparł powoli Tom – jakkolwiek szokujące może to dla ciebie być, tak naprawdę nie chcę, by było to dla ciebie bardziej trudne niż już jest. Byś spędził resztę swojego życia żałując, jeśli twoje wysiłki badawcze nie będą tak wielkie, jak tylko mogą… nie, żebym i tak nie planował nie pozwolić ci ich zrealizować, jeśli o to chodzi… i może uda ci się znaleźć w sobie jakiś mały poziom akceptacji faktu, że stanę się Voldemortem, a ty nie będziesz mógł zrobić niczego, by temu zapobiec. Jak sam powiedziałeś, to mój wybór.
Tom przyglądał mu się, przechylając głowę.
- Gdybym chciał cię złamać, Harry, już bym to zrobił.
Harry zamrugał. Taak. To było zaskakujące. I podejrzane, jeśli chodzi o to, dlaczego Tom był taki otwarty… chociaż Tom zawsze był otwarty w raczej nieprzewidywalnych momentach i zazwyczaj oznaczało to, że ukrywał coś innego.
Poza tym, Tom nigdy nie posiadał tylko jednej motywacji swoich działań.
- Uch… a jaki jest prawdziwy powód tego, że chcesz ze mną pójść? – zapytał.
- Skąd wiesz, że to nie był prawdziwy powód? – Tom uśmiechnął się złośliwie. – Mogę informować cię o wszystkim, a ty i tak automatycznie zakładasz, że jest inaczej… albo może to właśnie taki skutek chciałem osiągnąć, mówiąc ci, że tak nie jest tylko po to, by namieszać ci w głowie… kto wie! Strzelaj, skarbie – rzucił wyzywająco chłopak.
- Jesteś wkurzający.
- Nadal planujesz iść samemu?
- Biorąc pod uwagę, że nie ufam ci pod względem tego, że nie będziesz sabotować moich prób ratowania ci życia, taak, planuję – warknął Harry.
- To nie ja jestem samobójcą– zripostował Tom przymilnym tonem, niewzruszony deklaracją o jego podejrzeniach.
- Ja też nie! – prychnął sfrustrowany Harry.
- Nie aktywnym – zgodził się Tom. – Ale musisz przyznać… poszukiwanie zapomnienia? Zapewnianie sobie poziomu intelektualnego na poziomie jednorocznego dziecka? Ktoś mógłby uwierzyć, że musisz umrzeć dla mnie, bym mógł żyć, albo coś w tym rodzaju, ponieważ twoje rozwiązania służące do powstrzymania Voldemorta jak do tej pory były w znacznym stopniu niczym innym jak autodestrukcją.
Ciemne oczy z fascynującym błyskiem przeniknęły aż do jego duszy.
- Cóż, taak, biorąc pod uwagę tortury, które Voldemort już dawno temu mi obiecał, powiedziałbym, że śmierć byłaby bardziej samozachowawcza niż autodestrukcyjna – odpowiedział nonszalancko Harry.
Tom spojrzał na niego.
- Uparty – skwitował w końcu. – Ale uporem nic, tym razem, nie zyskasz.
- Ani ty, uporczywym żądaniem uzyskania tego, do czego dążysz. – Harry wzruszył ramionami. – Tak więc, na czym kończymy?
- Wygląda na to, że na kolejnej sytuacji patowej* - oparł Tom. – O ile, oczywiście, ufasz Dumbledore'owi na tyle, by wiedzieć, że nie zniszczy ich, kiedy zlecisz mu odnalezieni ich dla ciebie? Ponownie wyglądasz na raczej przygaszonego.
Sugestia Toma została z całą pewnością szyderczo wycedzona i Harry zastanawiał się nad tym przez pięć sekund, po czym zdał sobie sprawę, że nigdy w pełni nie zaufa Dumbledore'owi z czymś związanym z Tomem, nawet jeżeli znajduje się on pod przysięgą, która każe mu pomóc.
- Chociaż biorąc pod uwagę to, że wygrałem, nie jest to do końca sytuacja patowa – kontynuował sprytnie młody Czarny Pan. – A ja mogę poczekać aż to się stanie, w końcu to tobie gwałtownie zbliża się koniec czasu.
Tom miał rację; Harry po prostu nie miał czasu na to, aby czekać na rozwinięcie się tej gry. Miał czas do końca roku, a więc kilka miesięcy, aby dowiedzieć się, jak zmienić bieg wydarzeń.
Brzmiało to gorzej, kiedy przedstawił to w taki sposób.
- Wygrałeś, Tom? – zakwestionował spokojnie. – Na pewno? Ponieważ droga, jaką zmierza ta historia wydaje się kończyć raczej naszą obustronną klęską.
Na twarzy Toma pojawił się nieczytelny wyraz.
- Być może, ale nasza obustronna klęska jest lepsza niż twoja wygrana.
Harry z trudem opanował się przed tym, by się na niego nie gapić.
- A co, jeśli znajdziemy sposób na to, byśmy obaj wygrali? – zapytał.
- Nie ma takiego.
- W takim razie dlaczego pozwalasz mi prowadzić poszukiwania z tobą, ale nie bez ciebie? – Przyjrzał się dziedzicowi Slytherina. – Czasami myślę, że się poddałeś, ale czasami…
Oczy Toma błysnęły i chłopak odezwał się stanowczo:
- Pozwalam ci prowadzić poszukiwania, bo ich potrzebujesz, ale to nie znaczy, że ufam, iż nie zrobisz czegoś głupiego, kiedy będziesz szukać sam. Pozwalam ci prowadzić poszukiwania, bo chcę, byś to rozwiązał, ale to nie znaczy, że wierzę, iż tak się stanie, i pójdę z tobą dlatego, że nadejdzie moment, w którym będę musiał wiedzieć, co stworzyć.
Harry zacisnął szczękę.
- Ułatwić to mnie, Tom? Próbujesz ułatwić to sobie, przynajmniej miej na tyle kurtuazji, by szczerze o tym mówić. Możesz pójść ze mną, ale nie oczekuj, że będę z tobą współpracować. Teraz już całkowicie jasno dałeś do zrozumienia, że jesteśmy po różnych stronach.
- Nie bądź taki melodramatyczny – powiedział chłodno Tom i poczuł, jak blokady powstrzymujące jego ciało uwalniają go. – Nigdy nie byliśmy po tej samej.
Harry odwrócił się i wpadł do dormitorium.
Tom opadł na kanapę, pragnąc podciągnąć sobie dla wygody kolana do klatki piersiowej, ale nie mógł pozwolić sobie na takie rozluźnienie.
Już i tak miał w sobie zbyt wiele słabości, był zbyt ludzki. Zdecydowanie zbyt ludzki. Nienawidził tego.
Skoro czarodzieje mogli żyć wśród ludzi jak bogowie, to dlaczego on wciąż musiał cierpieć z powodu takich ograniczeń? Nienawidził również ograniczeń.
Stłumił westchnięcie, wpatrując się w migoczący przed nim płomień, zmęczony.
Cholerny Harry.
Nie wiedział, dlaczego chłopiec był taki wstrząśnięty, to on był tym, który praktycznie przez całe swoje życie planował swoją dającą się przewidzieć przyszłość… chociaż był również tym, który kontrolował. Harry był bezradny i, w pewnym sensie, tego świadomy, walcząc z ograniczeniami nałożonymi na niego przez Los i historię.
Był zaplątany.
Obaj byli.
Ich związek… relacja… cokolwiek tam pomiędzy nimi było, rozwijało się poprzez wyzwania i gry, w które grali, ale wkładany w to wysiłek był na granicy wytrzymałości.
To było… miłe mieć kogoś, o kogo troszczyło się na tyle, by chcieć zadać sobie trud uratowania go, spróbowania mu pomóc, ale… on nigdy zbył łatwo nie akceptował proponowanej mu pomocy i zrobienie tego teraz było obrzydliwe.
W końcu brzydził się on zdobywaniem czegoś dla siebie, kosztem poświęcenia innych ludzi. Jego wargi wygięły się.
Ironią był fakt, że Los sprawił, iż powód, dla którego opuścił przeszłość był powodem, dla którego powinien w niej pozostać.
Mógł łatwo rozwiązać ten problem, mógł odejść i nie patrzeć za siebie, żyć swoim życiem, tak, jak tylko chciał, być tym, czym chciał być i nigdy nie zatrzymywać się z powodu wspomnień.
Wszystko, co wydawało się konieczne do tego, by tak się stało, było śmiercią Harry'ego.
W jakiś niewytłumaczalny sposób wyglądało na to, że żaden z nich nie mógł tak naprawdę żyć, kiedy drugi był w pobliżu, a jedynie tylko przetrwać. Aby Harry istniał, Voldemort musiał istnieć, a Tom musiał odejść. Aby Tom mógł żyć, Harry nie mógł, mógł tylko przetrwać jako rozbity cień zniszczonego człowieka, którym kiedyś zwykł być. Albo umrzeć próbując to zrobić… i czy to nie sprawiało, że to wszystko było tak zupełnie bezsensowne?
Ale bez względu na to, nie chciał odejść. Nie mógł.
Zbyt wiele poświęcił dla Harry'ego i nie tylko to było bolesne.
Zbudował swój własny upadek.
Swój własny kryptonit**.
Tylko nieznacznie pocieszające było to, że Harry nieuchronnie zostanie pociągnięty na dół razem z nim, że z kolei on sam stał się fatalnym błędem Harry'ego.
Salazarze, byli popieprzeni. A do tego właściwie nigdy nie byli po tej samej stronie… i prawdopodobnie nigdy się to nie zmieni.
Może w innym życiu, innym razem, będą wspólnie rządzić światem.
Patrząc na niego myślał o jakimś innym życiu, podobnym do życia nastolatki… oczywiście nie wiedział, jak to taką być, ale to nie o to mu chodziło. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się, jak to jest i nie chciał teraz tego zaczynać.
Chociaż może, gdyby miał wiele, wiele szczęścia…
Nigdy nie zgodzi się na plany Harry'ego i zawsze mówił, że Harry nie zgodzi się z nim.
Ale od kiedy w ogóle potrzebował zgody Harry'ego?
Teraz to była tylko kwestia tego, komu pierwszemu uda się to wszystko zakończyć.
* sytuacja patowa – moment podczas gry w szachy, kiedy jeden z graczy nie może wykonać żadnego posunięcia, ale jego król nie jest szachowany (zgodnie z zasadami pat kończy partię remisem). Radzę zapamiętać to określenie, bo będzie się jeszcze pojawiać ;).
** kryptonit – w przygodach Supermana promieniotwórczy minerał z planety Krypton mający negatywny wpływ na głównego bohatera (odbierający mu moce lub redukujący je).
