Rozdział betowała Himitsu - i oczywiście jej bardzo, ale to bardzo za to dziękuję.
Mangha, myślę, że rozumiem, co masz na myśli ;). Wiesz, w twoim komentarzu pojawiło się coś, co bardzo blisko ociera się o plan Toma. Było w nim wszystko, co potrzebne do tego, by się go domyśleć, a jedyne, czego brakowało, to właśnie tego złączenia wszystkiego w jedną całość i dojścia do odpowiednich wniosków. Ale nie martw się, plan Toma już bardzo, bardzo, bardzo niedługo się nam ujawi ;). Intencje Toma są takie... tomowate. Masz rację, wszystkim pozostało niezwykle mało czasu, ale trzeba wierzyć, że przynajmniej jeden z nich da radę ;). Komentowanie wychodzi ci doskonale, najważniejsze jest to, że twoje wypowiedzi zawierają wszystko, co potrzeba - twoje przemyślenia. :) Evolution, doskonale rozumiem to, w jaki sposób można rozpływać się w trakcie czytania rozdziałów związanych tylko i wyłącznie z Harrym i Tomem, ich interakcją, bo także takie właśnie należą do moich ulubionych. Ale i tak cieszę się niezmiernie, że rozdział ci się podobał. Zawsze jest czas na rozpływanie się nad Tomem, więc ani trochę nie mam ci tego za złe ;). Co do twojego spostrzeżenia na temat opcji cytowania, to doskonale się z tobą zgadzam - byłaby ona niezwykle przydatna. Chociaż i tak bardzo dobrze sobie radzisz, oddzielając cytat od komentarza enterem. :) Punktów widzenia Toma będzie dość sporo, szczególnie po ujawnieniu jego planu. A przynajmniej sporo w porównaniu do tego, co było wcześniej. Tom zazwyczaj dzieli się swoimi uczuciami z Harrym, a jako, że nie chce, by ten uważał go za słabego, zawsze je nieco modyfikuje. Masz rację :). Co do twoich przemyśleń na temat przemyśleń Toma, to pozwól, że zostawię je bez komentarza - nie chcę swoją wypowiedzią niczego zdradzać, a czuję, że byłoby to w tym wypadku nieuchronne... Co do podróży poszukiwawczych - jeden z ukochanych przeze mnie rozdziałów ma miejsce właśnie podczas jednej z nich, tak więc, no wiesz ;)... Jousette, pytasz się o moje pomysły związane z tym, co kieruje Tomem? Hmm... postaram się nie mówić bezpośrednio o jego planie, ponieważ go poznamy już naprawdę niedługo. Ale postaram się powiedzieć, co sądzę o postaci Toma i tym, w jaki sposób się zachowuje. Tom jest psychopatą i wszelkie emocje są mu całkowicie obce. Ale zarazem... odczuwa on niezwykle wiele emocji w stosunku do Harry'ego. Tak więc, jakkolwiek bardzo jest to absurdalne, naszym psychopatycznym Tomem kierują emocje. Chłopak ma jedną, małą słabość w postaci Harry'ego i po prostu nie wie, co powinien z nią zrobić. Czuje, że powinien pozbyć się tej słabości, ale zarazem (być może) nie jest w stanie tego zrobić, tak więc stara się zrobić wszystko, by nie była dla niego zagrożeniem. :) Jest niesamowicie samolubnym człowiekiem, ale Harry wszedł w jego życie tak głęboko, że Tom uważa go za swego rodzaju własność, a zatem wszelka jego samolubna natura krzyczy, by go chronił, by nie pozwolił mu odejść.
Dziękuję wszystkim za dodające otuchy komentarze. Wszystkie one były absolutnie, całkowicie wspaniałe i napajały mnie taką radością, że nic, co staje mi na drodze, nie jest mi straszne. :) Zachęcam również, oczywiście, wszystkich do komentowania i dzielenia się swoimi przemyśleniami. Z ciekawością posłucham, co myślicie o planie Harry'ego, jakie są wasze domysły w stosunku do planu Toma czy tego, jak może zakończyć się ten fick.
Mam nadzieję, że dzisiejszy rozdział wam się spodoba. :)
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział sto dziewiąty
Minęło kilka dni i Harry desperacko unikał Toma, rzucając się w wir gorączkowych badań.
Z pomocą Marvola zaczął eksperymentować również ze znakiem, a jego niewielkie ilości snu po raz kolejny skażone zostały wizjami mrocznego korytarza.
- On jest teraz pełen gnębiwtrysków, wiesz – stwierdził marzycielski, dziwnie znajomy głos.
Harry podniósł wzrok, spoglądając na przesuwającą się powoli w kierunku jego stołu w bibliotece Lunę Lovegood.
Kiedy nie był w Wielkiej Sali po to, by złapać coś do jedzenia (albo raczej, bardziej prawdopodobne, w kuchni), na boisku quidditcha, ćwicząc do zbliżającego się meczu, na zajęciach lekcyjnych lub w Pokoju Życzeń – był tutaj.
Pomimo uczucia, że mógłby już teraz wrócić do wieży Gryffindoru, noc i tak spędzał u Ślizgonów.
- Luna? – Zmarszczył brwi. – Cześć… errr, co to są wrakochlusty i kogo miałaś na myśli?
- Toma Riddle'a – powiedziała uprzejmie, chociaż z niewielkim smutkiem. – Jest pełen gnębiwtrysków. Twoja głowa także jest ich pełna. Są niewidzialnymi stworzeniami, które sprawiają, że mózg ci się lasuje.
Mózg się lasuje… miesza? Tom był zmieszany? Spojrzał na nią.
- A dlaczego miałbym się tym przejmować? – zapytał tępo. – Tomem, nie gnębiwtryskami – dodał w celu wyjaśnienia. Nie miał nic przeciwko rozmawianiu z Luną.
Dziewczyna spojrzała na niego dziwnie.
- Serce ma powody, których uzasadnienia nie znamy – odparła tonem, który sugerował, że odpowiedź była oczywista. – Nie musisz mieć powodów, by się nim przejmować, po prostu to robisz.
Zacisnął wargi.
- Niestety.
- Nie bądź taki. – Opadła na miejsce obok niego, a… naszyjnik z kapsli od piwa kremowego(?) zastukotał wraz z jej ruchem. – Macie bardzo wyjątkową więź.
- Taak, jesteśmy naprawdę wyjątkowi – powiedział beznamiętnie. Dysfunkcyjni. Pokręceni. Powinien wykręcić się z tego. – Dlaczego Tom jest zmieszany?
- Wygląda na samotnego, nie mając cię w pobliżu – zauważyła, pozornie ignorując jego pytanie.
- Wygląda dobrze – zaprotestował Harry, chociaż może trochę zbyt słabo, miał już serdecznie dość tego tematu.
Nie chciał rozmawiać o Tomie. Problemem było to, że pomimo tego łapał się na dość częstym rozmawianiu lub myśleniu o Tomie… i przyznanie się do tego byłoby naprawdę okropne. To brzmiało tak pochlebczo. A on próbował… próbował…
- To dlatego, że on nie chce, abyś to zobaczył. – Wzruszyła ramionami. – A ty nie chcesz tego zobaczyć.
Harry zmarszczył brwi, bardziej zmartwiony niż chciałby się do tego przyznać. Dziewczyna przyglądała się mu, jej bladoniebieskie oczy błyszczały jak kawałki księżyca, eterycznie, po czym uśmiechnęła się i szybko rozpoczęła pisanie eseju pokręconym, pochyłym pismem.
Podczas swojej pracy nuciła pod nosem radosne melodie, które zmieniały się i opadały do ciemniejszych dźwięków, po czym wybuchały ponownie na bardziej wesołe, jak gdyby odzwierciedlały jej własne myśli.
- To, jak stawimy czoła naszemu losowi, Harry Potterze, jest zwykle ważniejsze od tego, jak się on w rzeczywistości potoczy.
Ginny od tygodni nie czuła się tak dobrze, ale wciąż miała ochotę przekląć chłopaka, który sprawił, że tak się stało.
Była silniejsza niż wcześniej, przestała być od niego zależna, chorowita plama zniknęła z jej umysłu i wróciła do niej energia. Czuła się podobnie jak po klęsce w Komnacie Tajemnic, była głęboko zawstydzona swoim nietypowym zachowaniem, czuła niezrównaną ulgę i nie była już dłużej podłamana.
Była również zła; zła na siebie, Toma Riddle'a i Harry'ego pieprzonego Pottera.
Mogła go kochać i byłaby wszystkim, czego potrzebował, gdyby kiedykolwiek pozwolił jej być koło siebie i zaoferował proste odwzajemnienie miłości. Ale nie zrobił tego. Zignorował ją i zgniótł ją. Zmienił się.
Osoba, którą polubiła, odeszła. Podejrzewała, że najpierw została przez niego przyciągnięta, zwracała na niego uwagę tylko dlatego, że był sławnym Harrym Potterem… a następnie, kiedy poznała go lepiej, to pogłębiło się z podziwu zafascynowanej fanki do uczucia skierowanego do prawdziwej osoby, ukrywającej się za tą nazwą.
Był tak podobny do Toma, którego znała.
Słodki, miły, taktowny i zabawny, nie tak mądry, chociaż w podobnym stopniu zaradny. Potężny. Obaj mieli także wokół siebie aurę mocy, która, jak myślała, została złagodzona przez współczucie i kształtowana przez opiekuńczość. Nawet wyglądali podobnie.
Teraz jednak, cóż, wciąż był taki sam jak Tom – ale prawdziwy Tom Riddle, demon, który ukazał, jaki jest naprawdę.
Tak, jak Tom, stał się zimny i okrutny, z morderczą ostrością ukrywającą się pod nieskazitelną fasadą, raniącą każdego, kto znalazł się zbyt blisko, jak poszarpane krawędzie rozbitego szkła.
On mówił, że była niczym? Nie. To on był niczym. Był tylko żałosnym cieniem.
Kochała go.
Ale teraz nic już do niego nie czuła i nie mogła się dłużej zmuszać do tego, by przejmować się tym, co zrobił.
Mogła się z tym uporać. Mogła przeżyć bez niego; nie był jej bohaterem, to ona była swoim własnym bohaterem, musiała być.
Przecież było tak kiedyś, zanim to wszystko się zaczęło… w końcu mogła rozwijać się dla samej siebie. Być tym, kim chciała być.
Dorosnąć.
A teraz zacznie od początku, rozwijając się i zapominając o nim, bo był toksyczny.
I być może, tylko może, któregoś dnia znajdzie w sobie gryfońską odwagę do tego, by powiedzieć mu to wszystko prosto w twarz.
- Harry – zawołał głos. Tom.
Mógłby rozpoznać ten głos wszędzie i w każdej chwili… i czy nie było to po prostu chore? Być świadomym czyjegoś głosu na tyle, by być w stanie wychwycić go w całym tłumie.
Żałosne.
A do tego odnosiło się to do głosu Toma. Także głosy Rona i Hermiony byłby w stanie rozróżnić zawsze i wszędzie, ale nie było to tak przeszywająco intensywne.
Tom miał bardzo przenikliwy głos, biorąc pod uwagę to, jaki był on gładki. Och, nie zamierzał zaczynać analizowania głosu Toma! Ugh.
Nie zatrzymał się, kontynuując swoją drogę wzdłuż korytarza, kierując się wraz z przyjaciółmi na Zielarstwo. Hermiona i Ron wymienili coś, co wydawało się być nerwowymi spojrzeniami, do tego dziewczyna mruczała coś pod nosem, ale wszystkie te działania stały się zbędne, kiedy gwałtownie zmuszony został do zatrzymania się przez swoje lewe ramię.
Ze wściekłością zacisnął zęby. Tom wydawał się rozkoszować robieniem tego. To się robiło monotonne. Kiedy Harry po raz pierwszy otrzymał znak, Tom w dużej mierze unikał używania go, ale teraz stawało się to dość powszechnym zjawiskiem.
Odwrócił się, znając Toma na tyle dobrze, by wiedzieć, że sprawi on, by stanęli twarzą w twarz. Zawsze to robił.
Harry milczał, mając zbyt wiele do powiedzenia, ale nie mając pojęcia jak, albo choćby z której strony, zacząć. Ron i Hermiona wahali się przez chwilę, wyglądając na niezdecydowanych.
- Tom… - zaczęła Hermiona.
- To ciebie nie dotyczy, Granger – przerwał jej Tom, tonem chłodniejszym niż zaledwie chwilę wcześniej, kiedy za nimi wołał. Żołądek Harry'ego ścisnął się.
- Jeśli dotyczy to Harry'ego, dotyczy i mnie, chyba, że on powie mi inaczej – oświadczyła gwałtownie Hermiona, ochronnie. Tom nie spojrzał w jej stronę, koncentrując się na swoim zamiarze, chociaż może to zlekceważenie było reakcją samą w sobie. W Slytherinie tak właśnie by było.
Dłoń Rona opadła na różdżkę, ale ostre spojrzenie Harry'ego ostrzegło jego przyjaciela przed wyciągnięciem jej. Tom zmiażdżyłby ich w pojedynku, bez względu na to, że ich umiejętności pojedynkowania się były powyżej średniej w ich kategorii wiekowej.
- Wiesz, myślę, że naprawdę zacząłeś rozwijać tej swój talent do dramatyzowania, Złoty Chłopcze – zadrwił Tom. – Ale pozwoliłem ci na trzy dni dąsania się, teraz czas na to, by stać się bardziej dojrzałym.
- Nie dąsam się – oznajmił stanowczo Harry. – Po prostu nie mam absolutnie żadnej ochoty na to, by tracić czas na rozmawianie z tobą.
- Na tym etapie życia, ty, ze wszystkich ludzi, powinieneś szczególnie dobrze wiedzieć, że nie zawsze dostajemy to, czego pragniemy – odpowiedział natychmiast Tom. – Chodź ze mną albo przysięgam, że cię po prostu za sobą przeciągnę, bo nie mam ani czasu, ani ochoty na uważanie na twoją wrażliwość.
- Nie ośmieliłbyś się – splunął Harry. Tom uniósł brwi, uśmiechając się chłodno.
- Nigdy nie stawiaj mi wyzwania, skarbie. – Niewidzialna siła przyciągnęła go bliżej, tylko po to, by to udowodnić. Harry zacisnął pięści.
- Hermiona, Ron, wymyślicie dla Sprout jakąś wymówkę?
Hermiona z niepokojeniem patrzyła, jak odchodzą, mocno zaciskając wargi z gniewu, wywołanego przez scenę, która właśnie się przed nią rozegrała.
Naprawdę nie powinna być zaskoczona tym, że Riddle tak chętnie odrzucał wybory innych ludzi, jak gdyby nic dla niego nie znaczyły – w końcu był nastoletnim Czarnym Panem.
A jednak.
Myślała, że Tom był sprytniejszy i bardziej akademicki na to, by tak niedbale wyciągać Harry'ego z zajęć.
To był rok SUM-ów! Był ważny! Och. Harry zdał już swoje egzaminy… prawda? W przeszłości. Niemniej jednak, życie i stopnie Harrisona Evansa niekoniecznie muszą wiązać się z życiem Harry'ego Pottera, i głupotą ze strony Riddle'a było narażać w taki sposób na szwank przyszłość Harry'ego.
Harry wyraźnie nie chciał z nim iść.
Ugh. Riddle był taki irytujący.
Czasami naprawdę nie potrafiła zrozumieć, co Harry widział w tym draniu… jasne, był czarujący, kiedy tego chciał i, jak Hermiona doświadczyła z pierwszej ręki, niebezpiecznie uwodzicielski… a także był również inteligentny i dowcipny, i był niemal doskonałym przeciwieństwem Harry'ego, był mu równy… ale… co poza tym?
Riddle był bezduszny, za to Harry troszczył się o zbyt wiele rzeczy. Tom był nadmiernie wymagający i apodyktyczny. Harry pragnął wolności. Jak udało im się działać razem?
Zastanawiała się nad tym wiele razy wcześniej i za każdym razem dochodziła do tej samej odpowiedzi.
Harry lubił wolność, a Tom w pewien sposób zapewniał mu wolność… wolność do odkrywania swojej ciemnej strony bez zastrzeżeń, podczas gdy ona i Ron pozwalali mu rozkoszować się jego jaśniejszą naturą. A Tom… Riddle kwitł z powodu wyzwań, stawianych mu przez bunt Harry'ego i w swój własny sposób również szukał wolności.
To było dziwne, jak potrafią być do siebie podobni, a zarazem jak różni. Paradoksalne.
Miała tylko nadzieje, że wszystko ułoży się dobrze.
Harry nie skrzyżował ramion, nie chcąc ograniczyć sobie zdolności do szybkiego zareagowania i wyciągnięcia różdżki.
- Nie wiem, co chcesz przez to osiągnąć. Nie mam ci nic do powiedzenia – oświadczył.
W następnej sekundzie Harry poczuł bardzo namacalną wściekłość, która ogarnęła pokój. Wiszące w powietrzu emocje stawały się paląco coraz bardziej intensywne i Harry domyślił się, że ta wściekłość rosła w siłę przez cały ten czas, kiedy ignorował Riddle'a.
Zazwyczaj zrobienie Tomowi trochę miejsca pozwalało mu na ochłodzenie się i sprawienie, by mózg dogonił targające nim emocje, przez co stawał się bardziej racjonalny… Skutkiem ubocznym był fakt, że pozwalało to temu genialnemu umysłowi uświadomić sobie, co dokładnie chciał i co było mu potrzebne, aby to dostał.
Wliczając w to plany zemsty.
Miał nadzieję, że nie był to plan zemsty, ale nie był w stanie zobaczyć żadnego innego powodu, dla którego Tom mógłby nagle tak się zdenerwować.
Nie było to widoczne na jego twarzy, ale Harry był w stanie wyczuć, jak zmysły palą go lodowato. Oparł się pokusie wzdrygnięcia, świadom, że jego mięśnie napięły się nieznacznie.
- Cóż, a może i tak wciąż mam sprawy, dla których chcę cię tu zatrzymać – odparł ze spokojem Tom. Dziedzic Slytherina wciąż trzymał na wodzy swój słynny temperament, i trzymał go dokładnie.
Harry poczuł, jak szaleją jego własne emocje: frustracja, bezradność, strach, determinacja, żal i przede wszystkim wyczerpanie; wszystko to stłoczyło się w jedną wielką masę, którą jego Ślizgońska Strona z trudem maskowała.
Obaj byli zbyt niestabilni, by przeprowadzać tą rozmowę – zbyt zaangażowani, by poszła ona gładko.
- Więcej słów pocieszenia z powodu ścieżki, jaką obrałeś? – zapytał, bez humoru wykrzywiając wargi. – Skieruj je do lustra, bo już sprawiłeś, że twoje stanowisko jest dla mnie całkowicie jasne.
- Ach, więc o to chodzi – mruknął Tom z mściwą i zjadliwie szyderczą nutką w głosie. – Czyżby moje lwiątko czuło się odrzucone? Zraniłem jego uczucia?
- Pieprz się – warknął Harry, ignorując nieprzyjemne uczucie wyimaginowanych sztyletów, wbijających mu się w skórę, kiedy kolejny pocisk przebił jego zbroję. – I nie, doskonale wiedziałem, że jesteś psychopatycznym, obłudnym draniem, który nie dba o nikogo poza sobą. Z całą pewnością powiedziałeś mi to wystarczającą ilość razy.
Szczęka Toma zacisnęła się.
- Obłudnym? – zakwestionował delikatnie.
- Robisz to, co dla ciebie najlepsze – powiedział cicho Harry, jego uczucie zmęczenia rosło. – Wiem o tym i rozumiem, że to taki jesteś, tak samo jak wiem, że masz do mnie żal za próby zmienienia twojego umysłu. A teraz pozwól na egoizm także i mnie… dokonałeś swojego wyboru, ja dokonałem swojego… Nie zamierzam pozostać w pobliżu i patrzeć na to, jak się nim stajesz, Tom. Wierzę, że jasno dałem ci to do zrozumienia. Tak więc robię to, co dla mnie najlepsze. Byłbym wdzięczny, gdybyś zostawił mnie w spokoju i pozwolił na to.
Tom milczał przez moment, wyraz jego twarzy zamarł.
- Odchodzisz…? – zapytał Tom beznamiętnie. Harry przełknął ślinę.
- Odejście sugerowałoby, że umywam na to wszystko ręce. Wciąż zamierzam robić wszystko, co w mojej mocy, by upewnić się, że nie…
Dłonie zacisnęły się na jego ramionach zanim zdążył choćby mrugnąć, uścisk zaostrzył się miażdżąco i z całą pewnością wywołał siniaki na jego skórze. Jego plecy uderzyły w znajdujące się za nim drzwi.
- Nie. – Nie było żadnego argumentu, żadnego zaprzeczenia, tylko zimne, twarde stwierdzenie faktu. – Jak śmiesz? – syknął Tom. – Tak po prostu odrzucić mnie bez pieprzonego pożegnania? Ty draniu.
- Jedynie robię kolejny krok w tym, co zacząłeś – warknął Harry, jego palce zacisnęły się wokół nadgarstka Toma, bez wątpienia pozostawiając na nim siniaki. – Powiedziałeś mi, bym zaakceptował twój pogląd, a teraz masz czelność atakować mnie za to, że to robię? Najwyraźniej błędnie oceniłeś moje skłonności masochistyczne jako podobne do twoich własnych, ponieważ to nie ja jestem tym, który próbuje udawać, że problem nie istnieje i odsunąć go na bok!
- Odsunąć go na bok? Uważasz, że tak po prostu powinienem wrócić do przeszłości? – zażądał Tom.
- Nie rozumiem, dlaczego dotąd tego nie zrobiłeś! – wykrzyczał Harry. – To tylko twój wybór, Tom, być Voldemortem czy nie. W ostatecznym starciu bez znaczenia będzie, jakie rozwiązanie uda mi się znaleźć, jeśli ty sam nie będziesz chciał z niego skorzystać, a wydajesz się cholernie przekonany w sprawie tego, na jakiej pozycji stoisz, tak więc jaki jest sens pozostania tutaj, Tom? Oświeć mnie, bo chyba jestem zbyt głupi, by samemu to rozpracować!
- I twoją reakcją na to jest odejście? Bez pożegnania?
- Bo to wcale nie tak, że żegnałeś się co sekundę od czasu, kiedy postanowiłeś się nim stać – warknął Harry. – Powiedziałem ci już wcześniej, Tom, możesz po prostu odrzucić mnie i mieć nadzieję, że zawsze wrócę tylko po to, by przeżyć kolejną rundę bawienia się mną.
- Cóż, biorąc pod uwagę, że jestem takim samolubnym draniem, wiesz prawdopodobnie, jaka jest moja odpowiedź na twój wybór. Nie.
- To mój wybór, nie możesz mi go odebrać!
- Hej, jestem psychopatycznym, obłudnym draniem, który nie dba o nikogo poza sobą – niezwracanie uwagi na twój wybór jest dokładnie tym, co zrobię. – Na twarzy Toma pojawił się uśmieszek, ale był on przepełniony jedynie chłodem i sztywnością. – Na temat składanych sobie obietnic i rzeczy, o których kiedyś rozmawialiśmy, powiedziałem ci, że nigdy nie pozwolę ci odejść. A może nie przedstawiłem tego wystarczająco jasno?
- Stajesz się Voldemortem!
- Ale nie jestem nim jeszcze, tak więc nie zachowuj się tak, jakbym był!
Nastąpiła martwa cisza. Niezręczna i ciężka, dusząca. Harry odwrócił wzrok, próbując odzyskać spokój.
- Nie masz sensu – oskarżył, wykończony, zdezorientowany. Wycieńczony.
- Co, nie wiesz, na czym ze mną stoisz? – zaszydził Tom.
Harry spojrzał na niego.
- Nie, właściwie muszę powiedzieć, że nie wiem. I jest to strasznie znajome zjawisko, którego zaczynam mieć powoli dość, bo wraca ono do mnie bez przerwy, jak gdybym miał na sobie jakąś lepką substancję.
Uścisk Toma poluzował się po chwili nieznacznie na jednym z jego ramion.
- To nie miało tak pójść – mruknął. Harry prychnął.
- Och, tak myślisz? – wymamrotał. Tom przewrócił w odpowiedzi oczami, cofając się odrobinę, kierując się do okna i wyglądając przez nie.
Harry wiedział, że logiczne byłoby, by po prostu wyszedł przez drzwi.
Starał się przekonać samego siebie do tego, aby posłuchać logiki, aby poddać się i przez cały tydzień uciekać od Toma, bo to, być może, popchnie go do podjęcia decyzji lepszej niż plany, które mieli.
Ignorował Toma, bo potrzebował trochę przestrzeni po to, by pomyśleć, a także dlatego, że nie mógł jeszcze poradzić sobie z bitwą przebywania wokół chłopca.
Wiedział, że powinien odejść. Odpuścić sobie. Zniknąć. Nie mógł. Nigdy, do cholery, nie mógł. To był powód, dla którego wciąż ponad rok byli przyjaciółmi albo czymkolwiek tam innym, pomimo swoich niemal bezustannych sprzeczek.
To działało, ponieważ obaj zainwestowali wszystko w to, aby to działało.
- Nie próbuj nawet wyjść za drzwi – powiedział Tom, kiedy Harry przesunął się z powodu tego niewygodnego procesu myślowego. – Zablokowałem cię tak, byś nie był w stanie odejść ode mnie więcej niż na dziesięć metrów.
- Jesteś niewiarygodny – oświadczył głucho Harry.
- Wiem, czego chcę – poprawi go Tom. Usta Harry'ego zadrżały.
- Zdajesz sobie sprawę, jak to brzmi, prawda? – zapytał. Tom odwrócił na niego wzrok, zaskoczony, po czym uśmiechnął się złośliwie.
- Spędziłeś zdecydowanie zbyt wiele czasu z Alphardem.
Nastąpiła kolejna cisza, tym razem odrobinę mniej dusząca.
Tom ponownie odwrócił się twarzą do niego, znacznie bardziej opanowany, opierając się plecami o parapet. Wyraz jego twarzy był również zdecydowanie bardziej nieczytelny, pojawiły się na niej maski, zablokowane i przykręcone przeciwko każdemu, kto próbowałby się przez nie przebić.
Harry westchnął.
- Nie chcę… robić tego – wyjaśnił cicho. – Ale nie chcę także patrzeć na to jak niszczysz samego siebie i wiem, że gdybym pozostał blisko, tylko przez cały czas bym z tobą walczył… a nie chcę tego.
Miał dość opuszczających go ludzi i jeśli miało być tutaj jakieś nieuniknione pożegnanie, miał zamiar przyjąć je i kontrolować, ponieważ była to jedyna władza, jaką miał nad swoim losem. Reszta wyborów należała do Toma.
Dziedzic Slytherina przyglądał się mu w ciszy.
- Nie sądzę, byś znalazł jakiekolwiek rozwiązanie, które byłbym w stanie zaakceptować – odparł Tom wyważonym tonem. – Ale… jeśli to robisz, znajdź coś dobrego, nie mam zamiaru stawić czoła mojemu Losowi, zanim nie będę do tego absolutnie zmuszony.
Kilka sekund zajęło Harry'emu przetłumaczenie sobie tego, co Tom tak naprawdę mówił.
Zatrzymał się, zauważając mały promyk nadziei na to, że to wszystko wyjdzie.
On się… całkowicie… nie poddał.
- Dlaczego nie powiedziałeś mi tego wcześniej? – zapytał. – Sprawiłeś, że uwierzyłem, iż się poddałeś.
- Nie jestem kimś, kto podsyca złudne nadzieje, kiedy nie przynosi mu to korzyści – odparł Tom.
Harry przygryzł wargę.
- Ale wciąż masz zamiar powstrzymać mnie przed realizacją moich planów? – upewnił się.
- Mniej, jeśli nie spróbujesz odejść. Badaj cokolwiek tam chcesz, szukaj rozwiązania, nie powstrzymam cię przed tym… zrobię to tylko wtedy, kiedy zamienisz swoje badania na praktykę w sposób, który nie będzie odpowiadał moim… planom.
- Odniosłem wrażenie, że nie polubię twoich planów – spróbował ostrożnie Harry. – Jakiekolwiek by one nie były.
- Nie polubisz – zgodził się Tom.
- Więc dlaczego miałbym pozwolić ci je zrealizować?
- A dlaczego ja pozwalam ci zrealizować twoje, skoro uważam je za równie odrażające? – zripostował Tom, unosząc brwi. Harry zmarszczył czoło.
- Własne korzyści… czy to nie jest coś, w czym powinieneś być dobry?
- Oczywiście, spędziłem w twoim towarzystwie zbyt wiele czasu – powiedział Tom, czy to był żart, czy nie, Harry nie był pewien. Spojrzał na Riddle'a, po czym odwrócił wzrok.
- Jeśli powiem, że zmieniłem zdanie w sprawie trzymania się z daleka od ciebie, opuściłbyś te… ograniczenia? – zapytał.
- Nie – odparł Tom. Harry zamrugał.
- Naprawdę zamierzasz mnie powstrzymać od oddalania się od ciebie dalej niż na dziesięć metrów? – domagał się z niedowierzaniem.
Tom zaoferował mu oczywista-odpowiedź-głupie-pytanie spojrzenie.
- Uch… Wiesz, że mam inne lekcje niż ty, prawda?
- Mógłbym zdać swoje praktyczne SUM-y z rękami zawiązanymi za plecami. – Tom wzruszył ramionami. – I teoretyczne bez spania przez tydzień i na kacu. Nie mam powodu, by uczęszczać na zajęcia. Nudzą mnie.
- Więc dlaczego chodziłeś na nie do tej pory?
- Ponieważ to ułatwiało mi w pewnym stopniu wtopić się w środowisko – stwierdził Tom.
- Tak więc po prostu będziesz chodzić za mną?
- Nie. To ty będziesz chodzić za mną, kiedy będę kontrolować twoje ograniczenia, ale pozwolę ci pójść na zajęcia.
Harry gapił się na niego.
- Nie mówisz chyba poważnie – oskarżył.
Wyraz twarzy Toma był beznamiętny. Salazarze… był poważny.
Harry'emu zaschło w ustach. Kiedy dokładanie cała ta sytuacja stała się tak popieprzona? On nie może… on nie…
- Tylko dlatego, że nie stoimy po tej samej stronie… nie oznacza, że jesteśmy wrogami, Harry – stwierdził cicho Tom. Były to najbliższe przeprosinom słowa, jakie Harry wiedział, że może od Toma uzyskać.
- Nie wchodź mi w drogę – ostrzegł. Tom uśmiechnął się tylko w odpowiedzi, po czym kontynuował gładko, jak gdyby cała ta rozmowa nigdy nie miła miejsca:
- Myślę, że powinniśmy ponownie odwiedzić Little Hangleton.
