Za zbetowanie rozdziału dziękuję Himitsu.

Jousette, przez twój komentarz wybuchłam takim mega pozytywnym śmiechem :). Ale poważnie podchodząc do sprawy toalety, to znajdują się one przy dormitoriach, tak więc podejrzewam, że obejmuje je jeszcze zasięg ograniczenia ;). Ale zgadzam się co do faktu, że relacja między Harry i Tomem jest intrygująca... Evolution, nie mnie oceniać, czy miało, ale mam nadzieję, że dalej nigdy cię nie będzie ono nudzić :). Naprawdę bardzo, ale to bardzo się cieszę, że ci się ta historia podoba - chociaż mam nadzieję, że nie zepsułam ci tym niedzieli ;). Myślę, że zrozumiałam twoje emocje i naprawdę niesamowicie się z nich cieszę - bo to znaczy, że naprawdę absolutnie warto to tłumaczyć :). Nie będę mówiła, czy coś się jeszcze z Ginny stanie, czy nie, ale myślę, że cały jej punkt widzenia służył głownie przedstawieniu tego, jak podobni są do siebie Harry i Tom. Luna jest wspaniała i jakkolwiek jest okropna do tłumaczenia (absolutnie nie czuję tej postaci) to wszystkie jej kwestie są w pewnym sensie znaczące i po prostu warte tego, by je zauważyć :). Och, tak, ciągnięcie Harry'ego za Tomem - przyznam, że uwielbiam ten aspekt... Bardzo cieszę się również, że podoba ci się postać Toma, że zauważasz jego głębie i tą różnorodność uczuć, jaką posiada. Na zachwycanie się nad Tomem czas jest zawsze i wszędzie - on sie po prostu o to prosi. Co zresztą, według mnie, doskonale udało się autorce, gdyż, jak wiemy, w kanonie przedstawiony został jako genialny, pociągający za sobą ludzi, czarujący ich. A autorce udało się to wszystko zawrzeć tak, że chociaż wiemy, że właściwie może być niebezpieczny, to kochamy go całym sercem :). Mahakao, zamienione, masz rację, o wiele lepiej brzmi, dziękuję za zwrócenie na to uwagi :). Co do twojego pytania, to zmusiłaś mnie do dokładniejszego przyjrzenia się tym stworkom i stwierdzenia, że źle tą nazwę przetłumaczyłam. Nasze kochane wrakochlusty to po prostu gnębiwtryski. Przyznam, że też całym sercem pokochałam nazwę wrakochlusty, ale skoro w oryginale było inaczej, to będę się trzymała właśnie niego... :) A twoje odczucia co do irytacji i rozpaczy są bardzo dobre - tak myślę, w każdym razie... Veritaseria, ach, w takim razie cieszę się, że udało mi się pozytywnie cię zaskoczyć... No i, oczywiście, cieszę się, że podobał ci się rozdział 109 :). Co do pluszowego misia, to pewnie masz rację - chociaż śmiem twierdzić, że Harry'emu nawet i w tej sytuacji niezbyt odpowiada sposób, w jaki traktuje go Tom ;). Masz rację, że całą sytuację można zinterpretować samemu - i będzie to dobre. Ponieważ nie ma z góry określonego schematu. Nie. Wszystko, co się tutaj dzieje można samemu ocenić. :) Mangha, och, mam nadzieję, że nie zepsułam ci tym niedzieli :). Bardzo cieszę się, w każdym razie, że rozdział ci się podobał. Luna, zgadzam się, jest niezwykła - i na pewno warto zwracać uwagę na wszystko, co mówi ;). No i oczywiście zraniony Tom, na którego zwróciłaś uwagę - z czego bardzo się cieszę! Jeżeli kiedyś policzysz, jak wiele się ze sobą kłócili, to proszę, daj znać o wynikach, bo również jestem ich dość bardzo ciekawa :). Ślizgoni... cóż, nie będzie ich, niestety, w najbliższym czasie zbyt wielu - ze względu podróży Harry'ego i Toma, którą zresztą zaobserwujesz w dzisiejszym rozdziale :). Cygnus jeszcze będzie, na razie pozostaje jedną wielką niewiadomą - ale obiecuję, och, obiecuję, że się jeszcze pojawi. I nie, Hermiona go nie torturowała ;). Co do punktu widzenia Rona, to raczej nie liczyłabym na zbyt wiele - zdecydowanie nie jest to ulubiona postać autorki :). Cieszę się niezwykle, ze to wszystko tak bardzo ci się podoba i jedynie mogę mieć nadzieję, że pozostanie tak do końca.

Wszystkim z niezwykłą radością i wdzięcznością dziękuję za komentarze. Są tak niezwykle miłe, tak pozytywne, tak ciekawe, że nie wiem, jak mogłabym wyrazić swoją wdzięczność za to, że wciąż pojawiają się pod rozdziałami. Po prostu wam dziękuję :).

Nie przedłużając - miłego czytania!


Ulubieniec Losu

Rozdział sto dziesiąty

Ręka Harry'ego szarpnęła nim w okolicy jego przedramienia i chłopiec poczuł, jak znajoma siła ciągnie go za sobą, swoją gwałtownością niemal zwalając z nóg.

Bardzo szybko doszedł do wniosku, że nie podoba mu się ograniczenie, które nie pozwalało mu oddalić się od Toma na więcej niż dziesięć metrów.

Zwłaszcza, że był to rodzaj ograniczenia, które działało tylko w jedną stronę – to nie było tak, jakby byli do siebie przykuci kajdanami, nie mógł odejść i zmusić Toma do podążania za nim tak, jak był w stanie zrobić to Riddle; to dziedzic Slytherina miał nad tym wszystkim kontrolę.

To było irytujące.

Tylko raz Harry wybrał miejsce, do którego się udali poprzez fizyczne pociąganie za sobą Toma, a co za tym idzie, przeciąganie także dziesięciometrowego ograniczenia.

Oczy Toma rozszerzyły się w szoku, kiedy pierwszy raz to zrobił, po czym ogarnęło go rozbawienie. A następnie zaparł się nogami, próbując jak najbardziej utrudnić to Harry'emu. Palant.

Po długiej serii negocjacji i kłótni, Tom zgodził się tymczasowo uwalniać go na treningi quidditcha pod obietnicą (ostrzeżeniem), że po godzinie ponownie nałoży ograniczenie. Harry zacisnął mocno zęby, ale przyjął to i natychmiast postanowił sprawdzić, co by się stało, gdyby nie wrócił po równej godzinie.

Teraz już wiedział.

Jego ramię paliło, dosłownie ciągnąc go od miejsca, w którym umilał sobie czas, rozmawiając z Gryfonami po zakończeniu treningu.

Na szczęście i tak wcześniej spędzał już dość dużo czasu w towarzystwie Toma, tak więc u większości ludzi ich nagła bliskość nie wzbudziła żadnych podejrzeń – wyjaśnił sytuację zirytowanej Hermionie oraz Ronowi, ale nikomu innemu. Teraz jednak wyglądało na to, że może stać się to problemem, ponieważ nie istniał żaden widoczny znak tłumaczący to, dlaczego się poruszał… był przez coś przeciągany, ponieważ każdy mógł bez trudu zauważyć to, że nie miał kontroli nad swoim nieustannym ruchem.

Harry naprawdę nie wyczekiwał z wytęsknieniem poniedziałku i konsekwencji, jakie przyniesie spotkanie z dyrektorem… zwłaszcza, że prawdopodobnie będzie musiał uciekać się do wspomnianego fizycznego pociągania za sobą Riddle'a, aby być w stanie na nie dotrzeć.

Później dzisiejszego dnia zamierzali udać się do Little Hangleton, a właściwie gdzieś w przeciągu godziny… co z całą pewnością nie było powodem tak nieugiętego testowania na nim smyczy Toma.

Właściwie, to trochę to bolało, piekło. Wyszedł z ograniczających go dziesięciu metrów, tak więc, niezależnie od tego, jak wielkiej siły musiał użyć do tego Tom, czuł się, jakby jego kości rozrywane były z wysiłku dotarcia z powrotem w zasięg ograniczenia.

W pewnym sensie czuł się, jakby znalazł się w samym środku tornada.

W następnej sekundzie jego głowa zawirowała i wylądował na podłodze Pokoju Wspólnego Ślizgonow, dusząc w sobie jęk.

Otworzył ponownie oczy, zauważając Toma spoglądającego na niego z góry z pół-rozbawionym i pół-jakimś innym wyrazem twarzy.

- Co to, do cholery, było? – zażądał Harry. – Jestem całkowicie pewien, że nie można aportować się na terenie Hogwartu.

- Dumbledore może. – Na twarzy Toma pojawił się uśmieszek i chłopiec wyciągnął w jego kierunku rękę. Harry nie przyjął proponowanej pomocy, samemu podnosząc się na nogi, czując się nieswojo z powodu sposobu, w jaki patrzyli na niego Ślizgoni. – Spóźniłeś się.

Uśmieszek zniknął.

- Nie jestem dzieckiem, nie możesz nakładać na mnie godziny policyjnej – powiedział z irytacją Harry.

Tom w odpowiedzi uniósł jedynie szyderczo brwi, po czym wstał ze swojej pozycji na kanapie i skierował się w stronę drzwi.

Harry podążył za nim, nie chcąc zostać po raz kolejny przeciągniętym.

Pierwsze kilka razy próbował po prostu zostać w miejscu, ale zawsze kończyło się to szarpnięciem po przekroczeniu odległości dziesięciu metrów.

Niepokój ścisnął jego żołądek.

Naprawdę nienawidził cmentarza. Tom wyciągnął coś, co wyglądało na dokładnie tę samą talię kart, co poprzednim razem i Harry zawahał się. Oczy dziedzica Slytherina błyszczały.

- Naprawdę chcesz zobaczyć co się stanie, jeśli użyję świstoklika w czasie, kiedy ty nie będziesz go trzymał, podczas gdy nie zniosę ograniczających cię dziesięciu metrów? – zapytał jego towarzysz.

- Myślisz, że jest w Little Hangleton? Pierścień? – zapytał. – W Domu Riddle'ów albo czymś podobnym?

- Czymś podobnym – oświadczył cicho Tom, ze zniecierpliwieniem wyciągając ku niemu karty.

Harry westchnął, chwytając je, a następnie pochłonęła go wirująca ciemność. Po raz drugi w ciągu dziesięciu minut wylądował płasko na ziemi.

Tym razem Tom nie pytał, po prostu z grymasem rozbawienia pociągnął go na nogi.

- Zamknij się – warknął Harry.

- Nic nie powiedziałem, skarbie – wycedził Tom. – Drażliwy temat?

Harry odepchnął go, niespecjalnie mocno, z powodu braku odpowiedzi, a zarazem rozkazując, by nie analizował tego, gdzie się znajdowali.

Tom roześmiał się, kręcąc głową, po czym spoważniał.

Przez chwilę w ciszy przyglądali się cmentarzowi i wspomnienia brutalnie przemknęły Harry'emu przed oczyma. Czuł na sobie niemal fizyczny ciężar spojrzenia Toma. Ostatnim razem Riddle rozproszony był przez własne demony, teraz natomiast korzystał z okazji zanalizowania go.

Harry pochylił głowę, wciskając do kieszeni swoje białe z napięcia dłonie zaciśnięte w pięści.

- Dom Riddle'ów? – zapytał i nie czekając na odpowiedź zaczął kierować się w stronę okazałego, opustoszałego budynku z niewyraźnym poczuciem paniki.

Jego ciało zatrzymało się na granicy dziesięciu metrów i zacisnął zęby, walcząc o spokój, po czym odwrócił się na pięcie.

- Jeśli planujesz zmusić mnie do zostania tutaj… - zaczął niebezpiecznie.

- Wspomnienia mogą zranić cię tylko wtedy, kiedy im na to pozwolisz – stwierdził cicho Tom. Harry przełknął ślinę.

- Och tak? To dlatego ponoć postanowiłeś zapomnieć swoich? – zripostował defensywnie.

- Harry.

Potter ucichł na chwilę, nie przepraszając, ale także nie naciskając dalej.

- Możemy po prostu zrobić to, po co tutaj przyszliśmy? – zapytał w końcu.

Tom przyglądał mu się, po czym odwrócił i zaczął iść w przeciwnym kierunku. Harry przygryzł wargę, ale pośpiesznie nadrobił zaległości, zachowując ostrożność.

- Nie sądzę, bym ukrył coś w starym Domu Riddle'ów – wyjaśnił Tom. – Nie jest dla mnie nic wart, a nie sądzę, bym jakkolwiek później rozwijał swoje relacje z moim ojcem.

Język Toma praktycznie ociekał drwiną, kiedy wypowiadał ostatnie słowo. Harry zmarszczył brwi. Był pewien, że to właśnie dom był powodem ich wycieczki do Little Hangleton.

- Myślisz, że jest w Domu Gauntów? – powiedział. Tom skinął w potwierdzeniu głową. Z zamyśleniem spojrzał na niego.

- Wciąż chcesz to zrobić, stawić temu czoła? – zapytał. Tom spojrzał na niego, wyraz jego twarzy był ponury i Harry szybko uściślił swoje słowa: - Mam na myśli twojego ojca. Wciąż chcesz… spotkać się z nim?

Usta Toma nieznacznie się wykręciły.

- Masz na myśli, czy wciąż chcę go zabić? Tak. Gdybym mógł, w tej sekundzie wskrzesiłbym jego ciało i duszę tylko po to, by mieć przyjemność torturowania go z powrotem na śmierć… Czy to ci przeszkadza?

Harry zastanowił się nad tym. Czy to mu przeszkadzało?

- Nie za bardzo lubię tortury albo zabijanie, ale potrafię zrozumieć, dlaczego możesz tego… chcieć – odparł ostrożnie, zgodnie z prawdą.

Wyszli z cmentarza, ruszając powykrzywianą na wzgórzu ścieżką, okrążając Dom Riddle'ów. Z daleka zobaczyć można było coś w rodzaju chaty.

Dom Gauntów? To było całkowicie możliwe. Jego gardło nagle całkowicie wyschło. Czy to była pierwsza wizyta Toma w tym miejscu? A może przyszedł tu ostatnim razem?

Harry nie był pewien, ale łatwością mógł dostrzec, jak znaczące było to, że Tom chciał, by z nim tutaj przyszedł, a także to, że w ogóle zezwolił na te poszukiwania horkruksów i nie wykonał żadnych wysiłków, by je powstrzymać.

- Naprawdę nigdy nie chciałeś nikogo skrzywdzić? – zapytał Tom, a jego głos był nieznacznie zbyt swobodny. – Sprawić, by poczuli ból, jaki ci sprawili?

- Oczywiście, że chciałem. Ale to nie znaczy, że aprobuję swoje własne uczucia.

Tom wydobył z siebie dziwny dźwięk, coś jakby niedowierzanie, ale nie do końca.

- Nigdy nie przestaniesz mnie zadziwiać.

Harry odwrócił na to głowę, uważnie spoglądając na Toma, szczerze zaskoczony tym stwierdzeniem, zarówno jego treścią, jak i sposobem, w jaki zostało bezceremonialnie wyznane. Uniósł pytająco brwi.

- Jesteś tak niesamowicie… powiedziałbym niewinny, ale to nie jest do końca odpowiednie słowo – mruknął Tom. – Nie jest nim również czysty, wątpię, byśmy dogadywali się tak dobrze, gdybyś naprawdę był Złotym Chłopcem, którym wiele osób oczekuje, że jesteś.

- Niewinny? – zapytał sceptycznie Harry. – Nie jestem niewinny.

- Nie, nie jesteś – zgodził się Tom. – I dlatego powiedziałem, że to nie jest do końca odpowiednie słowo.

- Tomie Riddle, chociaż raz nie zadałeś sobie trudu, by być elokwentnym, ten dzień powinien przejść do historii – oznajmił sucho Harry, głównie po to, by spróbować złagodzić intensywność spojrzenia Toma.

To nie przyniosło rezultatu, chociaż znajomy uśmiech-uśmieszek skierowany został w jego stronę.

- Ujmując to w ten sposób, większość ludzi nie może także przetrwać tego, co ty przeżyłeś i identyfikować się ze mną, pozostając jednocześnie tak niesamowicie… dobrym. To niesamowite.

- Sprawiasz, że się rumienię – wycedził nonszalancko Harry, czując się niezręcznie z powodu tego nietypowego, bezpośredniego niemal-pochlebstwa. – Myślałem, że nie wierzysz w dobro, zło i tą całą wiążącą się z nimi moralność?

- Nie wierzę – oparł Tom, po raz kolejny spoglądając na niego z ukosa, na chwilę powodując, że ich spojrzenia spotkały się ze sobą. – I nigdy nie potrafię się zdecydować czy pragnę zniszczyć w tobie to przekonanie, czy je podtrzymywać.

- Nie myśl nad tym zbyt mocno, mógłbyś zranić się, stąpając po tak nieznanym dla ciebie terenie – powiedział Harry.

Usta Toma ponownie się wykrzywiły. Byli teraz mniej więcej w połowie drogi do chaty; wyłaniała się ona przed nimi, sprawiając, że żołądek Harry'ego ściskał się nieprzyjemnie.

Zastanawiał się czy to nie ona była powodem, dla którego Tom stał się tak rozmowny… żaden z nich nie chciał pozostać sam na sam ze swoimi myślami, nie teraz i nie tutaj.

- Taak, jakie cechy w takim razie ty we mnie lubisz, geniuszu? – zripostował Tom. – Skoro takie przemyślenia są dla ciebie tak łatwe do wyrażenia? – Harry prawie zamarł, słysząc to niespodziewane pytanie i wesołość, która stawała się niemal niezauważalna z powodu niebezpiecznego tonu wypowiedzi Toma.

- Uch… - Oblizał suche wargi, czując się nagle strasznie niewygodnie, bojąc się tego, co jego towarzysz mógł wyciągnąć z jego słów, i bojąc się ujawnić zbyt wiele.

- Auć – powiedział spokojnie Tom, najwyraźniej biorąc jego brak natychmiastowej reakcji jako obrazę… - Wiesz, to bolało.

- Doskonale wiesz, że jesteś genialny, z całą pewnością nie potrzebujesz, bym jeszcze bardziej nadmuchiwał twoje ego – mruknął Harry. Tom był geniuszem, potężnym, utalentowanym, dowcipnym, charyzmatycznym…

Tom zamrugał, unosząc pytająco brew, jak gdyby wyczuł tę zmianę jego emocji i był ciekawy powodujących ją przyczyn. Harry przewrócił oczami.

- Myślałem, że nienawidzisz mówić o uczuciach – burknął.

- Nie. – Tom wzruszył ramionami, przyglądając mu się oceniająco. – Nienawidzę mówić o moich uczuciach i uczuciach ogólnie, z twoimi nie mam problemu.

- Co za szczęściarz ze mnie.

- Sam jesteś sobie winny.

- Jak to ma być niby moja wina? – zapytał zaskoczony Harry. – Bo jestem interesujący lub coś w tym stylu?

- Właściwie, to tak. – Tom wysłał mu uśmieszek.

- Uważaj na swoje piedestały. Śmiem twierdzić, że niedługo zacznie cię to nudzić – odpowiedział lekko Harry.

- Czy tak właśnie myślisz? – głos Toma nadal był tak spokojnie niedbały, ale pojawiła się w nim także nutka czegoś zupełnie innego. – Nie każ mi cofnąć mojej opinii na temat twojej inteligencji z powodu takich głupich komentarzy.

Nastąpiła cisza. Dom Gauntów nagle wydawał się być znacznie bliżej.

- Dlaczego tak bardzo przejmujesz się tym, co o tobie myślą inni ludzie? – zapytał po chwili Tom.

- Nie przejmuję się. – Zmarszczył brwi. – Jestem Gryfonem, który kręci ze Ślizgonami, daj spokój…

- Nie możesz znieść tego, że wszyscy automatycznie upraszczają nasze relacje jako romantyczne w oparciu o tekstowe materiały dowodowe albo cokolwiek innego… - Tom przerwał, zamyślając się. – Ale kiedy czujesz się niepewnie, stosujesz się do tych samych ograniczeń i zasad, których twierdzisz, że tak bardzo nie lubisz. – Tom spojrzał na niego. – A zatem przejmujesz się tym, co ludzie, społeczeństwo, myśli. Dlaczego? Takie zachowanie naprawdę do ciebie nie pasuje.

- Pasuje do mnie…? – powtórzył Harry.

- Jak na takiego zwolennika wolności, masz niezłego bzika na punkcie ograniczeń.

Harry szukał jakiegokolwiek sposobu, aby to odeprzeć, ale żadnego nie znalazł. Westchnął.

- Wolność i odwaga – oświadczył, kiedy zbliżali się do zaniedbanego ogrodu z wiszącą na zawiasach wyrwaną bramą.

- Słucham?

Nie spojrzał na Toma, ze zdziwieniem stwierdzając, że łatwiej było teraz skupić się na znajdującym się przed nim Domem Gauntów.

- Cechy, za które ja… ciebie podziwiam. Wolność i odwaga.

W odróżnieniu od Toma, tylko dlatego, że wierzył w wolność i brak ograniczeń, bycie w stanie zrobić cokolwiek tylko chciał i bycie tym, kim był, nie bacząc na opinię innych ludzi, niekoniecznie znaczyło, że był na tyle odważny, by odrzucić od siebie wszystko, co wpajano mu, że ma zrobić.

Zazdrościł Tomowi tak bardzo jego… beztroskiego podejścia do samego siebie, nawet, jeśli ta beztroska spowodowana była jego psychopatycznymi tendencjami.

Mógł praktycznie poczuć jak Tom próbuje zrozumieć jego procesy myślowe, podczas gdy obaj spoglądali na chatę, zaciskając ręce na bramie i popychając, aby ją otworzyć.

W końcu, nie przerywając milczenia Riddle'a, weszli.


Tom wszedł do domu, pogrążony w myślach, z czego bardzo się cieszył, ponieważ były one lepsze niż przebywanie w tym miejscu. Dom był… wrakiem.

Dolina Godryka może i popadała w ruinę, ale było to związane z czymś bardziej szlachetnym, a sam dom posiadał widoczne pozostałości po bogactwie i domowej elegancji.

Ta chatka nie miała widocznych pozostałości i nie mógł zrozumieć, dlaczego jego starsze ja uważało ją za na tyle wyjątkową, by, być może na zawsze, ukryć w niej swoją duszę.

Przypuszczał, że miało to coś wspólnego z powiązaniem z jego matką oraz przodkami Slytherina, jego rodziną, ale… Zerknął na Harry'ego, oceniając jego reakcję.

Nie było to miejsce, z jakim chciałby być powiązany, ale był bardziej niż pewny, że Harry nie wygada się nikomu na temat tego, co było celem ich podróży.

Zacisnął szczękę.

Był w stanie wyczuć swoją magię otaczającą to miejsce, tak więc, chociaż nie mógł zrozumieć, dlaczego ze wszystkich możliwych kryjówek wybrał właśnie tą na ukrycie swojego horkruksa, to mógł powiedzieć, że ten na pewno tutaj był. Gwałtownie ukrócił dziesięciometrowy ogranicznik ruchu Harry'ego, powodując, że chłopiec zrobił kilka chwiejnych kroków i wysłał mu ostre spojrzenie.

Nie zwrócił na to uwagi.

- Uważaj – ostrzegł. – To miejsce płonie Czarną Magią. Będą tu pułapki. – Opuścił wzrok na podłogę.

Harry wyglądał na nieznacznie uspokojonego faktem, że nie został szarpnięty bez powodu.

- Wiem. Czuję to – mruknął Harry, rozglądając się po chatce.

Wszędzie było pełno kurzu, popękanych garnków i przewrócony fotel. Nieznacznie zacisnął dłonie w pięści.

To było rozczarowujące.

Jak mogli pozwolić na to, by arystokratyczna i starożytna rodzina Peverellów i Slytherina popadła w taką ruinę i rozkład? To żałosne. I żenujące.

Być może to dlatego ukrył to tutaj; według standardów Harry'ego był przy-zdrowych-zmysłach-ale-na-tyle-szalony, aby wybrać miejsce, które było najbardziej prawdopodobne, że nigdy nie będzie przeszukiwane pod względem horkruksa, ponieważ doskonale było wiadomo, że nie chciał by jego dusza kojarzyła się z takim godnym pożałowania miejscem.

Dumbledore automatycznie będzie zakładać, że to miejsce nie miało żadnego znaczenia.

Niemniej jednak, musiał w jakiś szalony sposób uważać, że to miejsce miało jakieś znaczenie, bo inaczej bez względu na to, jakie zapewniałoby to bezpieczeństwo horkruksowi, nigdy nawet nie pomyślałby o tym, by umieścić go tutaj.

Gdyby brał pod uwagę tylko bezpieczeństwo, mógłby po prostu go zakopać – i na pewno nie dawałby horkruksa komuś takiemu jak Lucjusz Malfoy, jak ponoć zrobił. To musiało zostać zrobione później, nawet jeśli przeszedł on w posiadanie Lucjusza poprzez Abraxasa.

- Czujesz magię czy horkruksa? – zapytał Harry'ego.

Chłopiec spojrzał na niego zaskoczony i Tom czekał cierpliwie na odpowiedź. Harry przełknął ślinę, a w jego oczach pojawiło się obrzydzenie, które zawsze widoczne było w czasie rozmowy o odłamkach jego duszy.

- Oba – odpowiedział Harry, ledwie szeptem. – Wiele z tego pochodzi z jednego miejsca.

- Podłogi – stwierdził Tom. Harry skinął głową. Ruszył do przodu, ściskając w dłoni swoją różdżkę, trzymając Harry'ego blisko siebie.

- Tutaj – oświadczył cicho Harry, niepotrzebnie… ale wiedział również, że Harry nie jest na tyle głupi, by myśleć, że musi słownie zwrócić na to uwagę, tak jak byłby zmuszony zrobić z kimkolwiek innym, z kim był… mniej połączony.

Tak więc odezwał się, aby wypełnić ciszę, a co za tym idzie, musiał być niespokojny.

Było to spowodowane Czarną Magią? Mogła mieć na niego wpływ, otaczała go niemal Mrocznie, a Harry wciąż miał w sobie trochę z Jasności, co sprawiało, że tworzyła się wokół niego niepowtarzalna szarość, której nigdy jeszcze tak naprawdę nie widział u kogokolwiek innego.

Większość ludzi związana była z Czarną albo Białą Magią, bardzo rzadkie było być powiązanym z oboma – nie mówiąc już o tym, że tak mocno. Zakładał, że Harry dostał silne, Jasne zdolności po swoich przodkach, a głód i talent do Ciemności od samego Toma. Na tą myśl uśmieszek wykrzywił na krótko jego usta.

Zastanowienie się nad tym było przyjemnym odwróceniem uwagi, ale nie mógł sobie pozwolić na to, by być w tej chwili rozproszonym, tak więc odpędził tą myśl, by później nacieszyć się nią i bliżej się jej przyjrzeć.

Obaj przykucnęli, chociaż skrzywił się na zalegający na podłodze brud, podczas gdy Harry wydawał się nie być nim właściwie w ogóle zainteresowanym. Przez chwilę badali coś, co okazało się być luźną deską w podłodze.

- Przypuszczam, że nie możemy po prostu podważyć jej i wciąć tą rzecz… pierścień, prawda?

Rzeczywiście, to właśnie po niego przyszli, chociaż był ciekawy, skąd Harry może o tym wiedzieć i co dokładnie wiedział o pierścieniu, o którym była mowa.

- Należał do braci Peverell – powiedział, przyglądając się Harry'emy, by zobaczyć, czy znał jakiekolwiek znaczenie pierścienia, który należał do braci Peverell.

Nie znał.

Nie mógł, chyba, że Harry czytałby bajki dla dzieci w oryginale, kiedy nie zostały pozmieniane jeszcze przez tłumaczy i pragnienie, by były przydatne dla rodzin.

Harry był tutaj po horkruksa, wiedział o tym, ale sam Tom był tutaj po o wiele więcej niż tylko to… horkruks był o wiele więcej niż tylko tym.

Voldemort musiał zapomnieć o tym wraz ze wszystkim innym – co było, jeśli ktoś pytałby się go o zdanie, całkowitą stratą wszystkiego, czego nauczył się i co zbadał, kiedy był tutaj, w przyszłości.

Harry zakładał, że tylko na tym polegały teraz jego wszystkie gierki, że rozkoszował się swoim ostatnim rokiem i nie przejmował się niczym, co przypominałoby pracę… ale nie była to do końca prawda.

Miał kilka własnych projektów i rozwijający się plan, który te projekty obejmował. Harry był projektem numer jeden i, być może, zawsze już nim teraz będzie.

Prace nad Złotym Chłopcem trwały bez przerwy, Tom wciąż nie mógł stwierdzić, że całkowicie go rozumie i chłopiec nadal go dość często zaskakiwał.

Znudzić się? Bardzo mało prawdopodobne. Co było całkowicie śmieszne do stwierdzenia.

W dalszym ciągu badali podłogę i ostrożnie wyciągnął swoją magię, słusznie zakładając, że zabezpieczenia go nie zaatakują.

Był wdzięczny, że Harry jeszcze zbyt głęboko nie badał tych zabezpieczeń, bo miał wrażenie, że Potter nie posiadałby takiego samego immunitetu.

- Nie dotykaj magii – poinstruował cicho, wiedząc, że Harry nieumyślnie mógłby po prostu to zrobić.

- Nie zamierzam, mogę poczuć, że naciska na mnie tylko z tego powodu, że za bardzo się zbliżyłem… ale ciebie nie. – Harry spojrzał na niego.

- I czy nie jesteś teraz zadowolony, że poszedłem z tobą? Gdyby tak nie było, musiałbyś to zrobić w o wiele trudniejszy sposób – zauważył oschle, wyciągając swoją magię.

Zabezpieczenia rozpoznały go i podłoga rozsunęła się. Przez chwilę po prostu spoglądał na pierścień.

Kamień. Kamień Wskrzeszenia.

Natknął się na tą opowieść przez zupełny przypadek, ale… zmusiła go ona do myślenia.

Kamień Wskrzeszenia sprowadzał duszę zmarłego, zaklęcie Inferiusa ciało, a horkruks przywiązywał duszę do świata… tak więc, gdyby złączył te trzy rzeczy z Harrym, byłby w stanie utrzymać ciało i duszę Harry'ego w takim stanie jak teraz, tyle, że w przeszłości.

Jasne, chłopiec prawdopodobnie nie będzie zbyt szczęśliwy zostawiając za sobą swoich przyjaciół i pozwalając im na rozpłynięcie się w zapomniane nieistnienie, a magia potrzebna do tego byłaby skomplikowana i prawdopodobnie nie podobała się Harry'emu biorąc pod uwagę, że jego reakcja na same horkruksy była dość okropna.

Ale… przecież na pewno przyzwyczai się do tego?

Wcześniej przyzwyczaił się do bycia w przeszłości.

To było idealne wyjście, jeżeli tylko uda mu się wprowadzić je w życie, o wiele lepsze niż plan Harry'ego, który w najlepszym wypadku, jak się wydawało, miał zapewnić mu wolność i zniszczyć Harry'ego… mógł zrobić, co tylko chciał i zatrzymać Pottera.

Harry prawdopodobnie zrobiłby niezłą awanturę, gdyby dowiedział się o jego planie i zacząłby mieszać w jego realizacji, tak więc po prostu mu o nim nie powie.

Był pewien, że będzie w stanie pchnąć Harry'ego do popełnienia niezbędnego morderstwa… nawet Voldemorta, jeśli tylko będzie musiał.

Pod koniec roku wszystko będzie na swoim miejscu.

- Jak go w takim razie wyciągniemy? – zapytał Harry.