Zbetowania rozdziału podjęła się Himitsu - za co jestem jej, oczywiście, bardzo wdzięczna.

Mangha, tak, mniej więcej :). Tom przybył po Harry'ego. Harry natomiast chce "uwolnić" Toma od stania się Voldemortem. Co do momentu uformowania planu, to raczej nie został on wspomniany, chociaż sama zakładam, że przynajmniej jego zalążek był już gotowy w czasie, kiedy Tom przybył do czasów Harry'ego. Co do planu Toma - zakłada on nie stanie się Voldemortem, a przywiązanie duszy Harry'ego do ziemi, czegoś, co zachowa ją w takim stanie, w jakim się znajduje bez względu na to, czy jego oś czasu eksploduje. Na wszystkie inne aspekty planu odpowiedź pojawi się później :). Co do przebaczenia Harry'ego i faktu jego odejścia w przypadku, gdyby plan się powiódł... Tom o tym pomyślał :). Tak jakoś wyszło, że znalazłam czas w środę, a wiem, że lepiej mieć rozdział w ciągu całego tygodnia ze średnimi przerwami niż trzy na raz, a potem długa przerwa... :) Jousette, masz rację, mógłby. Co byłoby całkowicie i absolutnie komiczne - w każdym razie warte zapamiętania :). Zresztą całe te ograniczenia dają duże pole do popisu... Co do planu Toma, to się na razie wypowiadać nie będę, ale powiem, że już teraz szkoda mi Harry'ego, gdyby, hipotetycznie, Tomowi udało się zrealizować ten plan... Ale cieszę się, że podoba ci sie ten pomysł i, jak podejrzewam, uważasz go za lepszy niż ten wymyślony przez Harry'ego? :) Cookies. Alice, oczywiście, że wybaczę, nie powinnaś nawet w to wątpić ;). Ja zawsze chciałam zostać zakłuta w dyby, bo jestem niesamowicie ciekawa tego, jakie byłoby to uczucie. Ale obrzucenie pomidorami też jest ciekawym pomysłem :). Tak, to naprawdę jest już ten 110 rozdział i także jestem tym absolutnie przerażona - kiedy to wszystko minęło?! Oczywiście na twoje pytania nie odpowiem, chociaż z ciekawością będą obserwowała to, jak próbujesz na nie odpowiedzieć :). Evolution, zgadzam się, Tom jest absolutnym i niezaprzeczalnym geniuszem - a do tego niebezpiecznym, biorąc pod uwagę jego brak zahamowań... Widzę, że ty - w przeciwieństwie do części innych komentujących - obstawiasz plan Harry'ego i przyznam, że cieszę się z tego, że wystąpiła taka różnica poglądów :). Doskonale zinterpretowałaś rozmowę o cechach, jakie w sobie cenią i właściwie nie wiem, czy sama potrafiłabym dodać coś jeszcze w jej sprawie :). Doskonalę rozumiem sprawę ferii, gdyż też je właśnie, szczęśliwie, dzisiaj zaczynam (Śląsk ;)). Jestem po prostu padnięta i ostatkami sił wrzucam ten rozdział - wczorajszej nocy spałam 3 godziny, a jako, że dzisiaj piątek, to miałam jeszcze zajęcia z dzieciakami... po prostu ledwo patrzę na oczy :). Mahakao, też tak uważam ;). Oczywiście nie skomentuję tego, co napisałaś, pod względem poprawności z dalszą historią, bo nie chcę niczego, nic a nic zdradzać. Mnie jest po prostu strasznie żal Harry'ego - dla którego Tom przygotował coś takiego, co jest z jednej strony bardzo, bardzo dobre, a co z drugiej zgniecie jego wartości jak wnerwiającego komara...

Bardzo dziękuję za wasze komentarze, które pomogły mi w przetrwaniu dwóch ostatnich, niezwykle ciężkich dni i zmotywowały do tego, bym mimo wyczerpania wzięła się za tłumaczenie i wrzuciła rozdział raczej wcześniej niż później ;).

Tak więc teraz życzę wam miłego czytania i, oczywiście, mam nadzieję, że rozdział się spodoba.


Słowniczek: wężomowa


Ulubieniec Losu

Rozdział sto jedenasty

Usiedli na wzgórzu prowadzącym na cmentarz, chociaż był on teraz przysłonięty domem Riddle'ów. Być może była to przenikliwie zimna noc, w końcu resztki zimy wciąż ogarniały zachmurzone niebo, ale byli tak opatuleni ogrzewającymi urokami, że z trudem przychodziło im zauważenie tego.

Harry po prostu cieszył się z tego, że nie padało.

Tom wsunął pierścień na palec zaraz po tym, jak skorygował nałożoną na niego rozkładającą klątwę tak, by krzywdziła tylko tych, których nie chciał, by byli w posiadaniu tego horkruksa. Pierścień nie będzie miał również wpływu na nikogo, kto nawiąże z nim kontakt, kiedy pozostanie na skórze Toma i horkruks sprawiał wrażenie uśpionego albo przynajmniej Tom nie próbował się z nim kontaktować.

W ciszy Harry wyciągnął rozkazująco rękę.

Tom spojrzał na niego, w jego oczach pojawił się złośliwy błysk, na twarzy szyderczy uśmieszek, złapał oferowaną przez Harry'ego rękę i położył ich splecione dłonie na trawie między nimi.

Harry wyszarpał swoją rękę, marszcząc brwi.

- Chodziło mi o pierścień, a nie twoją dłoń – warknął, chociaż jego usta drgnęły nieznacznie z rozbawieniem.

- Wiem, to właśnie dlatego zamiast tego chwyciłem cię za rękę. – Uśmieszek zniknął. – Powiedziałem, że będę cię zatrzymywał. Nie dam ci go i nie polecam ci po raz drugi próbować ukraść go ode mnie.

- Tak więc zatrzymasz go, aby mnie rozzłościć? – zapytał oskarżycielsko Harry, jakiekolwiek rozbawienie zastąpione zostało przez gniew.

Tom jedynie patrzył na niego i podniósł brwi, jak gdyby pytając „co ty na to"?

- Próbuję pomóc… mówiłeś, że się nie poddałeś! Dlaczego nawet nie pozwalasz mi spróbować? – zażądał Harry.

- Nie powstrzymuję cię od próbowania, nie wahaj się próbować zabrać go ode mnie… - wycedził Tom. – Po prostu nie spodziewam się, abyś odniósł sukces i wątpię, by podobały ci się konsekwencje takiej próby.

- A jeśli uda mi się go zabrać, pozwolisz mi go zatrzymać? – zapytał ostrożnie Harry. – Skoro jesteś taki pewien, że mi się to nie uda? – Dziedzic Slytherina zastanawiał się nad tym, ale Potter wiedział, że kocha on wyzwania. Rozkwitał, kiedy miał możliwość podjęcia jakiegoś. Mógł to zaakceptować… Musiał. – Chyba, że – dodał podstępnie – boisz się, iż mi się to uda?

Tom rozłożył ręce, jak gdyby chciał powiedzieć „śmiało", i z niewyraźnym rozbawieniem opadł z powrotem na trawę, po trochu z tęsknotą, po trochu z fascynacją i z całkowicie zdeterminowanym wyrazem twarzy.

Nastała cisza.

Harry oparł się pokusie natychmiastowego rzucenia się na Riddle'a, wiedząc, że Tom był teraz przygotowany na nadejście takiego ataku. Gra, w którą grali nie była Gryfońska.

Zamiast tego, również oparł się o ziemię, spoglądając w gwiazdy.

Na tym wzgórzu, które mogło znajdować się równie dobrze w dowolnym innym miejscu na świecie, łatwiej było zapomnieć, gdzie dokładnie byli.

- Wolność i odwaga – mruknął zamyślony Tom. – Wielkie słowa, biorąc pod uwagę, że wypowiedział je książę lwów.

Harry zarumienił się nieznacznie, zakłopotany.

- Nie mów mi, że jeszcze bardziej nadmuchałem twoje przeraźliwe ego – powiedział. – Mogę wytoczyć także twoje negatywne cechy…

- Jeśli mógłbyś, zacząłbyś wszystko od początku? Pozwoliłbyś wszystkiemu odejść? – zapytał nagle Tom, przyglądając się uważnie niebu, jak gdyby był w stanie wyczytać z niego jakieś tajemnice, chociaż i tak wysłał mu szybki, czarujący uśmieszek. – Bez żadnych oczekiwań. Bez Chłopca, Który Przeżył. Po prostu odkrywać świat, nie patrząc za siebie.

- Ja… - Harry urwał.

W pewnym sensie brzmiało to wspaniale, z drugiej strony… czy mógłby tak po prostu wszystkich zostawić? Swoich przyjaciół, Syriusza… nakładane na niego oczekiwania? Nienawidził oczekiwań, ale nie był na tyle odważny, by naprawdę to zrobić, uciec przed nimi.

Za bardzo tęskniłby za wszystkimi i tęskniłby za dobrymi rzeczami. A do tego, byłaby to ucieczka od tych złych. Czasami tak niesamowicie złych

- Nie wiem.

- A co, gdybym znał na to sposób? – dopytywał się Tom. Harry spojrzał na niego ostro, siadając.

- Co masz na myśli? – zażądał. – Znasz na to sposób?

- To było hipotetyczne pytanie – oświadczył Tom, po czym obdarzył go kolejnym uśmieszkiem. – A co, jesteś zainteresowany? Moglibyśmy pójść wszędzie, robić cokolwiek tylko byśmy chcieli…

- My? – zapytał ostrożnie Harry.

- Cóż, biorąc pod uwagę, że nie możesz oddalić się ode mnie na więcej niż dziesięć metrów… - odpowiedział lekko Tom. Harry prychnął, ale uśmieszek, chociaż nieco smutny, wykrzywił jego usta.

- Och tak, możemy zacząć od Paryża, torować sobie drogę do świata. Naszej wielkiej przyszłości.

- Wiesz, dobrze byśmy się razem bawili. – Tom mrugnął. Harry roześmiał się, po czym potrząsnął głową, a jego rozbawienie zniknęło.

- Bez wątpienia – mruknął. – Ale nie mogę tak zostawić wszystkich, a zmierzasz teraz po ścieżce, po której nie mam zamiaru za tobą podążać. – Jeszcze raz spojrzał na niego, z powagą. – Możesz, oczywiście, zejść z niej i dać mi pierścień.

- Mogę – potwierdził Tom zamyślonym tonem. – Ale nie zrobię tego.

- Dlaczego nie?! – domagał się niewiarygodnie sfrustrowany Harry. Takie zachowanie byłoby najbardziej logicznym postępowaniem.

- Ponieważ zbyt zabawne jest oglądanie jak się z tym zmagasz – odpowiedział nonszalancko Tom. Harry zmrużył oczy, odwracając wzrok.

- Wracamy w takim razie do Hogwartu? – zapytał szorstko. Tom przyglądał się mu uważnie.

- To naprawdę ci przeszkadza, co? – zapytał cicho.

- Cmentarz…? Nie zaczynaj, wiesz, że tak – odparł krótko. Tom potrząsnął głową.

- Nie cmentarz… Mam na myśli tę całą… tę całą sytuację. Moją obecność tutaj, moje stanie się Voldemortem. Horkruksy. Los. Wszystko.

Harry przełknął ślinę.

- Dopiero teraz doszedłeś do tego, że fakt tego, iż stajesz się Voldemortem mi przeszkadza? – zapytał z niedowierzaniem, zarazem uchylając się od odpowiedzi na poważniejsze pytanie.

- Nie, wiem, że nie jesteś z tego zadowolony… - Niedomówienie. - …ale czy to… jest tego warte, dla ciebie? To wszystko? A może wolałbyś raczej nigdy mnie nie spotkać?

W głosie Riddle'a nie było oskarżenia, jedynie ciekawość. Harry przygryzł wargę.

- Nie wiem – odpowiedział szczerze, nie wiedząc, jak inaczej wyrazić swoją odpowiedź.

Kiedy sprawy pomiędzy nimi miały się dobrze, nigdy nawet nie pomyślał o tym, by to wszystko rzucić… ale kiedy było między nimi źle, to było naprawdę źle i bywały momenty, w których szczerze nienawidził Toma i wolałby nigdy nawet o nim nie usłyszeć.

- To… zależy od mojego nastroju – powiedział w końcu trochę słabo.

- A jaki jest twój nastrój w tej chwili? – Głowa Toma przekrzywiła się.

- Jestem zdezorientowany. Rozdrażniony. Zaciekawiony. To samo pytanie dla ciebie – żałujesz tego, że mnie spotkałeś?

- Każdego dnia i nigdy – odpowiedział natychmiast Tom, powodując, że kolejny śmiech wymknął się z ust Harry'ego, chociaż w pewnym sensie Potter zgadzał się z tym stwierdzeniem, nawet, jeśli nie miało ono żadnego sensu, bo było równocześnie idealną odpowiedzią.

- Taak – mruknął. – Myślę, że to bardzo trafne. – Nie mógł wyobrazić sobie nie spotkania Toma i nie posiadania go dłużej wokół siebie.

Salazarze.

Jeśli coś pójdzie nie tak, za kilka miesięcy Toma nie będzie wokół niego, nie do końca, nie naprawdę. On… co by wtedy zrobił?

Tom w jakiś sposób tak bardzo wszedł w jego życie, że jego nieobecność w nim zostawiłaby po sobie ogromną, szeroko rozwartą otchłań zarówno pod względem zwykłej rutyny, jak i spontaniczności. To naprawdę nie było dobre.

- Jesteśmy tak niesamowicie popieprzeni… - mruknął.

A następnie skoczył na pierścień.


Tom gwałtownie ponownie zacisnął dłonie w pięści, upewniając się, że nawet jeśli Harry jakimś cudem byłby w stanie utrzymać pierścień w dłoni, to nie byłby w stanie go zdjąć.

Powietrze uciekło mu z klatki piersiowej pod wpływem silnego uderzenia i przez chwilę wydawało się, że Harry wygrywa, że jest bardziej dominujący… i być może w uczciwej walce, Harry naprawdę byłby w stanie wygrać.

Gdyby walczyli uczciwie, Harry prawdopodobnie odniósłby do tej pory o wiele więcej zwycięstw, zwłaszcza podczas ich kilku walk fizycznych, biorąc pod uwagę, że Potter był od niego lepszy w mugolskich bijatykach.

To nie była uczciwa walka i nie mógł ryzykować przegranej. Jego magia rzuciła się, zatrzymując w miejscu lewe ramię Harry'ego, a następnie resztę jego ciała.

Chłopiec spojrzał na niego ze wściekłością, nasączoną tak wielką ilością jadu, że niemal sprawił on, iż pragnął cofnąć się o kilka kroków.

- To oszustwo.

- Nigdy nie obiecywałem, że będę grał czysto – syknął w odpowiedzi, opadając obok zamrożonej w miejscu postaci Harry'ego.

Spojrzał uważnie w dół, powstrzymując swoje rozbawienie wywołane widokiem, jaki zastał. Widział jak mięśnie Harry'ego napinają się z wysiłku poruszenia i jak udało mu się podnieść do pozycji półsiedzącej, chociaż oba jego przedramiona wciąż przyklejone były do ziemi, jak gdyby węże owinęły się wokół nich, tworząc kajdany przypinające go do ziemi.

- Chociaż niezła próba. Przez dwie lub trzy sekundy prawie go zdobyłeś.

- Jesteś draniem – stwierdził stanowczo Harry. Być może, ale w każdym razie był draniem z planami. Niemniej jednak nie chciał, by Harry ponownie się na niego dąsał. Nawet, jeśli byłoby to, prawdopodobnie, uzasadnione dąsanie się.

- Wiedziałeś, że się nie poddałem, być może powinieneś mi zaufać i uwierzyć, że nie zapobiegam twoim idiotycznym wyczynom wyłącznie po to, by zrobić ci na złość…? – zasugerował. Harry ostrożnie odwzajemnił jego spojrzenie, oceniając prawdziwość jego słów.

- Problem polega na tym, że ci nie ufam, a najwyraźniej konsekwencje twojego głównego planu są na tyle niepocieszające, że mi się on nie spodoba i nigdy nie zgodzę się na niego przystać.

- Teraz już wiesz jak się czuję – zauważył sucho. – Mnie także nie podobają się twoje plany, jedyna różnica polega na tym, że po prostu bardziej otwarcie mówimy o twoim planie i moich próbach powstrzymania cię.

Harry nagle ucichł z zamyślonym i nieobecnym błyskiem w oczach.

- Nie planujesz stać się Voldemortem, prawda? Robisz to wszystko tylko po to, by powstrzymać mnie od przejrzenia tego, co tak naprawdę robisz, chowając się pod tą swoją dość defetystyczną* postawą.

- Mądry chłopiec. – Uśmiechnął się drwiąco. Harry przyjrzał mu się przenikliwie.

- W takim razie dlaczego przyznałeś się teraz do tej fasady?

- Ponieważ chcę dać ci czas na to, byś to zaakceptował, nie kłamałem pod tym względem – odpowiedział prosto, obserwując jego reakcję i robiąc wszystko, by pozbawić swój umysł jakichkolwiek szczególnie intensywnych emocji.

- Mówiłeś, że pragniesz, bym z własnej woli przyłączył się do ciebie – stwierdził Harry. Jego uśmieszek poszerzył się. Rzeczywiście, pragnął tego. To nie jego wina, że Harry zrozumiał to jako przyłączenie się do Ciemnej lub Jasnej Strony zamiast okresów i strumieni czasu… nie, żeby nie próbował również nawrócić Harry'ego na Ciemną Stronę.

Harry zmarszczył brwi.

- Ale to nie ma sensu, bo ja nie istnieję, jeśli nie istnieje również Voldemort, a jeśli istnieje Voldemort, nie istniejesz ty, tak więc, nie mogę się do ciebie przyłączyć.

Z nieznacznym rozbawieniem przyjrzał się Harry'emu, który naprawdę wydawał się nie zdawać sobie sprawy z tego, jak fascynujące były jego procesy myślowe, kiedy raczył wyjawić je na głos.

- Zamierzasz wyjaśnić na czym polega twój plan?

- Nie – oświadczył. – Spróbowałbyś mnie powstrzymać.

- W takim razie dlaczego w ogóle prowadzimy tę rozmowę? – zapytał podejrzliwie Harry, po czym jego oczy rozszerzyły się. – Próbujesz ocenić moją reakcję i to, do czego myślę, że zmierzasz, drogę, jaką uważam, że obierzesz.

Jego usta natychmiast zamknęły się, urywając jego wypowiedź.

Tom w żaden sposób nie odpowiedział.

Prawdą było, że cała ta rozmowa, poczynając od wolności i rozpoczęcia wszystkiego od nowa, do bardziej bezpośrednio określonych planów, została stworzona po to, by sprawdzić, na ile skłonny do ustępstw Harry będzie, kiedy wygra, i jakie działania będzie musiał podjąć do czasu, jak Harry wróci do tego okresu, w którym od początku powinien się urodzić.

Będzie musiał wprowadzić kilka poprawek.

Obecnie uzyskiwał sprzeczne sygnały.

Dobrze będzie, jeśli Harry będzie znać ogólnikowe, szerokie aspekty jego planu, ale biłby się i walczył w przypadku, gdyby znał jego szczegóły oraz naturę. To był postęp.

Wcześniej Harry po prostu całkowicie wyrzuciłby cały ten pomysł za okno, jak jakieś absolutne zło. Niemniej jednak, nawet jeśli wydawałoby się, że Harry akceptował ten plan, prawdopodobnie i tak nie zdradziłby mu go – po pierwsze z powodu fałszywych nadziei, po drugie dlatego, że bardzo mało prawdopodobne było, by Harry w pełni to zaakceptował, tak więc najlepiej będzie po prostu pociągnąć go za sobą do momentu, w którym nie będzie miał możliwości zrobienia czegokolwiek, by udaremnić jego plan.

Przeboleje to. A jeśli nie, to zawsze może, tylko troszeczkę, zmienić jego wspomnienia tak, by był w stanie to zrobić.

W końcu Harry już wcześniej zaakceptował życie w przeszłości, wtedy, kiedy myślał, że nie będzie w stanie wrócić.

Jaka tym razem będzie różnica? Nie będzie w stanie wrócić do przyszłości, ponieważ nie będzie ona istniała, tak więc, ostatecznie nie będzie miał innego wyboru, jak tylko sobie z tym poradzić. Oczywiście stworzenie odpowiedniego zaklęcia będzie trudne, ale mógł to zrobić…

W końcu zwycięzca bierze wszystko.


- Zamierzasz pozwolić mi wstać? – zapytał, kiedy nie uzyskał od Toma żadnej odpowiedzi.

Tak naprawdę żadnej nie oczekiwał, ale teraz, kiedy był pewny tego, że istnieje plan, chciał dowiedzieć się, na czym on polega i go udaremnić.

Skoro Tom odmówił ujawnienia na czym on polegał, z całą pewnością nie mogło być to dla niego nic dobrego, nawet jeżeli w psychopatycznej logice Toma nie istniało w nim nic złego. Stłumił dreszcz.

Miało to coś wspólnego z horkruksami? A może konkretnie z pierścieniem, ponieważ Tom wydawał się ochraniać go w sposób, w jaki nigdy nie robił tego z Marvolo.

- A zamierzasz ponownie mnie zaatakować? – zripostował dziedzic Slytherina. Nie miał zamiaru składać jakichkolwiek obietnic.

- A czy to coś zmienia? Biorąc pod uwagę, że nie możemy oddalić się od siebie na więcej niż dziesięć metrów, będziesz musiał pozwolić mi się w końcu kiedyś ruszyć, no chyba, że chcesz na zawsze siedzieć już na tym wzgórzu?

- Ja wciąż mogę poruszać się bez konieczności zapewniania ci swobody ruchów… wiesz, nienawidzę ograniczeń. – Na twarzy Toma pojawił się uśmieszek. – Po prostu byłbyś ciągnięty za mną po ziemi.

Harry zacisnął zęby.

- Zamierzasz pozwolić mi wstać, czy nie? – zapytał jeszcze raz, modląc się o cierpliwość.

- A zamierzasz ponownie mnie zaatakować? – odpowiedział znowu Tom, unosząc brwi. Harry spojrzał na niego ostro. Tom uśmiechnął się złośliwie. – To urocze, że myślisz, iż możesz mnie zastraszyć.

Harry z wielkim trudem zapanował nad swoim temperamentem, jego szczęka zacisnęła się.

- Nie zaatakuję cię – powiedział w końcu, chociaż uważał na to, by niczego nie obiecywać.

Plany po raz kolejny wypełniły jego głowę; musiał znaleźć sposób, by obejść te ograniczenia i polować na resztę horkruksów, nie musząc martwić się o Toma.

Dowiedzieć się jak Tom dostał się do przyszłości, zbadać to i z pomocą Hermiony odwrócić to zaklęcie tak, by mógł wysłać kogoś z powrotem w czasie wtedy, kiedy nadejdzie na to pora.

Znaleźć sposób na to, by sprawić, że Voldemort odczuje wyrzuty sumienia.

Zabrać Tomowi pierścień.

Odkryć karty.

Riddle przez chwilę przyglądał mu się w milczeniu, a następnie poczuł jak znika nacisk nakładany na jego przedramiona.

- Zamierzam zignorować ten brak szczerości – oświadczył młody Czarny Pan. – Ponieważ chciałbym udać się na kolację, a to jest mugolskie miasteczko, tak więc, jakkolwiek zabawne byłoby ciągnięcie cię za sobą, przyciągnęłoby to na nas niewłaściwy rodzaj uwagi.

- Skoro nie wcisnąłeś mi do rąk kart do gry, to przypuszczam, że jemy na mieście? – Tom wysłał mu olśniewający uśmieszek.


Voldemort wpatrywał się w więźnia, który wił się pod wpływem jego Cruciatusa i siły jego emocji.

Krzyki były muzyką dla jego uszu, słodkim echem jego złego humoru.

Uspokoił się słysząc je, czując, że ponownie zdobywa kontrolę, kiedy oni ją tracili, kiedy błagali o odzyskanie zdrowego rozsądku. Doszedł do swojego wniosku. Najwyraźniej zapomniał o tym wszystkim, najwyraźniej Tom stał się nim dlatego, że coś poszło źle. Tak więc, musiał sprawić, że Tom znienawidzi Pottera, znienawidzi go tak, jak on go nienawidził i zobaczy jakim podłym, żałosnym stworzeniem naprawdę był Złoty Chłopiec Gryffindoru.

Potter był horkruksem, tak więc nie mógł zostać zabity - a Tom, emocjonalny dzieciak, mógłby zlinczować go, gdyby tego próbował - ale, jeśli cofnie tę swoją ochronę… świat znowu byłby taki, jak powinien. A sam na pewno by istniał, ponieważ znał siebie na tyle dobrze, by móc zakładać, że jeśli coś pójdzie nie tak, to jego młodsze ja stanie się nim tylko po to, by zrobić na złość Potterowi. Nie istniał żaden inny powód ku temu, by miał tego nie zrobić, prawda? To nie tak, żeby Tomowi naprawdę zależało; to była obsesja, nic więcej. Obsesja, którą można było wyleczyć.

A potem rozprawi się z Potterem, bachor nigdy więcej nie pokrzyżuje mu planów i będzie wiecznie cierpiał za kłopoty, jakich mu przysporzył. Ledwie mógł myśleć o czymkolwiek innym. A kiedy to już zrobi, będzie mógł zająć swoje prawowite miejsce jako Bóg swojego nowego świata i nikt, nawet Albus Dumbledore, nie będzie w stanie go powstrzymać.

A teraz tylko pytanie, jak zniszczyć Ślizgoński Duet…?


* defetyzm – brak wiary w zwycięstwo bądź powodzenie jakiejś sprawy, zakładanie z góry klęski