Betowała Himitsu, której bardzo za to dziękuję.

Cookies. Alice, nie przejmuj się tym, ja po prostu mam właśnie kilka takich dziwactw ;). Złapanie Harry'ego za rękę przez Toma również uważam za całkowicie słodkie, zwłaszcza, że to Tom był tego prowokatorem :). Co do twojego pytania, dlaczego nie jest to slash - po prostu autorce on tutaj zupełnie nie pasował. Podejrzewam, że miał na to również wpływ fakt, iż uważała ona, że absolutnie nie potrafi pisać slashu (z czym, osobiście, się nie zgodzę, biorąc pod uwagę nowy projekt pisarski, który ostatnio zaczęła, HP/TMR, niezwiązany w żaden, nawet najmniejszy sposób z "Ulubieńcem", będący zupełnie odrębnym, slashowatym opowiadaniem. Na razie idzie jej, jak na mój gust, całkiem dobrze ;)), co zresztą kilkakrotnie podkreślała. Ale głównie chodziło o to, że slash nie pasował do całego tego opowiadania, do relacji, jaką wykreowała sobie między tymi bohaterami. Zaczęło być pisane z myślą o właśnie takiej relacji, jaka jest teraz i tego autorka trzymała się do końca :). Ogólnie walka Voldemort/Tom/(Harry) jest dość niebezpieczna, gdyż wszystkie te trzy postacie znają się właściwie na wylot. Trudno im coś przed sobą ukryć... Masz rację, co do tego, że walka rozgrywa się głównie między Tomem, Harrym a Voldemortem, ale nie można zapominać właśnie także o tych pobocznych postaciach, między innymi Cygnusie i dyrektorze... Evolution, cieszę się, że sprawiłam tak wiele radości :). Uważam, że przeczytanie tego jeszcze raz po zakończeniu jest dość dobrym pomysłem, biorąc pod uwagę fakt, że na niektóre rozmowy będzie można spojrzeć pod nieco innym kątem ;). Co do twojego pytania na temat objętości opowiadania - jako, że wszystkie rozdziały zapisuję w jednym miejscu, by potem, po zakończeniu tłumaczenia, wrzucić je do internetu w formie pdf, to tak, właściwie wiem, ile stron zajmuje (przynajmniej do rozdziału 121): 482, czcionką Calibri, wielkością 11. Przy czym każdy rozdział rozpoczynany jest od nowej strony... W takim razie trochę by to zarówno tuszu, jak i kartek zajęło - ale oczywiście zrobisz, jak będziesz chciała, ba! czuję się niezwykle zaszczycona tym, że w ogóle wpadłaś na taki pomysł... Co do przebiegłego Harry'ego i uczuciowego Toma, to będzie tego trochę więcej później i myślę, że w pewnym sensie również w dzisiejszym rozdziale :). Och i cieszę się, że zwróciłaś uwagę na to "Każdego dnia i nigdy", bo warto to zapamiętać w kontekście dalszego przebiegu ficka, gdyż będzie się jeszcze powtarzało ;). Miniaturki, ach te miniaturki :). Lubię je... Doskonale określiłaś tą różnice między relacją z Gryfonami a z Tomem i właściwie nie wiem, czy mogę pod tym względem coś jeszcze dodać. :) Myślę, że sposób Voldemrta na zniszczenie Ślizgońskiego Duetu może z początku wydać się nieco... dziwny. Ale na pewno genialny ;). O tym, czy Voldemortowi się uda, oczywiście nie powiem :). I nie ma za co dziękować, naprawdę ;).

Bardzo dziękuję za komentarze, które pojawiły się pod ostatnim rozdziałem, a które dały mi motywacje do tego, by dzisiejszym rozdziałem zająć się raczej wcześniej niż później :). Jesteście po prostu niesamowici :).

A teraz, by już nie przedłużać, zapraszam was na jeden z moich ulubionych rozdziałów w tym opowiadaniu i z tego też powodu z jeszcze większą niecierpliwością czekam na wasze opinie na jego temat. Miłego czytania! Och, i nie przejmujcie się, jeżeli przy pierwszym punkcie widzenia będziecie trochę zdezorientowani…


Słowniczek: wężomowa, listy


Ulubieniec Losu

Rozdział sto dwunasty

Lynda nie lubiła myśleć o sobie jako o kimś powierzchownym; w szkole dostawała dobre stopnie, czytała coś więcej niż tylko modowe poradniki w kolorowych czasopismach, ale… musiała przyznać, że dwoje chłopców, których miała obsługiwać, było, delikatnie mówiąc, przystojnych.

Poczuła zaczynające barwić jej policzki rumieńce i psychicznie skarciła się, że powinna być profesjonalistką. Nie miała zamiaru być nieprofesjonalna i, tak jak Natalie, przystawiać się do wszystkich.

Nowoprzybyli wydawali się być mniej więcej w jej wieku, mogli mieć około siedemnastu czy osiemnastu lat, chociaż wyższy chłopak mógł być nieco starszy od drugiego.

Był niesamowicie przystojny, miał wysokie kości policzkowe i kremową skórę, która sprawiała, że wyglądał jak mroczny, bajronowski bohater*, który dopiero co opuścił ramy swojej powieści.

Wokół niego kłębiła się aura pewności siebie, która natychmiast jej się spodobała, ale jednocześnie coś ostrzegało ją, by trzymała się od niego z daleka.

Był złym chłopcem. Z całą pewnością.

Typem zbliż-się-do-mnie-a-spalę-ci-palce.

Jego towarzysz również miał kruczoczarne włosy, ale były one rozczochrane, potargane w przypadkowy sposób, który jakimś cudem nie sprawiał, iż wyglądał, jakby miał na głowie ptasie gniazdo, jak zwykle kończyły się jej własne próby osiągnięcia tego samego efektu. Był mniejszy, zwinny, ale równie pełen wdzięku, co jego przyjaciel/brat, chociaż wydawał się mniej być tego świadom.

Jego skóra była bardziej opalona, a jego oczy… miał najpiękniejsze jaskrawoszmaragdowe oczy, jakie kiedykolwiek widziała. Były olśniewające. Również on miał wokół siebie taką aurę pewności siebie albo raczej - ośmieli się to powiedzieć, nie brzmiąc przy okazji jak kompletna sardynka? – mocy.

Nagle poczuła się przerażona.

Zielonooki chłopiec nie rozsiewał wokół siebie takiej samej zły-chłopiec aury jak jego towarzysz, ale mimo tego było w nim coś jeszcze. Niebezpieczeństwo, ale inny rodzaj niebezpieczeństwa.

Och, tak bardzo pragnęła wziąć go w swoje ramiona… ale to byłoby trochę dziwne.

Zauważyła, gdzie usiedli – na najlepszych dostępnych miejscach… zazwyczaj zarezerwowanych dla przejezdnych, eleganckich przedsiębiorców albo dla par, które pragnęły odrobinę intymnej prywatności.

Do diabła z tym. Nie. To było po prostu takie typowe.

Może po prostu chcieli trochę prywatności i akurat byli na tyle bogaci, aby sobie na to pozwolić.

Cóż, nieważne. Nie była powierzchowna… i w końcu nic się tu nie stało, a sama czytała po prostu zbyt wiele książek fantastycznych i romansów gotyckich.

Dziewczyna może sobie pomarzyć, prawda?

Namówiła Alexa, by zamienił się z nią obsługiwanymi stolikami.


Harry usiadł z westchnieniem, tym razem czując się nieco mniej skrępowanym, dzięki wiedzy, że robił to już wcześniej i że ma własne pieniądze.

I nie miał zamiaru zmuszać kelnera do zaserwowania im alkoholu! Zdecydował, że wymieszanie ze sobą Toma, alkoholu i jego samego było Złe przez wielkie Z i Głupie przez wielkie G, a na wszelki wypadek mógł dodać jeszcze Katastrofalne przez wielkie K.

Obaj przez chwilę studiowali menu.

- Co wybierasz? – zapytał Tom.

- Nie będziesz znów za mnie zamawiał – powiedział natychmiast Harry. Wargi Toma drgnęły.

- Rozpoczynałem tylko uprzejmą rozmowę – odpowiedział, chociaż figlarny błysk w jego oczach sugerował coś innego. Harry przewrócił oczami. – Ostatnim razem byłeś dość oszołomiony – kontynuował Tom. – Przypuszczam, że musiało być to emocjonalne następstwo mojej obecności.

- Pewnego dnia rzeczywistość rozerwie się to twoje spektakularnie wielkie ego – stwierdził Harry. – Kiedy ten dzień nadejdzie, będę się śmiał.

- Nie podoba ci się u facetów pewność siebie? – Tym razem, Tom zdecydowanie złośliwie się uśmiechał.

Harry prychnął w odpowiedzi, ponownie zerkając na swoje menu.

Zignorował zupę rybną – halibut, fuuuj – i warzywne lasagne, bo jakkolwiek by nie było ono pyszne, Tom byłby nieznośny, gdyby ponownie je zamówił.

Tym razem miał zamiar odwdzięczyć się mu. Kelnerka podeszła, uśmiechając się do nich obu.

- Cześć, jestem Lynda, będę obsługiwać was tego wieczoru. Czy mogę przyjąć wasze zamówienie?

Harry odezwał się, zanim Tom mógłby cokolwiek powiedzieć.

- Tak, dzięki, poproszę spaghetti bolognese, a dla niego kiełbaskę i purée… wiesz, to z menu dla dzieci.

Harry wysłał kelnerce spojrzenie mówiące: „Wiem! Jego gust jest tak niesamowicie dziecinny!".

Stłumił uśmieszek, widząc rozwścieczony wyraz twarzy Toma, wiedząc, że później za to zapłaci, ale nie mogąc zmusić się, aby się tym przejmować.

Zemsta była taka słodka.

Lynda wysłała Tomowi coś, co miało być najwyraźniej pocieszającym, profesjonalnym uśmiechem. Nie spodziewał się jednak odpowiedzi Toma.

Młody Czarny Pan zmrużył oczy i w bardzo teatralny sposób skrzyżował ręce, wyglądając na obrażonego.

- Och, mój boże, kochanie! Już tak długo się ze sobą umawiamy, a ty wciąż nie potrafisz zapamiętać, że jestem uczulony na ziemniaki! – wrzasnął Tom. Restauracja nieco ucichła, kiedy ludzie obrócili się, aby się im przyglądać.

Jedyne, co udało się Harry'emu zrobić, to nie gapić na niego otwarcie.

Czy Tom właśnie…? Nie mógł… Tom nie mógł zrobić tego… Mógł? Nie publicznie? Czy po prostu powinien zripostować…?

- Nie jesteś uczulony na ziemniaki! – odpowiedział automatycznie, wiedząc, że dziwaczność tej alergii tylko to wszystko pogarszała.

No bo szczerze – kto był uczulony na ziemniaki?

Kelnerka zamarła w miejscu, wyglądając na zażenowaną i w rozterce czy powinna czekać, czy sobie pójść.

- Widzisz – oznajmił Tom zjadliwym tonem. – I tu jest twój problem. Nigdy nie słuchasz niczego, co do ciebie mówię! Myślę, że lepiej wiem od ciebie, na co jestem uczulony.

Och, to było to. Grał dalej.

Pochylił się do przodu, wysyłając kelnerce przepraszające spojrzenie, pełne cierpienia, po czym odwrócił się do Toma.

- Skarbie, myślę, że jesteś nieco zdezorientowany – zaczął cierpliwym tonem, opierając rękę na ramieniu Toma. – Lubisz ziemniaki, pamiętasz? – Odwrócił się i odezwał do Lyndy przytłumionym tonem: - On jest… prostoduszny – wyjaśnił. – Zapomina takie rzeczy… to zły dzień. Bardzo przepraszam za przysporzenie kłopotu. Wydawało mi się, że czuje się o wiele lepiej… leczenie naprawdę pomagało, w przeciwnym razie nie wyprowadziłbym go na zewnątrz, naprawdę.

Starał się wyglądać tak szczerze, jak to tylko możliwe. Jego ramię paliło.

- Och, nie ma sprawy – powiedziała kelnerka, wciąż się uśmiechając. Odwróciła się do Toma, a jej głos stał się niezwykle przyjazny. – Możemy zrobić ci hot doga, jeśli wolisz, nie zawierałby ziemniaków, obiecuję.

Praktycznie był w stanie wyczuć wściekłość Toma.

- Masz bardzo ładne oczy – oznajmił nagle Tom, z tym czarującym uśmiechem na swojej twarzy.

Kelnerka wyglądała na zaskoczoną, a następnie zaczerwieniła się.

- Errr, dziękuję… To bardzo miłe z twojej strony.

- Dobrze wyglądałyby w mojej kolekcji.

Lynda zbladła.

Harry oparł się pokusie ukrycia twarzy w dłoniach. Albo zwykłego uderzenia głową w stół.


W końcu skończyli swój posiłek – Tom dostał tagliatelle** i Harry był bardziej niż zadowolony z faktu, że wychodzą oraz szczerze zaskoczony, że ich wcześniej nie wyrzucili.

Jasne, Tom nie miał dostać tagliatelli, ale biorąc pod uwagę, że cały personel, przez cały czas, bez przerwy rzucał mu litościwe, choć nieco zdenerwowane spojrzenia i zaproponował mu w drzwiach jeden z lizaków dla dzieci, to Harry uznał to w znacznym stopniu za sukces.

Nigdy wcześniej nie widział, by policzki Toma tak mocno różowiły się ze wstydu.

Dziedzic Slytherina najwyraźniej nie spodziewał się, że uda mu się wydostać z tej całej sprawy dotyczącej ich niby-związku.

- W takim razie, wracamy do Hogwatu? – zapytał wesoło Harry, uśmiechając się. Tom przyszpilił go paskudnym spojrzeniem.

- Jesteś z siebie całkowicie zadowolony, co?

- Ano – odparł prosto Harry. – A ty, ty wyglądasz na lekko naburmuszonego. Powinieneś wziąć tego lizaka.

- Powinienem – zgodził się Tom. – Mógłbym wtedy wepchnąć ci go do gardła i cię nim zadławić.

- Dławienie ludzi jest bardzo złą rzeczą – odpowiedział protekcjonalnym tonem głosu.

Przez chwilę się w siebie wpatrywali, Tom rażąco, a on z uśmieszkiem.

A następnie, zdumiewająco, niewytłumaczalnie, obaj zaczęli się śmiać. Nie był pewny dlaczego tak było. To nie było nawet zabawne, to była po prostu kolejna z ich potyczek o władzę. Może to z powodu umiejscowienia tego w niedalekim sąsiedztwie z tymi wszystkimi poważnymi dyskusjami, jakie prowadzili. Może to dlatego, że nie powinni się śmiać.

- Widziałeś jej twarz? – zapytał Harry, desperacko próbując pohamować swoją wesołość i utrzymać powagę.

Tom skinął głową, nie mogąc złapać oddechu… i w Harry'ego nagle uderzyła cudowność tej sytuacji, i chłopak zaczął zastanawiać się czy kiedykolwiek wcześniej widział Toma, śmiejącego się w taki sposób, tak otwarcie, tak bez ograniczeń.

Wątpił, aby tak było.

Jakaś dziwna część niego zastanawiała się czy Tom w ogóle był do tego zdolny. Śmiali się, dopóki nie rozbolały ich brzuchy, w końcu zmuszając ich do zaprzestania.

Usiedli, dawno już opadli na wzgórze, chcąc powstrzymać się przed przewróceniem, kiedy śmiali się do łez. Ucichli nieco.

Jego wzrok skierował się na pierścień, który wciąż znajdywał się na palcu Toma i Riddle zauważył jego spojrzenie, natychmiast zaciskając dłonie w pięści.

Harry ponownie odwrócił wzrok.

Czy można było dostać urazu kręgów szyjnych z powodu własnego wahania nastroju?

- Tom – powiedział cicho, nie zerkając w górę, nie potrzebując tego. – Jeśli uda ci się w jakiś sposób wprowadzić w życie plan, którego nie lubię, i to nie lubię do takiego stopnia, że nigdy mi o nim nie powiedziałeś, ponieważ wiedziałeś, że bym go zsabotażował, to naprawdę tak nisko o mnie myślisz, że wierzysz w to, iż po prostu poddam się jego konsekwencjom zamiast z tobą walczyć?

- Hmm, co za uparta nuta – mruknął Tom i Harry był w stanie wyczuć bacznie przyglądający mu się, palący wzrok swojego towarzysza. – Ale… myślę także, że walczyłeś przez całe swoje życie i że zaczynasz być już tym zmęczony. Zawsze znajdzie się coś, o co warto walczyć, czasem po prostu powinieneś skrócić swoje męki.

- To znaczy poddać się… Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, na jakiego hipokrytę teraz wychodzisz? Sam skróć sobie męki i daj mi ten pierścień. Bądź wolny.

- Naprawdę tego nie rozumiesz, prawda? – zapytał Tom niskim głosem, wszelkie pozostałości po śmiechu zniknęły. Harry spojrzał na niego.

- Nie rozumiem czego? – odpowiedział zażenowany.

- Nie chcę być wolny bez ciebie – syknął Tom. – Gdybym chciał, nie byłoby mnie tu.

Harry'emu zaschło w ustach.

- A jednak będziesz – powiedział z przekonaniem. – Pewnego dnia. Spojrzysz za siebie i pożałujesz tego, że związałeś się ze ścieżką, którą nie chcesz podążać…

- …i ludźmi, którzy już dawno mi się znudzili? – zażądał cicho Tom, odwracając twarz bardziej bezpośrednio w jego stronę.

- Przestań – syknął Harry. – Przestań znów zamieniać to w jakąś zastanawiającą, ckliwą rozmowę o uczuciach.

- Od kiedy którykolwiek z nas kiedykolwiek był ckliwy? – Tom uniósł brwi, wyglądając na lekko urażonego. – Jestem całkowicie pewny, że miałbym koszmary, gdyby kiedykolwiek tak się stało.

- Cóż… nie zaczynaj – powiedział ostrzegawczo. Tom przyglądał mu się stanowczo. – Daj spokój, po prostu wróćmy do Hogwartu. Nauczyciele prawdopodobnie biegają jak kot z pę…

- Powiedziałbyś, że jesteśmy sobie równi? – zapytał Tom.

Harry gwałtownie zamarł w miejscu.

- Co?

- Czy powiedziałbyś, że jesteśmy sobie równi? – powtórzył powoli Tom, ale jakimś cudem Harry'emu wciąż wydawało się, że źle usłyszał.

- Ja, cóż, z całą pewnością nigdy nie będę ci posłuszny, jeśli o to ci chodzi – oznajmił.

- Wezmę to za nie.

- Nie? – Harry zmarszczył brwi. – Właśnie powiedziałem…

- Twoje słowa oznaczają, że myślisz, iż mogę wyobrażać sobie siebie jako lepszego od ciebie i że chciałbym, byś był uległy, pochlebczy i śmierciożercowaty – wyjaśnił Tom. – Stając się tak defensywnym, właściwie odpowiedziałeś na moje pytanie. A przybrałeś taką postawę, bo nie czujesz się pewnie. A z tego wnioskuję, iż uważasz, że nie jesteśmy sobie równi.

Harry zacisnął szczękę.

- Równi nie mają prawa zmuszać siebie nawzajem do zrobienia czegoś – oświadczył mocno. Tom skinął w potwierdzeniu głową.

- Masz rację, ale my nie jesteśmy sobie równi.

Szczęka Harry'ego zacisnęła się mocniej na te słowa, a niemożliwe do wyrażenia zranienie nimi wzrosło. Oczywiście, wiedział, że Tom ma olbrzymi kompleks wyższości, ale słuchanie jak jest to potwierdzone przez wypowiedziane na głos słowa było… ałć.

Powinien rzucić jakąś dowcipną, zjadliwą uwagą, co nie?

Otworzył usta, by przemówić, tylko po to, aby jego szczęka ponownie się zacisnęła, kiedy chwyciły ją palce Riddle'a, zmuszając go do skupienia na nim swojej uwagi.

- Jednakże – kontynuował Tom – nie oznacza to, że nie powinniśmy być albo nie możemy, albo sam nie chcę, byśmy tacy byli. – Harry zmarszczył brwi pod wpływem tak gwałtownych, różnorodnych sygnałów.

Uścisk Toma wzmocnił się, powodując, że jego wzrok instynktownie skierował się z powrotem na postać Riddle'a.

- Jeśli chciałbym, abyś był względem mnie uległy, dałbym ci zwyczajny Mroczny Znak.

Harry przez chwile gapił się na niego.

- Co?

- Inteligentne – skomentował cicho Tom. Potter skrzywił się. – Harry, nie jesteśmy sobie równi, ponieważ sam to powstrzymujesz. Jak już wcześniej obaj zauważyliśmy, jestem psychopatą i jestem bezwzględny, a również całkowicie egoistyczny. Nie mam zamiaru się dla ciebie spowalniać.

To była najbardziej upokarzająca rozmowa, jaką kiedykolwiek prowadzili. Czy tym odwdzięczał mu się za to, co stało się w restauracji?

- Nie oczekiwałbym tego po tobie… – zaczął z zapałem.

- …a, szczerze mówiąc, radzisz sobie całkiem dobrze, biorąc pod uwagę, że zawsze wykorzystywałeś zaledwie połowę swoich możliwości – kontynuował Tom, po raz kolejny wcinając mu się w słowo.

- Wcale nie wykorzystywałem jedynie połowy swoich możliwości… - zaczął Harry, nieznacznie zbulwersowany i… nie martwiąc się o reakcję Toma na fakt, że naprawdę w ich „grze" wykorzystywał wszystkie swoje możliwości.

Ręką ściskającą jego szczękę Ślizgon poklepał niecierpliwie jego wargę. W tłumaczeniu na język Toma: zamknij się i przestań mi przerywać.

Harry delikatnie próbował wyszarpnąć swoją głowę.

- Owszem, wykorzystujesz – powiedział spokojnie Tom. – Nie zauważyłeś, że zazwyczaj, kiedy godzisz się na ustępstwa, które, powiedzmy, dają mi ogromne ilości władzy nad tobą – na przykład znak – robisz to dlatego, że nie walczysz wtedy o siebie, a walczysz ze mną w imię innych ludzi, takich jak twój ojciec chrzestny albo twoi przyjaciele, albo ktokolwiek inny? A ja, samolubny drań, nie walczę dla nikogo innego prócz samego siebie. Odruchową wadą u ciebie jest to, że natychmiast stajesz się wtedy bardziej ustępliwy niż normalnie jesteś.

- Dlaczego mi to mówisz? – zapytał ostrożnie Harry.

- Ponieważ dzięki temu, że mogę grać z tobą w tę grę, jesteś najzabawniejszą rzeczą, jaka mnie spotkała – oświadczył stanowczo Tom. – Większość ludzi gra przeciwko mnie zespołowo, a udaje im się to o wiele gorzej niż tobie… wykorzystującemu zaledwie połowę swoich możliwości.

- Tak więc twierdzisz, że bylibyśmy sobie równi, gdybym przyspieszył i zaczął grać na miarę swoich możliwości? – zakwestionował Harry. Czy ta rozmowa była tak samo surrealistyczna na zewnątrz jego głowy, jak czuł, że jest wewnątrz niej?

- Tak – odpowiedział spokojnie Tom, uwalniając go i robiąc krok do tyłu, przyglądając mu się. – A biorąc pod uwagę, że jestem genialny… - Po raz kolejny Harry zirytował się niemal oksymoronicznym brakiem arogancji czy przechwalania się w tym stwierdzeniu. - …to nie mam w zwyczaju posiadania równych sobie ludzi. Tak naprawdę nie mam takich. Mam popleczników. Pan i niewolnicy, i tak dalej…

Tom wyjął talię kart do gry, świstoklik, wyciągając go w jego kierunku.

- Tak więc, w sumie nie zamierzam nudzić się w najbliższym czasie. Wybacz, że cię tym rozczaruję, Złoty Chłopcze.


Cygnus zwijał się z zazdrości, patrząc na ich dwójkę. Od czasu Nowego Roku, Tom nic do niego nie mówił ani na niego nie patrzył.

Nawet go nie torturował!

Może jego obsesja na punkcie Pottera zaczynała słabnąć? Jednak zdecydowanie tak nie było.

Po prostu było tak, jakby on, on sam, w ogóle nie istniał już dłużej w świecie Toma. To… nie podobało mu się.

Z całą pewnością chłopak ostygł już po tym całym wydarzeniu? W końcu Potter nie był martwy. Jego palce zacisnęły się drżąco na rękawach jego koszuli.

Ranga jego stopnia obniżyła się i siedział teraz przy końcu stołu, w miejscu, w którym żaden Ślizgon nie miał ochoty z nim rozmawiać. Nawet pierwszoroczniacy go ignorowali – a to wszystko z powodu Pottera.

Idealnego Pottera. Szczerze powiedziawszy, nie sądził, by mógł bardziej nienawidzić tego chłopca.

Tak, najwidoczniej powinien poświęcać samego siebie i „och, nie będę nigdzie w twojej obecności", czy tam zachowywać się w jakiś równie idiotyczny sposób, ale było to całkowicie popieprzone.

Oczywiście wiedział, że Tom nigdy by na to nie pozwolił, było to po prostu żałosne błaganie o poświęcenie mu jakiejkolwiek uwagi.

Ale Tom nabrał się na to! Naprawdę myślał, że Potter da się wysadzić w nieistnienie. Chłopiec miał kompleks bohatera, ale nie był on aż tak wielki.

Lestrange zacisnął z irytacją usta.

Również Dumbledore całkowicie go ignorował, teraz, kiedy znów pracował ze swoim cennym Złotym Chłopcem.

Miał dość bycia pokonywanym przez tego zarozumiałego Gryfona.

Założył, że Tom zwróciłby na niego uwagę, gdyby ponownie zrobił coś Potterowi, a jego Pan nie mógłby go zabić, bo to zupełnie zniszczyłoby oś czasu… cóż, albo przynajmniej jego Pan powiedział, że taki właśnie był tego powód.

Obaj wiedzieli, że naprawdę było tak dlatego, że jego Pan próbował dać mu do zrozumienia, iż wciąż pragnie, by pozostał w pobliżu; to była zdrowo myśląca, niesplamiona Potterem część Toma, błagająca go o pomoc.

Kim był, aby jej nie wysłuchać?

Spojrzał na spoczywający przed nim list, zapisany pajęczymi literami:

Cygnusie, stary przyjacielu. Chciałbyś wspomóc mnie w próbach pozbycia się Pottera raz na zawsze? Upewnij się, że chłopiec – anonimowo - otrzyma to, co dołączone zostało do listu, a zostaniesz nagrodzony. Oczekuję sowy od ciebie. LV.

Odwrócił w dłoniach urządzenie, nieznacznie urażony, że wszystko znowu skupia się na Potterze, ale wiedząc, iż gust Czarnego Pana był o wiele lepszy.

„Stary przyjacielu"…

Ślizgoński Duet nie będzie nawet wiedzieć, co w niego uderzyło.


* bajronowski bohater – nazwa pochodząca od nazwiska romantycznego poety George'a Byrona, oznaczająca postać cechującą się między innymi skłonnością do buntu przeciwko utartym schematom, wyobcowaniem od społeczeństwa, niezwykłym indywidualizmem, dwuznacznością moralną, skłonnością do zemsty i otoczona aurą tajemniczości.

** tagliatelle – typowy włoski makaron w kształcie długich, płaskich wstążek o różnych grubościach i rozmiarach.