Rozdział zbetowany przez Himitsu - dziękuję!
Cookies. Alice, jest to postać pojawiająca się tylko raz, więc ta niechęć do niej nie będzie ci już przeszkadzać ;). Cieszę się, że również i tobie spodobał się ten rozdział. Tom rumieniący się w czasie, kiedy ktoś zachowuje się względem niego jak dziecko i proponuje mu lizaka z całą pewnością jest czymś, co nie spotyka się zbyt często :). Co do tej "nierówności", to Tomowi chodziło o momenty, w których Harry ustępował: Znak dla Syriusza, na przykład. To bardziej tak, że oni są sobie równi, tyle, że Harry się spowalnia, interesuje losem innych, przez co zostaje w tyle za Tomem i, w związku z czym, równy z nim do końca nie jest... Cygnus jest postacią, która żyje we własnym świecie i na ten świat spogląda ze swojej własnej perspektywy... Ale zgadzam się, z Cygnusem i Voldemortem trafiłaś idealnie ;). W tym tygodniu rozdziały będą nieco spokojniejsze, ale mam nadzieję, że i tak ci się spodobają :). Mangha, nie ma sprawy, doskonale rozumiem i cieszę się po prostu, że komentujesz teraz :). A stwierdzenie o urokliwości ich wspólnego trzymania się za ręce jest całkowicie zrozumiałe :). Oj, mam ochotę schować się pod ziemię za ten błąd, bezczelny i tak prosty, że nie wiem, jakim cudem mogłam nie zwrócić na niego uwagę... och, coś mi mówi, że moje policzki są teraz równie czerwone jak te, które miał ostatnio Tom ;). Ale, oczywiście, dobrze, że zwróciłaś na niego uwagę :). Bardzo się cieszę, że spodobała ci się scena w restauracji - chociaż podejrzewam, że to wstydzenie się za bohatera mogło być nieco problematyczne, zwłaszcza, że obaj mieli ku temu powody ;). Pomysł z wysłaniem wszystkich do psychiatryka genialny - dlaczego nikt jeszcze na niego nie wpadł, toż to genialny sposób na zakończenie wojny! Myślę, że można by jeszcze wysłać tam Hermionę, z powodu tych całych skrzatów i nadmiernej manii pod względem nauki ;). Już sam Tom z niewinnym, dziecinnym uśmieszkiem jest wart uwagi, a kiedy wypowiada takie słowa - masz rację, po prostu bomba ;). Co do fragmentu - jak o mnie chodzi, to myślę, że chodzi w nim o to, że Tom nie zamierza porzucić swojego planu. Poza tym zamierza ciągnąć swoje gierki, ba!, nawet je przyśpieszyć, nie czekając na Harry'ego, wiedząc, że ten będzie mógł za nim nadążyć. Harry, po tak ważnej i poważnej rozmowie, wchodzi w relacjach z Tomem w pewnym sensie na kolejny poziom - na którym Tom staje się bardziej bezwzględny. Pozostanie w tyle nie znaczy odejścia Harry'ego, tylko jego mniejszy wpływ na wydarzenia, które się dzieją. Harry będący na równi z Tomem to Harry, który potrafi walczyć o swoje racje, kombinować i dążyć bezwzględnie do swojego planu. Jeżeli Harry pozostanie w tyle za Tomem, nie będzie w stanie za nim nadążyć, nadążyć za jego tokiem myślenia i realizacją planów, to Tom nie będzie miał na swojej drodze żadnej przeszkody, która powstrzymywałaby go przed osiągnięciem tego, co chce osiągnąć. Być na równi z Tomem oznacza móc wpływać na jego decyzje :). Długość komentarza wcale, ale to wcale mi nie przeszkadzała, właściwie to bardzo ucieszyłam się z tego, że tak wiele miałaś do powiedzenia. Co do pytań retorycznych, to, cóż, z samej ich natury nie będę na nie odpowiadała ;). Bardzo się cieszę, że zaczęłaś "Death of Today" i oczywiście czekam na twoje opinie na jego temat ;). Pierwsze rozdziały rzeczywiście są nieco mozolne, ale myślę, że później powinno być już ciekawiej ;). Zetsubou Hime, oczywiście masz do tego prawo i chociaż nie mogę powiedzieć, że ta postać nie wzbudza u mnie negatywnych emocji, to absolutnie nie mam nic przeciwko twojej tolerancji względem niego :). Bardzo się cieszę, oczywiście, że tak bardzo spodobała ci się sytuacja w restauracji - i twojej mamie ;). Nie ma sprawy, doskonale rozumiem brak czasu, ale cieszę się, że wciąż czytasz i raz na jakiś czas pojawiasz się z jakimś wspaniałym komentarzem :). Malwina, dokładnie - szczególnie sytuacja w restauracji jest taka odrealniona ;). Och, a ty nie kolekcjonujesz oczu? No wiesz, przecież to takie zwyczajne ;)... Oczywiście nie powiem, co dokładnie - i czy w ogóle - zmieni się po tej rozmowie, ale z całą pewnością wszelkie zmiany nie będą łatwe... chociaż niedługo wywoła ona u Harry'ego pewien mały (ale taki naprawdę mały) pomysł ;). To wszystko nie jest aż takie skomplikowane, w każdym razie wszystko w końcu - jakimś cudem - zejdzie się w jedno... Przesyłka Voldemorta, a, niech zdradzę, co mi tam, pojawi się w kolejnym rozdziale :). No i cieszę się, że podobał ci się śmiech Toma i w ogóle ukazanie jego postaci z takiej perspektywy :). Evolution, cieszę się, że podobał ci się ten rozdział i że mój gust jest chociaż trochę podobny do twojego :). I oczywiście czuję się dumna w imieniu swoim i autorki za to, że udało nam się rozśmieszyć ciebie, chociaż, jak sądzisz, nie jest to takie proste ;). Tom nie mógł w żaden sposób zareagować zbyt brutalnie, gdyż był w otoczeniu mugoli, a sam w sobie, myślę, że był nieco zdziwiony tym, w jaki sposób Harry'emu udało się wyjść z tej całej sytuacji - i to jeszcze jego kosztem! :) A skrzywdzenie Harry'ego przez Toma jest - mimo faktu, jak to dziwacznie brzmi - raczej mało możliwie (proszę wziąć te słowa z przymrużeniem oka i bez jakichkolwiek spekulacji względem dalszych zachowań ten dwójki, mówiąc to patrzę jedynie na opublikowane już rozdziały i w żaden sposób nie chcę insynuować tego, co stanie się później ;)). Dobrze jest w końcu widzieć, jak to Harry wygrywa, co? ;) No i tak, oczywiście "skarbie" - cieszę się, że je zauważyłaś... I bardzo się cieszę, że spodobał ci się Tom w takiej sytuacji. I jego na tą sytuację reakcja. :) I właśnie dlatego ten nietomowaty, jak to stwierdziłaś, cytat przytoczony przez ciebie jest taki uroczy - bo nikt nie przywykł do tego, że takie słowa wychodzą z ust Toma. Chociaż, z drugiej strony... to właśnie Tom jest tym, który bardziej bezpośrednio mówi o ich relacji, czyż nie? :) Harry, oczywiście, speszył się i spróbował powstrzymać Toma od wyznania swoich uczuć - myślę, że chłopak się ich po prostu boi... Ale jak najbardziej dopisuję się do tego wstrząśnięcia Harrym. Do slashowatej relacji między Harrym a Tomem się nie odnoszę, bo trudno stwierdzić, czy lepiej byłoby, gdyby ona tutaj była, czy może lepiej jest tak, jak jest teraz, jakby "na granicy', jeżeli wiesz, o co mi chodzi ;). Doskonale powiedziane - właśnie, mamy tutaj opinię Toma, naszego kochanego psychopaty, on nie może być obiektywny. Po prostu... przedstawia świat takim, jakim jest on w jego oczach. Co do pytania, które miałaś wspólne z Manghą - odpowiedziałam w odpowiedzi do niej, proszę, zerknij tam, nie chcę znów tego przepisywać, bo coś mi mówi, że dzisiejsze odpowiedzi na komentarze i tak się już zbytnio rozrosły... Długość twojego komentarza mi ani trochę nie przeszkadzała, a tylko świadczyła o tym, jak wiele masz do powiedzenia :). Tak, uważam, że prezent jest dziwny, ale genialny - nietypowy jak na Czarnego Pana, ale naprawdę... genialny :). Nie wiem, jak opisać to bez zdradzania tego, czym to jest... Jousette, co do planu Toma i planu Harry'ego oraz tego, który z nich osobiście uważam za lepszy, to się na razie wypowiadać nie będę. Chociaż rozumiem to, dlaczego możesz za lepszy uważać ten o Toma. Bo, oczywistym jest, oba plany mają swoje złe i dobre strony, jedyne, co trzeba wziąć pod uwagę to, którego z nich złe strony będą mniejszym złem :). I cieszę się, że spodobała ci się scena w restauracji, bo również niesamowicie ją uwielbiam :). Veritaseria, nic nie szkodzi, cieszę się, że teraz komentujesz :). I także cieszę się, że również i tobie spodobał się ten rozdział oraz z faktu, że udało mi się wywołać u ciebie rozbawienie (sukces!) :). Rozmowy Toma i Harry'ego nie zawsze można zrozumieć od razu, ale, tak jak powiedziałaś, większość z niej jest wytłumaczona w kolejnym rozdziale - a do tego dodam, że o resztę zawsze można się mnie zapytać. I tak, rozumiem, co masz na myśli mówiąc o chińskim ;). Śmierciożercy jeszcze będą, Cygnus oczywiście też, Voldemort... Właściwie Voldemort będzie dość niedługo :). I, jak dobrze zgadłaś, nie, nie powiem ci, czy powinnaś bać się zakończenia i czy skończy się ono tym, że Tom weźmie Harry'ego do swoich czasów - nie powiem też, czy jest to najgorsze, czego powinnaś sie bać ;). I jak w ogóle zakończenie może wyglądać... :)
Rozpisałam się tak bardzo, że już nie chcę zbytnio przeciągać tej swojej mowy przed rozdziałem. Po prostu wiedzcie, że z całego serca dziękuję wam za te wspaniałe komentarze, w których z taką energią dzielicie się ze mną swoimi przemyśleniami i które wywołują u mnie taki napływ energii, że chyba mogłabym zasilić nią całe miasto ;). Dziękuję wam!
W dzisiejszym rozdziale wykorzystane zostały fragmenty z książki „Harry Potter i Książę Półkrwi" autorstwa JK Rowling i tłumaczenia Andrzeja Polkowskiego.
Ulubieniec Losu
Rozdział sto trzynasty
Harry siłą zaciągnął Toma do gabinetu dyrektora.
Skoro jego ruch ograniczony był do dziesięciu metrów od miejsca, do którego udał się Tom, w takim razie musiał po prostu zmusić go, by poszedł tam, gdzie chciał, by poszedł, prawda?
Nie udało mu się jeszcze odebrać Tomowi pierścienia, pomimo tego, że próbował zrobić to już kilka razy – wywołując przezabawne zdziwienie i przerażenie u Ślizgonów – ale pracował nad tym. Pierścień nie był teraz dla niego najważniejszy, ale lepiej było, by Tom myślał, że skoncentrowany był na dążeniu do tylko tego jedynego celu.
Pomimo oporu, a nawet gróźb Toma, doszli do gabinetu dyrektora. Harry nie rozluźnił uścisku, jakim trzymał jego koszulę, z zadowoleniem stwierdzając, że kiedy Tom walczył czysto, byli niemal sobie równi… przypuszczał, że właśnie to Tom miał na myśli.
Zawsze byli sobie równi, kiedy obaj grali całkowicie skupieni na tym, aby wygrać, gdy byli bezlitośni i nie zawracali sobie głowy innymi graczami. Dumbledore zastygł w bezruchu, kiedy weszli, prostując się jak deska, spoglądając na nich.
- Harry… Panie Riddle – przywitał, obserwując dziedzica Slytherina z nieczytelnym, aczkolwiek ostrożnym wyrazem twarzy. Harry zauważył, że jego wzrok zatrzymał się na pierścieniu.
Tom natomiast tylko wpatrywał się w niego chłodno; całkowicie oczywiste było, że nie ma ochoty tutaj być i nie zawracał sobie głowy tym, by ukryć to za swoją maską.
- Po prostu go ignoruj, profesorze – powiedział radośnie Harry. – Ja tak robię.
Dumbledore przez chwilę przyglądał się im, wyglądając na nieco zaniepokojonego i zastanawiającego się nad tym, co może teraz zrobić oraz jakie wypowiedzieć słowa. W końcu dyrektor jedynie skinął głową w kierunku znanej mu już myślodsiewni.
- Są w niej dwa nowe wspomnienia. Ja… szczegółowo omówię je z tobą w późniejszym terminie.
- Ależ proszę bardzo – odezwał się beztrosko Tom, uśmiechając się niebezpiecznie – nie ograniczaj się jedynie z powodu mojej obecności. Wiesz, że uczę Harry'ego oklumencji, prawda, profesorze? – Tom przerwał na chwilę, przechylając głowę. – A może nie ufasz ocenie Harry'ego w sprawie przyprowadzenia mnie tutaj?
- Coś mi mówi, że nie miał zbyt wielkiego wyboru – odparł Dumbledore, a jego uśmiech stał się zimny. – W ubiegłym tygodniu wasza dwójka trzymała się bardzo blisko siebie.
- Bardzo – wycedził Tom, uśmiechając się. Harry przewrócił oczami.
- Czy wasza dwójka może rozstrzygnąć tę pieprzoną wymianę zdań kiedyś, kiedy nie będzie marnować mi tym czasu? Mam dość napięty harmonogram.
Odwrócili się, spoglądając na niego. Uniósł brwi.
- Rób swoje, dyrektorze, w tym momencie nie robi to zbyt wielkiej różnicy.
Nie, to nie było ani trochę gorzkie. Dumbledore odchrząknął, wysyłając Tomowi złe spojrzenie, które naprawdę nie powinno tak bardzo go rozbawić.
- Ze względu na wasz czas, szybko poinformuję cię więc o kilku najbardziej istotnych szczegółach dotyczących ostatnich lat Toma Riddle'a w Hogwarcie. Dotarł on do siódmej klasy, otrzymując, jak bez wątpienia łatwo możesz się domyślić, najwyższe stopnie na każdym egzaminie. Jego koledzy i koleżanki zastanawiali się jaki zawód powinien wybrać, by kontynuować tak wspaniale rozpoczętą karierę i niemal wszyscy oczekiwali, że pan Riddle wybierze coś spektakularnego.
Tom wyglądał na niesamowicie z siebie zadowolonego i Harry wysłał mu ostre spojrzenie.
- Z oczywistych względów nie będę wdawać się w szczegóły – kontynuował z napięciem Dumbledore. – Jednakże, pan Riddle odrzucił wszystkie oferowane mu propozycje pracy i wkrótce dowiedzieliśmy się, że pracuje u Borgina i Burkesa.
Harry oparł się pokusie powtórzenia na głos nazwy sklepu, zszokowany, powstrzymując swoje zdziwienie i był bardzo, bardzo zaskoczony. Tom… pracował w sklepie?
Obsługując klientów?
Wysłał Riddle'owi zdezorientowane spojrzenie, po czym zmarszczył brwi, pogrążając się w zamyśleniu z powodu wyzywającego wyrazu twarzy, jakim odpowiedział mu Tom.
Pomyślał szybko, szukając jakiegoś uzasadnienia, po czym w sekundzie, w której odsunął od siebie swoje początkowe zaskoczenie, odpowiedź wpadła mu do głowy i zacisnął szczękę.
- Horkruksy? – dopytywał się, nie będąc pewnym, do którego ze swoich towarzyszy kierował to pytanie.
- Wierzę, że tak – powiedział Dumbledore, ostentacyjnie nie patrząc w stronę młodego Czarnego Pana, który przechadzał się po gabinecie, z nonszalancją przyglądając się znajdującym się w nim obiektom. – Jednakże, pierwszą posadą, o jaką się starał, było stanowisko hogwarckiego nauczyciela.
Tym razem Harry nie musiał prosić o wyjaśnienie i brwi dyrektora zmarszczyły się na ten brak, najwyraźniej oczekiwanego, komentarza.
Hogwart był jego domem i skrywał wiele tajemnic. Jako nauczyciel, Tom byłby również w stanie wciąż wpływać na innych ludzi, rekrutować ich.
Nie, doskonale wiedział, dlaczego Tom mógłby chcieć tu zostać.
Ruchy Toma zwolniły się nieznacznie, ale nie zatrzymały całkowicie. Na jakkolwiek obojętnego wyglądał z boku, Harry wiedział, że poświęcał tej rozmowie szczególną uwagę. Wpadła mu do głowy pewna myśl.
- Jesteśmy małostkowi? – skierował się do Toma, po raz kolejny podnosząc brwi.
Jeśli Tom miałby zostać nauczycielem, uczyłby Obrony Przed Czarną Magią, a ta posada została przeklęta; z czego wynika, iż Tom przeklął stanowisko nauczyciela tego przedmiotu dlatego, że sam go nie otrzymał.
- Nie sądzisz, że byłbym dobrym nauczycielem? – Tom uśmiechnął się złośliwie w odpowiedzi. – Nie zapominaj kto cię teraz uczy, kochanie.
- Co nie wyklucza tego, że jesteś małostkowy – kłócił się Harry. – A poza tym, jedynym powodem, dla którego ty musiałeś mnie czegokolwiek uczyć jest fakt, że przekląłeś to stanowisko, sprawiając, iż prawie wszyscy nauczyciele, którzy się go w moim czasie podejmują, są niekompetentni!
- Szczegóły. – Tom machnął lekceważąco ręką. – Poza tym myślałem, że nie lubisz myśleć o mnie jako o tej samej osobie, co mój starszy odpowiednik… zobaczmy… mieliśmy zaprzeczenie, złość, targowanie się… mogłeś płakać w nocy w poduszkę, nie jestem pewien… tak więc, to może być… akceptacja*?
- Errr, nie – stwierdził stanowczo Harry. – I skierowałem to do ciebie, bo jest to coś, co byś zrobił, a nie ma wokół mnie Voldemorta, bym to jemu mógł rzucić ten komentarz.
- Chodzi o to… - ponownie kontynuował stanowczo Dumbledore, najwyraźniej decydując, że najlepszym rozwiązaniem było zignorowanie osoby, z którą rozmawiał Potter, a przynajmniej na razie i do pewnego stopnia. - … że Tom Riddle podjął pracę u Borgina i Burkesa, w której awansował z roli zwykłego subiekta do bardziej…. wyspecjalizowanej pozycji i wkrótce zaczął zajmować się sprawami, z którymi można spotkać się tylko w takim miejsku jak sklep Borgina i Burkesa, specjalizującym się w przedmiotach o niezwykłych i groźnych właściwościach. Pan Riddle był wysyłany, by namawiać ludzi do pozbycia się swoich skarbów, a wszystko wskazuje na to, że był w tym naprawdę dobry.
Tom po raz kolejny wyglądał na zadowolonego z siebie. Dumbledore skinął Harry'emu w kierunku myślodsiewni.
- Zawiera jedno z takich wspomnień.
Zanurzył się w niej.
Harry wylądował samotnie - na to wyglądało, że Dumbledore został w gabinecie z Tomem i, o bogowie, ta dwójka pozostała w nim sama bez mediatora… - przed wyjątkowo grubą starszą panią w wymyślnej rudej peruce i Umbridge'owskich różowych szatach, co powodowało, że przywodziła na myśl roztopiony, polukrowany tort.
Wpatrywała się w małe, ozdobione drogimi klejnotami lusterko oraz pudrowała różem już i tak czerwone policzki. Malutki, pomarszczony, stary skrzat domowy wciskał jej pulchne stopy w ciasne, satynowe pantofle.
- Pospiesz się, Bujdko – rzuciła niecierpliwie kobieta. – Powiedział, że będzie o czwartej, to już za parę minut, a on nigdy się nie spóźnia!
Po bezpośrednim pierwszym wrażeniu Harry nie mógł stwierdzić, by ją zbytnio lubił. Kobieta odłożyła puszek, a skrzatka wyprostowała się.
- Jak wyglądam? – zapytała kobieta, przeglądając się w lusterku pod różnymi kątami.
- Przepięknie, proszę pani – pisnęła Bujdka. Harry psychicznie odpowiedział gromkie „okropnie".
Pani i jej skrzatka podskoczyły, kiedy rozległ się dzwonek.
- Szybko, szybko, on już jest, Bujdko!
Harry czuł, jak ogarnia go niechciana fascynacja, ciekawość, na którą naprawdę nie powinien zwracać takiej uwagi.
Jak tym razem wyglądać będzie Tom? Na swój okropny sposób bardzo interesujące było porównywanie różnych Riddle'ów, granicy między Tomem a Voldemortem.
Skrzatka po kilku minutach wróciła do zagraconego pokoju i Harry wciągnął powietrze, ku swojemu zażenowaniu, kiedy weszła postać.
Tom… A właściwie Voldemort, jak przypuszczał, ubrany był w czarny garnitur, włosy miał nieco dłuższe niż te, do których przywykł Harry, a jego policzki były zapadnięte.
To wszystko wcale go nie szpeciło, wyglądał jeszcze… przystojniej niż dawniej.
Bo Tom był przystojny, wiedział o tym, po prostu nie lubił przyznawać się do tego, nawet we względnie bezpiecznych zakamarkach własnego umysłu, ponieważ czuł się, jak gdyby wszyscy, którzy myśleli, że są parą albo mają na siebie ochotę, mieli to odkryć i używać jako dowodu.
Mógł być świadom tego, że Tom jest przystojniejszy od większości ludzi, nie mając przy okazji na niego ochoty, prawda?
Harry mimowolnie zastanawiał się, czy zapadnięte policzki były efektem dorastania czy horkruksów.
Tom lawirował pewnie między meblami z gracją kogoś, kto odwiedzał ten dom już wiele razy. Skłonił się (!) nisko nad pulchną rączką kobiety, muskając ją ustami. Harry zmarszczył nos.
- Przyniosłem pani kwiaty – rzekł cicho Tom, wyciągając ku niej bukiet róż, który pojawił się w jego dłoni nie wiadomo skąd. Wyczarowany, prawdopodobnie. Kulturalny. Bardzo kulturalny. Fuj.
- Och, ty niegrzeczny chłopcze, nie powinieneś! – pisnęła starsza pani, chociaż Harry zauważył, że na najbliższym stoliku stał przygotowany pusty wazon. – Rozpuszczasz starszą panią, Tom… Siadaj, siadaj… Gdzie jest Bujdka… ach…
Scena przebiegała dalej w podobnym stylu, Tom zapytał o jakąś wykutą przez gobliny zbroję.
A następnie kobieta zaczęła mówić o tajemnicach i Harry nagle zaczął martwić się o jej los.
Jasne, była trochę… bezkrytyczna, ale Harry nie chciał, by stała jej się krzywda tylko dlatego, że była na tyle głupia, by zaufać Riddle'owi.
- Chętnie ujrzę wszystko, co mi pani Chefsiba pokaże – Tom… Voldemort, Voldemort, powiedział tym samym, cichym głosem.
Musiał przestać myśleć o którejkolwiek z tych wersji jako o Tomie, to była śliska sprawa i do tego taka, w której pułapkę nie miał ochoty wpaść.
Przynajmniej poznał imię kobiety. Chefsiba.
Skrzatka natychmiast wróciła z dwoma pudełkami i jakoś instynktownie Harry wiedział, że ich zawartość stanie się horkruksami.
Ale którymi?
Sądząc po wieku Toma, jeden z nich mógłby być Marvolem… medalion, przynajmniej biorąc pod uwagę to, co Marvolo mu powiedział.
Harry wychylił się do przodu, stając obok Toma i gdzieś w oddali zauważając, jak dziwnie się czuł, kiedy Tom się automatycznie… nie poruszył.
Nie zauważył tego, zanim przestało się to dziać z powodu tego, że znajdywał się we wspomnieniu, albo zanim w ogóle ktokolwiek to zauważył… ale kiedy zbliżali się do siebie, obaj w pewnym sensie poruszali się, orbitowali wokół siebie lub robili cokolwiek tam podobnego. Próbował nie czuć się zakłopotany, wiedząc, że był niewidzialny, że naprawdę go tam nie było.
- Ciekawa jestem, Tom, czy wiesz, co to jest. Weź to do ręki i dobrze się przyjrzyj! – wyszeptała Chefsiba.
Tom… Znów to robi! Voldemort wyjął czarkę z wyściełanego jedwabiem zagłębienia, obserwując ją uważnie, Harry'emu wydawało się, że dostrzegł czerwony błysk w oczach T… Voldemorta.
- Borsuk – mruknął Voldemort, przyglądając się grawerunkowi tym samym wygłodniałym błyskiem, który już tak wiele razy wcześniej widział na jego twarzy Harry. – A więc to należało…
- Do Helgi Hufflepuff, jak sam dobrze wiesz, ty spryciarzu! – Chefisba wychyliła się do niego, szczypiąc Toma w policzek. Harry zastanawiał się czy była tam w ogóle jakakolwiek skóra, którą mogła uszczypnąć.
Szczebiocząc chaotycznie o pochodzeniu swojej rodziny, po chwili wzięła czarkę z rąk Voldemorta i złożyła ją z powrotem w pudełku, zbyt skupiona na tej czynności, by dostrzec cień, który przemknął przez twarz T… Voldemorta, gdy odebrała mu naczynie.
Z całą pewnością był to Voldemort… i być może kilka horkruksów?
Chociaż Tom miał wybuchy emocji i dość spore wahania nastroju, Harry wiedział, że był w pełni zdolny do ukrycia ich, kiedy tego chciał, a w sytuacji takiej jak ta Tom chciał grać swoją rolę idealnie, bez żadnych pomyłek. Dlatego też jego emocje musiały być teraz nieco niestabilne.
Zabił już swoją rodzinę, tak więc… miał już może z dwa horkruksy?
Pierścień i dziennik.
A następnymi będą medalion i… puchar? Zakładając, że Harry był siódmym, na co wzdrygnął się, istniały jeszcze dwa, które musiał odkryć.
Błysk złota sprawił, że wzrok Harry'ego ponownie zwrócił się na toczącą przed nim scenę.
Medalion. Marvolo… tyle, że nie był to jeszcze Marvolo… i od kiedy w ogóle automatycznie mówi na ten horkruks Marvolo?
Tym razem Voldemort sięgnął po medalion bez zaproszenia i podniósł go do światła, aby przyjrzeć mu się z bliska.
- Znak Slytherina – oświadczył i Harry zastanawiał się jak różna mogłaby być jego reakcja, gdyby Voldemort pamiętał reakcję Toma na tego horkruksa. I reakcję Harry'ego.
- W rzeczy samej! - zapiszczała Chefsiba. – Kosztowało mnie to fortunę, ale nie mogłam się oprzeć, to prawdziwy skarb, musiałam go mieć w swojej kolekcji. Burkes kupił to od jakiejś łachmaniarki, która chyba to komuś ukradła, ale nie miała pojęcia, ile to jest warte…
W oczach Voldemorta zapalił się czerwony błysk, a knykcie jego zaciśniętych na łańcuszku od medalionu palców pobielały.
Co dziwne, chociaż taka reakcja powinna upewnić go, że stojący przed nim mężczyzna jest Czarnym Panem, to raczej bardziej przypomniała mu Toma, ponieważ w taki właśnie sposób reagował on na Merope.
Ta łachmaniarka była jego matką.
Skrzywił się, nagle nie będąc do końca pewnym, czy chce być tego świadkiem albo czy był na tyle cielesny, na tyle prawdziwy, by powiedzieć coś do tego pół-Voldemorta, pół-Toma… ponieważ znajdujący się przed nim mężczyzna zmieniał się to w Toma, to w Mrocznego Lorda, odkąd wszedł, prawda?
Nie był do końca Voldemortem, nie był Voldemortem, którego znał, ale nie był także Tomem. Był czymś pomiędzy nimi dwoma.
W międzyczasie nieświadoma niczego Chefsiba ględziła dalej i Harry mógł się już domyśleć, że nie skończy się to miłym i prostym rabunkiem.
- Bo wydawało mi się… ale to pewnie gra światła… - powiedziała niepewnie Chefsiba.
Harry zgadywał, że dostrzegła, po raz pierwszy i prawdopodobnie ostatni, ów czerwony błysk w tych tak znajomych, a zarazem nieznanych mu oczach.
W następnej sekundzie znalazł się z powrotem w gabinecie.
Kiedy Harry zniknął w myślodsiewni, Tom ostrożnie zaczął obserwować starca. Nie pałał sympatią do dyrektora/nauczyciela transmutacji i obaj o tym wiedzieli. Wiedział także, że również i Dumbledore nie czuł do niego pozytywnych uczuć.
- Posiadasz interesujący pierścień – powiedział lekko Dumbledore. W odpowiedzi na jego twarzy pojawił się uśmieszek, a jego wzrok spoczął na różdżce profesora.
- Urocza różdżka… zmieniła się od czasu, kiedy ostatnim razem ją widziałem, prawda? Jest teraz czarniejsza, czyż nie?
- Nie wiem do czego zmierzasz… – Twarz mężczyzny stała się chłodniejsza i wściekła. - … ale nie powinieneś mieszać w to Harry'ego, on jest…
- Tylko chłopcem? Nie jest dla mnie ważny? Nieprawdziwe w obu przypadkach, dyrektorze.
Jasny Lord wyglądał, jak gdyby walczył z pokusą użycia na nim swojej Czarnej Różdżki, ale Tom wiedział, że ostatecznie tego nie zrobi. Dumbledore wtrącał się w wiele spraw, ale czas nie był jedną z nich.
- Czego od niego chcesz? – zażądał odpowiedzi starzec.
Tom roześmiał się, a dźwięk ten nie miał w sobie ani odrobiny ciepła, nie takiego, jak przy Harrym, zaledwie kilka dni wcześniej, ale nie udzielił mu odpowiedzi, wiedząc, że to tylko jeszcze bardziej rozwścieczy dyrektora.
Dumbledore wydawał się zmienić taktykę.
- Jeśli, tak jak twierdzisz, zależy ci na nim, zostaw go w spokoju. Zawsze w końcu niszczysz swoje zabawki, Tom, wiesz o tym.
Gniew rozpalił się do białości w jego żołądku, ale nie ukazał tego na swojej twarzy, zastępując to wyrazem zamyślenia.
- Zależy mi na nim? Słyszałem, że toczy się o tym niezła debata… Czy to miłość? Zwykła obsesja? A może trochę obu? Wykorzystanie okazji do ukradnięcia twojego pionka i stworzenie z niego królowej** stojącej po mojej stronie? Albo raczej księcia, bo o ile mi wiadomo, z całą pewnością Harry jest mężczyzną… - Tom wzruszył niedbale ramionami. – Chyba będziesz musiał wytrzymać w niepewności.
- Oczywiście, że w ogóle ci na nim nie zależy – powiedział Dumbledore powściągliwym tonem.
Nie potrafiąc się powstrzymać, zamrugał z zaskoczenia.
- Och, no nie wiem – wycedził. – Harry świetnie całuje. Być może go sobie zatrzymam.
Dumbledore zacisnął usta, z jego oczu zniknął błysk i wszelka życzliwość.
- Nie jest twoją własnością, nie możesz po prostu go sobie zatrzymać.
- Nie jest twoim barankiem, nie możesz po prostu wysłać go na rzeź – zripostował, nie tracąc ani sekundy.
- Nie jest także twój – oznajmił Dumbledore. Tom ponownie się roześmiał.
- Oczywiście, że jest, odkładając na bok żarty o własności i uprzedmiotowianiu, nie będziesz miał go z powrotem.
Nastała napięta cisza, podczas której obaj się sobie przyglądali.
- Wiesz, co planuje zrobić? – zapytał dyrektor z nieczytelnym wyrazem twarzy.
- Tak – odparł Tom.
- Nie aprobujesz tego? – mężczyzna przebiegle zadał kolejne pytanie.
Nie skomentował tego.
Dumbledore przesunął dłonią po krawędzi myślodsiewni, wpatrując się w płynną przeszłość.
- Zawsze byłeś inteligentny, Tom, z pewnością doszedłeś już do tego, że nie ma sposobu na to, byś mógł go przy sobie zatrzymać… przeszłość musi się wydarzyć, bo inaczej przyszłość, a wraz z nią Harry, zostanie zniszczona… i bez względu na to czy jest to miłość, czy obsesja, wątpię, byś tego chciał. To, czego pragniesz jest niemożliwe; pozwól mu odejść.
Tom przesunął kciukiem po pierścieniu, umyślnie, szyderczo.
- Zawsze uważałem, że „niemożliwe" jest wymówką ludzi bez talentu i wyobraźni. Ja mam oba. Zawsze dostaję to, czego chcę, powinieneś już o tym wiedzieć. Czego od niego chcę? Chcę jego, to wszystko, co musisz wiedzieć.
Przyglądał się mu, w pełni świadomy podwójnego znaczenia, jakie dyrektor mógł wyciągnąć z jego słów, a nawet musiał wyciągnąć, biorąc pod uwagę to, jak osobliwy kolor przybrała jego twarz, kiedy usłyszał jego oświadczenie.
W milczeniu, napięciu stali po przeciwnych stronach pokoju, tym razem właściwie ponownie się ignorując.
Wkrótce Harry powrócił z myślodsiewni. Milczał przez chwilę, widocznie zbierając się w sobie, a następnie rozejrzał się, po czym westchnął.
- Chcę wiedzieć, o czym rozmawiała wasza dwójka?
- Jestem pewien, że chcesz wiedzieć, twoja ciekawość jest nieskończona – odparł szybko Tom, obdarowując go rozbawionym wyrazem twarzy i domieszką żądzy, którą dopiero co widział u jego starszego odpowiednika. – Ale to nie znaczy, że się dowiesz.
Harry zauważył, że Dumbledore zacisnął szczękę, wstręt widoczny był w jego oczach, kiedy psychicznie marszczył brwi.
- W takim razie zakładam, że to ja byłem tematem – stwierdził, obracając się do Dumbledore'a. – Rozumiem, że wkrótce po tym została obrabowana i zabita? – Ona, czyli Chefsiba.
Dumbledore skinął głową, wyglądając na zmęczonego.
- Skrzatka została oskarżona przez ministerstwo o przypadkowe dosypanie swojej pani trucizny do wieczornej filiżanki kakao.
- Kolejna modyfikacja pamięci – mruknął Harry. – A ministerstwo nie kwestionowało tego, tak więc nie przeprowadziło szczegółowego dochodzenia, tylko skandal, że jej rodzinie zajęło tyle czasu uświadomienie sobie, że coś, dwa kolejne horkruksy, zniknęło.
Nie wchodził w szczegóły, wysyłając Tomowi ostre spojrzenie. Medalion na jego szyi rozgrzał się, wywołując u niego poczucie winy.
- Tak – powiedział Dumbledore, patrząc na niego z podobnym zaskoczeniem.
- On nie jest głupi – zauważył Tom przypominającym, lekko śpiewnym głosem.
- Nigdy nie powiedziałem, że jest – warknął w odpowiedzi Dumbledore, powodując, że uśmieszek Toma poszerzył się. Harry przewrócił oczami, co zdarzało mu się ostatnio coraz częściej.
- Ależ oczywiście, nie krępujcie się tym, by powstrzymać się od skakania sobie do gardeł za każdym razem, kiedy macie na to ochotę – powiedział oschle.
Nastąpiła chwila ciszy, a następnie Dumbledore przesunął się, by schować ostatnie wspomnienie i wlać na jego miejsce jakieś inne.
- Po tym wydarzeniu, pan Riddle zrezygnował z posady i zniknął bez śladu, a minęło całych dziesięć lat, zanim ponownie powrócił – z kolejnym wspomnieniem, że tak powiem.
- Czyje to wspomnienie? – zapytał Harry, podchodząc do niego.
- Moje – oświadczył Dumbledore.
W następnej sekundzie wylądował w gabinecie, który dopiero co opuścił.
Fawkes drzemał słodko na swojej żerdzi przy drzwiach, a bardzo znajomo wyglądający dyrektor siedział niedaleko niego.
Młodszy Dumbledore wyraźnie na kogoś czekał. I rzeczywiście, po chwili rozległo się pukanie do drzwi, a on rzekł: „Proszę wejść".
Harry nie mógł wstrzymać westchnienia.
To zdecydowanie nie był już Tom.
Pierścień.
Pamiętnik.
Medalion.
Puchar.
Inny horkruks.
Być może nawet i szósty, ostatni przed samym Harrym?
Chociaż na tym etapie najprawdopodobniej pięć.
Twarz Voldemorta nie była taka sama jak ta wężowa, którą miał, kiedy wyszedł z kotła; oczy nie były szkarłatne, chociaż białka oczu były przekrwione, a także źrenice nie były jeszcze wąskimi szparkami.
Jednakże rysy twarzy Voldemorta były jakby wypalone i rozmazane, woskowe, dziwacznie zniekształcone, nie całkiem wyglądające jeszcze jak maska, ale zaczynające już ją przypominać.
Miał na sobie długą, czarną pelerynę, a jego skóra, chociaż zawsze była blada, przywodząc na myśl kolor kości słoniowej/kremowy, stała się tak blada jak śnieg, iskrzący się na jego ramionach.
Harry przełknął ślinę, czując mdłości.
Nie, to było bliższe Voldemortowi niż jego Tomowi, natomiast poprzednia wersja bardziej przypominała Toma niż Voldemorta.
Oczywiście było to umówione spotkanie.
- Dobry wieczór, Tom – powitał go spokojnie Dumbledore. – Zechcesz usiąść?
- Dziękuję – odrzekł Voldemort, zajmując miejsce. Jego głos był wyższy i chłodniejszy niż wcześniej, przestając być gładkim barytonem, który Harry znał tak dobrze.
W pewnym sensie, zmiana głosu wstrząsnęła nim bardziej niż zmiana rysów twarzy – których różnica była przerażająca.
- Słyszałem, że został pan dyrektorem… Dobry wybór.
- Rad jestem, że to pochwalasz. – Dumbledore uśmiechnął się. – Może się czegoś napijesz?
- Chętnie. Przebyłem długą drogę.
Dumbledore wstał i podszedł do komody, na której teraz trzymał myślodsiewnię, a na której stało wtedy mnóstwo butelek. Wręczył Voldemortowi puchar z winem, nalał również sobie, a następnie wrócił za biurko.
- No więc, Tom… czemu zawdzięczam tę przyjemność?
Voldemort nie odpowiedział od razu, zamiast tego popijając wino. Było to chardonnay***, chociaż Harry wiedział, że Tom przedkładał czerwone wino nad białe.
- Już nie nazywają mnie „Tomem" – powiedział i Harry wzdrygnął się gwałtownie. – Teraz jestem znany jako…
- Wiem, pod jakim imieniem jesteś teraz znany. – Dumbledore uśmiechnął się przyjaźnie. – Ale dla mnie zawsze pozostaniesz Tomem Riddle'em. To jedna z owych irytujących przywar starych profesorów: nigdy do końca nie zapominają o początkach swoich podopiecznych.
Uniósł kielich, jak gdyby w toaście, ale Harry wiedział, że był to kąśliwy komentarz, kpina, i poczuł, jak atmosfera w pokoju zmienia się w sposób bardzo znany mu z Pokoju Wspólnego Ślizgonów.
Odmowa używania nowego imienia Toma oznaczała brak zgody Dumbledore'a na dyktowanie mu warunków tej rozmowy i każdy Ślizgon czy osoba z jakąkolwiek świadomością polityczną bez problemu by to zrozumiała.
- Dziwi mnie, że tak długo pan tu tkwi – rzekł Voldemort po chwili milczenia. – Zawsze zastanawiałem się, dlaczego czarodziej taki jak pan nie chce opuścić szkoły.
- No cóż… - Dumbledore wciąż się uśmiechał. - … dla takiego czarodzieja jak ja nie ma nic ważniejszego od przekazywania młodzieży starożytnej wiedzy i doświadczeń, pomagania młodym w doskonaleniu umysłów. Jeśli dobrze pamiętam, ciebie kiedyś też to pociągało.
Przekazywania starożytnej wiedzy i doświadczeń? O ile były one Jasne, oczywiście, pomyślał Harry, po czym z zaskoczeniem zaczął zastanawiać się nad swoją zjadliwością.
Rozmowa toczyła się dalej, kierując się na to, jak Dumbledore'owi wielokrotnie proponowano stanowisko Ministra i jak odmawiał za każdym razem.
Wówczas Voldemort zapytał, czy może uczyć.
Harry poczuł dziwne uczucie smutku… Tom, Tom, a nie to coś, byłby, pomimo tego, co Harry mu mówił, genialnym nauczycielem. Harry wiedział już doskonale, że Tom potrafił dostosować swoje metody do indywidualnych umiejętności ucznia, nawet, jeśli nie był, być może, najbardziej cierpliwym czy uprzejmym z profesorów. To marnotrawstwo.
Dumbledore przyglądał mu się przez chwilę znad krawędzi swojego kielicha.
- Tak, zdaję sobie sprawę, że wiele zobaczyłeś i dokonałeś od czasu, gdy nas opuściłeś – powiedział cicho. – Pogłoski o twoich dokonaniach dotarły i tutaj. Przykro by mi było uwierzyć choć w połowę z nich.
Twarz Voldemorta nadal pozbawiona była jakiegokolwiek wyrazu.
- Wielkość wzbudza zawiść, zawiść rodzi złość, złość sprzyja kłamstwom. Na pewno pan o tym wie, Dumbledore.
Przez chwilę kontynuowali wymienianie złośliwych uwag dotyczących wielkości i wiedzy.
- … oddaję siebie i moje talenty do pańskiej dyspozycji. Jestem na pana rozkazy.
Dumbledore uniósł brwi.
- A co się stanie z tymi, którymi ty rozkazujesz? Co się stanie z tymi, którzy nazywają siebie… w każdym razie tak głoszą plotki… śmierciożercami?
Harry mógł stwierdzić, że Voldemort najwyraźniej nie spodziewał się, iż Dumbledore'owi znane jest to określenie i wiedział, że Tom nie oczekiwałby tego.
I naprawdę powinien przestać porównywać ich… liczyć podobieństwa i różnice w swoim pokręconym rejestrze.
- Jestem pewny, że moi przyjaciele – powiedział po chwili Voldemort – dadzą sobie radę beze mnie.
- Rad jestem, że uważasz ich za swoich przyjaciół – oznajmił Dumbledore. – Odnosiłem wrażenie, że są raczej twoimi sługami.
- Mylił się pan. – Mimo tych słów, na twarzy Voldemorta pojawił się uśmieszek.
- Więc gdybym jeszcze tej nocy odwiedził gospodę Pod Świńskim Łbem, to nie spotkałbym tam ich… Notta, Rosiera, Mulcibera, Dołohowa… czekających na twój powrót?
Harry opadł nieznacznie na to niewygodne przypomnienie tego, co się stało z jego Ślizgonami, z Zevim i Alphardem, Abraxasem, a nawet Lestrange'em.
Lestrange byłby tam, w gospodzie Pod Świńskim Łbem, tak więc co Tom kazał mu zrobić zamiast tego?
W końcu Dumbledore odrzucił ofertę pracy, kwestionując to, dlaczego „Tom" prosi o posadę, której nie chce.
Harry wiedział, że to nie było takie proste.
Tom, a nawet Voldemort, chciał tej pracy, jednakże Czarny Pan, młody czy stary, zawsze miał więcej niż jeden powód.
A więc miał inne powody do bycia tam… może chciał ukryć horkruksa? Chociaż to nie oznaczało, że nie chciał tej pracy.
Pojawił się z powrotem w gabinecie, pełen powagi.
- Więc nie mamy sobie już nic więcej do powiedzenia.
Im więcej się dowiadywał, tym mniej chciał wiedzieć.
Chociaż wciąż musiał odnaleźć puchar.
* przypominając; istnieje 5 faz smutku: zaprzeczenie, złość, targowanie się, depresja, akceptacja
** w szachach jest to potoczna nazwa hetmana
*** biała odmiana winorośli wykorzystywana do produkcji białego wina, pochodząca z Burgundii we Francji
