Za zbetowanie rozdziału dziękuję Himitsu.

Dziękuję również wszystkim tym, którzy choćby nawet i tak króciutko skomentowali poprzedni rozdział, podzielili się ze mną swoją opinią na jego temat lub po prostu wciąż śledzą te opowiadanie i wraz ze mną je tworzą :).

Evolution, rozumiem cię doskonale, gdyż moją ulubioną parą występującą w opowiadaniach jest właśnie HP/TMR(LV) i także zawsze się wszędzie jej doszukuję - a już zwłaszcza wtedy, kiedy nawiązanie takiej sytuacji jest ledwie na wyciągnięcie ręki, a jedyne, czego brakuje, to tego jednego, małego kroku :). Co do choroby psychicznej Harry'ego, to zastanawiam się, czy biedak przypadkiem już jej nie ma (zadaje się z Tomem, dobrowolnie, to musi coś znaczyć ;)). Och, a Harry nawet dość dzielnie i dobrze radził sobie z poskramianiem tych dwóch potężnych czarodziei (Toma i Dumbledore'a) - chociaż myślę, że bardzo pomocny był przy tym fakt, że żaden z nie chciał okazać swojej szczerej nienawiści przy nim w sposób dosłowny :). Co do prezentu od Voldemorta - na razie zostawiam bez komentarza ;). Cookies. Alice, ależ nie ma niczego do wybaczenia, każda długość komentarzy jest dobra ;). Co do sytuacji Toma, to myślę, że zarazem stresujące, jak i interesujące... stresujące oczywiście dlatego, że na jego miejscu czułabym niezłą presję i może... wstyd? Ogólnie Tom i Dumbledore nie mają ze sobą zbyt wielu dialogów, bo w większości się raczej... unikają ;). Tak więc cała ich frustracja na siebie musi w pełni wychodzić w czasie tych nielicznych okazji... Keti, doskonale rozumiem, ja również często miewam problemy z czasem, chociaż te z internetem udało mi się już w większości pokonać ;). Doskonale rozumiem, co masz na myśli - chęć wiedzy, jak się wszystko kończy, a pragnienie, by trwało i trwało w nieskończoność ;). Sama mam dokładnie tak samo, kiedy coś czytam - szczególnie długiego, kiedy mam możliwość całkowitego w niego wsiąknięcia... Ale cieszę się, że wciąż ci się podoba i że wciąż czytasz :). Veritaseria, racja, Tom i Voldemort nie mają zbyt wielu wspólnych kwestii - ale mimo wszystko, tak jak powiedziałaś, musiała się taka przytrafić ;). No tak, niestety był to jeden z tych rozdziałów, w których występuje wiele fragmentów z książki, ale są one niezbędne dla całego ficku i niestety autorka nie miała ich w jaki sposób ominąć... I cóż, Harry denerwuje się na Toma prawie cały czas, ale na razie powiedziałabym, że panuje między nimi względny spokój. I tak, Dumbledore wie o znaku na ramieniu Harry'ego - cała szkoła o nim wie, w końcu nie za bardzo się z nim ukrywał po tym, jak stał się on prezentem urodzinowym Toma... Tak więc Dumbledore powinien być go świadom. Co do Hagrida - niestety rozczaruję, ani słowa ;). Nasz półolbrzym został całkowicie pominięty... Mangha, no tak, większość rozdziału to treści książki ;). I od razu odpowiem na pytanie, tak, drugie wspomnienie to również fragment książki - nie będą wymyślane żadne nowe wspomnienia, które zostaną pokazane przez Dumbledore'a Harry'emu, tylko te, które pojawiły się w książce... Co do horkruksów, to nie chce zdradzać, czy ich znalezienie się uda, tak więc nie skomentuję tej części o ich odnalezieniu ;). Co do tekstów własnych - cóż, nie jestem pewna, czy w ogóle zostałam obdarzona talentem pisarskim, właściwie, to w to wątpię, ale mogę obiecać, że jeżeli kiedyś przyjdzie mi do głowy jakiś ciekawy pomysł na opowiadanie, to z całą pewnością je opublikuję :).

Miłego czytania!


Ulubieniec Losu

Rozdział sto czternasty

Harry zdecydował, że potrzebna mu będzie pomoc Hermiony i Rona – zwłaszcza Hermiony.

Jeśli ktokolwiek mógł dorównać Tomowi pod względem pracy nad zaklęciami i talentu, była to ona. Nawet, jeśli Hermiona nie była równie potężna co Tom, to była równie sprytna, bez względu na to, jak bardzo w to wątpiła.

Równie utalentowana. Poza tym, tak czy siak, potęga nie była tu konieczna; potrzebował, by Hermiona stworzyła zaklęcie wysyłające kogoś z powrotem w czasie, a nie tego, aby je rzuciła.

Teraz po prostu musiał znaleźć sposób na to, by powiedzieć jej/poprosić ją, by to dla niego zrobiła tak, aby Tom nie był tego świadomy.

A to był prawdziwy problem, biorąc pod uwagę, że wciąż nie mógł odejść na więcej niż dziesięć metrów od dziedzica Slytherina, a Riddle nie miał cierpliwości do jego Gryfońskich przyjaciół… chociaż nie wydawał się tak bardzo pogardzać Hermioną.

A potem będzie musiał znaleźć sposób na obejście samych ograniczeń w bardziej trwały sposób – co było problemem, z którym sam musiał sobie poradzić. Być może uda mu się namówić Marvolo, aby pomógł mu ze znakiem? Gdyby wiedział, jak on działa, wtedy z całą pewnością mógłby nim manipulować, prawda?

Chociaż najlepszym rozwiązaniem byłoby dla niego całkowite pozbycie się węża, jakkolwiek obraźliwe mogłoby to być dla Toma. Albo to, albo będzie musiał znaleźć coś, czym mógłby zaszantażować Voldemorta lub Toma tak, aby musieli usunąć z niego znak i/lub ograniczenia.

Co dziwne, lepiej działałoby to z Voldemortem niż Tomem, ponieważ on i Tom mieli już kilka kwestii, spraw i ustępstw, o które walczyli, a które sprawiały, że szantaż mógł nie działać tak, jak powinien. Natomiast szantażowanie Voldemorta mogło przynieść efekt… gdyby dowiedział się, na przykład, co znajdowało się na końcu zbudowanego z czarnego marmuru korytarza, mógłby wykorzystać to, gdyby nie było to zbytnio śmiercionośne.

Oczywiste było, że Czarny Pan był tym zainteresowany.

Harry westchnął, zastanawiając się, kiedy tak bardzo wpadł w to wszystko po uszy i zaczął prowokować potyczki o władzę oraz używać szantażu. Jego wzrok w zamyśleniu przebieg po całej Wielkiej Sali, po czym zatrzymał się na Pansy.

Pansy powiedziała, że będzie dostarczała mu informacji… ale czy to obejmowało bycie pośrednikiem między nim a jego przyjaciółmi? Jeśli nabazgrałby list, mógłby ją przytulić i dać go jej w ten sposób… aby przekazała go Hermionie.

Albo mógł po prostu wysłać list przez Hedwigę, tyle, że wtedy byłoby dla Toma dość łatwe dowiedzenie się, jakie były jego zamiary i do kogo pisał, poza tym mógłby przechwycić jego list, a był całkowicie pewny, że przechwycenie jego poczty było czymś, co Tom mógł kontrolować na tyle, by zrobić to, gdyby uznał, iż byłoby to dla niego korzystne.

Mówiąc o poczcie: szkolna sowa opadła przed nim, upuszczając paczkę, która ledwie minęła jego talerz.

Harry skrzywił się nieznacznie, nie spodziewając się nadejścia listu, chociaż był nieco zaintrygowany, jako że, sądząc po wyborze sowy, paczuszka musiała pochodzić od kogoś znajdującego się w Hogwarcie.

Podniósł wzrok na Dumbledore'a, zastanawiając się, czy wiadomość nie pochodziła przypadkiem od dyrektora, chociaż szczerze wątpił, by dyrektor wysłał mu coś, czego nie mógł dać mu zeszłej nocy.

Otworzył paczkę, zauważając standardowe opakowanie, a następnie jego głowa przechyliła się, kiedy małe urządzenie, wyglądające trochę tak jak bransoletka, wypadło mu na dłoń.

Z opóźnieniem uświadomił sobie, że powinien najpierw sprawdzić, czy nie jest przypadkiem przeklęta.

Nadal nic się nie stało, tak więc zaczął się temu przyglądać.

- Co to? – zapytał Alphard, z ustami pełnymi naleśnika. Zevi wytrzeszczył oczy, pochylając się bliżej.

- Czy to jest…? – zaczął Abraxas, ostro spoglądając na Toma.

Ręka Harry'ego natychmiast zacisnęła się mocnej na małej obręczy. Pulsowała magią.

- Co to jest? – zapytał.

Nikt mu nie odpowiedział.

Odwrócił się, by spojrzeć na Toma, unosząc brwi. Wzrok Riddle'a z niebezpiecznym błyskiem spoczywał na bransoletce.

- Tom? – zawołał, wiedząc z doświadczenia, że nikt inny nie zareaguje, jeżeli będą uważać, że ich Pan tego nie chce.

Spojrzenie młodego Czarnego Pana przyszpiliło Draco, który zbladł i szybko pokręcił głową.

- Nie wysłałem tego… Przysięgam! – powiedział pochodzący z tego czasu Malfoy z nutką desperacji i błagania.

Dlaczego Tom miałby zakładać, że Malfoy to wysłał… Przypominajka. Tak więc, miało to coś wspólnego z pamięcią? Powtórzył swoje pytanie, tym razem z większym zniecierpliwieniem i uwaga Toma skupiła się na nim, uwalniając Draco spod spojrzenia będącego wzrokowym odpowiednikiem jadu bazyliszka.

Blondyn niemal opadł z ulgi.

- To jest urządzenie, które powstrzymuje twoje wspomnienia przed modyfikacją – wyjaśnił cicho Tom. – Nazywa się Obręczą Monachijską.

- Masz jedną – stwierdził Harry, przypominając sobie jak żałośnie skończyła się jego próba wymazania pamięci Riddle'a. Tom również wydawał się to pamiętać, ponieważ jego usta drgnęły nieznacznie, po czym ponownie spoważniał.

- Tak.

Harry milczał przez chwilę, przyglądając się badawczo obręczy.

- Ponownie rzuciłeś na mnie Obliviate? – zapytał ostrożnie, z pewną wyraźną nutką niebezpieczeństwa i zagrożenia w głosie, która sprawiła, że reszta Ślizgonów, za wyjątkiem Toma, odchyliła się od niego.

- Nie – odpowiedział Tom z mieszaniną irytacji i rozbawienia.

- W takim razie dlaczego wydajesz się taki poruszony tym, że mam teraz Obręcz Monachijską w swoim posiadaniu? - zakwestionował.

- Bo nienawidzę ograniczeń – odparł Tom z typową dla psychopatów szczerością, którą tylko młody Czarny Pan wydawał się w stanie wykorzystywać. Jego uczucie irytacji objęło kontrolę nad odczuwanym przez niego rozbawieniem.

- A więc ponownie wymazałbyś mi pamięć? – dopytywał się wściekle Harry.

W odpowiedzi Tom wysłał mu „no i co z tego" spojrzenie.

- Świetnie – powiedział stanowczo Harry, wkładając obręcz na swój nadgarstek. – W takim razie dziękuję temu, kto mi to dał.

- Nie zastanawiasz się, dlaczego ci to dano? – zapytał Tom, nie wyglądając na ani trochę zadowolonego.

- Skoro to przynosi mi korzyści, nieszczególnie dbam o to, jakie ktoś miał motywy. – Harry wzruszył ramionami.

- To może być zaczarowane tak, by cię kontrolować – zauważył chłopak. – Jeśli ten ktoś wiedział, że nie będziesz w stanie oprzeć się Obręczy Monachijskiej.

- A ja śmiem twierdzić, że usunięcie moich wspomnień także byłoby dość skutecznym sposobem na kontrolowanie mnie, a, szczerze mówiąc, jest to słabość, której raczej nie chciałbym posiadać, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności – powiedział chłodno Harry.

Tom zacisnął szczękę.


Hermiona przemierzała korytarz, jej myśli szalały.

Wcześniej tego dnia Harry wysłał jej list przez nikogo innego jak Pansy Parkinson… od kiedy Harry i Pansy byli ze sobą blisko?

Przygryzła wargę, starając się ignorować rozpoczynające się znajome uczucie i uświadomienie, że nie zna już Harry'ego tak dobrze jak kiedyś.

Wciąż byli blisko, wciąż byli najlepszymi przyjaciółmi i wiedziała, że Harry zrobiłby wszystko dla niej i dla Rona, a ona zrobiłaby wszystko dla niego… ale to nie było do końca to samo.

Oni, albo raczej on, za bardzo się zmienił.

Zbliżyła się jednak nieco bardziej do innych Gryfonów i doszła do wniosku, że chociaż bardzo kochała bliskość między sobą a Harrym i Ronem, to była trochę odłączona od reszty członków swojego Domu.

Bardziej zaprzyjaźniła się z Neville'em, który teraz częściej spędzał czas z nią i z Ronem.

I Ron… minęło trochę czasu, zanim udało jej się znaleźć komfortowe porozumienie z Ronem, ponieważ nie było wokół Harry'ego, który działał między nimi jak bufor. Zaszło kilka konfrontacji, które uświadomiły im brak ukrywania się za kłótniami i ścianą, którą tworzył między nimi Harry… ale… wszystko było już teraz lepiej.

Delikatnie się do siebie uśmiechnęła.

Jasne, Ron nie zawsze był najjaśniejszą kredką w pojemniku, ale kiedy tego chciał, to potrafił być słodki i zabawny, lojalny, odważny i miły.

Tak, mógł być nieczuły, nietaktowny i tępy, ale miał serce na właściwym miejscu i zauważyła, że kiedy bezpośrednio mówiła mu, dlaczego jego zachowanie bądź słowa jej przeszkadzały, to robił wszystko co w jego mocy, by zatrzymać to, nie chcąc zranić jej uczuć.

Weszła w inny korytarz, tylko po to, by wpaść na inną postać, przeszkodę.

- Och, przepraszam! – zaczęła, po czym zamarła, kiedy zauważyła, na kogo wpadła… er, dosłownie.

Och nie. Teraz to ona była żałosna.

Tom Riddle spojrzał na nią, wygładzając swoje szaty.

- Hermiona – przywitał się bezbarwnym tonem.

Wbrew sobie zauważyła, że tym razem nie nazwał jej „Granger", tak jak to zrobił ostatnio, kiedy ciągnął za sobą Harry'ego po korytarzu.

- Tom – odparła z odrobiną nieufności. – Gdzie jest Harry?

- Na treningu quidditcha.

Przyglądała mu się przez chwilę, po czym nagle przyciągnęła torbę bliżej siebie i przeszła obok niego, mrucząc kolejne „przepraszam, wybacz, że na ciebie wpadłam".

- Wiesz – zawołał za nią leniwie – nigdy mi nie odpowiedziałaś. To dość niegrzeczne.

Odwróciła się powoli.

- Odpowiedziałam?

- Lestrange – wyjaśnił.

No tak.

To.

Złość zagotowała się w niej na wspomnienie tego oślizgłego, służalczego palanta.

- Nie za bardzo zgadzam się z torturowaniem ludzi – oświadczyła – bez względu na to, jak bardzo na to zasłużył.

- Cóż, to rozczarowująca zmiana zdania – wycedził. – Chociaż przypuszczam, że nie powinienem oczekiwać zbyt wielkiej siły charakteru od kobiety, nawet nie, dziewczyny.

Odwrócił się bez kolejnego komentarza.

Zamrugała, a następnie jej gniew zamienił się w furię, kiedy zrozumiała jego słowa.

- Słucham? – splunęła, krocząc w jego kierunku i siłą obracając go tak, by stał twarzą do niej. – Coś ty powiedział? To nie są już lata czterdzieste!

- Nie do końca rozumiem, co to za różnica, jaki mamy teraz rok – powiedział z niebezpiecznym wyrazem twarzy, wywołanym jej zatrzymaniem go.

Jej oczy zwęziły się w odpowiedzi, a strach został stłumiony przez wściekłość.

- To wielka różnica, ludzie – zgodnie z prawem! – zlinczują cię, jeśli w tych czasach będziesz wypowiadać takie seksistowskie rzeczy. Kobiety są tak samo dobre jak mężczyźni, jestem tak samo dobra jak ty i podobnie jak ty jestem w stanie posiadać własne zdanie i trzymać się go – oparła jadowicie.

- Niech tak będzie, jeżeli pozwala ci to w nocy spać – zadrwił. Jego ego było tak ogromne, że to nieprawdopodobne!

- Cóż, Harry wydaje się sądzić, że jestem tak samo dobra jak ty – oświadczyła, uśmiechając się do niego słodko.

Naprawdę nie wiedziała, dlaczego to powiedziała, ale wiedziała, że trafiła w sedno, bo jego oczy pociemniały gwałtownie, a jego magia zaczęła wrzeć ze złości, zanim udało mu się odzyskać nad nią kontrolę.

Stłumiła dreszcz niepokoju, kiedy to poczuła, bezpośrednie zagrożenie, i nie wycofała się, wyzywająco napotykając jego zimne spojrzenie.

- Harry – zaczął Tom niebezpiecznie miękkim głosem – ma również zwyczaj bycia nadmiernie miłym w stosunku do innych ludzi i walczenia o przegranych. Jestem pewien, że po prostu próbuje sprawić, byś poczuła się lepiej, tak jak zawsze, chociaż to słodkie, że mu uwierzyłaś.

Poczuła, jak jego słowa trafiają prosto w wątpliwości, które już miała, które wzrastały od miesięcy, a następnie poczuła, jak te wątpliwości zaatakowały ostro w jej obronie, szukając czegoś, co mogłoby zranić jego.

- Czy to dlatego mówi ci, że jest twoim przyjacielem? – zapytała, nie zmniejszając swojego uśmiechu.

Całkowicie znieruchomiał i jej sumienie odezwało się ponownie, wysyłając jej fale gorącego wstydu i dreszcz przerażenia. Czuła się okropnie. Nie powinna tego powiedzieć. To było niestosowne. Nie powinna zniżać się do jego poziomu… po prostu wywoływał u niej taką wściekłość!

Uśmiechnął się tym uroczym, chłodnym uśmiechem i zrobił krok w jej kierunku, praktycznie otaczając ją, tak jak to często robił z Harrym.

- Tak więc myślisz, że w takim razie jesteś mi równa, co? – mruknął. – Przypuszczam, że umawianie się z takimi idiotami jak Weasley może dawać ci fałszywy obraz własnej wartości, ale naprawdę, u kogoś takiego jak ty arogancja nie jest atrakcyjna. Na twoim miejscu popracowałbym nad tym, nikt nie chce wiedzieć o tych wszystkich problemach z nastawieniem… a i urodą nie możesz sobie tego jakoś wynagrodzić.

Nigdy wcześniej nie czuła się tak… upokorzona i… wściekła!

Nie zastanawiając się nad tym ani przez sekundę i nie myśląc o konsekwencjach swoich działań, zareagowała.

Jego głowa odchyliła się, kiedy uderzyła go w twarz – uderzyła, a nie wymierzyła dziewczęcy policzek – i poczuła dziwne uczucie satysfakcji, kiedy zobaczyła czerwień pojawiającą się na jego policzku.

- Wiesz – powiedziała chłodno, szybko – poniżanie innych ludzi po to, aby samemu poczuć się potężniejszym nie sprawia, że naprawdę jesteś od nich chociaż trochę lepszy. To tylko sprawia, że jesteś żałosną, znęcającą się nad innymi osobą… a biorąc pod uwagę sposób, w jaki wszystkich nienawidzisz, musisz się całkowicie sobą brzydzić

Wyciągnęła swoją różdżkę w tym samym czasie co on, serce waliło jej w piersi z powodu nadmiaru adrenaliny. Na jego twarzy nie było teraz żadnego wyrazu, jakiegokolwiek, i w pewien sposób było to jeszcze bardziej przerażające niż jakikolwiek gniew, jaki mógł okazać.

- Masz niesamowite szczęście, że Harry cię lubi – splunął Riddle.

- Bo co? W przeciwnym razie wysłałbyś mnie do Skrzydła Szpitalnego?

- W gruncie rzeczy, tak.

Przez chwilę lustrowali siebie nawzajem.

- Powinieneś popracować nad swoim ego – powiedziała ze zmęczeniem.

A następnie odeszła.


- Tom, mógłbyś opuścić na chwilę te, errr, ograniczenia? – zapytał Harry, kiedy spostrzegł Lunę.

Może ona, z tą swoją wiedzą o dziwnych rzeczach, będzie znała jakieś istotne pierścienie magiczne? W końcu musiał być jakiś powód tego, że Tom tak wyjątkowo chronił pierścień-horkruks, poza tym, czekając na to, jak Hermiona stworzy zaklęcie, musiał rozpracować, jak pozbyć się ograniczeń albo, przynajmniej, jak zaszantażować Toma albo Voldemorta, by któryś z nich pozbył się dla niego tych ograniczeń… a więc dowiedzieć się, co tak dokładnie Voldemort chciał z tego wykładanego czarnym marmurem korytarza.

Nie miał pojęcia, gdzie to wszystko zacząć.

Dlatego też, szczerze mówiąc, bliższe przyjrzenie się pierścieniowi było jedyną produktywną rzeczą, którą mógł obecnie zrobić, a korciło go, aby coś zrobić. Siedzenie i odrabianie zadań domowych, podczas gdy zegar odliczał pozostały czas, doprowadzało go do szaleństwa.

- Dlaczego? – zapytał dziedzic Slytherina, nie podnosząc wzroku.

- Ponieważ prywatność to miła rzecz – odpowiedział nonszalancko Harry.

- A ja oczywiście mam w zwyczaju robić dla ciebie miłe rzeczy, tak? – zapytał Tom, wydobywając z siebie małe, zamyślone westchnienie.

- Nie za bardzo, ale to dobry czas na to, aby zacząć – powiedział wesoło.

- Nie.

- Co masz na myśli mówiąc „nie"? – domagał się Harry, sfrustrowany, dalej sfrustrowany.

- No cóż, ogólna słownikowa definicja tego słowa sugeruje, że mam na myśli udzielenie ci negatywnej odpowiedzi na twoją prośbę, odmawiam jej, zaprzeczam lub nie zgadzam się z pewnym jej aspektem. Oczywiście, mógłbym również okazywać swoje niedowierzanie, na przykład „Nie! To nie może się dziać!", ale w celu uproszczenia ci dalszych zastanowień, kochanie, powiem, że miałem na myśli to pierwsze – odparł spokojnie Tom. - Nie „opuszczę na chwilę tych, errr, ograniczeń". Możesz pomówić ze swoją dziewczyną innym razem.

- Moją dziewczyną…? – powtórzył zdezorientowany Harry. – O czym ty mówisz? Nie mam dziewczyny, ty sprawiasz, że niemożliwe jest dla mnie znalezienie sobie dziewczyny, bo wszystkie myślą, że jesteśmy gejami!

- Miałem na myśli szaloną blondynkę, którą pogardzasz – powiedział Tom. Jego wzrok po raz pierwszy uniósł się do góry, burzliwy i jednocześnie nieczytelny. – To dlatego chcesz, bym opuścił ograniczenia, prawda?

- Przez Lunę? Cóż, taak, chcę z nią pogadać, zapamiętaj, pogadać, nie pogardzać, i ona nie jest moją dziewczyną, jedynie przyjacielem… który jest dziewczyną.

- W takim razie, proszę bardzo, zawołaj ją i pogadaj z nią tutaj – oznajmił Tom z nutą wyzwania w głosie.

- To śmieszne! Od wielu dni nie odchodziłem od ciebie na więcej niż dziesięć metrów, jeśli nie liczyć treningu quidditcha, ale nawet wtedy przyciągnąłeś mnie do siebie z powrotem po czterdziestu pięciu minutach!

- Takie było ogólne założenie – odpowiedział spokojnie Tom.

- Cóż, w takim razie wyraź swoją opinię i rusz się – warknął Harry, wznosząc ręce w powietrze, podczas gdy jego irytacja na brak kontroli nad samym sobą i brak wolności buzowała wokół niego szaleńczo.

Przez kilka dni był cierpliwy, cierpliwością dorównując pewnie nawet już świętym, ale nie był święty i miał pieprzonych kilka miesięcy na to, by zrobić coś niemożliwego i nie miał ani czasu ani chęci na to, aby być w taki sposób ograniczonym.

Tom nie odpowiedział mu, zwracając swoją uwagę ponownie na to, nad czym teraz pracował – cokolwiek to było.

Harry westchnął, przyglądając się mu, po czym wstał nagle i obszedł stół, po to, aby usiąść obok Toma. Głowa Ślizgona pochyliła się z lekkim zaciekawieniem.

- Co się stało? – dopytywał się Harry, krzyżując ramiona, obniżając swój głos. – Od śniadania jesteś w parszywym nastroju. Chodzi o Obręcz Monachijską?

- No i kto tu teraz próbuje odwrócić wszystko do bzdurnych rozmów o uczuciach? – zauważył Tom.

Harry skrzywił się, ale wiedział, że wycofanie się teraz byłoby porażką.

- Jestem twoim przyjacielem, mam prawo być zaniepokojony, kiedy twój temperament nie ma się najlepiej, zwłaszcza, że obaj wiemy, iż masz sadystyczno-psychopatyczne skłonności do torturowania innych ludzi w celu uspokojenia wspomnianego wcześniej temperamentu – odparł ostrożnie.

Tom zamrugał.

- Niepokoisz się tym, że rzucę się na ciebie i cię zaatakuję, podczas gdy ty nie jesteś w stanie uciec? – zadrwił chłopak.

- Czy to możliwe? – zripostował Harry, ponownie unosząc brwi. Tom odłożył swoje pióro, zamiast tego przyglądając mu się oceniająco.

- Dlaczego nagle tak bardzo pragniesz porozmawiać z blondynką?

- Ponieważ lubię Lunę… i nie w ten sposób, zanim znowu zaczniesz! – dodał Harry.

Nie miał zamiaru wdawać się w szczegóły tego, dlaczego interesował się pierścieniem. Skoro Tom myślał, że wie, co planuje Potter, to powinien bardziej starać się o to, aby to ukryć.

- Lubisz także swoich najlepszych przyjaciół. Dlaczego ona? – pytał uporczywie Tom, podejrzliwie.

- Uważaj, zaczynasz brzmieć na zazdrosnego – stwierdził stanowczo Harry.

Dziedzic Slytherina znów nic nie powiedział w odpowiedzi, tylko wysłał mu miażdżące spojrzenie.

To było nieco… niezwykłe, ta cisza i brak ciętej riposty albo choćby szyderczej insynuacji, i to dość skutecznie odwróciło jego uwagę od Luny.

Tak, chciał zrobić coś produktywnego, ale… nie mógł z czystym sumieniem zostawić Toma, kiedy ten był prawdziwie czymś poruszony.

- Wiesz…. – powiedział spokojnie, modląc się cicho, aby jego przeczucie nie było całkowicie błędne, ponieważ to byłoby bardzo niezręczne i Tom nigdy nie pozwoliłby mu tego przeżyć. – … nie zamierzam uciec w sekundzie, w której dasz mi na to szansę. Nigdy tak naprawdę nie zamierzałem.

Spojrzenie Toma zatrzymało się na nim.

- Czy to twoja teoria na temat tego, dlaczego powstrzymuję cię od odejścia ode mnie na więcej niż dziesięć metrów? – zapytał. – Bo, będąc całkowicie szczerym, to bardziej dlatego, że nie ufam ci na tyle, by zostawić cię samego ze swoimi myślami. Masz reputację sabotażysty.

- Taak, taka właściwie jest moja teoria – powiedział radośnie Harry. Tom spojrzał na niego.

- Powinieneś popracować nad nową teorią. Twoja aktualna jest przeraźliwie błędna – stwierdził Riddle. – A nawet, gdyby twoja teoria była prawidłowa, nie powinieneś składać obietnic, których obaj wiemy, że nie jesteś w stanie spełnić. Wszyscy w końcu odchodzą.

Harry przełknął ślinę.

- Skoro wszyscy w końcu odchodzą, być może w takim razie powinieneś przestać próbować przekonać mnie, że się nie znudzisz? Albo będziesz, no wiesz, spiskować, bo skoro każdy cię opuści, równie dobrze możesz mieć to już za sobą i zarazem zrobić nam obu uprzejmość nie stania się Voldemortem.

- Jesteście bardzo słodcy w tym, w jaki sposób się kochacie – zauważył pojawiający się znikąd głos.

Harry prawie wyskoczył ze skóry, niemal natychmiast wyciągając swoją różdżkę.

Podczas gdy on i Tom mieli nieprzyjemny zwyczaj wplątywania się w tego typu niezręczne, niezbyt męskie rozmowy, nigdy nie przeprowadzali ich publicznie.

Luna?

Blondynka wskoczyła na krzesło między nimi, uśmiechając się z rozmarzeniem.

- Wiele osób powiedziałoby, że potrzebujecie terapeuty, co byłoby głupie, bo właściwie wasza dwójka rozmawia między sobą o swoich uczuciach częściej niż większość par.

- Nie jestem gejem! – warknął rozdrażniony Harry.

- Nie kocham nikogo, jestem psychopatą, ty głupia dziewczyno, i z całą pewnością nie jestem słodki!

- Nie ma potrzeby podnoszenia głosu – powiedziała łagodnie Luna. – A to jest bardzo freudowski błąd*, Harry Potterze. Zawsze myślałam, że można kochać kogoś, nie pragnąc odbyć z nim stosunku seksualnego, jak rodzinę na przykład, ale może się myliłam.

Harry prychnął.

- Wiem, że można kochać kogoś, nie pragnąc… Merlinie, Luna!... Ja po prostu nie jestem gejem, okej? Nie jesteśmy w sobie zakochani, jesteśmy tylko przyjaciółmi – oznajmił.

- Nigdy nie byliście tylko przyjaciółmi – oparła z roztargnieniem. – Nawet ja mogę to powiedzieć. Gdybyście byli, nie byłoby tego całego zamieszania i teorii na temat tego czy jesteście, czy nie przyjaciółmi, jak bracia, kochankowie czy wrogowie.

- Dziękuję za twoją opinię, była bardzo cenna – zadrwił Tom. – A teraz zostaw nas i idź polować na wyimaginowane stworzenia. Przez długi czas.

- Nie jesteś zbyt miły – stwierdziła smutno Luna, po czym jej twarz rozjaśniła się. – Mogę dać ci na to magiczny parasol. Utrzymuje on deszcz z dala od ciebie.

- Mogę dać ci dziurę w głowię, powstrzymałaby cię ona przed przerywaniem prywatnych rozmów – odparł sarkastycznie Tom. Luna uśmiechnęła się do dziedzica Slytherina, najwyraźniej zupełnie nie przejmując się tą groźbą.

- Myślę, że wam obu dam parasol – oświadczyła. – Możecie wspólnie dekorować go w czasie omawiania swoich problemów związanych z porzuceniem. To byłoby wspaniałe ćwiczenie na łączenie ze sobą dwóch rzeczy. – Urwała na chwilę. – Myślę, że chciałeś o czymś ze mną porozmawiać, Harry?

Nie miał problemów związanych z porzuceniem…

Okej, zrobi wszystko, by zmienić bieg tej rozmowy i miała rację, chciał z nią porozmawiać (chociaż skąd ona o tym wiedziała?!).

Było wystarczająco źle, kiedy sami musieli przedzierać się poprzez psychologiczne poplątanie swojej interakcji; to, że wszyscy inni mieli dziwne pragnienie tego, aby również to zrobić ani trochę nie pomagało.

- Racja, um, wiesz coś na temat magicznych pierścieni? – spróbował, ignorując Toma, który z większą intensywnością zwrócił na niego swoją uwagę.

- Nie licząc tego od Saurona…?


* freudowski błąd, freudowska pomyłka, freudowskie przejęzyczenie – pomyłka, przejęzyczenie pojawiające się w wypowiedzi lub działaniu, będące efektem mimowolnego oddziaływania przeżyć zepchniętych do podświadomości.